Bolało jak spadłeś z nieba? cz. 1
Moje pierwsze poważniejsze opowiadanie, przedstawiające losy anioła zrzuconego na Ziemię.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I „Bolało jak spadłaś z nieba?” Pewnie nie raz słyszałeś ten tani i wyświechtany komplement. Biorąc pod uwagę moją aparycję jest w najlepszym wypadku bardzo nietrafiony, jednak jak mało kto zdaję sobie sprawę z tego jak, taki upadek boli. Możesz wierzyć w co chcesz. Szczerze, nie ma to większego znaczenia. Bóg, Budda, Jahwe, Latający Potwór Spaghetti – Absolut – przyjmuje taką formę w jakiej sobie go wyobrażałeś. Tak – istnieje. Wiem, bo miałem z nim, niestety, do czynienia. Z miłosiernością ma on bardzo mało wspólnego, zresztą nie dziwię się – gdybyś opiekował się tym burdelem przez tyle lat, też miałbyś dość. Teraz, ten „bóg” przypomina bardziej znudzonego, starego hazardzistę, który ma mnóstwo pieniędzy i nie wie co z nim zrobić, więc gra. Cały czas gra. Bez przerwy. Od miliardów lat. Gra życiem i losem każdego człowieczka. Myślisz, że wypadek samochodowy twojego wujka to był czysty przypadek? Nie istnieje coś takiego jak przypadek. Wszystko ma swój początek w umyśle tego chorego psychicznie Starca. Wszystko. Otóż kiedyś byłem Aniołem. Wysoko postawionym Aniołem. Stanowisko rządowe w Niebie, Edenie, Raju czy jak to tam nazywasz otrzymać jest niełatwo. Działa to w dziewięćdziesięciu procentach na zasadzie dziedziczenia. W pozostałych dziesięciu na zasadzie koperty z pieniędzmi. Syn otrzymuje stanowisko po ojcu, który dostał je od swojego ojca, albo, który zapłacił komu trzeba. Tak – Anioły się rozmnażają. O tym może opowiem ci później przy jakimś piwie. Wracając do tematu. Byłem wysoko postawionym urzędnikiem państwowym. Moje imię tam nie ma większego znaczenia. Powiedzmy tylko, że po nim następowała rzymska cyfra siedem. Sześć pokoleń Aniołów sprawowało to stanowisko. Dopiero ja coś spierdoliłem. A może nie byłem pierwszy? Może przewinienia moich przodków były po prostu tuszowane? Tak – prawie wszystkie urzędy w Niebie – pozwolisz, że tak będę nazywał to miejsce – są skorumpowane od samego dołu, po samą górę. Jebany hipokryta. Karze za nieprzestrzeganie reguł, przykazań i innych takich pierdół, ale sam ma je głęboko w dupie. Bo w końcu nikt nie może mu nic zrobić. W każdym razie, na pewno zastanawiasz się jak trafiłem tutaj, do tego ziemskiego, smutnego jak pizda padołu. Zastanawiałeś się kiedyś co dzieje się jeśli Aniołowi zdarzy się popełnić jakiś grzech? Rzadko kto zastanawia się nad tym faktem. Większość ludzi uważa Anioły za nieskalane grzechem istoty wyższe. Gówno prawda. Anioły w dużej części zachowują się gorzej niż ludzie. Oczywiście te „niższe”, na które Wielki większej uwagi nie zwraca. Cała jego szlachecka świta, musi być nieskazitelnie czysta. Przynajmniej na papierze. Ale jeśli kogoś się nie lubi, wyciąga się wszystkie brudy. Nie mówię, że byłem aniołem, ale nigdy nie złamałem żadnego boskiego przykazania. Nigdy. Aż do pewnego razu. Od razu chcę się usprawiedliwić, że wielu innych urzędników i szlachciców miało za uszami o wiele więcej, ale to ja byłem tym, który kiedyś odważył się wytknąć Szefowi jego błąd. Nie cudzołóż. Tak, zdecydowanie jedno z najpopularniejszych przykazań. Sława ta jednak wynika z tego, że jest nagminnie łamane. Tak samo tutaj na Ziemi jak i tam, w Niebie. Była piękna – rude, kręcone, długie włosy. Okrągła twarz, na której policzki zajmowały zdecydowanie większość przestrzeni i oczy o niezidentyfikowanym kolorze, które topiły się w nich przy każdym uśmiechu. Kurwa, a jaki ona miała tyłek. Brak słów, brak określeń, aby opisać to co kończyło jej plecy, a zaczynało – również zacne – nogi. Zdecydowanie laska z kategorii „ruchałbym”. Nie oceniaj mnie. Na pewno zdarzyło ci się kiedyś spotkać kobietę, która ci się spodobała, i którą chciałbyś wziąć mimo, iż byłeś w związku z inną. Każdemu to się zdarzyło, tylko niektórym brakuje odwagi żeby to zrobić. Odwagi czy głupoty? Nie wiem czy byłem głupi czy odważny, ale zrobiłem to. Zdradziłem kobietę, z którą byłem w wieloletnim związku. Jeden wyskok, ale Kierownik nie omieszkał mi go wytknąć i za niego ukarać. I tak trafiłem tutaj. Bólu, który odczuwałem w trakcie upadku i zaraz po nim nie da się porównać z niczym innym. Najbliżej do niego leżał połączony ból heroinisty na głodzie, faceta kopniętego w jaja i kobiety, która rodzi pięcioraczki sposobem naturalnym. To był tylko ból fizyczny, do którego – z racji tego, że byłem Aniołem – przyzwyczajony nie byłem. Do tego doszedł już później ból psychiczny. „Co ja narobiłem?”, „Jaki byłem głupi!”, „Wszystkich zawiodłem.” – te myśli towarzyszyły mi mniej więcej przez tydzień trwania mojej ziemskiej banicji. Sytuacji nie poprawiał fakt, że byłem zupełnie nieprzystosowany do ziemskiego życia i panujących tu reguł. Nawet nie wiesz jakim szokiem było dla mnie to, że nagle po kilku godzinach dnia robi się noc, i że wszędzie musze chodzić na nogach. Bez skrzydeł było mi dziwnie niewygodnie, a i do tej pory co jakiś czas wydaje mi się, że mnie one swędzą. Ból nóg przy nawet najkrótszym spacerze trwał mniej więcej przez pierwsze dwa tygodnie. Później chyba przyzwyczaiły się do wędrówek i teraz już tak bardzo mi nie doskwierają. Najgorsze jednak ze wszystkich ziemskich utrapień było uczucie głodu. Kurwa, byłem pieprzonym Aniołem! Nie musiałem nigdy jeść, aby przeżyć! Jadłem tylko dla przyjemności! A tu nagle po kilku godzinach oprócz bólu całego ciała doszedł jeszcze burczący z niezadowolenia żołądek. Pierwszy swój posiłek ukradłem. Były to dwie bułki i opakowanie pasztetu. Sprzedawca w sklepie był na tyle miły i naiwny, że poszedł na zaplecze zobaczyć czy nie ma jakiejś pierdółki, której „szukałem”. Głupiec. W mgnieniu oka byłem dwie ulice dalej w parku, posiłkując się wspomnianymi bułkami i pasztetem. Pomogło. Było to jednak dobre na godzinę, może dwie. A co potem? „Pieprzony psychopata. Pewnie teraz na mnie patrzy i śmieje się do rozpuku.” Głos w mojej głowie wylewał swoje żale, które gdzieś w okolicy kręgosłupa przechodziły w strach. „Co będzie dalej?”, „Co ja mam robić?”. Nawet gdybym bardzo chciał nie ma opcji żebym umarł. Bóg bardzo dobrze to zaplanował. Zrzucił mnie tutaj po to żebym się męczył w nieskończoność. Jednak właśnie wtedy podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział: - Słuchaj. Wiem, że potrzebujesz pracy i mieszkania i chcę ci je dać. - Konsternacji jaką wypowiedź tego człowieka namalowała na mojej twarzy nie da się porównać do niczego. - Chodź ze mną. Poszedłem z nim. Odział mnie, nakarmił, dał klucze do mieszkania i powiedział, wręczając mi kartkę z adresem, że mam tam przyjść jutro o ósmej rano. Wielki nade mną czuwał. Jakkolwiek abstrakcyjnie to nie brzmi. Szefu miał jakiś plan, albo wielką radochę sprawiało mu prowadzenie tej dziwnej gry. Nie wiem co nim kierowało. Najważniejsze, że miałem gdzie spać i co robić przez cały dzień. Następnego dnia okazało się, że ta „praca” (bo lepszym określeniem byłaby, np. harówa) polega na sprzątaniu na błysk wielkiego, dwunastopiętrowego biurowca, włączając w to nie tylko biura, ale i kible, magazyn, piwnice i kuchnie. Zajebiście. Po pierwszym dniu latania z góry na dół przez dwanaście godzin sprzątając każdy kąt, nie miałem nawet siły dojść do łóżka. Padłem w przedpokoju. Sytuacja powtarzała się przez jakieś cztery dni. Później nauczyłem się zostawiać sobie resztki energii na dojście do łóżka i utratę przytomności dopiero tam. Po dwóch tygodniach udało mi się nawet zagospodarować na tyle energii, aby łóżko pościelić. Taki tryb życia doprowadził mnie do pierwszego uzależnienia. Od kofeiny. Kawa to było coś o czym marzyłem co rano i przez cały dzień w robocie. Teraz wypijam co najmniej trzy dziennie i nawet nie z powodu, że jestem zmęczony. Po prostu mam ochotę. A może muszę? Nie ważne. Ważne jest to, że mniej więcej w trzecim tygodniu mojego pobytu tutaj przyzwyczaiłem się do takiego rytmu dnia i potrafiłem nawet po pracy pójść do pobliskiego baru na piwo. W barze czas rozdzielałem pomiędzy zastanawianie się co będzie dalej, obwinianie siebie – a po czwartym piwie – wszystkich innych, o to gdzie teraz jestem oraz na myślenie co stało się z moją kochanką. Też trafiła na Ziemię? Dostała jakąś inną karę? Nie powiem, zobaczenie znajomej, przyjaznej twarzy w tym smutnym i wrogim świecie byłoby całkiem przyjemne. Te myśli towarzyszyły mi, aż do powrotu do domu i pójściu spać. Pewnego dnia w wyżej wspomnianym barze poznałem mężczyznę imieniem Andrzej… Ach, kurwa! – filtr w papierosie zaczął żarzyć się pomarańczowym światłem, tak samo jak moje palce. Koniec tych wspominek. Czas iść na górę, do mieszkania i zjeść w końcu obiad. - Dzień dobry, panie Michale. Znowu pan pali na klatce schodowej, a tyle razy panu mówiłem żeby, pan tego nie robił, bo później czuję smród tych papierochów w swoim mieszkaniu. - Michał to imię, które przyjąłem tutaj na Ziemi. Szczerze, nie podoba mi się, ale jako pierwsze przyszło mi do głowy kiedy podawałem swoje dane mojemu pracodawcy. Michał Anioł – wiem, tandetne, ale była to pierwsza myśl. - Dzień dobry, panie Józefie. Przepraszam, ale czekałem na kogoś, a widzi pan jak leje na dworze. - To nie jest żadne usprawiedliwienie! Trzeba było nie palić! Mam nadzieję, że to ostatni raz, bo jak nie to będę musiał wyciągnąć jakieś konsekwencje! Do widzenia! - Oczywiście, przepraszam, to już się więcej nie powtórzy. Miłego dnia! Stary pierdziel, nic tylko mnie wkurwia. Oczywiście na nikogo nie czekałem. Po prostu nie lubię jak mi w domu śmierdzi papierosami. Ale ten Józuś siedzi cały dzień z okiem przyklejonym do judasza i ma pretensje o to, że człowiek przed wejściem do domu wyciera za głośno buty. Józuś i Judasz… Żeby mu ta znajomość bokiem nie wyszła. Bóg ma naprawdę chore poczucie humoru. Żeby umieścić mnie w jednej kamienicy z takim wrzodem. W Niebie byłem anielskim katem. Gdybym tylko miał swoją moc. Staruch pożałowałby każdego słowa. Ale w takich okolicznościach pozostało mi tylko iść na górę i zjeść wieczerze. Miejmy nadzieję, że nie ostatnią.
II To co zjadłem nazywane jest makronem z mięsem. Chociaż wnioskując po tym co widziałem w telewizji, to co ja ugotowałem, ani z jednym, ani z drugim wspólnego za dużo nie miało. „Makaron” miał barwę przypominającą raczej sałatę niż makaron, a mielone „mięso” było konsystencji niemowlęcej kupy. Zresztą cała potrawa smakowała raczej jak to ostatnie niż jak faktyczne mięso, z faktycznym makaronem. No cóż, moje kubki smakowe nie były jakoś strasznie zadowolone z tego faktu, a żołądek w pewnym momencie stwierdził, że chyba ewakuuje całą swoją zawartość, jednak nie o smak tu chodziło, a o zabicie doskwierającego głodu. Po takiej dawce „przepysznych” kalorii nie marzyłem już o niczym innym niż o papierosie, chociaż ostatniego spaliłem, nie przymierzając, dwadzieścia pięć minut temu. Na czym to ja skończyłem? Ach, Andrzej. Śmieszny typ. Wyższy ode mnie, z lekką nadwagą. Chroniczne sińce pod oczami informowały o tym, że jest raczej nocnym markiem, niż rannym ptaszkiem, chociaż poruszał się trochę jak takowy. Włosy miał krótkie, trochę zaniedbane. Podbródek zdobiła broda zapuszczona z wielkim trudem, rozciągająca się od ucha do ucha, omijając wszystko co znajdowało się nad jego szczytem. Lekka nadwaga była znakiem, że odżywia się raczej nieregularnie i dość kalorycznie. I ten jego szczery uśmiech. Zdobił jego nieprzystojne lico, niczym przyspawany. Od pierwszego spotkania sprawiał wrażenie bardzo pozytywnej osoby, co z każdym kolejnym, naszym spotkaniem potwierdzało się coraz bardziej. Andrzej był drugą osobą, która postanowiła mi pomóc po moim zrzuceniu na Ziemię. Nie wiem czy kierował nim Stary, czy robił to z własnej woli. Jego charakter sprawiał, że wierzyłem bardziej w to drugie. To on wprowadził mnie w tajniki życia na Ziemi. Mimo, iż robił to nieświadomie, to wyszło mu to całkiem nieźle. Pewnego dnia, po chyba szóstym piwie i czwartej pięćdziesiątce wódki wygadałem mu się, że byłem Aniołem i zostałem zrzucony na Ziemię za karę. Na szczęście nie uwierzył w żadne z moich słów. Na szczęście, bo nie sądzę żeby świadomość obcowania z byłą istotą wyższą, była dla niego czymś dobrym. Istota wyższa, jak to dumnie brzmi. Ale to co widziałem i w czym uczestniczyłem jeszcze jakieś trzy miesiące temu, skłania mnie ku stwierdzeniu, że ci „grzesznicy” i „niegodziwcy” mieszkający tutaj to mały pikuś przy tych, którzy chełpią się swoją wyższością, tam na górze. Pierwsza, lepsza sytuacja. Anioł z niższej klasy społecznej współpracował z Aniołami z wyższej klasy. Nie pamiętam o co dokładnie chodziło, w każdym razie mało legalne to były interesy. Anioł z niższej klasy w pewnym momencie stwierdził, że ma gdzieś tą współpracę, bo przynosi ona mu mniej korzyści, niż strat. Na to jego wyżej postawieni pobratymcy stwierdzili, że tak łatwo go nie puszczą i po prostu zmusili go w bardzo nieładny sposób do dalszej, z nimi, współpracy. Szantaże, porwania, pogróżki. Ich współpraca w takich niemiłych okolicznościach trwała jeszcze jakiś czas, kiedy to prześladowany stwierdził, że ma tego dość i pójdzie poskarżyć się niebiańskim policjantom. O, boże jakiż to był błąd. Oczywiście bardzo szybko okazało się, że jego oprawcy mają znajomości w prawie każdym urzędzie i instytucji w Niebie. Wystarczyło posypać odpowiednim osobom i biedak miał przejebane do końca swojego niedługiego już życia. Na początku było niewinnie. Wniosek naszej ofiary po prostu olano. Cóż, takie życie. Nic wielkiego się nie stało. Jednak to co było dalej, roztrzaskało biednego Aniołka wewnętrznie. Najpierw w niewyjaśnionych okolicznościach zginęła jego żona. Jego córka została porwana i przez miesiąc nie miał z nią żadnego kontaktu. Po miesiącu przeczytał w gazecie jej nekrolog. Niefajny sposób, aby dowiedzieć się o śmierci najbliższej osoby. Później, Anioł był stopniowy okradany ze wszystkiego co posiadał. Najpierw rozboje na ulicy i zabranie mu wszystkiego co przy sobie miał. Następnie włamanie do mieszkania, aż w końcu „wielcy” urzędnicy stwierdzili, że dom również mu się nie należy. Wtedy, kiedy myślał już, że gorzej nie będzie, zaczął padać deszcz, a jego skromną osobę zatrzymała anielska policja. Gość wylądował na dołku z oskarżeniem o zabicie swojej żony i córki. To go chyba dobiło, bo kiedy trafił do więzienia dwa dni później, bez procesu, adwokatów i prokuratorów dotrwał tylko do końca tygodnia. Wtedy popełnił samobójstwo. „Istota wyższa”. Jak Anioł mógł się zabić? Tam w niebie wszyscy jesteśmy śmiertelni, tak jak wy tutaj. Nie odczuwamy bólu fizycznego, ale jak najbardziej możemy umrzeć. Po śmierci trafiamy gdzieś… a może nigdzie nie trafiamy. Nikt tego nie wie, a Ten, który wie siedzi cicho. O, tym razem nie oparze się żarem z kiepa. Gaszę.
III Chwila ciszy w tym kurewsko głośnym mieście jest dla mnie jak najlepsza muzyka. Uwielbiam się delektować każdym takim momentem. Dopiero w takich chwilach czuje, że mogę odpocz… Żesz kurwa telefon jego mać. - Halo? – Czego ten idiota ode mnie chce? - Michał? – Powiedział niespokojnym głosem. Jakby sądził, że pod nazwą „Michał” w jego telefonie znajduje się zakład pogrzebowy… - Nie, Zakład Pogrzebowy Radość. W czym mogę pomóc? - A, to przepraszam, pomyłka. – No kurwa, tego się nie spodziewałem. - Kurwa! Idioto! To ja. Czego chcesz? - Aaa. Wychodzisz na jakieś piwo do baru? - Jasne. A stawiasz? – Nie mam już na jedzenie, a on pyta mnie o piwo. - No nie wiem, muszę jeszcze za szkołę zapłacić. Wyższa edukacja to bardzo kosztowna rzecz, wiesz… - Nie pierdol, stawiasz czy nie? - No dobra, stawiam. Ale tylko jedno. – Odpowiedział zrezygnowany. - No proste, jak zawsze. – Mimowolnie na twarzy na samą myśl o napiciu się zimnego piwa zaczął pojawiać się uśmiech. - To bądź za pół godziny na dole. - No, spoko. Na razie. Piiip. Andrzej, Andrzej. Niby student, a głupi jak but. Nie mam pojęcia jak on dotrwał do tego piątego roku, ale albo ma wysoko postawionych znajomych, dużo szczęścia, albo jego wykładowcy to idioci. No nic, lubię go więc pójdę. Mam jeszcze pół godzinki to się zdrzemnę z dwadzieścia minut. W końcu do baru mam niecałe pięć spacerkiem. Dryyyń… dryyyń… dryyyń... - Co, halo? – Kto śmie mnie budzić? - No, gdzie ty jesteś?! Miałeś tu być już pół godziny temu! – Z wyraźnym rozgoryczeniem zauważył Andrzej. - Jezu, sorry. Zasnąłem, już lecę. Będę za minutę. – Albo piętnaście. Kurwa, jak zwykle. Im więcej czasu mam żeby coś zrobić, tym bardziej się z tym spóźniam. Ach, nie ma co rozmyślać, trzeba wstawać i iść. - Minutę, co? – Powiedział lekceważąco. - No dobra pięć. – No dobra piętnaście. - Ta, pięć. – Odpowiedział jeszcze bardziej lekceważąco. - Dobra kurwa, już skończ. - To chcesz to piwo? – Nie, przyszedłem popatrzeć jak ty pijesz. - No jasne. - To idź sobie do baru i kup. – Powiedział to z takim zadowoleniem, że myślę, że gdyby nie warstwa tłuszczu pokrywająca jego ciało to wybuchnąłby. Mogłem się tego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil iktorn
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…