Wróć do katalogu

BIAŁY LEW

... stanowi śmiertelne zagrożenie dla stada, dlatego musi umrzeć

Brian, opublikowano , 16 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

BIAŁY LEW

1. - Raz na kilkadziesiąt tysięcy razy rodzi się biały lew. Na skutek wady genetycznej jego skórze brakuje pigmentu i dlatego jego sierść jest zupełnie biała. Mówi się o nim lew albinos, ale niesłusznie. Gen recesywny obojga rodziców… – głos lektora był beznamiętny. Po prostu kolejna ciekawostka ze świata zwierząt. Głosy lektorów zawsze są beznamiętne. Nikt nie zwraca na to uwagi, ale gdyby posłuchać ich bez patrzenia na film, to byłyby wręcz beznamiętnie śmieszne. Hania gapiła się w telewizor. Wieczorami, kiedy siadał do klejenia swoich wiatraczków, jak często nazywała z politowaniem jego pasję, siadała przed telewizorem i włączała National Geographic albo Animal Planet. Nigdy nie sprawdzała w programie, co właśnie jest nadawane. Po prostu włączała telewizor i, jeśli ją zainteresował program, oglądała go do końca. Nie czuła potrzeby oglądania od początku. Nie mógł tego zrozumieć, a ona nie pozostawała mu dłużna. Od kilkunastu lat siadał wieczorami i kleił modele okrętów. Był w tym dobry. Dobry przez duże „d”. Dobry na poziomie europejskim. Dwa lata temu dostał drugą nagrodę na międzynarodowej wystawie modeli za swoją „Arizonę” – słynną, bo zatopioną przez Japończyków przy wejściu do portu w Pearl Harbour. Ale Arizona to nie było jego główne osiągnięcie. Teraz przygotowywał model francuskiego pancernika przeciwlotniczego De Grasse. Teraz, czyli przez wiele ostatnich wieczorów. Siadał około dziewiętnastej i siedział tak do północy, albo dłużej. Właściwie codziennie. I tak od czternastu lat, kiedy kupił plany okrętu…

Siedzieli tak, i żadne z nich nie rozumiało, dlaczego drugie zachowuje się w taki dziwaczny sposób.

- Białe lwiątko jest zagrożeniem dla stada… – ciągnął lektor. Na ekranie mokry jeszcze, dopiero co narodzony, biały lewek nieporadnie próbował wstać. Hania spojrzała na Tomka. To wszystko twoja wina, pomyślała, wszystko przez ciebie. Wiedziała, że to nieprawda i czuła, że wcześniej czy później będzie musiała się do tego przyznać przed samą sobą. I ta świadomość bardzo jej się nie podobała. Tomek piłował maluteńki drewniany element. Ma tłuste włosy, pomyślała. I dziurę. Ma dziurę w koszulce pod pachą. Ciekawe czy o tym wie?

- … nie ma piaskowego koloru lwiej sierści, dlatego jest widoczny z daleka w wyschniętych trawach sawanny… Nie lubiła jego zapachu. Uświadomiła sobie to ostatnio. Niby wszystko było w porządku, ale nie lubiła, gdy przytulał się do niej. Jego zapach był... drażnił, po prostu drażnił.

Od roku, może dwóch, sama nie potrafiła przypomnieć sobie od kiedy, unikała seksu. Szukała pretekstu, żeby nie ranić Tomka, a on nie rozumiejąc, starał się być miły i czuły. Cała magia między nimi gdzieś się zapodziała. A właściwie najpierw straciła intensywność kolorów, które wyblakły z czasem w pożółkłą sepię i jak stare zdjęcie stało się pamiątką, a nie wspomnieniem. Zamiast podniecenia czuła… poczucie winy. Seks stał się dla niej pewną niedogodnością, jak prasowanie czy odkurzanie. Powinno się to robić od czasu do czasu, więc się robi, ale nie wzbudza to żadnych poważniejszych emocji. Może tylko ulgę, gdy jest już po, że… jest już po. Udawała senność, odwracała jego uwagę, a on nigdy nie naciskał. Jakby chciał powiedzieć „ok, tylko sprawdzałem”. I nadał był czuły, ale w platoniczny sposób, a ona była zła, że on tak szybko się poddaje. Może to właśnie o to chodziło… Nie była pewna. Wierzyła, że POWINNA zachowywać się inaczej, i to sprawiało, że była jeszcze bardziej spięta, i że była jeszcze… dalej.

Kiedyś było inaczej. Tęskniła do jego ciała i czekała, aż domyśli się i pocałuje ją, aż obejmie ją mocno, a ona w odpowiedzi stanie się wilgotna. Lubiła wtedy dotyk jego dłoni, jego ciężar na sobie, lubiła czuć jego podniecenie i to, jak delikatnie najpierw, a potem zawsze coraz mocniej i namiętniej kochał się z nią. Lubiła zasypiać wtulona w jego przyspieszony oddech i lubiła… jego zapach. Unikała go, a on świetnie to wyczuwał i starał się udawać, że wszystko jest w porządku, a ona czuła jeszcze większe poczucie winy… On uciekał od niej w swoją pasję, a ona była trochę zazdrosna, że nie ma swojej. Spojrzała na niego. Piłował malutkim pilniczkiem coś zaciśniętego w malutkim imadełku zdmuchując co kilka sekund opiłki. Nachylał się wtedy bardziej, eksponując nieświadomie dziurę pod pachą. Nie był świadomy, że na niego patrzy. Chyba nawet nie był świadomy jej obecności. Cały był… gdzieś indziej.

Nagle Hania wyłowiła z tego, co mówił lektor jedno słowo. Przykuło jej uwagę. Uświadomiła sobie, że przestała słuchać o białym lewku, a teraz usłyszała „zabić” i gwałtownie odwróciła się w stronę ekranu. W trawie leżał mały biały zalany krwią lewek i nie ruszał się. Twórcy litościwie nie pokazali samego aktu zabijania, a tylko jego skutki – martwe, nieporuszone, zalane krwią małe białe lwiątko, wyglądające raczej jak pluszowa zabawka, gdyby nie krew.

- ... stanowił śmiertelne zagrożenie dla stada, dlatego musiał umrzeć… – Hania poczuła, że zaraz zwymiotuje.

- … matka zabija dziecko dla dobra stada… - Pobiegła do łazienki. Tomek nawet nie podniósł głowy.

2. Wiedziała od trzech dni. Obudziła się rano i poczuła mdłości. Leżała chwilę i zastanawiała się, co mogło jej zaszkodzić i wtedy pomyślała, że może… Zerwała się i pobiegła do łazienki w panice myśląc, że nie zdąży i że zwymiotuje na wykładzinę w przedpokoju. Siedziała z podkurczonymi nogami obejmując miskę ustępową i wpatrywała się w swoje wymiociny. Łzy płynęły jej po twarzy i nie była pewna, czy to od wysiłku wymiotowania. Wypłukała usta. Myjąc zęby zauważyła, że trzęsą się jej dłonie. Spojrzała w lustro i gdzieś głęboko w swoich odbitych w lustrze oczach dostrzegła strach.

Siedziała w toalecie Centrum Handlowego i wpatrywała się w kupiony chwilę wcześniej w aptece test ciążowy. Nie mogła się przełamać. Wiedziała, co trzeba zrobić, ale nie mogła zebrać się w sobie. Bo jeśli to prawda, bo jeśli… Jeszcze chwilę chciała nie wiedzieć. Jeszcze kilka minut chciała żyć nadzieją, że się myli, że to przypadek i że po prostu czymś się zatruła.

Siedziała za kierownicą samochodu w najciemniejszym kącie parkingu podziemnego, żeby nikt nie podszedł, nikt się nie zainteresował, dlaczego płacze. Wpatrywała się we właśnie wydany wyrok zapisany czerwoną kreską obok niebieskiej na kawałku plastiku. - Co ja zrobiłam…

Spotkała go pięć tygodni wcześniej. Był bardzo przystojny. Wysoki, szczupły, ciemne włosy, kilkudniowy ciemny zarost, silnie zarysowana linia szczęki, bezczelne lekko drwiące spojrzenie. Siedzieli obok siebie wśród kilkunastu innych uczestników konferencji w restauracji hotelowej. Pół godziny wcześniej zeszła do baru, żeby wypić kieliszek wina. Zamówiła wino i usiadła pod ścianą przy małym stoliku. Tomek nie lubił wina. Wieczorami pijał piwo. Nie dużo, ale nie lubiła zapachu piwa. Jeszcze jedna rzecz, która ich dzieliła. Zapatrzyła się w spływające po wnętrzu kieliszka krople, gdy nagle uświadomiła sobie, że ktoś jej się przygląda. Podniosła wzrok, a on uśmiechnął się. Pamiętała go z konferencji. Kilka godzin wcześniej uśmiechnął się wstając, żeby przepuścić ją przepychającą się na swoje miejsce w rzędzie.

Podszedł i zapytał nienagannym angielskim, czy może się przysiąść na chwilę. Nie bardzo chciała, ale nie chciała go urazić. Uśmiechnął się i zaczął opowiadać, że nie lubi siedzieć sam i woli z kimś chwilę porozmawiać i jeszcze, że ma nadzieję, że jej nie przeszkadza… Pochodził z Brazylii, a obecnie pracował w Lizbonie. Opowiadał o sobie i uważnie słuchał tego, co mówiła. Opowiedział, że zostaje w Europie na kolejne dwa lata i że wkrótce przyjedzie do niego żona z córką. A więc jest żonaty… Hania poczuła się bezpieczniej. A więc nie podrywa jej. Poczuła się bezpieczniej i poczuła się odrobinę… rozczarowana. Zapytał, jakie wino pije i po chwili wrócił z butelką i drugim kieliszkiem. Dolał jej wina i uśmiechnął się. Uśmiechnęła się nieśmiało w odpowiedzi. - Nazywam się Jason – wyciągnął rękę - Hania, Hanna… Hannah – uścisnęła ją. Dłoń miał silną i ciepłą. Przytrzymał jej dłoń…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych