Wróć do katalogu

Bez porno

Opowieść o Polakach w Niemczech

Marianopublikowano 29 maja 202116 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Napisał pan w swoich papierach, że zna pan niemiecki. Prawda to? – zapytał mnie szef któregoś dnia. – Uczyłem się w szkole, ale już dawno nie miałem z nim kontaktu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Ale dogadać się pan może? – drążył szef. – Mogę – odpowiedziałem trochę na wyrost. – No to pojedzie pan do RFN na szkolenie – zakończył. Stało się! Pojadę do RFN! Pojadę do tych lepszych, do tych Richtig Fajnych Niemiec! Fabryka, w której pracowałem modernizowała się szybko, bo jej produkty były bardzo potrzebne ludowej ojczyźnie. Budowano nowe hale i kupowano nowe maszyny. Nie wiedzieć dlaczego większość maszyn kupowano właśnie w RFN. Służbowe wyjazdy na Zachód były w tamtych czasach gratką nie do pogardzenia, bo można było wiele nowego zobaczyć, coś ciekawego kupić lub... uciec z komunistycznej Polski. Dlatego wszyscy o nie zabiegali. W sprawie zakupów nowych maszyn jeździli zawsze dyrektorzy, sekretarze partii i kierownicy różnych maści. Pojono ich tam, karmiono, pokazywano pornograficzne filmy i obsypywano prezentami, a oni w zamian podpisywali stosowne umowy i protokoły. Potem te maszyny przychodziły do Polski i wtedy zaczynały się schody. Polska lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych była odcięta żelazną kurtyną od zachodnich technologii i takich maszyn nikt u nas obsługiwać ani naprawiać nie umiał. Potrzebne więc były szkolenia, na które musieli jechać ludzie mający jakie takie pojecie o technice, a nie dyrektorzy. Takim to sposobem uśmiechnął się los i do mnie. Musiałem jeszcze tylko wypełnić stos formularzy, przejść z wynikiem pozytywnym przesłuchanie przez funkcjonariusza służby bezpieczeństwa i w końcu dostałem jednorazowy paszport służbowy z niemiecka wizą, bilet lotniczy i po kilka marek na dzień. Okazało się, że lecę razem z dwoma nieznanymi mi, nieznającymi języka niemieckiego mechanikami, a ja mam być ich opiekunem, tłumaczem i nadzorcą jednocześnie. Pierwsze problemy pojawiły się już na Okęciu, bo nigdy jeszcze nie leciałem samolotem i nie wiedziałem, jak i gdzie się obrócić. Na pomoc kolegów nie mogłem liczyć, bo przestraszeni byli bardziej niż ja. Udało mi się w końcu nadać nasze bagaże do Stuttgartu przez Frankfurt i wystartowaliśmy. We Frankfurcie od razu rozbolała mnie głowa, bo jeden tamtejszy terminal był większy niż całe Okęcie, a było tych terminali wiele. Patrząc uważnie na kierunkowe strzałki i uważając, by nie przewrócić się na ruchomych schodach i chodnikach, doprowadziłem szczęśliwie moje stadko do bramki odlotów do Stuttgartu. Czasu do odlotu było jeszcze dużo, ale my grzecznie siedzieliśmy na ławeczce, pilnie bacząc, żeby nam samolot nie uciekł. – Może by sprawdzić, czy nasze bagaże też polecą do Stuttgartu – zaproponował jeden z moich podopiecznych. – Polecą, polecą – odpowiedziałem, chociaż sam nie byłem tego pewny. – Tam mam wszystkie ciuchy i jedzenie – ciągnął nowy kolega. – Jak to przepadnie, to będzie źle. Perspektywa chodzenia przez tydzień w jednej koszuli i życia tylko na hotelowych śniadaniach była niemiła i spowodowała u mnie powrót bólu głowy, który ustąpił już po znalezieniu bramki naszego odlotu. Może i dobrze byłoby to sprawdzić? Ale jak i gdzie? Czas biegł, my siedzieliśmy na ławce, aż mój dręczyciel ponownie przemówił: – Może by jednak sprawdzić te bagaże? – Sam sobie sprawdzaj, bo ja wiem, że polecą razem z nami – odwarknąłem mimo wątpliwości. – No, zobaczymy – odpowiedział kolega i popatrzył na mnie groźnie. Najważniejszym zadaniem po wylądowaniu w Stuttgarcie stało się więc szybkie odzyskanie naszych bagaży. Staliśmy przy taśmociągu wypluwającym walizki, wypatrując naszych. Inni pasażerowie odnajdowali swoje, odchodzili i robiło się pusto. W końcu taśma zatrzymała się. – No i co? – naskoczyli na mnie obydwaj koledzy. – Gdzie są nasze bagaże? Opuściłem uszy po sobie i zacząłem wzrokiem szukać okienka, gdzie mógłbym uzyskać jakieś informacje. Koledzy krzyczeli na mnie, ja rozglądałem się bezradnie, a tymczasem taśmociąg ruszył i wyrzucił jeszcze kilka walizek - w tym i nasze. Na lotnisku czekał na nas pracownik firmy w której miało być szkolenie i odwiózł nas do hotelu. Po drodze starał się być miły i zagadywał mnie o różne rzeczy. Ja nie rozumiałem prawie nic, bo według mnie on nie mówił po niemiecku, więc mój dyżurny ból głowy znowu się nasilił. Musiałem chyba mieć głupią minę, bo mój rozmówca odezwał się w końcu w języku podobnym do znanego mi ze szkoły. – O! Przepraszam! Powinienem mówić w Hochdeutsch, bo pan pewnie nie rozumie naszego dialektu. My tu mówimy po szwabsku – powiedział. – Dziękuję. Tak będzie lepiej – odpowiedziałem, bo w końcu zrozumiałem cośkolwiek. Nasz mały hotelik zdał mi się być ósmym cudem świata. Był czysty, jasny i pachnący jak panna młoda na ślubie. Wchodząc do łazienki, pamiętałem ostrzeżenia kolegów, którzy na podobnych wyjazdach niejedną już przygodę w łazience przeżyli. Pamiętałem, żeby ostrożnie manipulować kranami i nie oblać się nagle gorącą wodą i żeby nie wycierać się tym najgrubszym ręcznikiem, tylko podkładać go pod nogi przy wannie. Moja łazienka przyjęła mnie łaskawie i odświeżony zszedłem o umówionej porze do hotelowej restauracji. Nie poszedłbym tam nigdy, bo przecież moje zasoby finansowe wystarczyłyby pewnie tylko na pół kolacji, ale nasz niemiecki opiekun wyraźnie powiedział, że firma nas zaprasza. Restauracja też była czysta i pachnąca, a wygląd, smak i wielkość porcji jedzenia przechodziły wszelkie pojęcie. Do tego jeszcze to piwo! Zimne, ze sztywną pianką, w niczym nie przypominało pijanych dotąd ciepłych kwasów rodzimej produkcji. Zaraz po kolacji poszedłem do łóżka. Na szczęście nie zaskoczyło mnie ono żadną techniczną nowinką. Mogłem więc spać bez obawy, że w środku nocy zostanę nagle wymasowany lub polany dezodorantem. Moi koledzy nie byli tak grzeczni i wieczorem poszli jeszcze pospacerować po mieście. Ze spaceru przynieśli wiadomość, że naprzeciw hotelu jest sklep, w którym o dziewiątej wieczorem jest wciąż pełno mięsa. Poszliśmy tam nazajutrz po śniadaniu i moim oczom ukazał się widok witryny zawalonej schabami, szynkami, kiełbasami i innymi wyrobami. Dla człowieka oglądającego na co dzień puste haki lub pokryte fioletowymi stemplami pożółkłe ochłapy kościstej wołowiny był to widok jak z bajki. Sklep był jeszcze zamknięty, więc nie mogliśmy sprawdzić, czy nie są to atrapy. Sprawdziliśmy to zaraz po południu i okazało się, że wszystko to było prawdziwe i że w sklepie nie śmierdziało. Kolejnym szokiem był wygląd firmy. W halach naszej fabryki było głośno, brudno i trzeba było uważać, żeby się nie pośliznąć lub nie wbić sobie w nogę metalowego wióra. Tu maszyny pracowały ciszej, betonowa posadzka była sucha i bez wiórów, a robotnicy ubrani byli w czyste ubrania robocze. Szkolono nas, zakładając, że znamy już podobne maszyny. My ich nie znaliśmy i nawet nie wiedzieliśmy, czego o nich nie wiemy. Słuchaliśmy więc pilnie, robiliśmy notatki i kserowaliśmy każdą kartkę, jaka wpadła nam w ręce. To nam musiało wystarczyć, a nabytą tu wiedzę miała zweryfikować przyszłość. Firma była tak miła, że zafundowała nam obiady w swojej stołówce i pozwoliła jeść w hotelu kolacje na jej koszt. Było dobrze! Bardzo dobrze! Nasze skromne diety mogliśmy przeznaczyć na zakupy, a przywiezione z Polski konserwy czekały spokojnie na powrót. – Ciekawe, co powiedzą celnicy na Okęciu, gdy zobaczą, że wieziemy z RFN polskie konserwy – zagadnąłem któregoś dnia kolegów. – Może każą nam je oclić? – To wyrzucimy je do kosza – uspokoili mnie. Uspokojeni co do naszej siły nabywczej całe popołudnia spędzaliśmy na chodzeniu po sklepach. Każdy z nas miał zlecenia na zakupy przerastające nasze możliwości finansowe, więc trzeba było znaleźć najtańsze sklepy. Supermarkety Quelle czy Kaufhof znaliśmy tylko z opowiadań. Teraz oto mieliśmy je po ręką, ale były dla nas za…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych