Wróć do katalogu

bezimienny

opowiadanie napisane dawno temu i trochę długie, ale chyba warto przeczytać :) proszę o komentarze i oceny

the last dragon, opublikowano , 54 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Opowieść ta jest o czasach, gdy po Ziemi chodziły mityczne dziś stwory... O czasach, kiedy nigdy nie mówiono „nigdy" i wszystko mogło się zdarzyć... O czasach, o których nikt nie pamięta, bo nie od tego są, ale nikt też w nie nie wierzy i dlatego nigdy nie powrócą...

Wtedy do pewnej wioski przybyło to, co dziś uważane jest za kwintesencję zła: Diabeł, będący buntownikiem Kosmosu, niezależnym w imperium tyrana, sprzeciwem w jednolitości, dysonansem w uniwersalnej harmonii, osobliwością, tęsknotą za oryginalnością, która choć nie powinna, próbuje zburzyć porządek ustanowiony przez Boga.

Pośród tysiąca innych ze swego rodzaju, żył na tamtej Ziemi człowiek, będący jedynie wątłą trzciną w sercu ogromnego huraganu, lecz człowiek ten nie był zwykły. To właśnie jemu w udziale los przeznaczył ingerować w boskie plany.

Niebieskoskóra istota przybyła niewiadomo skąd i zmierzała ku własnej zgubie, chwytając na swej drodze innych ze ręce, a oni obiecywali jej, że nie puszczą. Ona jako jedyna miała w sercu pamięć o tym, gdzie można spełnić marzenia.

•

Starym światem rządzili Starzy Bogowie. Czasem schodzili na Ziemię, by przyjrzeć się ludziom z bliska, wspomóc, dać radę, ale przybywali też, aby podjąć wyzwanie, czy ukarać tych, którzy nie przestrzegali ich praw, którzy byli im wrogami. Dawni Władcy nie często demonstrowali litość i współczucie, rzadko wykazywali się zrozumieniem dla ludzkich poczynań, lecz spełniali prośby swoich czcicieli, obdarzali ich niezwykłymi darami, pomagali czynić cuda, aby wiedzieli, że nie są sami. Potem nastał Nowy Świat a wraz z nim Nowi Bogowie. Było ich dużo mniej, jednak z łatwością zniszczyli swych poprzedników, choć może nie byli od nich potężniejsi. Omamili ludzi obietnicami łatwiejszego życia, prawami jednakowymi dla wszystkich. Dawali im to, czego w Starym Świecie było tak mało: litość, współczucie; zapewniali o ich miłości. Dawni Władcy nie chcieli pogodzić się z porażką, lecz burzono ich świątynie, niszczono posągi, przestano składać ofiary i zwracać się doń z prośbami... Jednak zmiany nie każdemu się spodobały. Istniał kiedyś bóg zwany Bezimiennym władający Krainą Marzeń. To z jego ust z każdym oddechem wydobywały się tysiące snów, w nich spotykał się z ludźmi. Rozdawał najpiękniejsze dary: podróże po nieznanych światach i odległych czasach. Wtedy nocna dal żyła naprawdę, a przygody w niej przeżywane działy się nie tylko w ludzkich głowach. To tam rodziła się cała magia. Los Bezimiennego był taki sam jak innych - przegrał swoją potyczkę. Został zamknięty w grocie, pośród kwiatów zrodzonych z jego krwi. Legenda głosi, że zamieniono go w marmurowy posąg. Stał z rękoma rozłożonymi w poprzek młodego ciała i twarzą zwróconą ku niebu. W sklepieniu jaskini była szczelina, więc na obliczu boga czasem przemykały się radosne promyki słońca, nocą zaś było przy nim światło księżyca. Pan Krainy Marzeń zabrał ją ze sobą, a Nowi Władcy nie umieli stworzyć nic podobnego. Zresztą z czasem i tak przestali myśleć o ludzkości, a świat objęły w posiadanie mord i zdrada.

•

- Złodziej! Złodzieeeej!!! Gonić złodziejaaaaaaaaaa!!! - w pobliżu straganu z tandetnymi błyskotkami i kolorowymi wstążeczkami zatriumfował głos grubej kobiety, zapewne właścicielki. - Gooooniiiiiić!!! Wokół kramu zrobił się niesamowity tłok - masa, żądna sensacji, napierała na sprzedawczynię, która darła się w niebogłosy. Nikt nie podjął pogoni za złodziejem, każdy wolał sprawdzić, co i komu ukradziono tym razem. Po niedługim czasie pojawili się wojskowi, ale nie było już za kim pędzić: wszystkich ogarnęło tak duże podniecenie, że nie potrafiono przypomnieć sobie wyglądu łotrzyka. Kapitan straży zahuczał coś obelżywego i ruszył w stronę kwatery oficerskiej, a tłum gapiów, doszedłszy do wniosku, iż już nic godnego uwagi się nie wydarzy, począł powracać do swych nudnych zajęć. Kupcy darli się wzajem na siebie, klienci próbowali wytargować niższe ceny, brodaty jegomość zaklął sprośnie, bo przelatujący gołąb przyozdobił mu ubranie, a gdzieś w oddali było słychać płacz dziecka, które najpewniej się zgubiło. O niedawnej sensacji widać szybko zapomniano, nic zresztą dziwnego, bo podczas dni targowych w dużych miastach takie sytuacje należały raczej do normalnych. Potem, wieczorami, siedząc w gospodzie i żłopiąc piwo, lubiano opowiadać sobie, kogo co tym razem spotkało na targu, tak po prostu, dla zabicia czasu. W tawernach plotki rozchodziły się niezwykle szybko a podczas podróży z ucha do ucha nabierały dramatyczności i wielkości na miarę niebywałych wydarzeń i pamiętnych tragedii. Tak więc następnego dnia właścicielka straganu z tandetnymi błyskotkami i kolorowymi wstążeczkami dowiedziała się, że dzień wcześniej, w samo południe, ograbiono jakąś szlachciankę z całego niemal majątku, wyrywając przy tym z uszu złote kolczyki wysadzane brylantami i innymi drogimi klejnotami oraz odcinając dwa palce, z których pierścienie ze smoczej łuski zejść za nic na świecie nie chciały. Gdyby tylko wiedziała, że to ją podniesiono do szlacheckiej rangi, nawet kosztem pary palców i przerwanych uszu, zapewne usnęłaby, nie myśląc o stracie trzydziestu złotych monet i kilku kolorowych tasiemek...

•

Dziewczyna, wystrojona w krótki zielonkawy, nabijany ćwiekami i wyszywany w liściaste wzorki kubraczek w stylu Leśnych Ludów, brązowe sznurowane na bokach spodnie oraz długie, robione z czarnej skóry buty, spiesznie kierowała się w stronę głównej bramy. Przywiązana do pasa sakiewka pobrzękiwała cały czas, co wywoływało uśmiech na twarzy właścicielki. Gdy przechodziła przez bramę, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Za rogiem skręciła w wąską uliczkę, gdzie cuchnęło, jakby zaułek pełnił rolę toalety dla tej części miasta i to od dłuższego czasu, co nie było zresztą dalekie od prawdy. Na drugim skrzyżowaniu skręciła w prawo, potem w lewo, minęła chłopa ciągnącego wóz wypełniony chrustem, zwinnie przeskoczyła kałużę o podejrzliwym zapachu i kolorze, przedarła się przez stadko świń i wolniejszym już krokiem przeszła przez bramę miasta. Podążała Północnym Traktem przez pół godziny, następnie skierowała się w stronę lasu. Świat wokoło cieszył się nadejściem lata. Na drzewach pozostały jeszcze resztki wiosennego kwiecia, pszczoły pracowicie latały to tu, to tam znosząc do swoich siedzib drogocenny nektar. Trawa na łące była soczyście zielona, przetkana żółcią wszechobecnych mleczy i bielą malutkich stokrotek, nad którymi górowały kępy szczawiu. Gdzieniegdzie rzucała się w oczy żywa czerwień maków i lazur bławatków. W pobliżu brzegu rzeki gęsto porośniętego bujną trzciną można było dostrzec błękitne niezapominajki, niewielkie różowe kwiaty rdestu, czuć było zapach mięty. Powierzchnię wody przystrajały ogromne liście grzybienia, duże białe kwiaty wydzielały słodki zapach, złote kaczeńce królowały na płyciźnie. Zaskroniec ledwie dostrzegalny pośród białych, drobniutkich kwiatów włosienicznika, wygrzewał się w popołudniowym słońcu. Pod starą, pokrzywioną olchą, skryta w cieniu liści, trwała w bezruchu siwa czapla, od dłuższego czasu wypatrująca pożywienia. Nagle płynnym i szybkim ruchem schwyciła mała płotkę. Nie przestraszyło to reszty zwierząt. Pochowane gdzieś w trawach żaby kontynuowały swój głośny koncert wespół z niebieskimi zimorodkami, wychylającymi się nieśmiało ze swych korytarzyków. Dzikie kaczki co chwila wypływały z trzcin po to tylko, aby za niedługo powrócić do swojej kryjówki. Dwa czarne łabędzie od dłuższego czasu kontemplowały swoje oblicza, jakby spotkały się po raz pierwszy. Brązowe wydry radośnie pluskały się w chłodnej wodzie, co chwila próbując złapać goniące za sobą ciemnoniebieskie ważki. Nieopodal skraju lasu, w cieniu ogromnego, starego dębu pasła się pstrokata klacz. Długa szarawa grzywa powiewała na wietrze. W dziupli ukryte było siodło i reszta końskiego rzędu. Leżał tam też czarny ćwiekowany białym srebrem pas, do którego przypięte były dwie pochwy stanowiące zapewne komplet. Wystawały z nich doskonale zdobione rękojeści. Jedna, różowa, inkrustowana kością słoniową z jelcem zrobionym z tego samego materiału, miała głownię zakończoną krwistoczerwonym rubinem, w środku którego znajdował się pięknie rozkwitły, niewielki kwiat róży. Druga była nieco uboższa, ale równie subtelna, wykonana z ciemnego metalu, upiększona delikatnym, liściastym wzorkiem oplatającym gardę, gdzie pośrodku tkwił precyzyjnie oszlifowany kamień o opałowym odcieniu. W jamie schowany był jeszcze mały sztylecik z płaskim, obosiecznym ostrzem, pokrytym wyrazistym motywem oraz jelcem wykrzywionym na końcach w małe równoległe do klingi szpice oraz długi, mahoniowy łuk z kołczanem strzał. Dziewczyna najpierw osiodłała swego wierzchowca, następnie przywiązała do tylniego łęku koc i wsunęła pod niego miecze wraz z łukiem. Sztylet skryła w cholewie buta a kołczan zawiązała i przewiesiła przez plecy. Rozejrzała się ostatni raz po okolicy. Słońce chyliło się ku zachodowi, po różowo-pomarańczowym niebie wędrowały puszyste, lekko fioletowe chmury. Miasto z oddali wydawało się bardzo małe. Przybrudzone, na wpół drewniane, na wpół kamienne mury wyraźnie rysowały się na błękitnawym tle. Ledwo docierał tu miejski gwar, za to całkiem wyraźny był stukot końskich kopyt i turkot kół kupieckich wozów, które kamiennym gościńcem kierowały się do swoich domów, gdzie czekały stęsknione żony i dzieci. W tym roku targi były wyjątkowo udane i nader spokojne. Gród obniżył myto i z tej okazji przybyło więcej handlarzy niż zwykle, dzięki czemu miejski skarbczyk wypełnił się niemal po brzegi złotem, przy czym najęto dodatkowe straże oraz posłano piękny i wartościowy kuferek pełen kosztowności do Leśnego Króla, by jego Księżycowi Wojownicy przez tydzień strzegli traktu, umożliwiając w ten sposób bezpieczny powrót kupcom do ich miejscowości. Oczywiście straże nigdy nie mogły upilnować wszystkiego i mająca w mieście siedzibę złodziejska gildia też pomnożyła swój majątek. Wydarzyła się tylko jedna wielka katastrofa. Otóż przed laty w grodzie osiedlił się mężny wojownik, teraz zaś ceniony kowal i płatnerz. Wieść o tym rozniosła się szybko po całej krainie. Z okazji targów przybyło wielu możnych, pragnących złożyć zamówienia u mistrza młota i kowadła. Był między nimi bogaty szlachcic, który zapragnął, aby zrobiono mu pas do dwóch wspaniałych mieczy. Pierwszym było legendarne Ostrze Róż, stworzone przez jednego z Panów Starego Świata. Drugi, podobno równie wartościowy, zwany Błękitnym Cieniem, posiadał niezwykłe magiczne właściwości. Szlachcic zostawił kowalowi oba miecze oraz zatrudnił pół garnizonu do strzeżenia swego majątku. Wszystko odbywało się potajemnie, podjęto najwyższe środki bezpieczeństwa, a mimo to obydwa ostrza razem z pasem zniknęły i nikt nie wiedział jak. Całe miasto przeszukano kilka razy i nie znaleziono nic, co mogłoby stanowić jakąkolwiek wskazówkę. Szlachcic poszedł nawet prosić o pomoc magów, lecz ci nie mogli nic wskórać, albowiem broń okazała się odporna na magię wykrywającą. Wszystko wskazywało na to, że miecze przepadły bezpowrotnie. Dziewczyna dosiadła swej klaczy i skrajem lasu ruszyła galopem ku zachodzącemu słońcu. Na jej twarzy malował się uśmiech. Tak, w tym roku targi były wyjątkowo udane...

•

Złe nadal biegło szybko, choć trzeba przyznać, że już coraz wolniej, a las wcale się nie zbliżał. Długi płaszcz plątał się miedzy nogami, przeszkadzał, zawadzał. Ziemia wydawała się jeszcze bardziej nierówna i wroga, słońce parzyło niemiłosiernie, tchu brakowało, plecak z każdym krokiem był coraz cięższy, krzyki z oddali dało się już zrozumieć, a upragniony, ciemny rząd drzew był ciągle daleko. Złe bystro zerknęło do tyłu. Do czego to doszło? Ścigali je brudni chłopi w portkach powiązanych na rzemyki, poprzecieranych koszulinach, w jakiś dziwacznych słomianych kapeluszach. Każdy z nich dzierżył w rękach kosę. Gwoli urozmaicenia w grupce gdzieniegdzie połyskiwały widełki. Za chłopami wlekła się reszta wsi, co bogatsze baby targały patelnie i duże miedziane łychy. Niektóre dzieci ściskały w swych malutkich rączkach powiązane na krzyż patyki, odgrywające w ich wyobraźni rolę oręża dzielnych wojowników. Fantazje Złego nie dotyczyły błędnych rycerzy, za to miało ono przed oczami ostro zakończony drewniany pal tkwiący pośrodku wsi, ociekający czerwoną posoką, na który to nabite było zmaltretowane torturami ciało. Gdyby nie fakt, iż w tej chwili przebywało w małej ludzkiej osadce, nic nie stanowiłoby problemu, jednakże z powodu przeciążenia wejście do Piekieł tymczasowo zamknięto i Złe siedziało w wiosce już drugi tydzień. Czekało. Wszystko było ładne i piękne, dopóki jakiś nad podziw rozgarnięty i bystry wieśniak nie doszedł do wniosku, jakoby postać, którą co wieczór można spotkać w gospodzie, była dość podejrzana i nie obwieścił tej niezwykle genialnej myśli swoim kompanom, pośród których był sołtys. Tenże z kolei, wykazując się niebywałą szybkością kojarzenia faktów, doszedł do wniosku, że mają pod nosem magika i inkwizycja sowicie im wynagrodzi, jeśli znajdzie go w swoich lochach. Teraz zaś Złe biegło mając za plecami całą wieś, na dodatek uzbrojoną, a las wciąż był niebezpiecznie daleko. Niby kilku nędznych chłopów nie powinno stanowić problemu, ale przecież to nie była normalna sytuacja – Złe było wyczerpane. Tu potrzebny był cud, a na to stanowczo nie starczyłoby energii, ewentualnie mógłby się pojawić jakiś koń, to niechybnie wspomogłoby ucieczkę, jednakże takowego chwilowo pod ręką nie stało. Można w razie czego spróbować ucieczki na bydle rogatym, choć wszystko wskazywało na to, że takie środki lokomocyjne na polach za siołem nie parkowały. Nagle ziemia zderzyła się z czołem Złego. Okazało się, że w najmniej odpowiedniej po temu chwili na obranej trasie pojawił się niedbale wystający z ziemi korzeń, który spowodował bolesny upadek. Wszystko stało się tak gwałtownie, że Złe zrazu nie wiedziało, co zaszło i dlaczego gryzie ziemię miast biec do zbawczego lasu. Ból w kostce uświadomił, gdzie mniej więcej należy szukać przyczyny niezbyt pomyślnego stanu ucieczki. Nim zdołało cokolwiek wymyślić, otoczył je wianuszek zziajanych, cuchnących osobników, palących złowrogim wzrokiem, w którym dało się wyczytać nieposkromioną chęć mordu. Ociekający potem, gruby wieśniak podszedł i z pogardliwym wyrazem twarzy ściągnął z głowy Złego kaptur. Niespodzianie zrobiło się jakoś niezręcznie cicho. Wszyscy mieli szeroko otwarte oczy i usta. „Chociaż lepiej by było, jakby je pozamykali" - pomyślała przyczyna ogólnego zdziwienia. - Diaboł... - wyszeptał ledwie dosłyszalnym głosem ten, który zdjął Złemu nakrycie. - No nie zupełnie - dźwięczny głos wzbił się kpiąco w powietrze - raczej diablica. Postać wypowiadająca te słowa miała niezwykle jasną, niemal białą cerę, która silnie kontrastowała z długimi, ogniście rudymi lokami, swobodnie opadającymi na ramiona, jednak najbardziej przyciągały wzrok ogromne, migdałowe oczy o kocich źrenicach wyglądające z wytatuowanej w jakieś tajemnicze wzory twarzy. I oczywiście niewielkie czarne różki wystające zza uszu. - Psze pana sołtysa, a jak Szanowny Inkwizytor ostatnio był we wiosce, to powiedział, że złe tępić, co się natomiast jakiego nagłego pogromu tyczy, ścierwo zabitego jemu dostarczyć - da tyle złota ile ważyć będzie... - wyrecytował jednym tchem pryszczaty wyrostek niedwuznaczne ściskając w ręku duży kij. Na obliczu siedzącej pośród gęstych traw dziewczyny pojawiły się małe kropelki srebrzystego potu, jednak nikt nie zdołał ich dostrzec, bo szybko schowały się za kołnierzem mocno przybrudzonego płaszcza. - Zabijmy ognistą potworę! - krzyknął jeden z chłopów stojących naprzeciw zarządcy osady. - No... y... to se zabijajcie... ja... Ja zostawiłem siekierę w domu, a wy, widzę, dzierżycie w ręku pokaźne młocisko, do dzieła! Wieśniak z obijakiem w ręku stanął naprzeciw Złego. Nie odważył się spojrzeć mu w oczy. Ścisnął swój oręż obiema dłońmi i uniósł nad głowę. Towarzystwo wokoło znów umilkło. Diablica zamknęła oczy, ot, choćby dla pozoru, nie mogła, więc widzieć napiętych mięśni człowieka stojącego przed nią, ani kąpiącego się na jego mokrej skórze słońca. Starała się nie bać, lecz nie była w stanie opanować drżenia nagle spoconych dłoni. Tłumek zamilkł w oczekiwaniu widowiska, a ona słyszała jedynie piękny śpiew słowika unoszący się nad soczyście zieloną łąką i stukot końskich kopyt... I krótki świst. Zrobiło się jeszcze bardziej cicho niż przed chwilą, choć wydawało się to niemożliwe. Oczekiwany cios nie nadchodził, za to wyraźniejsze stawało się równomierne dudnienie. Postanowiła zaryzykować i otworzyć oczy. To, co ujrzała, było co najmniej dziwne. Wszyscy spoglądali w dal gdzieś za nią, a u stóp klęczał chłop z młotem w dłoni. Z jego potężnej piersi wystawała idealnie prosta czarna strzała, zaś z otworu, jaki w swym celu wywierciła, wolniutko płynęła stróżka szkarłatnej cieczy. Oczy miał zaszklone, jakby nie do końca świadom tego, co zaszło, jego otwarte usta mogły świadczyć o zaskoczeniu, lecz nikt nigdy nie miał się tego dowiedzieć, bowiem niedoszły kat padł na twarz przed swą ofiarą i już nigdy więcej nie powstał. Dziewczyna wolno odwróciła się. Ujrzała szybko pędzącą, nakrapianą klacz, niosącą długowłosego jeźdźca w ciemnej, łopoczącej w pędzie pelerynie. Wyciągał rękę, jakby chciał coś chwycić. Diablica niepewnie wstała. Chwilę potem pstra kobyłka kłusowała w stronę lasu dźwigając na grzbiecie dwójkę jeźdźców.

•

W lesie panował półmrok. Stare sękate drzewa łagodnie kiwały się wprawiając w radosny pląs małe świetliste plamki. Długie liany co jakiś czas zagradzały drogę, dając do zrozumienia, że dawno tędy nikt nie przejeżdżał. Mimo to istoty zamieszkujące las wcale nie wydawały się zatrwożone widokiem konia i istot dosiadających go. Ogromne, niebieskie motyle prawie cały czas towarzyszyły podróżnikom, latając naokoło i gubiąc świecący, złoty pyłek. Tkwiące na gałęziach ciemnofioletowe, pokryte drobniutką, odbijającą światło łuską stworzonka o czarnych, paciorkowatych ślepkach zalecały się do siebie, nucąc radosne melodyjki i rozkładając barwne różowo-niebieskie skrzydełka. Między kępami osobliwych paproci przemknęło zwierzę przypominające wyglądem tygrysa, tyle że jego sierść była całkiem biała, a z boków wyrastały olbrzymie, śnieżne skrzydła. Paszcza wyposażona została w parę długich, ostrych niczym groty strzał, spływających jadem kłów. Lawendowe oczy nie uznały za stosowne przyglądać się dziwnym jak na to miejsce podróżnikom, za to dwa trójkątne, żółte paciorki, owinięte czernią, panującą w dziupli, gdzie się ukryły, bacznie ich obserwowały. Jeden z bławatkowych motyli przysiadł na złocistym, ogromnym kwiecie, przywodzącym nieznacznie na myśl storczyk. Roślina wykonała nieudany unik, po czym głośno kichnęła, a owad, zrezygnowawszy, skierował się gdzieś między drzewa. Niespodzianie zaroiło się od świecących komarów i zębatych jętek - niewątpliwy znak, ze podróżni znaleźli się w pobliżu wody. Lekka, prawie niewidoczna, szarawa mgła potwierdziła przypuszczenia. Nadszedł czas na postój. Chłopi na pewno już zaprzestali pogoni, nie odważyliby się wejść do Dzikiej Puszczy.

•

Diablica, zrzuciwszy opończę, podbiegła do brzegu płytkiego jeziorka o przezroczystej wodzie i na długi czas zanurzyła w nim głowę. - Przecież to magiczne źródło... - zaczęła z lekkim zdziwieniem właścicielka kobyłki, -więc... - Więc co? - No... Nigdy nie wiadomo, jakie skutki może mieć magiczna woda, jeśli chodzi o działanie na istoty żywe, chyba, że coś je chroni... - Tak, ale dotyczy to tylko tych niemagicznych, a ja do takich nie należę. Ty też nie powinnaś się obawiać, przecież masz dwa całkiem niezłe miecze, jako ich posiadaczka bez obaw możesz wziąć kąpiel pod wodospadem... - Skąd wiesz o broni? Dlaczego grzebiesz w moich rzeczach? - Nie grzebię, po prostu wyczuwam twoją broń. Wiem, wiem - ma osłonę magiczną, ale nie dla każdego. Powiedzmy, że twoja własność jest inteligentna, chowa się tylko przed tymi, którzy chcą ja znaleźć, ewentualnie stanowią zagrożenie, reszta jest bez znaczenia, a skoro tak, to po cóż się kryć? Oczywiście, gdybym była „zwykła", nie wyczułabym ich magii. - Skoro umie unikać tych, którzy chcą ją znaleźć, to dlaczego nie schowała się przede mną? - Widocznie odpowiadało jej twoje towarzystwo, a swoja drogą, to z jakiegoż powodu miałaby stać się niewidoczna dla twoich oczu? Czyżbyś nabyła ją... hmm... nielegalnie? -Nutka ironii wzbiła się w niebo. - Całkowicie legalnie, miecze leżały sobie samotnie w opuszczonym ciemnym pokoju... na brudnym stole, pośród odpadków... grzechem byłoby je tam zostawić. - Twarz dziewczyny przybrała niewinny wyraz, a kąciki ust lekko uniosły się ku górze. - Ach... chyba, że tak, zupełnie legalnie... - piekielne stworzenie odwzajemniło uśmiech - wobec tego już wiem, czemu mnie uratowałaś, one cię przysłały. W tym momencie obydwie pary oczu skierowały się na kępę krzaków, gdzie najwyraźniej coś zaszeleściło. - Ale słuch, jak na człowieka, to ty masz całkiem niezły - wyszeptała diablica. Dziewczyna z uśmiechem skoczyła do konia, chwyciła łuk i wycelowała w gąszcz. - Jeśli chcesz żyć, to lepiej wyłaź - głos nagle stał się zimny i nic nie wskazywało, by kłamał. Gęstwina wydała odgłos łamanych gałęzi i po chwili niezdecydowanym, ostrożnym krokiem wyszła z nich niebieskoskóra i białowłosa osoba płci pięknej, przyodziana w zielonkawy skąpy strój z brunatną torbą przewieszoną przez ramię. - Nimfa?! - z gardeł dwóch towarzyszek dobyło się coś jakby zdumienie. Zapadło przedłużające się milczenie. Wreszcie nimfa postanowiła przemówić. - W sumie, to niezupełnie. Maja matka należała do Plemienia Żywiołów, ale ojciec pochodził z Leśnych Ludów. A jeśli wolno mi zapytać, to co robicie w Dzikiej Puszczy? Jak dla was, to jest tu całkiem niebezpiecznie, człowieka to jeszcze zrozumiem, ale co tu robi anioł? - Na dodatek gada we wspólnym! - człowiek zdawał się nic nie rozumieć. - Jaki anioł? - diablicy nie spodobało się nowe określenie. - Gdzie ty tu anioła widzisz? - A niby kim, u diabła, jesteś? - zapytała nimfa. - U diabła? Zależy, u którego. Jeśli chodzi o Pana Piekieł, to nie jestem nikim, kto by się wyróżniał, ot kolejna sługa, zaś u ostatniego pracodawcy pełniłam funkcję szpiega. Nie wydaje mi się, bym była aniołem, choćby ze względu na rogi, jeśli dowód jest niewystarczający, to poświadczyć może mój charakter. Żeby nie przyszło ci do głowy zwracać się do mnie per „janiołek”, to na imię mam Suzieque, ale możesz też mówić Del. - Jak chcesz, kiedyś się przekonasz, kto miał rację. - A ty co właściwie robisz w tych okolicach, nie jestem zbyt dobra w geografii, lecz wydawało mi się, że Plemię Żywiołów mieszka po drugiej strome gór... - złodziejka odzyskała mowę. - No, bo mieszka, ale ja do niego nie należę, jak powiedziałam, mój ojciec pochodzi z Leśnych Ludów, matka umarła przy porodzie i odkąd pamiętam mieszkałam z nim. Szczep nimf najprawdopodobniej nic nie wie o moim istnieniu. - Leśne Ludy w tej części puszczy bywają rzadko - orzekła sarkastycznie diablica. - Nie wiem. bardzo możliwe. - Zatem co tu robisz? - Szukam.. .Czarodziejskiej Groty Szatański pomiot wybuchnął gromkim śmiechem, człowiek zaś obdarzył nimfę spojrzeniem mówiącym „tego już za wiele". - I tak właściwie, to, jeśli oczywiście nie macie nic lepszego do roboty, mogłybyście mi pomóc... - W szukaniu czegoś, co nie istnieje? - Złe ledwo było w stanie mówić przez łzy. - Istnieje. Mam mapę. - wyjęła wymięty, zżółkły kawałek papieru, na którym zaznaczona była ledwo już widoczna trasa przez las, prócz tego naokoło zapisano runami wiele zaklęć ochronnych. - Chociaż w sumie ten arkusz to żaden dowód, zakładam, że dobrze znacie legendę. - Odwróciła się od swoich rozmówczyń i bez pośpiechu zaczęła rozsznurowywać bluzkę. Na niebieskich jak firmament plecach, pod lewa łopatką, gdzieś w okolicach serca widniało szare znamię w kształcie kwiatu. Na rękach i nogach nimfy nagle pojawiły się oplatające je popielate łodyżki i listki. - Teraz mi wierzycie? - A po co tej Czarodziejskiej Groty szukasz? - z obawą w głosie zapytała złodziejka. - Żeby uwolnić Bezimiennego oczywiście. - Oczywiście. Ja się w nic nowego nie pakuje, mam dość własnych problemów - stwierdził człowiek. - A ja mogę ci pomóc.- diablica obrzuciła zjadliwym spojrzeniem swą wybawicielkę.

•

Po lewej stronie gościńca, pośród rzadkiej jeszcze puszczy wiła się biała, ledwo widoczna, marmurowa dróżka, którą nikt nie chodził. Żaden człowiek nie pamiętał, kiedy ją zbudowano i czemu miała służyć, jednakże czas nie zdołał odcisnąć na niej swego piętna. Wokół leżało mnóstwo zwalonych, przegniłych pni wiekowych drzew, poległych pod rządami nie znającej współczucia natury, ziemię pokrywała gruba warstwa niemal zupełnie rozłożonych liści wielorakich rodzajów, ale dróżka była całkowicie wolna od jakiejkolwiek materii. Nie porosła jej trawa ani mech, nie znalazłby się tam nawet jeden kamyczek. Im dalej podążało się szlakiem, tym bardziej niesamowity wygląd przybierał świat. Wszystko wyłaniało się z na początku jeszcze rzadkiej, jakby niezdecydowanej mgiełki, która u krańca drogi objęła w posiadanie całą okolicę, sprawiając, że dla oczu dostępna była jedynie niewielka ledwo widoczna szczelina biegnąca wzdłuż skalnej ściany, prowadząca zapewne w głąb groty. Podążając ciemnymi korytarzami docierało się w końcu do jaskini. Wzrok wchodzącego do środka musiał paść na placyk pokryty kupką szarego pyłu. Wyzierał zeń ogromny posąg pięknego mężczyzny, odzianego jedynie w długą pelerynę z kapturem naciągniętym na twarz tak, że nie można było jej w żaden sposób dostrzec. Stał z głową zwróconą w niebo i rękoma rozłożonymi w poprzek młodego ciała. Z daleka wyglądał niczym krzyż. Z kopczyka, przykrywającego stopy rzeźby, wyrastały najpiękniejsze na świecie kwiaty o drobnych, srebrnych liściach i delikatnym, platynowym kwieciu. Legenda głosiła, że to bezimienny bóg - Władca Snów i Marzeń, zaklęty w kamień, góruje w tak bardzo ukochanej przezeń samotności nad swym bezbrzeżnym smutkiem. Podobno nikt nigdy nie odnalazł jaskimi zwanej przez wtajemniczonych Czarodziejską Grotą, lecz fauny tańczące o zachodzie słońca po Dzikiej Puszczy śpiewały smutną pieśń o ich pokonanym przyjacielu. Początek powiadał, że trzysta lat temu przybył na te ziemie nieznany bóg. Zgładził on tutejszych Panów Świata i zasiadł samotnie na tronie tej krainy. Jeden z pokonanego rodu nic nie wiedział o pogromie - przebywał w gościnie u stworzeń lasu, a gdy powrócił do boskiego pałacu, zastał na jego miejscu dymiące zgliszcza i ruiny. Zrozpaczony nie wiedział, co uczynić, jak odzyskać braci. Gdy klęczał u progu swego domostwa, a z jego oczu spływały kryształowe krople, przyszedł Nowy Bóg i ciął go swym mieczem. Szara krew ściekała na perełki czystych łez. Raniony upadł na twarz. Potem natomiast został zamieniony przez swego oprawcę w marmurowy posąg i zamknięty w nie odkrytej przez nikogo pieczarze schowanej pośród magicznych lasów. Dobra wróżka pozbierała boskie łezki i poleciała z nimi do więzienia Władcy Snów, rozrzuciła je u jego stóp, na szarym popiele…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych