Wróć do katalogu

Banici z Shirr - Rozdział I

Opowiadanie nieco mniej romantycznie i sympatycznie traktujące leśnych banitów.

marcin.luczynski, opublikowano , 30 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Banici z Shirr

Na polu chwały pozostają także ci, którzy umarli ze strachu. Henryk Jagodziński

Tylko o tym pomyśl, Gisbourne: walczą w Ziemi Świętej ciągając tę błogosławioną rzecz ze sobą. Chronią ją przed burzami piaskowymi, Saracenami i każdą inną przeklętą rzeczą. A potem kradnie im ją jednooki rzezimieszek z Nothingham... Robin of Sherwood "Siedmiu biednych rycerzy z Acre"

I

Jego książęca mość Urbert Safiant, pan na Ergurgu, stał w jednym z okien zamku Liber górującego nad pięknym i wyjątkowo urokliwym miastem Gottlig, od dziesiątków lat siedzibą jego rodu i tyluż niemal stolicą księstwa. Ze swej położonej wysoko sypialni spoglądał na dziedziniec, podgrodzie i okolice, przeniknięte nierozwianymi jeszcze oparami mgły. Liczył blisko pięćdziesiąt wiosen, księciem po śmierci ojca był od niespełna piętnastu i przez cały okres swego włodarstwa, dzień w dzień, gdy wstawał rano, podchodził do okna, by objąć spojrzeniem swoje włości. Czas oznaczył swój upływ zmarszczkami na jego obliczu, a siwizną we włosach, niczym mściciel odcinający karb za każdego dopadniętego złoczyńcę. Jednak nic nie odmieniło jego intymnego, znanego tylko jemu obyczaju, ani nie zgasiło mu w oczach błysku dumy i czegoś na kształt rozmarzenia, który gościł w nich, ilekroć książę patrzył z wysokości na swój własny mały świat. Teraz patrzył na coś jeszcze.

-*-

U schyłku wiosny zrobiło się w murach zamku Liber wyjątkowo tłoczno, co wzbudziło w księciu Urbercie ogromne zadowolenie. Radowała go nie tylko liczebność tych, co przybyli na jego rzucone szeroko w świat wezwanie, ale nade wszystko ich sława. Niezbyt dobra sława, a najczęściej po prostu wyjątkowo parszywa. Patrzył z góry na czynione przez nich przygotowania do wyjścia z miasta. W lewej części wielkiego prostokątnego dziedzińca zgromadzili się najemni łowcy z nadmorskiej Dalcji, a konkretnie z Erkviss, stolicy niewielkiego Księstwa Mostar, dowodzeni przez męża o imieniu Bogart, którego zwalistą sylwetkę książę rozpoznał z łatwością. Był to mąż wysoki, barczysty, z wielkimi dłońmi i małą stosunkowo głową osadzoną na krótkiej i podobnej do pniaka szyi. Górował wzrostem nad całą resztą zgromadzonych na dziedzińcu ludzi. Włosy miał ostrzyżone tak krótko, by nie dało się za nie złapać w trakcie walki, twarz zaś pokacerowaną bliznami. Krótki wąs nie zasłaniał zaciśniętych mocno ust, przydających jej znamion zawziętości i twardości. Nosił tunikę barwy ciemnoniebieskiej, na którą narzuconą miał połyskującą w wiosennym słońcu kolczugę. Na ręce zakładał karwasze, w okolicach łokcia zbrojne w krótkie, sterczące na kilka centymetrów niczym kły ostrza, którymi w walce rozorał już niejedną twarz i niejednego przeciwnika pozbawił wzroku. Na dłonie zakładał pozbawione palców skórzane rękawice, na linii kostek nabijane ostrymi ćwiekami - zadany nimi cios w twarz sprawiał dotkliwy ból, prując skórę policzków, a często gruchocząc szczęki czy kości jarzmowe. Przy jego ozdobnym klamrowym pasie kołysał się półtoraręczny miecz, zaś po drugiej stronie obijał mu się o udo kord o szerokiej głowni. Całości stroju dopełniały skórzane nogawice i masywne buty z cholewami sięgającymi kolan, zbrojne we wzmocnione żelazem pięty i nosy. Bogart chodził powoli wokół swoich ludzi, doglądając czynione przez nich przygotowania do odjazdu i krótkimi, cichymi zdaniami wydając polecenia. Przybyli do Gottlig grupą liczącą blisko czterdziestu mężów, łakomiąc się na wyznaczoną przez księcia nagrodę dwóch tysięcy orenów errylskich. Był to żołnierz zaprawiony w bojach, hartowany w wyprawach organizowanych przez możnowładców na południe, na pogranicze z Iderą, z którą właściwie od zawsze Dalcja miała jakieś zatargi. Nazywano ich ekrvissami, które to określenie stało się pośród ludzi żyjących z miecza synonimem bitności i wyjątkowej sprawności w posługiwaniu się orężem, przy jednoczesnym braku jakichkolwiek skrupułów. Nagroda wyznaczona przez księcia ściągnęła do Gottlig Kompanię Telmara, niemal tak samo liczną jak erkvissi, zajmującą teraz przeciwległą część dziedzińca. Przybyła z leżącej na dalekiej północy Dantii. W przeciwieństwie do Bogarta, wielkiego jak dąb, Telmara książę Urbert z trudem mógł odnaleźć pośród ciżby jego ludzi. Nie odróżniał się od nich ani wzrostem, ani strojem, ani jakimikolwiek widocznymi oznakami przywództwa w postaci ozdobnego oręża czy dystynkcji na ubiorze. Tam, skąd przybyli, żywiono bardzo silną niechęć do walki w pojedynkę. Nikt tam za bardzo nie rozumiał ani tym bardziej nie podziwiał czy pielęgnował etosu samotnego wojownika. Taka postawa była dla dantyjczyków kompletnie niezrozumiała, uważana raczej za głupotę i bezmyślną brawurę niż za bohaterstwo. W bitwach staczanych na północnych krańcach kontynentu nie było mowy o harcownikach ani o potyczkach najlepszych w armii wojów, tak często rozstrzygających bitewne zmagania w krainach południowego wschodu, gdzie wynik pojedynku był oznaką woli bogów wojny. Dlatego też pośród trudniących się wojennym rzemiosłem mężów Dantii obowiązywała wykształcona przez wieki reguła, że gdy w boju pada wódz, reszta drużyny się wycofuje, by walkę podjąć dopiero wtedy, gdy wyznaczony jest nowy dowódca. Doświadczenia dziesiątków lat i tyluż odbytych wojen upewniało ich, że roztropny przywódca z głową na karku daje gwarancję zwycięstwa przy stosunkowo małych stratach, dużo większą niż nabuzowany narwaniec, gotów poświęcić kilka manipułów po to tylko, by odzyskać utraconą chorągiew armii - jakby nie można było zaczekać z tym do końca bitwy (zwłaszcza że do kierowania manipułami i ich pododdziałami w bitewnym zgiełku służyły dużo mniejsze proporce, więc utrata chorągwi w żaden sposób nie dezorganizowała działań). Dlatego też przywódca nie wyróżniał się niczym szczególnym, gdy armia stawała do boju. Nie oddawano mu honorów salutem czy ukłonem, by wróg nie wypatrzył go z oddali i nie ustrzelił z łuku, wprowadzając w szeregi chaos. Erkvissi i Kompania Telmara były jedynymi rasowymi drużynami przybyłymi do Gottlig. Ludzie Bogarta mieli pełne oporządzenie: jednolite uzbrojenie, identyczne rzędy końskie, a także zbrojownię urządzoną w specjalnym wozie, własnego cyrulika i kowala. Sporo grosza musiało to kosztować, Bogart nielichy majątek włożył w swoją drużynę, czyniąc zeń machinę przynoszącą równie nieliche zyski. Nie było wątpliwości, że po byle co się nie schylają. Również wojownicy z Dantii swą sprawnością, przygotowaniem i chłodnym opanowaniem cechującym zawodowców cieszyli oko, choć nie mieli aż tak dobrego zaplecza, ich stroje i oręż wyglądały na spracowane i nie pierwszej jakości, mimo iż skrupulatnie je oczyszczono i utrzymano w należytym porządku. Ubiory w wielu miejscach nosiły ślady reperowania, łatania i sztukowania. Pomiędzy tymi dwoma grupami książę dostrzegał ze swego okna sporo drobnicy, wojów przybywających pojedynczo bądź kilkuosobowymi grupkami. Jak donosił mu usłużnie jego sekretarz, pospołu z podkomorzym i zbrojmistrzem mający pieczę nad awanturniczymi gośćmi Gottlig, niemal połowa z nich pochodziła z leżącego na północy królestwa Eryntu, zaś trzecią część stanowili miejscowi, którzy mieli najbliżej. Grupy doświadczone, jeśli nie w bitewnym boju, to przynajmniej w napadach i najróżniejszych awanturach, pochodziły z Dalcji, Eryntu i z innych odległych krańców kontynentu. Nie brakło przybyszów z ziem ościennych: Devren, Tarru czy Cisapii. Całości obrazu dopełniali samotni łowcy przygód, ciekawscy włóczykije czy też rojące o sławie i bogactwie zbiegłe z domów gołowąsy. Podobno dotarło w mury zamku Liber nawet kilkunastu chłopów pochodzących z ogarniętej ostatnio niepokojami Narbonsii, pozbawionych ziemi i bliskich przez wrogi najazd. Tutaj mieli nadzieję odmienić swój los na lepsze. Przestronny brukowany dziedziniec, zwykle pusty, teraz aż się roił.

-*-

Wbrew pozorom, nie było w tym żywym i szerokim odzewie niczego dziwnego. Królestwa wyrosłe na zgliszczach imperium Tarru, pomimo licznych zatargów i zbrojnych konfliktów, nigdy na dłużej nie zaprzestawały kontaktów na niższych szczeblach, a już nie do pomyślenia wydawało się zamarcie na dłuższy czas handlu. Doskonałe, trwałe i mądrze wytyczone trakty, pozostawione w niezamierzonym spadku przez twórców zgasłego cesarstwa, sprawiały, że wraz z kupcami i podróżnymi szybko rozchodziły się po świecie i wieści, a i umyślny goniec raz-dwa docierał, gdzie go posłano. Dlatego Urbert patrzył na dziedziniec swego zamku z zadowoleniem, widząc licznie przybyłych mężów oporządzających rynsztunek i troczących juki w przygotowaniach do zapowiedzianego przez ludzi księcia rychłego wymarszu. Uśmiechnął się lekko. Nadchodził czas łowów, które tym razem, choć kosztować go miały krocie, na zawsze powinny rozwiązać problem nurtujący go od dawna i kładący się cieniem na jego dobrym imieniu. Cieniem najgorszym z możliwych - pośmiewiskiem. Książę spojrzał ku widniejącym na wschodnim horyzoncie Lasom Shirr. Zacisnął pięści. Tak, pewne sprawy trzeba rozwiązać raz na zawsze. Zbyt długo z tym zwlekał.

-*-

Castols jechał powoli południowym traktem wiodącym z Aleppów, z przełęczy Dartan, do miasta Gottlig, którego dachy, wysokie mury i wieże widniały z daleka, ciesząc oko soczystą czerwienią dachówek. Podróżował z miasta Bolzen, gdzie znalazł się po spędzonym na południu okresie zimy, i gdzie ostatnio szukał zarobku. Tam też potwierdził zasłyszane wcześniej tu i ówdzie wieści o tym, że książę Ergurgu zwołuje pod swój sztandar wszystkich zbrojnych, którzy podejmą się zlikwidowania banitów z Lasów Shirr. Nie było żadną tajemnicą, że książę sam zmagał się z nimi bezskutecznie od wielu lat, toteż nikogo nie zdziwiło, że w końcu się zeźlił i postanowił zatrudnić do tego fachowców. Castols wprawdzie wybrał się na północ sam, miał jednak nadzieję, że na miejscu uda mu się zebrać kilku ludzi podobnie jak on szukających szczęścia w pojedynkę albo dołączyć do jakiejś cieszącej się dobrą reputacją kompanii. Coraz częściej spotykał na trakcie zbrojnych, którzy zdążali w tym samym kierunku. Wielu go wyprzedzało, jadąc w wielkim pośpiechu, jakby się bali, że dla nich zabraknie. Dostrzegł w oddali skrzyżowanie z drogą wiodącą z zachodu na wschód, przy którym stała karczma. Na sam widok dymiącego komina zaczęło go ssać w dołku. Postanowił, że skoro książę nie zając, a o pustym brzuchu źle się myśli, zatrzyma się na posiłek, który należał się również jego szkapie. Trącił ją lekko piętami, by szybciej ziściło się jego marzenie o parującej misie strawy. Konisko ruszyło nieco energiczniej, choć bez widocznego entuzjazmu. Wkrótce ze stukotem podkutych kopyt wjechało na kamienny mostek wiodący ku majdanowi przed gospodą. Jak głosił napis umieszczony na słupie podtrzymującym drewniany płot po prawej stronie wjazdu, karczma nazywała się "Pod legionistą", a jej związki z zamierzchłymi czasami miał poświadczać tkwiący tuż pod szyldem manekin żołnierza Tarru ubrany w strój z epoki, spłowiały od słońca, z żelazem pordzewiałym od deszczów, wyświechtany i postrzępiony przez wiatr. Znaczący go brud zdawał się pamiętać świetność imperium. Castols zsiadł z konia i skierował się z nim do stajni, gdzie lejce odebrał odeń młody chłopak, który zaraz powiódł wierzchowca wgłąb drewnianego budynku. - Długo w drodze jesteśmy - rzucił za nim Castols. - Nakarm go, napój i przetrzyj słomą. Chłopak nie odwrócił się do niego, uniósł jedynie prawą rękę na znak, że zrozumiał i że podróżny nie ma powodów do niepokoju, co zrozumiawszy Castols ruszył ku wejściu do gospody, celowo mocno prostując nogi, które zastały mu się podczas jazdy. Nagle z budynku wyszedł wyglądający dość niezwykle podróżny. Był mężczyzną w sile wieku, niezbyt okazałej postury, choć trzymał się prosto i poruszał lekko. Miał na sobie w miarę dostatnie, wygodne w podróży ubranie: luźne spodnie i takąż koszulę - wszystko w tym samym jasnoszarym kolorze, który podróż w słońcu czynił mniej uciążliwą. Twarz miał szczupłą, nieco już naznaczoną czasem, długie, czarne, siwiejące gdzieniegdzie włosy nosił spięte spinką na ciemieniu głowy, przez co spadały mu one na kark i plecy, nie zasłaniając jednocześnie oczu nawet przy najmocniejszym wietrze. Nie miał przy sobie broni. Castols zatrzymał się, gdy tuż za mężczyzną wytoczyła się z gospody grupa pięciu mocno już napitych, rozwrzeszczanych i klnących ohydnie osiłków, brudnych i spoconych tak, że natychmiast to poczuł, mimo świeżości powietrza wokół. Stanął przy drzwiach i zaczął się przyglądać. Piątka szybko otoczyła nieznajomego, który chwilę wcześniej zdołał zapobiegliwie sięgnąć po opartą o płot miotłę i stanąć plecami do ogrodzenia. Na ten widok gromada zaczęła się śmiać. - Nie chcesz chyba nam stąd na tym odlecieć, gagatku, co?! - zaryczał jeden z nich, stojący naprzeciwko nieznajomego. Ten uśmiechnął się lekko, kręcąc nieznacznie głową. - Nie, ależ skąd, doprawdy - głos miał dźwięczny, a ton bardzo uprzejmy. - Co najwyżej wymiotę stąd trochę śmieci. Castols uśmiechnął się, słysząc te słowa. Ustawieni w łuk mężczyźni zamruczeli groźnie, zaś prowodyr skrzywił się, kręcąc głową i cmokając. - Kąsasz, kąsasz, eleganciku - powiedział, a na twarzy wykwitł mu zły uśmiech. - No to wnet ci kły wytłuczem! Nie będziesz więcej nosa wsadzał tam, gdzie cię nie chcą, i honoru dziewek karczemnych bronił! Widzisz go, szlachetka posrany! Łuk nieco się zacieśnił, osiłki zaczęły się zbliżać do zbrojnego w miotłę nieznajomego. Castols westchnął cicho, przez bardzo krótką chwilę bił się z myślami, po czym zaczął powoli podchodzić do awanturników, którzy tymczasem dobyli mieczy i zaczęli balansować na nogach, choć trudno było stwierdzić, czy kazało im to robić doświadczenie w walce, czy raczej szumiące od piwska łby. - Panowie, jakże to? - zapytał głośno, starając się odwrócić ich uwagę - Na nieuzbrojonego człowieka nastajecie w pięciu, i to z obnażonym żelazem? Nieznajomy spojrzał na niego przychylnie, uśmiechając się pod nosem i unosząc do góry prawą rękę, spodem dłoni ku górze, jakby chciał z politowaniem powiedzieć: Co robić? Banda odwróciła się, by zobaczyć, kto się ich czepia w momencie, gdy zapowiada się dobra zabawa. - A gówno ci do tego! - syknął jeden z nich, niski, o szczurzej twarzy, z solidnym brzeszczotem w ręku. - Do karczmy zajechałeś, to spieprzaj do koryta i nie wtrącaj się w nieswoje sprawy! Bo w ryj mogę dać! - Niechaj cię to nie dziwi, czcigodny przybyszu - odezwał się nieznajomy, konsekwentnie tonem niezwykle uprzejmym, a słowy eleganckimi. W większości. - Chyba nie spodziewałeś się, że tacy zasrańcy potrafią honorować zasady godnego pojedynku? Na te słowa rozjuszona już do granic piątka bez dalszych ceregieli runęła na niego. Castols dobył miecza, by rzucić się na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych