Bez tytułu
Pierwszy rozdział mojej kolejnej powieści. Dałem ją pod kategorię: erotyka, lecz erotyki jest tu tylko trochę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1
Noc. Spokojne nowoczesne osiedle tonęło w świetle lamp. Panowała grobowa cisza. Czasem tylko kot miałknął lub człowiek przebrnął szybkim krokiem. Od kilku godzin ciemności wypełniały większość tutejszych mieszkań. W jednej z takowych ciemności schowana była twarz, którą rozjaśniał blask telewizorowego kineskopu. Twarz zupełnie pokryta nijaką miną. Trochę jakby niewyspana, ale tylko pozornie. Tak naprawdę była ze wszech miar czuwająca. Właścicielem twarzy był mężczyzna - Sławomir Cieszyński. Miał pięćdziesiąt parę lat. Był nieco zbyt szeroki i nieco za mało wysoki. Nosił okulary podobnie jak jego ojciec, dziadek, pradziadek, gdyż była to cecha dziedziczna. Właśnie popijał swoje ulubione złociste piwo oraz oglądał jakiś film. Co prawda nie bardzo znał fabułę, jednakże film zawierał konkretne sceny dla dorosłych. Z wykształcenia był biologiem, aczkolwiek skończył jako zwykły nauczyciel. To jeden z powodów, dla którego pił trochę za dużo procentów. Innym powodem mógł być fakt, iż zostawiła go żona, zabierając Pchlarza - małego kudłatego pieska o dużych uszach, szpiczastym nosie i krótkich nogach, którymi okropnie szybko przebierał. Kochał tę psinę bardziej niż muszki owocowe. Siedział na kanapie. Niespokojne myśli pędziły w jego głowie niczym dzikie konie, a on dosiadał czasem jednego z nich i próbował go udobruchać. Wiele zmieniłby w swoim życiu, gdyby miał drugą szansę. Przede wszystkim kupiłby inny telewizor, gdyż obecny przysparza sporych problemów przy strojeniu. Kolejna puszka piwa została opróżniona z pasją. Mężczyzna podniósł się niezgrabnie. Miał zamiar poszurać kapciami do kuchni, lecz usłyszał dzwonek. - Kto to może być? - spytał siebie. Z racji bardzo później pory przygotował patelnię na ewentualnego napastnika. Podszedł do drzwi. Spojrzał przez judasza. Zobaczył oko. Otworzył. - Dobry wieczór - powiedział doń jakiś pan w schludnym garniturze. Jego głowę zdobił melonik, który ściągnął na chwilę podczas powitalnego ukłonu ukazując bujną czuprynę. - Dobry wieczór - odpowiedział Sławomir. Spostrzegł, że tajemniczy przybysz miał ze sobą teczkę. Jego skóra posiadała kolor wiosennej dojrzałej trawy. Ponadto nosił czółki długości jednej stopy zakończone kuleczkami. Z twarzy wyglądał trochę jak śledź. Sławomir był naturalnym cynikiem, więc nawet nie drgnął na taki widok. Stwierdził tylko: - Trochę dziwnie pan wygląda. - Dziwnie? - spytał zaskoczony jegomość. - Normalnie. Jak każdy Grunfrucjanin. - Podsumujmy - gospodarz wyciągnął patelnię. - Przychodzi pan do mnie nad ranem, ja tu szukuję na pana narzędzie pańskiej totalnej zagłady, a pan mi mówi, że wygląda tak jak wygląda, bo jest jakimś Grunfrucjaninem. Czy tak? Zielony elegancik pogładził się po czółce. - Z grubsza ma pan rację - odpowiedział. - Grunfrucja to taki kraj na wschód od Rosji. Na geografi się nie uważało, co? Sławomir pokazał patelnię w lepszym świetle. Błysnęła przelotnie. - Spojonie. Mam do zaoferowania eliksiry. Zielony pan wyjął z teczki pudełko. Otworzył. Wydobył jedną fiolkę jakiegoś różowego płynu. - A jakie to eliksiry? - Różowe. Tanio sprzedam. - Ale do czego one? - Oj, panie! Mówię, że tanio sprzedam, to niech pan kupuje! Jegomościa przeszył straszliwy wzrok Sławomira, który odbijał się także w patelni. - Przepraszam. Uniosło mnie trochę. Niedawno żony ode mnie odeszły. - Czy żony też zielone? - Nie, purpurowe. Zauważył łysinę Sławomira. - Dobrze. Powiem co to za eliksiry - dodał po chwili namysłu. - To na porost włosów. Zdjął swój melonik, pod którym kryła się idealnie bezwłosa skóra. - Przed chwilą miał pan bujną czuprynę - zauważył Sławomir. - Skądże? Wydawało się panu, że mam włosy, ponieważ noszę nakrycie głowy. - Może i tak. - A teraz uwaga. Biorę do ust łyk magicznego eliksiru. Byle nie za dużo. I... Zielony pan chlupnął sobie śmiało. Momentalnie odzyskał poprzednią fryzurę. Zupełnie jakby wyjął królika z czarodziejskiego kapelusza. - Nawet całkiem przekonujące, ale nie sądzę, żeby było mnie stać. Sławomir nigdy nie kupował niczego od akwizytorów, lecz coś go opętało. Bardzo chciał mieć znowu długie pióra, które skutecznie przyciągały dziewczyny, a także wzbudzały taką zazdrość szkolnej dyrektorki, że biegała za nim z nożyczkami. - Pudełko kosztuje tylko cztery złote. - Cztery złote? To połowa moich rocznych oszczędności. Żegnam. - Proszę zaczekać! Specjalnie dla pana obniżę cenę. - Złotówka. - Stoi! Sławomir widział już w życiu niejedno, ale akwizytor, który tak łatwo idzie na układ trochę go zaskoczył. Coś tu nie pasowało. Tylko co? Zapłacił zielonomu panowi, odebrał pudełko. Położył je na półkę w łazience. Wrócił do tradycyjnych męskich czynności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Teraz leciała już inna bajka dla dorosłych, ale równie ekscytująca. W lodówce zostało trochę piw, niestety koniec zapasów był już bliski. Po kwadransie mężczyzna zaczął zdawać sobie sprawę z faktu, że za moment wyschnie źródło przyjemnych doznań zapominawczo-relaksacyjnych. Zatem owo źródło należało natychmiast czymś uzupełnić. Tyle że w promieniu kilku metrów nie było nic poza wodą, a sklepy jescze nieczynne. Jednak zaraz wpadł na genialny pomysł. Jedna z kuchennych szuflad przechowywała niewinnie wyglądające urządzonko, które mierzyło przydatność płynów do spożycia. Dostał je w prezencie na urodziny od wujka Leona. Czerwona lampka oznaczała, że nie należy danej substancji pić, natomist zielona, że wskazane jest opróżnić do dna. Była także żołta, która przekazywała mniej więcej taki komunikat: pij, jeśli nie masz nic lepszego pod ręką. Poszurał kapciami do łazienki. Zanużył urządzonko w eliksirze. Zapaliła się zielona lampka. Mały ekranik oznajmił, iż mikstura zawiera dziewięćdziesiąt procent alkoholu. Sławomir postanowił prędko wypróbować środek. Czyżby aż tak zależało mu ma długich włosach? Łyknął zdrowo. Łysina co prawda nadal cieszyła się wielką wolną przestrzenią, nie skażoną ani jednym włoskiem, lecz mężczyzna ponownie mógł poczuć cudowny relaks. Opróżnił całą fiolkę. Łysina wiernie towarzyszyła mu w owym opróżnianiu, ale przynajmniej powrócił dobry humor. - Szarlatan z tego Grunfrucjanina - mówił uśmiechnięty Sławomir. Jeszcze przed wschodem słońca pudełko opustoszało. Teraz mógł zasnąć z czystym sumieniem. Zasypianie stało się bardzo łatwe. Jego myśli przypominały obecnie stado owiec grzecznie pasących się na łące. Mocno przytulał koc. Głaskał ciepły materiał co chwila wołając nieprzytomnie imię odebranego mu pieska. Wysoki sąd przyznał opiekę nad Pchlarzem pani Cieszyńskiej, mimo iż poświęcała zwierzątku znacznie mniej czasu i znacznie mniej serca wkładała w jego tresurę. Kilka godzin później pierwsze promienie słońca przebiły cienkie zasłony, z których prawdopodobnie wykonuje się niektóre kobiece suknie. Sławomir otworzył oko, aby rozeznać się w sytuacji. Następnie otworzył drugie oko i podniósł głowę. Rozejrzał się po pokoju. Skromnie było - kilka mebli ze sklejki imitującej dąb (szafa, stolik, na którym stał telewizor, druga szafa, garść krzeseł). Niedawno wymalowane ściany zdobił tu i ówdzie plakat, obraz lub zegar. Podłoga przykryta dywanem potrzebnym w czasie sprzątania do zagarniania pod nim śmieci. Słońce zaglądało tutaj dość nieśmiało, dlatego nawet za dnia panował delikatny półmrok. Sławomir ucieszył się, gdyż to, co zobaczył pasowało do opisu jego mieszkania. Wniosek był więc taki, że tym razem nie musiał wracać pięciu kilometrów z izby wytrzeźwień. Co za szczęście. Tym bardziej, że tego dnia miał zajęcia w szkole. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Musiał zebrać ostatnie resztki sił witalnych, aby podnieść się z kanapy. Oczywiście było to zadanie całkiem trudne. Jednak istniała na świecie pewna specyficzna substancja, która była niczym olej dla silnika (czasem nawet wyglądała jak olej). Substancja kultu, często występująca w telewizji. Substancja, dzięki której Sławomir miał mocną motywację do podniesienia się z legowiska. Mimo że nie posiadała procentów, zawierała inny, równie ważny, wpływowy środek. Udał się do kuchni. Puszka kawy nigdy nie świeciła pustkami. Przechowywał ją w specjalnym miejscu na wypadek włamania (mianowicie w szufladzie o podwójnym dnie). Wstawił wodę, przyszykował filiżankę. Substancja zaczęła się robić, a w międzyczasie poszurał kapciami do łazienki. Niemrawo spojrzał w lustro. Miał jeszcze lekkie problemy ze złapaniem ostrości widzenia, lecz już na wstępnie zauważył, że coś jest nie tak. To znaczy chyba nie wyglądał tak, jak powinien i nie była to wina bardzo wczesnej pory (przeważnie wstawał o dwunastej). Woda zaczęła gwizdać. Wrócił do kuchni. Zalał kawę. Łyknął raz czy dwa. Oczy trochę lepiej wyjrzały na świat. Spojrzał jeszcze raz w łazienkowe lustro. Tak, zdecydowanie coś było nie w porządku. Co prawda łysina nadal perfidnie manifestowała swoją obecność, jednak jego twarz przypominała teraz... głowę śledzia. W dodatku ten zielony kolor skóry. I te długie czółki zakończone kuleczkami! To było bardzo nie w porządku. Właściwie nic nie mogło racjonalnie wytłumaczyć zaistnienia takiej sytuacji. Przynajmniej tak uważał Sławomir. - Ale z ciebie przystojniak - powiedział spokojnie do swego odbicia. Mimo wszystko wolał powrócić do poprzedniego wyglądu, bardziej akceptowanego przez miejscową ludność. Na razie nie wiedział jak to zrobić. Jako biolog był ciekaw anatomii obecnie posiadanego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pluszak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…