Wróć do katalogu

Boska J. - (W cztery strony świata) Rozdział I

Powieść jest nie tylko opowieścią o niespełnionej i tragicznej miłości dwóch kobiet, ale podróżą filozoficzną; próbą zrozumienia, umiejscowienia się w świecie i sprostania uczuciom, które nie dają za wygraną, mimo upływającego czasu.

coca monkaopublikowano 19 listopada 202029 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Część I

Przesilenie

Rozdział pierwszy

Mówiła na mnie Kot.

Na tym poprzestaniemy. Reszta mnie, jak się zresztą okaże, raz będzie przybierała na sile, raz traciła na znaczeniu aż do zaniku, bowiem miłość, miłość niespełniona pożera swoje ofiary po cichu, dawkując nierzeczywiste, jak najcenniejsze drobiny szafiru. Mimo ich wątłych ilości z naparstkowych pudełek, pozostawiały na wszystkim, czego dosięgły trudne do usunięcia wyżółcenia, tym boleśniejsze, im mniej rozcieńczone rzeczywistością. A ja byłam przecież normalną dziewczyną, w dodatku z cichego powiatowego miasta; dziewczyną, której wśród szczególnych talentów trafił się ten do otwierania zakazanych opakowań, wypijania zawartości i przeglądania się w ich dnie. Wpatrywanie się prowokowało wielobarwne uzależnienia, niczym w kalejdoskopie, którego ogniskowa za każdym obrotem zaskakiwała niepowtarzalną, mieniącą się mozaiką złożoną z przypadkowych powikłań na szkle. Oko nie było w stanie ich wychwycić w szczególe, spamiętać i zliczyć. Potrafiło jednak przekraczać biel i tonąć; tonąć obsesyjnie, bezmyślnie i w sterowaniu, tonąc krwiotwórczo, wysyłając się w powietrze, nasferycznie, bez punktu podparcia i całkiem zwyczajnie, bez nijakich czarów w kącie na sofie.

Wyścig do końcowej taśmy z napisem: być sobą – zajął mi nieskończenie długą nieskończenie prostą. Bycie sobą nie było jednak takie proste i przypominało wystawianie rybiej głowy ponad powierzchnię wody. Zbyt duża ilość tlenu zabijała. Uprawiałam więc pozoranctwo i przypadkowość. Na pozór byłam normalna i przypadkowo bywałam w miejscach, gdzie normalność wywracana byłą na lewą stronę – interpretacja wywracania jest w tym przypadku zupełnie dowolna. W moim otoczeniu przeważały jednak zbiorowiska skostniałe do tego stopnia, że obok pozoranctwa i przypadkowości dodatkowo uprawiałam udawanie. Udawanie i zaprzeczanie w całej esencji zaprzeczania, że całkowicie wbrew sobie: absolutnie nie mam zdolności manualnych i nigdy nie wprawiałam w ruch instrumentów, może kiedyś, dawno temu gitarę, ale tylko do użytku zewnętrznego, tylko chrypiącym głosem, tylko przy ognisku. Stąd na wszelkie przypadkowe pytania zaprzeczałam niezbicie, ale i bita także, że moje palce nigdy nie prowokowały rezonansów znikających w drżeniach skrzypiec czy kontrabasu , nigdy nie trąciły żadnej struny; nigdy werbli, obleczonych skórą, na której można grać opuszkami aż do pęknięcia; do napięcia i rozprężenia, rezonować po orbicie i zapętlać się do wnętrza; usta natomiast nigdy nie tchnęły życia w egzotyczne ustniki klarnetów, czy płaczące fletów poprzecznych, ślizgając się na kolejnych falach powietrza wydychanego przez korpusy; i nie wiem, co to rozszczepiać dźwięki w tremolo, by napięły się i zniknęły w drżeniach, zginęły w zapisach naprężając pięciolinie, pulsując za każdym kluczem wiolinowym, jakby zadawały się mówić: rozpręż mnie i rezonuj, i nie przestawaj. Grać. Jakby. Nigdy.

Jednak mimo zagrożenia, kiedy tylko zostawałam sama, otwierałam i wprawiałam najpierw w zakłopotanie, a potem w „nie zostawiaj mnie tak, zrób coś” najmniejsze rozkrzewienia limfocytów szyjnych, zagłębienia obojczykowe, spojenia wszystkich achillesowych słabości i przyśrodkowych skurczy przywodzicieli. Znajdowałam uwielbienie w skomplikowanych mechanizmach ścięgnopoliczalnych, bo tylko one zadowalały mnie na tyle, bym czuła się żywa, i bym jak motyl, pozbywszy się kokonu, mogła przez ułamek dni zawładnąć ogniskową w innych oczach.

Kiedy mówiłam: - Jeszcze kwitną bzy, ale już niedługo lato, piechotą - wywoływałam zażenowanie na twarzach znajomych, pracujących uczciwie od świtu do zmierzchu na swoje ciułane fortuny. I nie żebym nie grosiła na swoją. Łatwiej jednak było oddychać, że świadomością, że tuż obok całkiem dobrze miała się równoległość, której światło rozpraszało się na innych zasadach. Której światło, mówię w ogromnym uproszczeniu, najzwyczajniej nie oślepiało i nie odciągało od rzeczy ważnych, czystych. Świeżych, jak dziecięce prostoty. Obcowanie z prostotą rzeczy filtrowało zakłócenia i pozwalało na bezpieczne wykonywanie kroków w tył, w bok i wszelkie inne szerokości, byle tylko nie zastygnąć w bezruchu.

Toteż uwielbiałam się droczyć z małą Kingą, doprowadzając ją swoimi wywodami do białości, i zawsze na finał poirytowana wykrzykiwała, zaciskając mocno piąstki:

- Ciociu! Cicho! - „Cicho!”- Skarbie - to mówił Putin do Miedwiediewa. - A kto to? - To dyplomaci, co na śniadanie jadają kawior i piją szampana. Przynajmniej tak piszą o nich w gazetach. - A co to kawior? - Hmm, to ikra jesiotra, przysmak bogaczy, ale dla Ciebie, to jest tak jakbyś na śniadanie piła co rano kakao i jadła pieczone udka z kurczaka, albo tyle twarożku ze szczypiorkiem, – który ma zwyczaj przygotowywać dla ciebie babcia, - że aż byś pękła z przejedzenia. - Yhy, nie musiałabym jeść chleba.

Skutkiem droczenia zawsze była kalkulacja, dziecięca prosta kalkulacja z którą nigdy nie udało mi się wygrać. Na nic zdawały się elokwencja, przeczytane książki, i cała wiedza o świecie. Wzór na bycie szczęśliwym był prosty: Jednego nie ma, znika. Przy czym powód znikania jest tu zupełnie obojętny. Po prostu zapominało się o nim ledwie po pojawieniu. I już za chwilę przybywało drugie, otwierając puszkę monosłów, ustawiających podmiot jednoznacznie: biorę, mam, moje, zużywam, uśmiecham się, przestaję, spalam się, znikam, odradzam, odchodzę, przechodzę, po drugiej stronie ogniskowej też jest dzień, gdzieś zawsze jest dzień, świeci słońce, słońce zachodzi, a niebo zawsze jest niebieskie. Kropka. Świat lżejszy i prostszy. Jeszcze bez soczystych fascynacji, zauroczeń i tąpnięć. Jeszcze!

machina animata

- Co on mógł wiedzieć o życiu? – wyrwało mi się między nieruchome powietrze w przedziale pociągu relacji Kraków - Wrocław. Starszy Pan, siedzący we wnęce obok, wagonu drugiej klasy, obrzucił mnie spojrzeniem, które zdawało się mówić: w pociągach nakazuje się brzuchomówstwo. Zignorowałam niewypowiedziane i patrząc na zapomniane przez wszelkiej maści bogów, naznaczone biedą dzielnice Górnego Śląska, pogrążałam się w prymitywnych rozważaniach. Jak to możliwe, że Sartre pisząc tak wiele i tak wiele czytając znajdował czas i możliwość żyć, i przeżywać. Znajdował czas na poznanie czym rzeczywiście jest zmaganie zatopione w egzystencji. I kiedy, u diabła, kiedy był wśród tych wszystkich ludzi i prawd namacalnych, o których tak żywo rozprawiał. Jeszcze wtedy, wstyd się przyznać, nie byłam świadoma ile czasu marnotrawię i ile myśli przecieka przez zamknięte powieki, moje, jej, wszystkie…

Koła pociągu, siłą ciężaru uzależnione od dotyku stali, wpadały w niejednolite połączenia szyn, prowokując stukot, który niczego nie ułatwiał. A nawet wzmagał doznania, budząc trudno uchwytne uczucie, zamknięte w niejasnym, jednak szczelnie spersonifikowanym wielosłowiu na ‘e’: Estery, eksterminacji, ekspozy, ekstaty, tyty, tyty, tyty, ty, ty… Przeplatał się z delirycznością podróży wtłoczoną w rozdarcia, w szczeliny, trzymającej się jeszcze, jednak z wielkim trudem, tkaniny. Podróży, na której początku zimowymi popołudniami rozkwitały jabłonie, a na końcu której zabrakło choćby zrezygnowanej dłoni, zdolnej mimowolnie utrzymać na pożegnanie białą chustę – ani w geście kapitulacji, ani dając do zrozumienia, że „już cię nigdy nie zobaczę”. Myśli, odżegnujących od czci i wiary, myśli nakłuwających szpilkami truchło francuskiego filozofa, namnożyło się tyle, że gdyby je wtłoczyć do drukarki, zapełniłyby wszystkie perony mijanych stacji. Może i były to słuszne przebłyski, wziąwszy pod uwagę wszelkie zawiłe niedostępności i spiętrzenia. Bo i cóż mógł Sartre wiedzieć o tkaninie, którą czas utkał między mną, a efemerycznym; uwił w barwne sploty, co niekoniecznie czyniło ją wytrzymałą i co na pewno przyprawiało o szaleństwo i częstoskurcz.

Jeden fakt był mimo wszystko niezaprzeczalny (choć pozostawał i tak bez znaczenia na pływy), czegokolwiek JPS nie doświadczył, nigdy nie słyszał szmeru jej szala zarzucanego od niechcenia na szyję, stukotu obcasów, rozchodzącego się pośród mgły; stukotu o wilgotny bruk, rezonującego między murami, budzącego miejskie echo do spazmatycznych, nachalnych powtórzeń; nie słyszał ponaglenia i przypomnienia „jestem tu”, które wpędzało w paranoję na pustych, nocnych ulicach uśpionej, powiatowej mieściny. Powiedzieć, że wyrywałam włosy z głowy ze smutku, że pięścią biłam w serce, by przestało przyśpieszać, że nie pomagał lód na kark, na głowę, to nic nie powiedzieć. Powiedzieć, że gubiłam się w ciszy, że gdy stukot znikał i porzucał mnie po wielokroć, potrafiłam zatrzymać się pośrodku ulicy, to opowiedzieć ledwie ułamek, drobinę z siły, która zginała mi kolana i skręcając ilio psoas w esownicę, nie pozwalała ni oddychać, ni ukryć się w bezpieczne miejsce.

Czas przepracował ból i dziś wspomnienie mojej naiwnej wściekłości, wywołuje uśmiech na twarzy. Ale pamiętnego roku dwa tysiące dziesiątego nic nie było do śmiechu. Ciało i umysł odklejone od siebie, zmierzały jednako nad przepaść. Ciało zdawało się zapadać, schnąć i zanikać, mimo regularnego karmienia, mimo witamin, ziół i kilometrów pokonywanych biegiem. Umysł, egoista, widział w ciele jedynie narzędzie. Chciał ulżyć sobie i zniknąć. A do znikania wytrzymałe mięśnie stwarzały wieczne problemy, nie opierały się jedynie spazmom płaczu i panicznej histerii, na której końcu do wyboru pozostawały: podróż za jeden sznurek, konsternacja na mostach lub przystawanie i popadanie w apatię na wiaduktach kolejowych. Do dziś jeszcze zdarza mi się brać na moście głęboki oddech, zastygać i liczyć do dziesięciu, by przejść na drugą stronę. Są odczucia, których nie da się zapomnieć, nie da się wyprzeć, wymazać, zaznaczyć kursorem i pozbyć się klawiszem „usuń” - już zawsze będą wzbudzały strach i nawet jeśli oszukamy umysł, ciało zdradzi nas drżeniem, ściskiem szczęki i bezdechem.

I ratunkiem może być jedynie ciekawość świata i wszystkie niepoznane, nieprzeczytane historie z książek odłożonych na później, zawsze są jakieś odłożone książki, zawsze muszę je mieć; zawsze muszę ją mieć, - świadomość, że jutro mam jeszcze coś ważnego do zrobienia i jako człowiek odpowiedzialny nie mogę zawieść czyichś nadziei. Stałam się kobietą w wiecznym ruchu i nieustannym czytaniu, zmuszona odżegnywać stagnację i wpadające do słoika z tożsamym napisem czarne jak smoła myśli. Bywa też niestety, rzadko, ale jednak, że wspomnienie prześmiewczego ciągu słów, wycieka spod niedokręconej pokrywki i wywołuje odruch obronny, wymiotny, jak przed trudną do wykrycia trucizną; jak po chwili zwątpienia po wypiciu tejże. Wymiotny i ciężki, nieoddychalny.

Mam irytującą świadomość, że wszelkie filozofie przeczytane tegoż roku, ale innego dnia, mogły być i pewno byłby, zupełnie bez znaczenia. Wszystko stałoby się lżejsze. Jakże pozbawione analizy. Jakież odsączone z rozdrapywania, roznamiętniania; i ponad wszystko zdrowsze. Ubogie jedynie o miłość, na którą czeka się od początków aż do zarania – nie doczekawszy , bo jak już się trafia, ona, miłość, to świadomość jej istnienia zupełnie do nas nie dociera. Nie dociera! Nigdy! Zaświadczam każdą komórką ziemskiego ciała.

Tymczasem pociąg jeszcze wlókł się przez Śląsk, bombardując źrenice ceglastymi zabudowaniami spowitymi w smugach czerni, stalowymi konstrukcjami, których już nikt dzisiaj nie umiałby obsłużyć, a na wylęknionych ulicach tu i tam wałęsały się bezpańskie psy i jeszcze bardziej bezpańscy ludzie. Bruk milczał pokryty kurzem, zimny, przygarbiony, ułożony w zawiły przypadek, przez przypadkowych robotników. Jedynie koty, z regularnością znaną tylko sobie, przeciągały się leniwie, stoicko, sennie, myjąc wszystko co z sierści do perfekcji. Ich postaci wyrastały w każdym kotolubnym oknie, niczym oznaki nadziei i wyzwolenia. Potem bezmiar biedy zastąpiły moje ulubione przestrzenie niczyje. Panoszyły się po horyzont, uporczywie płaskie, drwiąc z obserwatora rozpostarciem, rozmachem, rozłożystością; przybierając kształt osieroconych rżysk i bezlistnych lasów; zmęczonych wodą stawów, prących do morza stróżek i niemych bagien; bezptasich.

W takich sprzyjających upadkowi okolicznościach, brałam wielokrotnie, podczas tej podróży, pod lupę ciągle tę samą stronę z drobniejszym drukiem. Z każdym zbliżeniem się do liter pałałam świętym oburzeniem. A było! A było po zbiorze opowiadań nie zapędzać się w posłowie i notkę biografii. Było nie przeglądać się w przebłyskach z dna. Przeklęta jest ta ciekawska natura, która bywa ożywcza, owszem, zdarza jej się jednak zamienić w potrzask. Przeklęty i Sartre, i homerowski eros!

- Alles tut weh!

Bo czy zbitek słów, rzeczona drwina: obdarowany człowiek przestaje być człowiekiem wolnym (tak to chyba szło) - miał przeważyć nad wszystkim? Miał być kluczem i młotem jednocześnie, od początku warunkującym, rzutującym i ustanawiającym? Śmieszne! Niedojrzałe! Niedorzeczne! – krzyczałam bezgłośnie, opanowując do perfekcji milczenie.

(jej) monumentum aere perennius

Siedziała na przeciw. Wyjęłam zza pleców zawiniątko. Blask, który ujrzałam w jej oczach najpierw zatrzymał, a potem przyśpieszył mój oddech. Przyśpieszanie bywało do tego stopnia niekontrolowane, że czasem szczypała mnie w jakąkolwiek wrażliwą część ciała i mruczała: zwolnij… Dzisiaj jednak pochłonięta była widokiem papieru pakownego kryjącego nie tylko tajemnicę, ale i drogę, by do niej dotrzeć. Mocno się postarałam, zastawiając na otwierającego pułapki i zagadki, by i ten raz, kolejny raz obdarowywania stał się niezapomniany; stał się irytująco-wznoszący, niecierpliwy; sam w sobie podarunkiem. Entuzjazm połączony ze zdziwieniem i radością udzielił się i mnie, jakbym nie wiedziała, co kryje się pod skórą, co jest tajemnicą; jakbym z rozmysłem napisała scenariusz, którego jeszcze nie czytałam. Byłam budowniczym pokojów zagadek, nim jeszcze komukolwiek przeszło przez myśl, że można je budować. I wszystko po to tylko, by odnaleźć sznurek, szkiełko, błyszczącą do słońca na poboczu nakrętkę, lub nagłą myśl, spisaną w przypływie.

Nie umiem powiedzieć, czy oczekiwała prezentów, może potem, z biegiem czasu. Trudno jednak było oczekiwać czegoś, co nie miało stałych pór, zapowiedzi i systematyczności. Co nie miało znamion obietnicy, będąc jednoczenie wielkim znakiem obiecującym wszystko. Było wszystkim. Nie umiem więc powiedzieć czy, oczekiwanie było w całej istocie oczekiwania realne. Nie umiem sobie przypomnieć. Skupiałam się na zapadaniu w jej zielonych oczach, ignorując wszelkie inne znaki. Kto…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych