Wróć do katalogu

Bohaterowie do wynajęcia

Ciąg dalszy przygód Carys i ferajny na szlaku

carys, opublikowano , 40 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Bohaterowie na bezrobotnym część 1

Bohaterowie do wynajęcia

Stary, zdezelowany wóz ze skrzypieniem przemierzał polne ścieżki. Dochodziła północ. Pomimo, że na świecie królowała już wczesna wiosna, temperatury nocą spadały do bardzo niskiego poziomu. I tylko dlatego, że ziemia zmarznięta była na kość, skrzypiący wóz nie grzązł w błotnistych wybojach, co za dnia, podczas roztopu, było nieuniknioną koniecznością. Na leśnych traktach gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, którego nie zdążyło roztopić wiosenne słońce. Podróżujące wozem postacie były szczelnie otulone ciepłymi płaszczami, tak, że uważny obserwator mógłby powiedzieć o nich tylko cokolwiek na podstawie wystających i przemarzniętych nosów. Dwie z nich siedziały na koźle, kołysząc się w takt ruchów wozu szarpiącego się niczym dziki zwierz na uwięzi na kolejnych wybojach. Trzecia leżała pomiędzy beczkami i workami, w wielkich ilościach załadowanych na wóz, i zawierających zapewne znaczne skarby, jako, że leżący na nich osobnik był uzbrojony w dwie długie strzelby, a do pasa miał przypięty miecz. Podróżnymi byli oczywiście Carys i Requel Velmondowie oraz ich wierna towarzyszka, Xiitane Vogel, którzy w chwili obecnej zmierzali do dawno już nie widzianego domu. Po przeprowadzce hrabiego Caleba do Nowego Illaivlen, posiadłość przeszła we władanie jego awanturniczego potomstwa, które raczej nie słynęło ze zbytniego domatorstwa. Po ostatnim pobycie w mieście srebrnych elfów Carys i Requel postanowili jednak skontrolować, w jakim stanie znajduje się ich nieruchomość. Trzeba przyznać, że całą drogę gryzły ich pewne obawy, ponieważ od czasu wyjazdu z posiadłości Kolmy, ich dom był pozostawiony samemu sobie, a jak powszechnie wiadomo, koło Is zawsze kręciło się wielu złodziei i amatorów cudzych antyków. -Jak tam u ciebie z planami na przyszłość? - zagadnęła w końcu Xiitane próbując przezwyciężyć senność i zabijając zmarznięte dłonie. Za niecałą godzinę powinni być na miejscu. -Nie wiem - mruknęła jej towarzyszka i trzasnęła bacikiem w końskie zady, by przyspieszyć podróż. Zbliżali się do brodu i Carys wolałaby, żeby wóz nie utknął podczas przeprawy, ponieważ w zaistniałych okolicznościach byłaby to dla podróżnych prawdziwa katastrofa. -Ratowania świata nie zleca się codziennie - kontynuowała - więc pewnie trzeba będzie zadowolić się jakąś bardziej przyziemną robotą. Xiitane schwyciła kota, który właśnie dobierał się do jednego z worków, i okryła połą płaszcza. -A ty, Qell, nad czym tak dumasz? - zapytała panna Velmondo. Requel przełożył żute źdźbło z lewego kącika ust w prawy i podłożył ramiona pod głowę, by mieć lepszy widok na gwiazdy i pyzaty księżyc. -Rozmyślam nad ulepszeniem systemów obronnych, które stosowała Kolma w spiżarni - mruknął kołysząc nogą założoną na drugą nogę. Nagle zerwał się z miejsca i zaczął przyduszać siostrę. -I zapamiętaj skarbie, nie jestem żadnym "Qelkiem" czy jakimkolwiek imiennym dziwactwem, jasne? - syknął wprost do spiczastego ucha drowki. Carys w nagłym odruchu ściągnęła lejce i wóz niebezpiecznie przechylił się na głębokiej koleinie. Zdezorientowane konie stanęły i popatrzyły na powożącą tym bolidem z tępymi minami. -Spoko, braciszku - wystękała Carys. - Nie rób tego więcej, bo jeszcze dostanę zawału i kto wtedy będzie ratował świat? -Oki, rozejm - Requel podniósł ręce w geście poddania. - Ktoś musi też ratować mój tyłek przed konkurencją - zachichotał - a czary Xiisia nie zawsze trafiają do przekonania opornych. -Dzięki - syknęła panna Vogel. - Przedtem twierdziłeś, że na moje zaklęcia nie ma mocnych! Nagle do uszu podróżnych dobiegł mrożący krew w żyłach (i bębenki w uszach) krzyk. Chwilę później z krzaków wypadła jakaś człowiekopodobna postać w poszarpanym ubiorze. Widząc wóz na drodze, najpierw powzięła postanowienie czmychnięcia w zarośla po przeciwnej stronie, jednak pięć sekund później zmieniła zdanie i władowała się na wóz. Podróżni popatrzyli w otępieniu na kobietę, która wcisnęła się między beczki i nie dała się już stamtąd wydobyć. Milo, na którym właśnie usiadła poszkodowana, kraknął przeciągle i resztką sił wyczołgał się na wolną przestrzeń. -Wilki... - wybełkotała. - Ratujcie! -Koło Is? To jakaś nowość - zdziwił się Requel. -No i masz zlecenie na życzenie - odezwała się panna Vogel, uspokajając Arewa. -No ba, Xiit. Mówisz i masz - Carys wzruszyła ramionami. - Ktoś tam w górze dba, żebyśmy nie obrosły tłuszczykiem i całkiem nie zdziadziały. -Siostra, jeszcze trochę tej gadki i nas też pogryzą w zadki - Requel szarpnął ją za ramię - a wcale nie mam ochoty na bliskie spotkania z kłami tych brudasów! Carys odruchowo trzasnęła batem i konie ruszyły z kopyta, gdy na ścieżce, w ślad za poturbowaną kobietą, pojawiły się nastroszone włochate kształty, obnażając kły na podróżnych. Końcowy odcinek drogi do posiadłości przebyli w ekspresowym tempie, gonieni przez żądne krwi zwierzęta, które ustąpiły dopiero po zderzeniu z drzwiami stajni, w której zabarykadowali się podróżni. Carys była tylko zła na brata, który zamiast ubić kilka co bardziej włochatych i tłustych bestii, omal jej nie udusił, zapalając się do popędzania biednych koni, które dały z siebie dosłownie wszystko.

***

-Na czym to stanęliśmy? - zapytała panna Velmondo, z ulgą opierając się o drzwi stajni. Reszta podróżnych wytrzeszczyła na nią przerażone oczy, gdy solidne wrota zadrżały pod kolejnym uderzeniem wilczych pazurów, jednak skobel wytrzymał. Niechętnie opuścili dotychczasowe stanowiska na wozie i zbili się w gromadkę w boksie dla koni. Arew wygramolił się spod worków z cukrem i poprawił sierść na łebku, szukając wzrokiem kruka. -Chyba wymienialiśmy grzeczności - Xiitane podjęła temat. -A, faktycznie - palec Carys powędrował w górę niczym pytajnik domagający się uwagi od zebranych. - Jestem Carys, to mój brat Requel i kumpelka Xii - drowka skompresowała prezentację do minimum. -Miło mi. Ja jestem Nanette Zawadka - uśmiechnęła się poturbowana kobieta, podając rękę. -Była jeszcze mowa o pewnej robocie do wykonania - przypomniała srebrnowłosa. -Ależ Xiiś, czy ja wyglądam na sklerotyczkę? - Carys popatrzyła na towarzyszkę takim wzrokiem, że ta tylko kiwnęła z politowaniem głową i dopowiedziała w myślach, że niedługo oprócz sklerozy odezwie się pewnie i alzheimer. -No właśnie, a skoro już o tym mowa... - wtrąciła Nanette, lecz jej słowa utonęły w chaosie, który zapanował po kolejnym głuchym odgłosie za drzwiami stodoły. Mocny rygiel zatrzeszczał ostrzegawczo, a w powstałej na środku wrót dziurze przez moment błysnęło wściekłe wilcze ślepie. Carys z furią grzmotnęła grabiami w zwierzęcy pysk, który wcisnął się w ową dziurę i stwór zaskowyczał, czmychając spod drzwi jak niepyszny. -O ile jeszcze pamięć mnie nie zawodzi, braciszku, miałeś kiedyś fajny odstraszacz na wilki - mruknęła drowka spoglądając na powyginane grabie. -Pewnie został na strychu - Requel potarł brodę w zamyśleniu. - Porządki Kolmy, chyba pamiętasz... -No to utknęliśmy na dobre - Xiitane usiadła na najbliższej stercie słomy. Arew z miauknięciem otarł się o jej nogę i nastroszył wąsy na dźwięk wilczego wycia. Milo wychylił łebek spod kłujących słomek i kraknął. -Niekoniecznie. Przecież wiesz, że mój brat to maniak tajnych przejść i sekretnych skrytek. Mam rację? - Carys przystawiła śrubokręt do szyi brata. - A propos zawsze się zastanawiałam, gdzie przeniosłeś to swoje laboratorium po nieudanym eksperymencie z bombą dymną. -Chyba jeszcze nie wyczaiłaś bazy, a masz ją pod samym nosem - Requel wyszczerzył ząbki. Carys popatrzyła na trzymany śrubokręt i pokiwała głową. Na ziemi walało się jeszcze wiele podobnych narzędzi ze składu panicza Velmondo czyhając na nieostrożne stopy nieuświadomionych o zagrożeniu. Dwa ostatnie boksy wypełniał cięższy sprzęt starannie teraz okryty szarymi płachtami. Nagle tuż nad ich głowami rozległ się stłumiony łomot. Brzmiało to tak, jakby ktoś zderzył się z kredensem wypełnionym po brzegi szklanymi precjozami i, niczym słoń w składzie porcelany, rozpoczął ich dewastację. -Chyba ktoś nam się włamał do interesu - Requel popatrzył w sufit. Jego siostra schwyciła pierwszą lepszą miotłę, jaka napatoczyła jej się pod rękę, i ponagliła brata do ujawnienia przejścia, którym wybywał z posiadłości do stajennego laboratorium. Pięć minut później znaleźli się w ciemnej przestrzeni piętro wyżej, w której Xiitane rozpoznała jadalnię. Towarzystwo na paluszkach ruszyło ku smudze światła wydobywającej się zza drzwi do salonu, starając się nie narobić zbytniego hałasu. Zresztą złodzieje ograbiający właśnie posiadłość, byli tak pochłonięci robotą, że nie zauważyliby pewnie nawet szarżującego nań oddziału drowów. -Znowu przyciąłem sobie paznokieć! - syknął czyjś, ewidentnie męski, głos. -Nie jęcz jak baba, tylko pakuj! Licho wie, co drzemie w tym dworze - powiedział drugi głos, czemu towarzyszył brzęk zastawy upychanej w worku. -Beld? - syknęła Xiitane tuż nad uchem Carys, zerkającej przez szparę między drzwiami a framugą. - A to bandyta! -Słyszałem, że podobno tu straszy - odezwał się pierwszy głos, któremu zawtórował śmiech trzeciego złodzieja, niewątpliwie należący do Anarona Duke'a. -Nie gadaj! - prychnął, zawiązując worek. Odwrócony plecami do drzwi, nawet nie zauważył, kiedy stanęła za nim Carys z bardzo groźnym wyrazem twarzy i jeszcze groźniej wyglądającą miotłą. Beld i dwóch jego towarzyszy w mig zapomniało o zbieraniu sreber z podłogi, i tracąc zdolność mówienia, wzięło nogi za pas, ewakuując się przez okna. -A was co, pogięło? - Anaron podrapał się po łepetynie. -A żebyś wiedział - syknęło coś za jego plecami i złodziejaszek omal nie dostał zawału na widok postaci przyczajonej w mroku, mierzącej w niego wiechciem starej miotły. -To niemożliwe! Jak się tu zmaterializowałaś? Przecież byłaś w Illaivlen! -Podobno w tym domu straszy, a kto bardziej, jak nie ja, nadaje się do tej roboty? - Carys groźnie zmarszczyła brwi. - A zapewniam cię, że uwielbiam tą robotę jak diabli! Anaron przetarł oczy z niedowierzaniem, raz i drugi, a gdy upiorne licho nadal nie raczyło zniknąć, podsumował całą sytuację, i nie widząc innego wyjścia, ruszył za kumplami, wybijając jeszcze jedną szybę na półpiętrze i włączając przy tym kilka alarmów. Stadko wilków na zewnątrz rozpierzchło się ze skowytem po pobliskich polach, a czterech bandytów, którzy w międzyczasie zdążyli poczuć na tyłkach ostrość zębisk tych bestii, odetchnęło z ulgą. Nie na długo jednak. Zanim i oni zdążyli ulotnić się z miejsca przestępstwa, nadjechała brygada policyjna z Is i zakuła w gustowne bransoletki całe towarzystwo, nie zważając na tłumaczenia i groźby. -Chyba mamy awans w kieszeni - uśmiechnął się pod wąsem dowódca brygady. - Buźki pasują do rysopisu. To pewnie ta banda kleptomanów, która ostatnio narobiła szkód w Edelvin. -Wypraszam sobie, jestem porządną obywatelką! - obruszyła się Carys. - Zostałam oskarżona o napad na własne mienie! Koniec świata! Milo, siedzący na jej głowie, zawtórował jej kraknięciem. -Ta pewnie jest szefem bandy - policjant schwycił Carys pod ramię i wsadził do drewnianej budy na kółkach będącej wozem policyjnym, gdzie z nieszczęśliwymi minami siedział już kwartet złodziejski. -Lepiej od razu ją w kaftanik - dodał jego kumpel, osłaniając się przed celnymi kopniakami rozeźlonej drowki. -Ktoś za to zdrowo beknie! Req, gdzie te twoje wilki, kiedy są potrzebne? - wrzasnęła Carys. -Wybacz, ale do tresury dzikich bestii jeszcze nie doszedłem. Drzwi wozu zamknięto na potężną kłódkę i delikwentów zawieziono na posterunek celem wytłumaczenia się z nocnej awantury.

***

Ostre światło lampy prawie oślepiło Carys. -Radzę pani po dobroci, żeby w końcu zaczęła pani odpowiadać na pytania - komendant przesłuchujący drowkę powoli zaczynał tracić cierpliwość - bo może się to bardzo źle dla pani skończyć. -Zupełnie nie rozumiem, co panowie do mnie mają - Carys wzruszyła ramionami. - Zostałam napadnięta we własnym domu. A przez kogo? Przez funkcjonariuszy policji! Skandal! Jak stąd wyjdę, możecie być pewni, że każdy najgorszy szmatławiec opisze tą historię, a sprawa zakończy się w sądzie! - krzyknęła na policjanta, który uporczywie świecił jej lampą po oczach. - I zabierz pan tą żarówkę, póki cała, bo nie ręczę za siebie! -O-ho ho - komendant aż zatarł ręce. - Czyżby próba zastraszenia? Chce pani tu dłużej posiedzieć? - nagle nachylił się nad drowką i schwyciwszy za koszulę na jej grzbiecie, ryknął wprost do jej spiczastego ucha - Co pani robiła w tym domu w nocy z 2 na 3 marca? Tylko bez krętactw, bo wykrywacz kłamstw powie nam prawdę! -Jak taki mądry, to zapytajcie jego! -Moi podwładni dysponują bardzo szerokim asortymentem tortur, więc lepiej, jeżeli zacznie pani gadać. -A mogę śpiewać? - zakpiła Carys. - Powiedziałam już wszystko. Jak chceta, to se włączta te kasety i ich słuchajcie, to może was olśni, w co raczę wątpić! -Komendancie, ktoś do pana - policjant dyżurujący zawołał z korytarza. Komendant, niezbyt zadowolony tym, że właśnie przerwano mu nader ciekawą robotę, poprawił czapkę, naciągnął mundur, i ze znudzeniem w oczach wyszedł z pomieszczenia. Carys wykorzystała ten moment do małego sabotażu. Szybkim ruchem owinęła, wijący się po podłodze, przydługawy kabel lampy o stopę i silnie pociągnęła. Instalacja zaiskrzyła, zasyczała i narzędzie tortur z głośnym pyknięciem zgasło, powodując popłoch wśród umundurowanych, którzy, jak na komendę, rzucili się na drowkę i przycisnęli ją do fotela, by nie spróbowała uciec. Na szczęście komendanta ominęła ta akcja. Będąc na korytarzu, ze zdenerwowaniem rozejrzał się po petentach, tłoczących się w holu. -O, witam, panie hrabio. Jak zdróweczko? - komendant ledwie zobaczył hrabiego Caleba, nie przestawał giąć się w pokłonach. - Ktoś do mnie, tak? - przy najbliższej okazji szturchnął pod żebro policjanta winnego niedopatrzeniu i nieodpowiedniemu powitaniu głównego sponsora komendy. Hrabia Velmondo nie wyglądał jednak na zagniewanego. Jego mina wyrażała raczej wątpliwość, co do skuteczności działania tej organizacji. Szybko usunął się z drogi zakajdankowanego krasnoluda, którego spojrzenie niejednego mogło przyprawić o dreszcze. -Poinformowano mnie, że moja córka została przez was zatrzymana - wyjawił powód swojej wizyty. -Córka? O ile mi wiadomo, pański syn po złożeniu zeznań został wypuszczony... - zaczął komendant, prowadząc gościa do swego gabinetu. -Mam dwoje dzieci - uzupełnił hrabia wesoło. -Aha - mina komendanta wydłużyła się nieco. - Jak wygląda ta pańska córka? -Długo by tłumaczyć - hrabia chwilę poszperał po kieszeniach. - Dokładnie tak - dodał, pokazując rodzinny portrecik. Komendant zrobił niezdecydowaną minę na widok dwóch drowich postaci, szczerzących do niego ząbki z fotografii. Jedna z nich wyglądała identycznie, jak osoba, którą właśnie przesłuchiwano. Komendant byłby bardziej skłonny uwierzyć, że hrabia padł ofiarą szantażu, a zdjęcie jest zwykłym fotomontażem, lecz Caleb uparcie twierdził, że rudowłosa "bestia" ze zdjęcia to jego żona, a wierna kopia tegoż stwora - to jego córka. -To by wszystko tłumaczyło - szef policji podrapał się po łysinie, z zakłopotaniem oddając zdjęcie Calebowi. -Będę zobowiązany, jeżeli... - uśmiechnął się hrabia. -Oczywiście, jak najbardziej - komendant oddalił się, gnąc w pokłonach, i zniknął za drzwiami pokoju przesłuchań. - Wypuścić tą napaloną babę i to już - syknął do przesłuchującego, który właśnie coś notował w notesie. - Ona jest od sponsora. Policjanci, jak jeden mąż, rzucili się, by rozwiązać przywiązaną do krzesła i zakneblowaną drowkę. -No i kto miał rację? - sarknęła Carys, dumnie wypinając pierś. - Pamiętaj, co ci obiecałam - pogroziła palcem komendantowi, który cicho zaklął pod nosem, gdy panna Velmondo w końcu wyszła. - Nie musiałeś się tatko fatygować - Carys mocno uścisnęła ojca. - Już prawie znaleźliśmy z panem komendantem wspólny język. Aha, tatko - nagle coś sobie przypomniała - trzeba jeszcze wpłacić kaucję za Xiisia... -Ona też tu siedzi? - hrabia zdziwił się nieco. -Na nasze nieszczęście, nie należy do rodziny, i w złym momencie znalazła się w naszym domu - Carys skrzywiła się na wspomnienie wydarzeń owej pamiętnej nocy przed trzema dniami. Caleb bez oporów poszperał w kieszeniach w poszukiwaniu sakiewki i zasilił kasę posterunku dosyć sporą kwotą, którą wyznaczono za zwolnienie Xiitane, chociaż komendant żywo zarzekał się, iż nie weźmie od hrabiego ani złotówki. Gdy jednak monety posypały się po stoliku, szybko zgarnął je z widoku i wystawił pokwitowanie, o które upomniał się hrabia. Chwilę później Velmondowie i panna Vogel pospiesznie opuszczali komendę mając wielką nadzieję już więcej nie oglądać jej od wewnątrz. -Z wami to ja sobie pogadam... - komendant nerwowo zabębnił o biurko. - Kto zaczął o tym awansie? To nie ta banda! - wrzasnął do zgromadzonych w dwuszeregu podwładnych. Stróże porządku popatrzyli na komendanta z głupimi minami. -Ale to komendant zaprosił tu inspektora - zauważył w końcu ten, który tak natrętnie świecił Carys po oczach podczas przesłuchania. -Sierżancie Gamonko, was obarczam zadaniem wytłumaczenia się z tego całego bigosu przed inspektorem - powiedział poważnie komendant. - Mnie w to proszę nie mieszać. Sierżant Gamonko głośno przełknął ślinę, doskonale wiedząc, co może go czekać, gdy inspektor dowie się, że na próżno fatygował swą osobę do komendantury Is. Degradacja ze stanowiska jak nic! -Ciekawe, co napisze w raporcie - mruknął jego kolega, gdy komendant z trzaskiem drzwi zniknął w czeluściach swojego gabinetu.

***

-Trzeba kogoś wynająć do pilnowania domu - mruknął Requel z nietęgim marsem na czole. Po ostatnich przygodach wolał dmuchać na zimne, chociaż, wedle jego rozeznania, w posiadłości niewiele nadawało się do pilnowania. -Spoko, braciszku. Zapomniałeś, że mam jeszcze sprawną kuszę? A na razie nie narzekam na nadmiar roboty - idąca za nim Carys zgłosiła się na ochotnika, co Requel przyjął nader chłodno. Carys miała tendencję do pakowania się w kłopoty i pan Velmondo obawiał się, że za jej stróżowania w tajemniczych okolicznościach rozpłynie się także reszta, cudem ocalałego, dobytku. -Obawiam się, że w mieście nie znajdziesz żadnego wolnego ochroniarza - hrabia Caleb podchwycił wątek. - Po ostatniej fali kradzieży idą jak świeże bułeczki. Carys schwyciła Requela i Xiitane za ramiona i popatrzyła na nich z podejrzanym błyskiem w oczach. -Aha! - zatarła ręce. - To chyba coś dla nas, prawda Xii? Srebrnowłosa podrapała się po głowie i popatrzyła z wyrzutem na hrabiego, który z niewinną miną wsiadał właśnie do powozu. Carys, która podchwyciła najwyraźniej jakiś trop, ruszyła przed siebie środkiem ulicy powodując spore zakłócenia w komunikacji. Kilka wozów zdążyło nawet zderzyć się ze sobą i utworzyć spory karambol, lecz drowka niewiele sobie zrobiła z pomstowania woźniców. -Kiedy mam się was spodziewać? - zapytał hrabia, widząc niezdecydowane miny Requela i Xiitane trzymającej w objęciach kotka. -Jak Carys przejdzie ochota na prowadzenie dochodzenia - westchnęła elfka, ruszając za przyjaciółką. -Ja chyba kogoś zamorduję - syknął Requel, podążając jej śladem. Tuż nad jego głową unosił się zdezorientowany Milo, któremu jego pani nagle gdzieś się zapodziała w powstałym, z jej przyczyny, ulicznym ambarasie. Zdezorientowany hrabia popatrzył za biegnącymi i wzruszył ramionami. -Następną kaucję Carys odrobi pracami społecznymi - skwitował i cmoknął na koniki, zachęcając je do truchtu. Drowka, wiedziona przeczuciami, skierowała się ku kuźni, z której, jak było jej wiadomo, zniknęło ostatnio najwięcej narzędzi. Złodzieje odpowiedzialni za braki, wykazali się wyjątkową pomysłowością w wyborze celu, chociaż... kto w dzisiejszych czasach kupiłby taki kradziony towar? Antyki czy biżuteria ze szemranych źródeł znacznie zyskiwały na wartości. Nie to co,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych