Wróć do katalogu

Bezecne eskapady

intryga w Zawżdymusze.

Robin Goodfellow, opublikowano , 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Bezecne eskapady

Do Zawżdymuchy wprowadziłem się ja czas już jakiś temu. Wioska to zapomniana zarówno przez Pana Boga jak i czarta. Jestem pewien, że gdyby Pana Boga zapytać, czy wie, co słychać w Zawżdymusze, powiedziałby, że on w rewiry szatana nie ingeruje, a szatan spytany o to samo odparłby: „Cóż to, ja mam siwą brodę i białą kiecę, żeby się tymi dyrdymałami przejmować?”. Zatem o Zawżdymusze nie wiedział nikt, a czasem miałem wątpliwości, czy sami mieszkańcy zdają sobie sprawę z własnego istnienia. I chyba tak było najlepiej. W mieścinie nie przydarzało się wiele atrakcji. Owszem – ponoć w 1968 stary Czmychal ganiał po całej wsi prosiaka, który mu uszedł przez dziurę w ogrodzeniu, a w 1989 wyprawiono Wielki Czorny Pochód w reakcji na nagłą, a szokują wiadomość o śmierci Stalina. Ponadto przez Zawżdymuchę przejeżdżały samochody – o tak, statystykę prowadził Dorotkiewicz od 1970 i wychodziło już średnio osiem na rok. Raz był nawet dancing u Sromotowej, ale ukradli jej wtedy dwie bańki na mleko i przejęła wówczas wszystkich taka trwoga, a traumę taką wywołała, że już więcej zabaw nie wyprawiano. Zamieszkiwana była Zawżdymucha głównie już przez ludzi sędziwszego wieku, jako że młodzi przeważnie uciekali, choć nie było to regułą. Śpię sobie tedy pewnego sobotniego ranka i ani myślę wstawać przed 12, a tu jak mi ktoś nie zacznie dudnić w drzwi. Walił jakby grad leciał wielkości piłek golfowych. -Panie! Panie! Chodźże pan! – dochodziło stłumione zza drzwi. Niechybnie Krochmal. Otwarłem. – Panie! Ale się gratka trafiła! Panie, nie uwierzysz! Panie, nowy wikariusz na plebanię przyjechał! Się będzie przyuczał, żeby po proboszczu kościół, panie, wziąć w gospodarkę! Panie! Szczęśliwa godzina! No ale co pan stoisz, gały trzesz? Ubierajże się pan, chodźże go zoczyć! Nie powiem, żeby sprawa mnie nie zainteresowała, bo mimo iż ja jako jedyny opuszczałem dość często Zawżdymuchę, to mentalność jej mieszkańców nie mogła mi się nie udzielić. Narzuciłem wiatrówkę, wciągnąłem spodnie z dresu i poszedłem z Krochmalem, a daleko nie mieliśmy, bo i w Zawżdymusze nigdy nigdzie nie było daleko, a na dodatek mieszkałem vis – à – vis plebani. Tam mrówczyła się już cała kompania. Komitet powitalny zorganizowany został na poczekaniu, ale nie brak wcale było odpowiedniej celebry i nachalności, zwanej „polską gościnnością”. Młody ksiądz na mnie chyba tylko nie zrobił dobrego wrażenia. Prawe oko lekko uciekało mu w bok, włosy miał głupio przycięte, czarne i tłuste. Paznokcie takie plaskate, nieładne, spod sutanny wyłaziły mu adidasy. Wyraz twarzy jakiś dziki i zaszczuty. „Oj, bratku, bratku...”, pomyślałem, ale nie wiedziałem jeszcze dlaczego. Rozliczne niedostatki w całokształcie jegomościa nie przeszkadzały najwyraźniej ani trochę wieśniakom. Stare baby ściskały go, obmacywały, pewno i jak nikt nie widział – łapały za tyłek a chlebem i solą witały. Męska część starszyzny wartko się z nim spoufaliła, zapraszając na kieliszka, to już, nie bacząc jakby na jego powołanie, wzmiankując o tej i tamtej pannie we wsi. Wyraźnie się speszył wikariusz tą napaścią, bo zrobił się czerwony i coś tam przebąkiwał pod nosem, że musi przeprosić, że coś, że proboszcz... A ja stałem nieco z boku, niezwykle kontent. Dobrze mu tak, pomyślałem. Od razu go nie polubiłem. Mi tam nie żal takich zaszczutych gryzoni, w myśl zasady, że każdy ma to, na co się godzi (tę z kolei zasadę zwykłem stosować tak samo jak „niech się dzieje wola nieba...”, czyli w tych wypadkach, kiedy mi to wygodne i na rękę. I tym razem bardzo było na rękę). Obserwowałem jego oblicze wcale uważnie. Po jakimś czasie nic już nie widziałem, poza tą mordą. Ależ pięknie wystraszona, ależ przykładnie speszona! Ha! Rzeczywiście, panie Krochmal, gratka, jakich mało! Ale wtem – cóż śmie mi burzyć mój wspaniały porządek? Nagle ryj jego uspokoił się nieco, przyrumienił, ale tak zdrowo i wykrzywił w czymś, co poczytałem jako uśmiech. Nie może być, pomyślałem. Mówię – niechże tylko spojrzę, co wywołało w tym wraku osobowości taką euforię. Musiałem zatem spuścić go na chwilę z oczu i podążyć za jego wzrokiem. Aaa, panna Iza. Witała go z uśmiechem sielankowym, a przegłupim, wręczając koszyczek z czymś tam. Hm, pomyślałem. „Hm” – mruknąłem. Bratku, bratku, pomyślałem. „Bratku, bratku”, szepnąłem do Krochmala. Wróciłem do domu i zacząłem przemeblowanie. Łóżko poszło spod okna na środek pokoju, a biurko z moją maszyną do pisania, skoroszytami i różnymi innymi rupieciami, bez których bym na wsi nie wytrzymał, powędrowały na jego miejsce. Ja wiele czasu spędzałem pracując, a ten zabieg miał na celu małą inwigilację życia plebani, a właściwie nowego przybysza. I powiem szczerze, że wtedy pojęcia jeszcze nie miałem, co chciałbym osiągnąć i jakimi środkami, ale byłem pewien, że w powietrzu wiszą zdarzenia wartkie a niespodziewane, które wiele odmienią. Pracowałem więc, jak zwykle, mając jednocześnie wszystko na oku. Do niedzieli było całkiem spokojnie, a gdy nadeszła, postanowiłem wybrać się na mszę, a nadziei, że nowicjusz będzie ją celebrował. Nie zawiodłem się. Msza normalna, widać, że już nie jedną w życiu, choć niedługim i marnym, prowadził. Normalna... tak mi się zdawało, póki siedziałem w tylnej ławce. Kiedy jednak poszedłem po komunię i pierwszy raz dokładnie obejrzałem sobie tego dnia delikwenta, zobaczyłem coś niesłychanego i tak nachalnie podejrzanego, szelmowskiego, łotrzykowskiego, że aż dziw, żeśmy go wtedy nie pojmali i samosądem nie uraczyli! Kikut! Zwyczajny kikut, żeby nie rzec: ki – kut! Z łba jego sterczał całkiem obnażony i oficjalnie noszony, a co gorsza – akceptowany i nie przyczesany kikut. Chyba jasnym jest i klarownym, nie budzącym absolutnie żadnych wątpliwości, że był to zwiastun, omen, znak – czy jakby go tam nazwać. Była to zapowiedź tego, co miało nadejść, a nie sposób – zważcie – było się odpowiednio przygotować. Jak przewidywałem, tak się stało. Już w poniedziałek, około godziny 12, patrzę – a tu panna Iza drepce w kiecce pastelowo różowej i w warkoczu starannie plecionym na plebanię. Z koszyczkiem. Zastukała, drzwi się roztworzyły, wylało się z nich nieco mroku. Panna Iza wręczyła osobie w środku koszyczek. Coś tam zaszczebiotała, umizg jakiś odstawiła i podreptała z powrotem. Wtorek. Scenka ta sama. Środa również, czwartek nie pozostał z tyłu. Zawsze o 12 panna Iza zachodziła, drzwi się otwierały, koszyk zabierano. W piątek postanowiłem zacząć działać. Przed 12 wyszedłem na drogę i – niby to od niechcenia – oparłem się o płot. Wiele bym dziewce tej mógł wytknąć, ale punktualnością imponowała. Równo o 12 jej kształt wyłonił się zza zakrętu. Gdy mnie mijała, przemówiłem, patrząc bardziej obok niej, niż na nią, tonem znudzonym, oschłym, nieprzyjaznym. -A panna co? -Hi? – obróciła się do mnie z uśmiechem, choć niepewność wyzierała z jej głupich oczu, bo ktoś śmiał zakłócić jej infantylne, rytmiczne otępienie w skocznym chodzie. -Panna co? – powtórzyłem zirytowany tym widokiem. -Ja do księdza wikarego... – odparła tonem zaskakująco buńczucznym. -Ta, a co tam panna niesie? -To nie dla pana literata. To dla księdza wikariusza... -Ta, a panna wie, że ksiądz wczoraj cały wieczór rzygał, jak nienormalny? – widząc jej święte przerażenie i zdziwienie, dodałem dla smaku – No, wyłaził co chwila i w krzaki chodził rzygać, a ponoć i konfesjonał zarzygał i do chrzcielnicy co – nieco też mu się przytrafiło... W oczach jej głupota zaczęła drżeć ze strachu i poleciały z nich czyste i niesmaczne łzy. -Ale ja tylko tu dla księdza – doskoczyła do mnie z koszykiem, odsłaniając jego zawartość – złote jaja noszę! Ja nic, ja... Dalej już nie potrzebowałem słuchać i patrzyć. Zostawiłem ją rozhisteryzowaną na środku drogi, a sam wróciłem do domu. Mogłem za to w spokoju czekać na niedzielę. Msza bardzo podobna do poprzedniej, tylko kikut bardziej przylizany, choć widać, że rankiem musiał on być ewidentny i niezłą też miał pewno z nim ksiądz przeprawę. Zdecydowałem się wsadzić kolejną dzidę

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych