Bractwo Księżyca 5
Część przedostatnia Bractwa. Policja wkracza do akcji, ostateczny odcinek gry rozpoczęty!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Herman gwałtownie otworzył oczy. Na początku nie wiedział, gdzie się znajduje. Skromnie umeblowany pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami niczego mu nie przypominał. Zmierzchało. Dopiero, gdy jego wzrok padł na teczkę leżącą na niewielkim stoliku, wspomnienia wróciły gwałtowną, lodowatą falą. - „Gdzie jest Wilhelm? Znowu gdzieś wyszedł? Czy on w ogóle spał?” – Pomyślał w popłochu. Wstał i SIĘGNĄŁ PO LEŻĄCY NA STOLE telefon komórkowy. Nie było żadnej wiadomości. W tym samym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich Wilhelm. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Herman zapytał: - Gdzie ty byłeś? Czy ty w ogóle spałeś? Czy myślisz, że jak policja w Berlinie zobaczy cię w takim stanie, to uwierzy w brednie, że nie mamy nic wspólnego z morderstwem? - Herman... Przestań... Ja po prostu nie mogłem... Zdrzemnąłem się z trzy godziny i to wszystko... Chcę ci powiedzieć, że dzwoniłem do wszystkich ludzi z tej teczki. Jedynie trzech przyznało się, że posiadają jakieś papiery. Muszą je przejrzeć i znaleźć wszystko, co przypomina mapy. Mamy się z nimi spotkać jutro rano. Stwierdzili, że najdyskretniej będzie zrobić to w naszym pokoju – nikt postronny nie wplącze się w tę sprawę. - No tak. Zrobiłeś duże postępy, ale mimo wszystko uważam, że powinieneś się przespać. Idź do łazienki i zobacz, jak wyglądasz. – Stwierdził kategorycznie Herman. - Podaruję sobie ten widok. - Czuję, że masz mi coś jeszcze do powiedzenia. O co chodzi? Staruszek usiadł na łóżku. - Rozmawiałem z łącznikiem bractwa. Sam poprosił mnie o rozmowę. - I co? Pochwalił się, jak załatwił tamtych dwóch? - Hermanie, opanuj się trochę. Wręcz przeciwnie. Mówił, że ta śmierć była wyłącznie jego sprawką i działaniem zupełnie niezależnym od decyzji bractwa. Utrzymywał, iż bractwo zamierza dalej realizować swoją umowę, a zabójstwo było jedynie jego własnym wykroczeniem. Prosił, abyśmy dalej szukali mapy, nie informowali policji o sprawie, a także nie podejmowali żadnych innych kroków wbrew umowie. Na koniec zwierzył się, że w razie niepowodzenia spowodowanego tym wydarzeniem, mistrz go zabije, gdziekolwiek się znajdzie. - Nieźle musiał narozrabiać i pewnie śmiertelnie boi się mistrza. Opisywał ci, co zrobił tamtym dwóm? - Tak, musiałem go długo namawiać, ale w końcu mi to pokazał. No cóż... Jeśli policja przedstawi nam te zdjęcia... Szczerze mówiąc, boję się twojej reakcji. Jednak pamiętasz, co grozi Hansowi, jeśli się wygadamy? - Dlaczego mamy wierzyć każdemu słowu tego łącznika? Dlaczego urządził taką rzeź tamtym ludziom? Skąd możemy wiedzieć na pewno, że nie jest to następna zagrywka bractwa? - Łącznik mówił, że po prostu go poniosło, nie umiał utrzymać zasianej w nim od pokoleń żądzy zabijania. Dobre chęci bractwa, jak mówił, chyba zauważyliśmy podczas wczorajszych rozmów. - Tak, to prawda. Zachowajmy więc wszystko w tajemnicy. Jak myślisz, ile to jeszcze potrwa? - Nie wiem, ale z pewnością to kwestia najbliższych dni. - Pewnie dalej nie zamierzasz spać? Wilhelm przytaknął. - W takim razie proponuję coś zjeść i jakoś się przygotować. Sądzę, że policja nie próżnuje i właśnie nas szuka. - Powiedział rzeczowo Herman. Ubrali się i zeszli do hotelowej restauracji.
Hans wiedział, że coś poszło nie tak. Mistrz od rana chodził jakiś podenerwowany. Kiedy pod wieczór chłopak zapytał o powód tego niepokoju, brat powiedział: - Przez niezmierną głupotę mojego współbrata sprawy trochę się pokomplikowały. Zapewniam cię, że wolałbyś nie znać szczegółów. Jeśli twoja rodzina dostatecznie nam zaufa i zachowa zimną krew, wszystko będzie w porządku. Mogę cię jedynie poinformować, że dzisiaj rano twoja Lili opuściła nasz zamek. Hans spojrzał na niego pytająco. - Nie, to nic z rzeczy, o których myślisz. Po prostu sytuacja zmusiła nas do wyłączenia Lewandowskich z gry. To wszystko. - Czy ktoś postąpił wbrew umowie? - Tak... W pewnym sensie... Oczywiście... Nasz kochany współbrat... - Wysyczał mistrz, a jego oczy znowu zabłysły dziką furią. Hans wiedział, że Joahim raczej nic więcej mu nie powie. Poza tym nie chciał drażnić tego człowieka. - Nie masz większego powodu do niepokoju, niż do tej pory. Jeśli ja albo jeden z braci przyjdziemy z dyktafonem, musisz starać się uspokoić swoich krewnych. Zrozumiałeś? - Tak, oczywiście. - Powiedział szybko zapytany. - To mi się podoba. W porządku. - Na zaciętej dotąd twarzy mistrza odmalował się lekki uśmiech. - Pewnie będzie to Jakub. Przyniesie ci ten dyktafon z kolacją. Pamiętaj, robisz to dla własnego dobra. Do zobaczenia. - Zakończył brat i wyszedł. Hans był bezgranicznie zdziwiony. Zachowanie Joahima uległo widocznej zmianie. - "W jaki sposób mogło dojść do złamania umowy przez jednego z braci? Dlaczego chcą tak nagle, abym uspokajał rodzinę? W ogóle, mistrz zachowuje się wobec mnie jakoś lepiej. O co tu może chodzić? Jakie to będzie miało dalsze konsekwencje?" –Rozmyślał Hans, starając się wymyślić prawdopodobny scenariusz tego, co się wydarzyło. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Pozostawało czekać na dalszy bieg wypadków.
Dochodziła dwudziesta pierwsza, gdy usłyszeli donośne pukanie do drzwi. - Proszę wejść! - Krzyknął Herman. W drzwiach stanął bardzo wysoki, szczupły i poważny mężczyzna. - Dobry wieczór, policja kryminalna. - Powiedział oficjalnym tonem. - Taaak? O co chodzi? - Wilhelm udał zdziwienie. - Proszę wejść i usiąść, jeśli to rzeczywiście do nas. - Dodał Herman. Na twarzy policjanta pojawił się kwaśny uśmiech. - Ach, tak, oczywiście, że do panów. - Powiedział, wchodząc i siadając na fotelu. - O co więc chodzi? - Zapytał rzeczowo Wilhelm. - Sprawa wygląda tak, że w nocy zamordowano w Berlinie urzędnika bankowego i jego przyjaciela, teleinformatyka. Obaj mężczyźni byli przed śmiercią okrutnie torturowani, a mieszkanie teleinformatyka zostało zdemolowane. W jakiś niepojęty dla nas sposób ktoś popalił wszystkie przewody i układy wszystkich komputerów znajdujących się w gabinecie tego człowieka. Mężczyźni przytaknęli i pytająco spojrzeli na policjanta. - Mamy w pełni uzasadnione podejrzenia, że panowie wiedzą, o co w tej sprawie chodzi. Wprawdzie mają panowie niezaprzeczalne alibi na tę noc, ale nie można pominąć faktu, że denat zgłaszał nam swoje obawy. Twierdził, że przypuszcza, iż panowie są ofiarami przestępców niewiadomego pochodzenia. Następną rzeczą, jaka kieruje nas tutaj jest niedawno odkryta lista połączeń teleinformatyka. Wczoraj wieczorem ów człowiek dzwonił do Telekomunikacji Polskiej i weryfikował nieznany, a co najważniejsze, niezapisany w żadnych rejestrach, numer telefonu, z którego dzwoniono do państwa o dość wyszukanych porach. Co, panowie, macie mi w tej sprawie do powiedzenia? Wilhelm wyprostował się i spojrzał prosto w oczy policjanta. - No cóż... Obawiam się, że niewiele. Ten urzędnik to zwykły bajkopisarz, który miesza się do spraw innych ludzi. Osobiście nie czuję się przez nikogo zastraszony. Co do owego numeru telefonu, muszę przyznać, że odebraliśmy ostatnio kilka pomyłkowych połączeń, o dość dziwnych porach, ale były to jedynie pomyłki. Teraz dużo ludzi ma zagranicznych znajomych. Może ktoś się pomylił. Co mnie właściwie obchodzi, że w Polsce miał niezarejestrowany numer telefonu. Tam wiele rzeczy jest poza rejestracją. To już jego prywatna sprawa. - Mówił, uśmiechając się lekko. - Jak dotąd, muszę przyznać, że nieźle sobie pan radził. Jednak długość tych połączeń nie wskazuje na ich omyłkowość. Raczej na zawiłe negocjacje z przestępcami, którzy mogą posuwać się bardzo, bardzo daleko, chcąc osiągnąć to, czego od panów żądają. - Mówiłem już, że nikt mnie nie straszy i nikt ode mnie niczego nie żąda. - Stwierdził kategorycznie Wilhelm. - A pan, panie Hermanie Miller, może to bardziej od pana ktoś czegoś wymaga? - Nie, skądże. - Odparł zapytany. Policjant wpatrzył się w ziemię. - Hmmm... W takiej sytuacji... Dobrze! Nie wiem, na czym polega pański problem, ale mogę powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze: urzędnik był kawalerem, ale teleinformatyk miał żonę i małą córeczkę, które widziały, co zrobiono ich ojcu i mężowi. Dziewczynka jest w ciężkim szoku. Chyba należy się tym ludziom jakaś sprawiedliwość. Po drugie: ludzie, którzy zabili tamtych mężczyzn, zdaniem naszych psychologów są psychopatycznymi maniakami. Uszkodzenia ciała, jakich doznali zmarli wskazują na skrajnie sadystyczne skłonności zabójców. Są to ludzie, którym sprawia przyjemność: strach, torturowanie swoich więźniów, ich krzyki, a ostatecznie, upragniona dla ofiar, śmierć. Przyznaję, że rozumiem pańską dyskrecję i niechęć do dzielenia się informacjami z policją. Muszą jednak panowie wiedzieć, że ludzie pokroju morderców urzędnika, raczej nie dotrzymują słowa. Nawet, jeśli ich żądania zostaną spełnione, jaka jest gwarancja, że wy albo wasi bliscy będziecie bezpieczni i nie spotka was los teleinformatyka? Co panowie chcą osiągnąć swoim milczeniem? Jeszcze jedną albo kilka podobnych śmierci? W pokoju zaległa martwa, pełna grozy cisza. Wilhelm kątem oka spojrzał na Hermana. Ten jednak siedział, w miarę opanowany, ze wzrokiem wbitym w ziemię. - Przepraszam pana, ale kogo w tym momencie pan usiłuje przestraszyć? To dobre dla aktora, ale nie dla stróża prawa. - Rzekł z jawną wrogością staruszek. Policjant z wściekłością zacisnął zęby. - Jak mam przemówić do pańskiego rozumu?! Może to rozjaśni panom w głowach?! - Krzyknął, wyjmując z kieszeni kopertę. Położył ją na stole i wyciągnął zdjęcie sporego formatu. - Proszę popatrzeć. - Stwierdził chłodno. Herman i Wilhelm pochylili się nad fotografią. - To najbardziej poszkodowany, teleinformatyk. - Zapowiedział policjant. Mężczyźni spojrzeli na zwłoki. Herman gwałtownie uniósł głowę. Twarz miał bladą jak papier. Wydał nieartykułowany dźwięk i popędził, chwiejąc się do łazienki. Po chwili Wilhelm usłyszał, jak syn wymiotuje. - Panie władzo, chyba tym razem posunął się pan za daleko. Usiłował pan wymóc zeznania, pokazując nam te zdjęcia. - Stwierdził staruszek. - Być może ma pan rację, ale czego się nie robi dla sprawy? Pan też walczył dla jakiejś tam sprawy, nieprawdaż? - Jest pan bezczelny! Niech pan wreszcie przyjmie do swojej ciasnej świadomości, że nie mamy z tym nic wspólnego! - Przyjmę, jak zobaczę i usłyszę reakcję pańskiego syna. Czekali w milczeniu. Jednak z łazienki nie doszedł ich już żaden dźwięk. - Idę zobaczyć. - Zawyrokował krótko Wilhelm. Gdy znalazł się w toalecie, zobaczył Hermana, który siedział nieruchomo na ziemi, z twarzą pokrytą resztkami wymiotów opartą o muszlę. - Hermanie! Słyszysz mnie?! - Krzyknął. Usłyszał jedynie ciche: - W... W... Wil... - Spokojnie, wszystko będzie dobrze. - Przekonywał staruszek. - Nie... Nie... Ja... - Chodź. Nic nie mów. Jesteś zbyt roztrzęsiony. - Radził Wilhelm, biorąc syna pod ramiona. Przy umywalce umył mu twarz. Zobaczył, że Hermanowi drgają obie powieki, a błędny wzrok utkwiony ma gdzieś daleko. Otworzył drzwi i z trudem przeprowadził syna do pokoju. - I jak? - Spytał policjant. - Syn w młodości był świadkiem okropnego wypadku samochodowego. Takie widoki kompletnie wyprowadzają go z równowagi. Nagle Herman jakby oprzytomniał. Nerwowo poruszył ustami. - "Nie, Herman, nie rób tego!" - Przemknęło Wilhelmowi przez głowę. - To... Prawda... - Proszę się uspokoić, proszę powiedzieć, co jest prawdą? - Wil... Wilhelm... - Zdołał wyjąkać mężczyzna. - On mnie popiera. Słyszy pan. Proszę odejść. - Powiedział ostro Wilhelm. - Ma pan rację. Do widzenia. Gdyby panowie chcieli coś dodać, najbliższy komisariat jest dwa domy dalej. - Stwierdził funkcjonariusz i wyszedł. Gdy tylko znalazł się na dole, zadzwonił jego telefon komórkowy: - Halo, o co chodzi? - Dobry wieczór, dokonaliśmy niesamowitego odkrycia. - Rzucił podekscytowany głos. - Jakiego? - Franz Günter miał romans. Jakimś cudem ocalał dysk w jego laptopie. W dniu, w którym zginął, napisał: „Droga Diano, muszę wyznać, że jestem zmuszony zakończyć nasz związek. Moja żona zaczyna coś podejrzewać, a ja stwierdziłem, że jest dla mnie ważniejsza. Bardzo mi przykro. Pamiętaj jednak, że nigdy nie obiecywałem ci niczego. Franz.”. A parę godzin później, pod wieczór, urażona kochanka odpisała: „nie podejrzewałam, że potrafisz być taki bezwzględny. Poczekaj tylko! Ja cię urządzę! Znam ludzi, którzy powiedzą ci, co mi zrobiłeś. Czekaj na karę! Ciesz się ostatnimi chwilami twojego nędznego życia! Ty świnio!”. Nazwisko kochanki było fałszywe – nie ma takiej osoby. Może po prostu źle szukamy? - No tak. Zwłaszcza, że ciało teleinformatyka jest nieporównywalnie bardziej zdeformowane. Może urzędnik znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie i też musiał być zabity. Zajmijcie się tą panienką. Ja wracam do domu. Jestem wykończony. - Dobrze, panie komisarzu. - Do widzenia. - Do widzenia.
Dochodziła dwudziesta trzecia. Mistrz rozparł się w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil magda-koz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…