Baśń o czerwonej piłce
Spacer Ingrid przez las
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czasem śnieg pali jak płonące węgle.
Ingrid podniosła swoją bosą stopę, potarła ją ręką przez chwilę, po czym zaczęła iść dalej. Nie sposób było jednak zignorować informacji płynących z jej ciała. Obezwładniające kłucie paraliżowało jej nogi. Ból zmieszany z pragnieniami potrafi całkowicie zaburzyć obraz sytuacji. Każdy krok sprawiał, że chciała krzyczeć. Nie robiła tego, bo to strata cennych sekund.
Czy będziemy mieli jeszcze czas, fioletowa dziewczyno...
Te słowa zabrzmiały niedaleko niej i przez chwilę zdawało jej się, że to on ją wołał. Ten mocny głos, który zawsze dawał jej całkowity spokój. Ale nie, on czekał przecież po drugiej stronie. Daleko jak droga dziecka na świat. Nabrała głęboko powietrza i przyspieszyła kroku, jakby chciała pokazać spadającym płatkom śniegu, że jej nie zatrzymają. Nie uda im się. Zacisnęła dłonie w piąstki i przymknęła oczy, chcąc jak najbardziej osłonić się przed mrozem. Uszy również przestawała powoli czuć.
Nie pamiętała już dokładnie, kiedy prosta i trawiasta droga pokryła się śniegiem. Właściwie już śniła na jawie ze zmęczenia, a w snach przecież wszystko jest możliwe. Tak więc nagła śnieżyca nie zdziwiła jej ani trochę. Zresztą co dobrego może dać zdziwienie? Zdziwienie to gorsza siostra Strachu. A ona miała jak najszybciej przejść na drugą stronę. Nawet nie wiedziała, czy przypadkiem już nie jest za późno.
Góra robiła się coraz bardziej stroma. Miała kształt ogromnego stożka, a droga z minuty na minutę mocniej się zakręcała. Ktoś zapraszał ją do tego labiryntu, w którym nie było przewodnika. Ktoś rzucił kostką w grze o jej życie. On czeka na dole. Nie będzie tam wiecznie, zaraz może go nie być. Jeszcze kilka chwil, a żołnierze jej psychiki poddadzą się całkowicie.
Jakiś kształt zamajaczył przed nią w oddali, jak spadający z drzewa liść. Czemu pomyślała o liściach w tym mrozie? Nienawidziła ich szelestu, nienawidziła ich szyderczej bierności i obojętności, ich braku problemów, których nie da się rozwiązać. Nienawidziła tego, że nigdy nie płaczą.
Sylwetka szła chyba w jej stronę. W tym powolnym chodzie było coś podłego, jakby wstydził się przed drzewami swej nikczemności. Widziała kiedyś taki wstyd, u młynarza, którego przyłapano na kradzieży krowy. Ingrid nie bała się go, zawsze spacerowała w nocy po lesie. Była zresztą w sytuacji, której nie da się już pogorszyć. Delikatność płynąca z jej natury przemogła ostatecznie wszystkie bariery. Śmiałym krokiem podeszła do postaci, która nadal zbliżała się chwiejnym krokiem.
- Czy nie widzieliście, dziadku, młodzieńca z czerwonymi oczami?
- Ja już od dawna nic nie widziałem.
Ingrid spojrzała pod jego kaptur i ujrzała, że nie ma pod nim oczu. Widok ten był tak straszny, że spuściła wzrok niżej. Dalsze badanie pozwoliło jej stwierdzić, że postać utyka na jedną nogę, a palce lewej ręki wykrzywiają się na wszystkie strony. Okaleczony staruszek szedł jednak przed siebie, jakby wiedział, że czeka na niego coś, co warte jest połamania wszelkich barier. Jakby wiedział coś, czego nie wiedziała Ingrid.
Dotknęła łagodnie jego pomarszczonej twarzy, na której życie zostawiło swój ślad. Niejeden raz musiał kłaść się spać głodnym. Zaczęła pieszczotliwie wodzić kciukiem po jego policzku. Dawno chyba nie czuł dotyku kobiecej ręki, bo na jego obliczu ujrzała uśmiech szczęścia. Uśmiech kogoś, kto wie, co w życiu ważne i kto właśnie to otrzymał. Sama śmiała się tak, kiedy pierwszy raz pocałowano ją w rękę.
- Na najbliższej ścieżce skręcisz w prawo i znajdziesz to, czego szukasz..
- Jak to?
Kiedy tylko zadała to pytanie, poczuła, że postaci w czarnym kapturze nie ma już przy niej. Otworzyła szerzej oczy i zorientowała się, że chyba spała przez kilka sekund. Leżała na ziemi, cała pokryta śniegiem. Nogi drżały jej z zimna, uderzając o siebie z cichy dźwiękiem. Dzwony w jej głowie ucichły błyskawicznie. Jeszcze kilka minut, a zasnęłaby tu na zawsze.
Podniosła się szybko i zaczęła uderzać się w policzki, by dojść do siebie. Kiedy sen zaczyna nas zwyciężać, należy wykonywać jak największy wysiłek. Zerwała się więc na równe nogi i chciała zapomnieć o dziwnym zdarzeniu. Ku jej zdumieniu jednak, obok jej własnych, bosych śladów, widać było odciski starych sandałów, jakie wystawały w jej śnie spod czarnej szaty.
Czy życie nie jest takim długim snem?
Nic nie było już pewne, świat zaczął ją przerastać, ale resztki pamięci przedostawały się do jej świadomości. Resztki wspomnień kazały jej działać. Ruszyła dalej, przemawiając do siebie słowami dodającymi siły. Mówiła je głośno, aby nie zasnąć w drodze. Gdy spojrzała w prawo, ujrzała drogę o której chyba wspominała tamta postać. Nie zastanawiała się wcale, tylko skręciła i zaczęła iść przed siebie.
Śnieżyca momentalnie ucichła, co zaniepokoiło Ingrid jeszcze bardziej. Czuła, że wchodzi w miejsce, od którego powinna trzymać się z daleka. Im bardziej droga robiła się prosta i bezpieczna, tym większy ogarniał ją lęk. Cisza, która obejmowała całą okolicę, była najbardziej złowieszczym hałasem na świecie. Trzeba iść przed siebie. On gdzieś tu musi być.
Zamek. Ogromny zamek. Skąd się tu wziął? W tej okolicy było sporo zamków, ale tego jeszcze nigdy nie widziała. Takich wież raczej nie buduje się w tych stronach. W dodatku w ogóle nie był obsypany śniegiem. Wyglądał, jakby ktoś go tu wkleił, niczym kolorowe obrazki na sklepową szybę.
Ingrid podeszłą powoli do wielkiej bramy. Coś jej wyraźnie mówiło, ze drzwi będą otwarte i wystarczy tylko mocniej je popchnąć. Przyłożyła dłoń do ciemnej powierzchni i pchnęła w nią. Były lżejsze niż myślała, jakby same chciały, żeby przez nie przejść. Zapraszały.
Gdy dostała się na dziedziniec, wydawało jej się, że już tu kiedyś była. To niemożliwe, wiedziałaby to przecież, ale wszystko było dla niej zupełnie znajome. Każdy krok, który robiła, zdawał się być powtórzeniem jakichś jej wspomnień. Wiedziała, ze teraz należy skręcić w lewo, aby znaleźć się w środku.
W okolicy nie było żywej duszy. Nikogo. Wszędzie panowała zupełna cisza, która niepokoiła ją bardziej, niż gdyby krzątała się setka pachołków. Nie było słychać zupełnie nic poza jej krokami. Powolne, równomierne uderzenia. Drzwi do środka same otworzyły się przed nią bardzo powoli. Ich skrzypienie było w tonie zapraszającym do środka, jak staruszka zachwalająca swoje czerwone jabłka. Czerwone niczym jego oczy.
Czy będziemy mieli jeszcze czas, fioletowa dziewczyno...
Nagle usłyszała tętent koni. Wobec wszechogarniającej ciszy był on jak błyskawica przecinająca nocne niebo. Odwróciła głowę w poszukiwaniu kierunku odgłosu i spostrzegła, że wydobywa się on z dołu. Jak gdyby pod podłogą pędziła gromada jeźdźców.
Zaczęła iść dalej, czując się, jak gdyby frunęła. Nie musiała w ogóle poruszać nogami, by przesuwać się do przodu. Korytarz w którym bezwiednie znajdowała się od jakiegoś czasu, zaczął coraz bardziej się rozszerzać. Jak…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Idsele
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…