Wróć do katalogu

Bezsenność

3:12. Znów nie mogę zasnąć. Może to dziwne, ale o tej godzinie za moim oknem śpiewają ptaki. No w sumie to jeden ptak. Pewnie jakiś pisklak w gnieździe na drzewie obok… Nie lubię tego odgłosu – kojarzy mi się z wczesnym rankiem, a to z kole

podniecona_zakonnicaopublikowano 27 kwietnia 200514 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

3:12. Znów nie mogę zasnąć. Może to dziwne, ale o tej godzinie za moim oknem śpiewają ptaki. No w sumie to jeden ptak. Pewnie jakiś pisklak w gnieździe na drzewie obok… Nie lubię tego odgłosu – kojarzy mi się z wczesnym rankiem, a to z kolei nigdy nie była moja ulubiona pora dnia. W radiu leci to samo co wczoraj, przedwczoraj... Wstaję, otwieram szeroko okno i wdycham wiosenne, lodowate powietrze. W nocy z niedzieli na poniedziałek nie jeżdżą samochody. Wszyscy śpią, miasto jest jakby wymarłe. W okolicznych oknach nie świecą się światła, nie ma nawet niebieskiej poświaty telewizyjnych ekranów. W noc taką jak ta czuję się sama. Jedna, jedyna na całym świecie, która nie może spać. Ta samotność aż boli, rozrywa od środka. Jedynym lekarstwem jest głos innego człowieka. Choćby ciche „dobranoc”, znak, że jest ktoś jeszcze. Ale nikt nie zadzwoni. Ja także do nikogo nie zadzwonię, bo samotność sama w sobie jest upokarzająca, a żebranie o uczucia… Kładę się do łóżka, choć doskonale wiem, że czas płynie jeszcze wolniej, gdy się czeka na sen. Wtedy, jak na zawołanie słyszę ją. Tuż za ścianą, zapala starą lampę z żółtym abażurem, odsuwa krzesło od ciężkiego, dębowego biurka, siada. Oczami wyobraźni widzę nawet kubek z parującą herbatą, który stawia obok pliku czystych kartek. Gdy następuje chwila ciszy, wiem że zdejmuje skórzany pokrowiec ze swojego narzędzia pracy. A później, przez wiele, wiele godzin jednostajny stukot klawiszy starej maszyny do pisania. To pani Jadwiga, moja sąsiadka. Od kiedy tylko pamiętam jej praca usypiała mnie. Zawsze tak jakoś się składało, że natchnienie nachodziło ją wtedy, gdy najbardziej potrzebowałam usypiającego dźwięku towarzyszącemu przelewaniu myśli na papier. Potrafiła tak pisać do późnych godzin nocnych, nawet do następnego ranka robiąc sobie przerwy jedynie na posiłki i rozprostowanie starych kości. Pani Jadwiga jest w wieku mojej babci, może nawet troszeczkę starsza. Mieszka sama, czasami odwiedzają ją koleżanki, często urządza w swoim małym mieszkaniu wieczorki brydżowe. No i oczywiście zaprasza wszystkich przyjaciół, gdy czyta swoje nowe opowiadania. Ale to ja pierwsza mam zaszczyt usłyszeć historie, które spisuje. Wtedy są one jeszcze nieoszlifowane, bardziej w formie roboczej, tak jakby starsza pani chciała zapisać wszystkie myśli przelatujące jej przez głowę w danym momencie. *** Tak naprawdę nie wiem kiedy się zaprzyjaźniłyśmy – możliwe, że wtedy, gdy po raz pierwszy płakałam przez swojego ówczesnego chłopaka. W poszukiwaniu samotności wyszłam na klatkę schodową, godzina była dość późna, a pani Jadwiga wracała akurat ze spaceru z psem. Uśmiechnęła się do mnie serdecznie i zaprosiła na uspokajającą herbatę. Wtedy, oprócz rozmowy i otuchy, podarowała mi także kilka swoich opowiadań. Przeczytałam je jeszcze tej samej nocy. Były dziwne. Pełne uczuć, spełnienia, szczęścia i, co najważniejsze, opowiadały o momentach, w których umiera nadzieja. Z czystej ciekawości spytałam jej ostatnio, dlaczego żadne z opowiadań nie kończy się szczęśliwie. - Bo widzisz, Renatko, myślałam, że jeśli wymyślę i spiszę wszystko, co najgorsze, nie będzie już gorszych wypadków. Wszystko szło po mojej myśli, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że nie opisałam jednej sytuacji. Tej najgorszej, której najbardziej się bałam. I cóż się okazało? Że właśnie ona mnie spotkała… - zamknęła swoje jasne, żywe oczy, które otoczone niezliczoną ilością zmarszczek. Ja natomiast zastygłam w bezruchu z ciekawości i jakiegoś strachu. Skoro napisała o śmierci „drugiej połowy”, o zdradach, o sytuacjach i wypadkach, które skutecznie uniemożliwiają szczęście, to co gorszego mogło spotkać ją w życiu? – Tak się złożyło – kontynuowała – że nigdy nie pisałam o samotności. A teraz widzisz, nie ma przy mnie męża, dzieci… nikogo, kogo mogłabym nazwać rodziną z krwi i kości. - Przecież ma pani przyjaciół, znajomych… miłość, jak sama pani pisała, jest na wyciągnięcie ręki… - Tak, pisałam. Ale moje ręce nie są już tak sprawne jak kiedyś... – spojrzała jakby z obrzydzeniem na swoje stare palce. - …moje oczy nie widzą już tak, jak powinny. Mój umysł, a razem z nim i ja, żyje w świecie fantazji. Powrót do realnego świata byłby dla mnie śmiertelny. - Co też pani mówi…! – oburzyłam się – Pani tu jest, opisuje dokładnie, to co widzi! Jest pani inteligentna, wykształcona… przecież to się najbardziej liczy w życiu. Przynajmniej wszyscy tak mówią. - Może to niepedagogiczne, ale powiem ci, kochana, że to, jak wy mówicie, gówno prawda. – pociągnęła łyk kawy ze swojej filiżanki – Inteligencja, wyobraźnia, nadzieja… to wszystko przeszkadza w życiu. Zwłaszcza jeśli występuje w pakiecie. Wtedy zawsze gdzieś na dnie świadomości kiełkuje myśl, że może być gdzieś coś więcej, niż to, co masz teraz. Rośnie sobie powoli takie przeświadczenie, aż w końcu dasz sobie za nie ręce poucinać. I następuje koniec. A czas ucieka. I tak naprawdę nigdy nie znajdujesz tego, czego szukasz. Chociaż może to tylko mnie się przytrafiło. – uśmiechnęła się ironicznie – Złe zakończenia dają mi jakąś siłę, dzięki której próbuje nie żałować straconego czasu. Każda z tych historii mogła przytrafić się mnie… - Nie wierzę pani. – odpowiedziałam spokojnie zbierając swoje rzeczy ze starej, już lekko podniszczonej kanapy – Pani najbardziej powinna wierzyć w to, że lepszy jest jeden dzień, ba! – choćby godzina ulotnego szczęścia, bliskości z tą jedną, najważniejszą osobą, niż bezpieczna samotność i wieczna tęsknota…! Przecież pani wie, jak to jest... żeby móc opisać miłość, jakąkolwiek, trzeba ją przeżyć. - Jeśli przeżyło się miłość, nie opisuje się jej. To świętokradztwo. W żadnym ludzkim języku nie ma słów, które mogłyby ją przedstawić. Choćby w najmniejszym stopniu… - zamilkła patrząc wymownie na moją naburmuszoną minę. Ja rzuciłam tylko „do widzenia” i wyszłam. *** 4:10. Wczoraj o tej porze… matko… W tym pokoju wszystko mi go przypomina. Wszędzie. Zawsze. Nie chcę, żeby tak było. Poduszka znów wilgotna, tym razem od łez, wczoraj… Nie mogę o tym myśleć. Kosmos. Gwiazdy. Widziałam je z bliska. Byłam jedną z nich. Wybuch supernowej. Właśnie tak można określić, to co miało miejsce w tym łóżku. Wczoraj. Był tutaj. Spał obok. Zawsze mi się wydawało, że wyspać mogę się tylko i wyłącznie w swoim starym pokoju, w mieszkaniu w innym mieście, z którego przeprowadziliśmy się kilkanaście lat temu. Teraz sen, zasłużony, przychodzi tylko gdy on jest obok. Gdy wiem, że po otwarciu oczu zobaczę jego oczy, wpatrzone w moje ciało. Gdy jego dłoń będzie na wyciągnięcie mojej dłoni, gdy poczuję równomierny oddech na karku. Dopiero wtedy zasnę spokojnie, bez strachu o jutro, bez problemu,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych