Bractwo Księżyca 6- część ostatnia
Ostatnia część "Bractwa Księżyca".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Joahima obudziło donośne pukanie do drzwi komnaty. Spostrzegł, że dopiero świtało. - Wejść! – Warknął wściekle. Drzwi uchyliły się cicho i stanął w nich brat Henryk. - Wybacz, że przychodzę tak wcześnie, ale mam do przekazania złą nowinę. – Powiedział z pokorą. Mistrz gwałtownie usiadł na łożu. - Jaką? Coś się stało? - Tak bym tego nie nazwał. Czy nie możemy przełożyć tego obrzędu? - Dlaczego mamy to robić? To jest sprawa, z którą przychodzisz do mnie o świcie?! - Mistrzu... Miałem bardzo złą wizję... Widziałem krew i śmierć... – Wyjąkał brat. - Przecież to typowe dla tego obrzędu! Jeśli jesteś do tego stopnia niekompetentny, to idź do biblioteki i przestań zawracać mi głowę! - Wiem, ale... Ale to był ktoś z nas... Twarz mistrza zmieniła się momentalnie. - Dlaczego miałby być to jeden z nas? Przecież Belerius nie zabija swoich sług. - W mojej wizji był bardzo zagniewany. - Hmmm... Myślę, że jeśli dopilnujemy, aby wszystko poszło zgodnie z planem, to nic takiego się nie stanie. Już niejednokrotnie proszono Beleriusa w taki sposób i zawsze przynosiło to pozytywne rezultaty. Dlaczego nie miałoby być tak i tym razem? - Nie wiem. Musimy być naprawdę ostrożni. - Dziękuję, że mnie ostrzegłeś. Przygotuję rytuał jak najlepiej będę umiał. - Stwierdził mistrz.
Gdy Herman otworzył oczy, od razu zobaczył kartkę leżącą na szafce: "Poszedłem do archiwum. Przyjdę do domu albo zadzwonię. Czekaj.". Dochodziła 09:30. Nagle zadzwonił telefon. Herman zerwał się z łóżka, podbiegł do aparatu i odebrał połączenie. - Halo?... - Herman... Nici z naszych planów. W archiwum w ogóle nic nie ma. Rozmawiałem z ludźmi, którzy mieli mi pomóc, ale oni stwierdzili, że archiwa niemieckie nie zawierają żadnej dokumentacji związanej z tym terenem. - Rozumiem. Co teraz zrobimy? - Nie wiem... Nie mam zielonego pojęcia. Wykorzystałem wszystkie kontakty, wszystkie możliwości i nic... Będę musiał porozmawiać z bractwem inaczej. - Co znaczy to twoje "inaczej"? - Zapytał nerwowo Herman. - Albo niech dadzą jakąś podpowiedź albo niech powiedzą, o co im tak naprawdę chodzi. To wszystko. - Słusznie. To chyba jedyne właściwe wyjście z sytuacji. Rozmawiałeś z łącznikiem? - Tak, ale powiedział, że takie sprawy są w kompetencjach najwyższych braci i on nie może mnie w tej chwili o niczym poinformować. - Aha. Musimy poczekać na ich krok. Wracaj do domu. Razem będzie raźniej. - Stwierdził Herman. - Już lecę. Na razie. - Na razie.
Hans obudził się nagle. Po chwili znowu usłyszał ten dźwięk. Brzmiał jak płacz dziecka. - "Nie, nie. Może to kot." - Przekonywał się w duchu. Nagle ktoś krzyknął niezrozumiale i dźwięk ustał. - "Co to było? Dziecko czy kot? Jakim sposobem ci ludzie mogliby mieć kota? Chyba to niemożliwe. Tacy, jak oni, nie hodują zwierząt." - Pomyślał chłopak. Po chwili ciszy, która ciągnęła się w nieskończoność, Hans usłyszał dolatujący gdzieś z daleka śpiew. Śpiewało kilku, może nawet kilkunastu mężczyzn. Melodia była monotonna i senna, słowa niezrozumiałe. - "To z pewnością jakiś rytuał." Inkantacja trwała i trwała. Hans nie zdołałby jednak zapamiętać ani jednego z tych słów. W pewnym momencie zapadła cisza i chłopak usłyszał ciężkie kroki. Ktoś szedł nierówno, co chwilę przystając. Zdał sobie sprawę, że takim krokiem nie mogłaby iść osoba trzeźwa. Ogarnął go strach. Co będzie, jeśli ten człowiek szedł do niego albo nawet po niego? Kroki zbliżały się z każdą chwilą. Idący zatrzymał się dokładnie przed komnatką. Szeptał słowa otwierające drzwi, ale Hans słyszał, że głos brata jest niewyraźny i zniekształcony. Drzwi uchyliły się i stanął w nich mistrz. Był jednak tak zmieniony, że Hans z trudem powstrzymał się od krzyku. Po bladej jak papier twarzy spływały krople potu. Lodowate, niebieskie oczy spoglądały przed siebie bez wyrazu. Na czole brata czymś ciemnoczerwonym wymalowany był tajemniczy, złowrogi znak. Miał na sobie czarną tunikę, która kontrastowała z bladością jego twarzy. Brat próbował się odezwać, ale usta najwyraźniej odmówiły mu posłuszeństwa. Stał, najwidoczniej walcząc sam z sobą. - Muszę... Muszę... Cię... Uśpić... Nasz... Obrzęd... - Mówił z ogromnym trudem, jakby zapomniał języka. - Dobrze. - Hans oddałby wszystko, aby nic teraz nie widzieć, ani nie słyszeć. Brat chwiejnym krokiem zbliżył się do niego i powoli uniósł ręce. Słowa zaklęcia wychodziły z jego ust z ogromną trudnością. Hans jednak poczuł, że zaczyna zasypiać. Głos mistrza oddalał się, a wszystko inne zaczęła pokrywać ciemność.
Obudził się bardzo gwałtownie. Było mu potwornie gorąco, a każdy wdech stanowił ogromny wysiłek. Zdał sobie sprawę z tego, że w komnatce panuje nieznośny upał, a powietrze wibruje. Nie umiałby inaczej tego ująć. Po prostu drgało. Najbardziej przeraziło go jednak to, co słyszał. Inkantacja nie była już monotonna. Teraz śpiew był znacznie głośniejszy i bardziej melodyjny. Melodia ta brzmiała złowrogo i tajemniczo. Słowa też zdawały się mieć w sobie jakąś straszliwą, potężną moc. Gdzieś w tym śpiewie słyszał słabiutki, pełen bezgranicznego przerażenia i rozpaczy, płacz dziecka. Teraz wiedział, że nie był to kot, ale dziecko, najprawdopodobniej dziewczynka. Wszystkie te dźwięki zdawały się przepływać przez cały zamek, docierać zewsząd i wciskać się w najdalsze zakamarki umysłu. Nagle Hans zdał sobie sprawę z tego, że może poruszać rękami. Sprawdził nogi. Również wydawały się wolne. - "Mistrz musiał się pomylić, wypowiadając zaklęcie." - Pomyślał z radością chłopak. Podniósł się z łóżka i w tej samej chwili poczuł potworne zawroty głowy. Usiadł na skraju i odczekał chwilę. Znowu spróbował wstać. Tym razem powiodło się, choć nie opuszczało go wrażenie, że grunt ucieka mu spod nóg. Zbliżył się do drzwi. Nacisnął klamkę, mając nikłą nadzieję, że również tutaj mistrz nie dopełnił swoich magicznych obowiązków. Nie pomylił się - drzwi ustąpiły bez oporu. Znalazł się w wąskim korytarzu. - "ucieknę, zanim się spostrzegą. Jak najszybciej będę mógł! Ucieknę!" - Pomyślał z determinacją. Stał, próbując zlokalizować źródło śpiewów, aby w miarę możliwości oddalić się od ich źródła, jednak w dalszym ciągu miał nieodparte wrażenie, że głosy otaczają go ze wszystkich stron. Ruszył w prawo. Po obu stronach ciągnęły się drzwi podobne do tych, jakie były w jego więzieniu. Stanął na końcu korytarza. Znajdowały się tu ogromne drzwi pokryte niezrozumiałymi słowami i symbolami. - "Może to jest wyjście z podziemia?" - Zapytał sam siebie i nie namyślając się długo, nacisnął klamkę. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Znalazł się w dużej, potwornie zimnej sali. Na jej środku, tworząc tajemniczy symbol, klęczało jedenastu braci. Pod ścianą znajdującą się naprzeciw drzwi stał ogromny, rzeźbiony ołtarz. Wokół ołtarza i stojącego przy nim brata kłębiła się ciemna jak noc mgła, która nie pozwalała zobaczyć nic więcej. Hans stał, zmartwiały z przerażenia, niezdolny do wykonania najmniejszego kroku. Serce waliło mu jak oszalałe. Nagle mistrz odwrócił się twarzą do braci. Spojrzenie miał przytomne, ale pełne jakiegoś blasku i okrucieństwa. W prawej ręce trzymał zakrwawiony sztylet z bardzo długim, pokrytym symbolami ostrzem. - On tu jest! Skalał nasz obrzęd! Łapcie go! - Krzyknął, ale jego głos był zupełnie inny, jakby częściowo nie należał już do człowieka. Żaden z braci jednak nie zareagował. Hans rzucił się do tyłu. Potworny zawrót głowy sprawił, że przewrócił się i uderzył głową o ścianę korytarza. Zamroczyło go na chwilę. Zobaczył nad sobą mistrza, który szybko wymamrotał jakieś zaklęcie. Chłopak poczuł, że znowu nie może się ruszać. Mistrz złapał go za ręce i przeciągnął przez całą kryptę. Potem bez widocznego trudu rzucił na ołtarz. Hans zdał sobie sprawę z tego, że to ostatnia chwila jego życia. Mistrz uniósł sztylet i rzekł: - Beleriusie, składamy ci drugą ofiarę - tego oto zuchwałego Germanina, który ośmielił się przekroczyć progi twej krypty i skalać swą osobą nasz święty rytuał. Hans chciał krzyknąć, ale przerażenie nie pozwoliło mu na wydanie żadnego dźwięku. Poczuł ostrze na swoim gardle. Potem był już tylko przeraźliwy bul i krew, która trysnęła z rany, zalewając mu twarz i oczy. - "Jestem martwy" - pomyślał tylko. Nagle mgła zgęstniała. Ołtarz zaczął wibrować, a potem rozpadać się na kawałki. Hans z hukiem upadł na ziemię. Leżał na boku, tracąc siły. We mgle zmaterializowało się dwoje świecących oczu. - Joahimie... - Doleciał jakby z otchłani niski, złowieszczy głos - Jestem tym, którego wzywałeś. Twa pierwsza ofiara bardzo mnie cieszy i twoi bracia usłyszą to, o co mnie błagaliście. Jednak przelanie krwi tego chłopaka bardzo mnie obraziło. To nie jest niewinna, świeża krew, na którą czekam! Nie jest to krew dziewicy, której pragnę! Ta krew kala mój święty przybytek! Głos zagniewanej postaci na chwilę umilkł, a Hans zobaczył, że ciemna mgła zaczyna go otaczać. Dostrzegł nad sobą dwoje oczu, z których patrzyła wieczna mądrość i prastare zło. Oczy te wpatrywały się prosto w niego. - Nie lękaj się... Nie dostrzegam przyczyny, dla której miałbyś skonać. - Doleciał go cichy szept. Potem usłyszał tajemnicze słowa. Pod ich wpływem powietrze zaczęło drgać w szaleńczym tempie, a podłoga krypty dygotała i pękała. Słowa brzmiały jak prastary język, znany jeszcze przed powstaniem świata, niemożliwy do zapisania. Usłyszał przerażone głosy braci. Wszystko jednak zaczęło się rozpływać, oddalać i łączyć w dziwną kakofonię dźwięków. Stracił przytomność. Po chwili, gdy Belerius przestał mówić, ruch ziemi i powietrza ustał. - Za to, czego dopuściłeś się w mej krypcie, zostaniesz srogo ukarany. Ziemia cię pochłonie. Jeśli ten młodzieniec straci życie w tym zamku albo z ręki członka bractwa, przyjdę i ukarzę jeszcze kogoś z was. - Odezwał się głos. Mistrz poczuł, że podłoga w krypcie przywarła do jego nóg. Potem zaczął się zapadać, wrzeszcząc przeraźliwie: - Beleriusie!!! To boli!!! To strasznie boli!!! Zmiłuj się nade mną!!! Już nigdy cię nie obrażę!!! Zrobię wszystko, czego zapragniesz!!! Błagam!!! Oszczędź mnie!!! Belerius jednak milczał. Wszyscy ze zgrozą patrzyli, jak Joahim powoli zapada się pod ziemię. Dopiero, gdy posadzka krypty z hukiem zamknęła się za nim, a jego wrzaski ustały, głos odezwał się ponownie: - Powiedzcie człowiekowi o nazwisku Miller, że mapa jest u damy nazwiskiem Makowska. Niech nie zapomina swoich uczynków z okresu zniszczenia. Niech pamięta ludzi, dzięki którym zachował życie. - Dziękujemy, panie... - Wyszeptali bracia. - Zatem żegnam. Weźcie pod rozwagę me słowa, bym nie był zmuszony nawiedzać was nieproszony. - Rzekł Belerius. Mgła zaczęła się rozwiewać. Po chwili bracia zostali sami. W krypcie żywym ogniem zapłonęły świece. Pomieszczenie wyglądało jak po przejściu huraganu. Podłoga była popękana, szczątki ołtarza rozrzucone dookoła. Ciało dziewczynki zniknęło. Hans leżał w kałuży własnej krwi. Pierwszy podniósł się Dobromir. Szybko podszedł do Hansa i przewrócił go na plecy. - Nie wiem, jakim cudem Belerius podtrzymał go przy życiu. Chłopak przestał krwawić, ale nawet, jeśli uda mu się przeżyć, z pewnością nie będzie mógł mówić. Żadna magia tu nie pomoże. Ostrze weszło za daleko. - Zawyrokował ponuro. - Jeśli chłopak umrze, Belerius nas ukarze. - Wyszeptał któryś z braci. - Mogę się tylko starać. Pomóżcie mi wynieść go z krypty. - Powiedział Dobromir. Bracia byli tak zaszokowani, że wszyscy ruszyli w jego stronę, gotowi wykonać każde polecenie.
- Nie wiemy, dlaczego nie dzwonią! Nie wiemy, czemu ich łącznik zamilkł. Szczerze mówiąc, nie wróży to nic dobrego. - Denerwował się Wilhelm. Była już noc, a oni wciąż pozostawali bez wiadomości. Herman nic nie odpowiedział. Chodził nerwowo wokół pokoju. Nagle zadzwonił telefon. Dochodziła północ. Wilhelm zerwał słuchawkę z widełek: - Halo, Wilhelm Miller, słucham? - Mówił bezładnie. - Panie Miller - głos był obcy i dziwnie przymilny - Czy znał pan kiedykolwiek damę nazwiskiem Makowska? Na dźwięk tego nazwiska głos uwiązł Wilhelmowi w gardle, a z oczu powoli popłynęły łzy. - Ocaliła panu życie, nieprawdaż? Może ukrywała pana przed Rosjanami? - Zapytał brat. - Taaak... - Wyjąkał Miller. - Ona ma mapę. - Dziękuję za informację, ale... Ale dlaczego pan mi jej udziela dopiero teraz? - Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Czekamy na rezultaty pańskiej pracy. Do widzenia. Zanim Wilhelm zdążył odpowiedzieć, brat rozłączył się. Staruszek ukrył twarz w dłoniach. - Boże... Mój Boże... Makowska... Jak ja ją skrzywdziłem... - Mówił, aż w końcu rozpłakał się na dobre. - Kim ona była? - Polką. Do teraz nie umiem sobie tego wytłumaczyć, dlaczego się pokochaliśmy. Przecież byłem żołnierzem państwa, które niszczyło jej ojczyznę. Nawet ona do końca tego nie rozumiała. To było pod koniec wojny. Gdy zbliżali się Rosjanie, ukryła mnie w schowku swojej piwnicy. Ja, zamiast się jej jakoś odwdzięczyć, kiedy niebezpieczeństwo nie było już tak wielkie, pewnej nocy uciekłem. - Dlaczego? - Chciałem uciec do Niemiec. W końcu tam była twoja matka. W Polsce na każdym kroku czekała mnie śmierć, a Maria nie mogłaby mnie wiecznie ukrywać. Nie chciałem, żeby to robiła, żeby się dla mnie narażała. Zapadła cisza. - Nic jej nigdy nie dałem. Nie wiem, w jaki sposób mapa trafiła w jej ręce. Choć może, kiedy się ukrywałem, po prostu miałem ten papier w swoim ekwipunku, który był jedynie malutkim zawiniątkiem. Potworne wyczerpanie odbierało mi rozum i pamięć, kiedy mnie przygarnęła. Ale... Ale jeśli nadal posiada te rzeczy, to znaczy, że wciąż o mnie pamięta i nie chce zapomnieć. - Co jej powiesz, kiedy się spotkacie? - Nie wiem. Mam do powiedzenia tak wiele, ale nic już nie zmienię, nic już nie naprawię. Jest dobra, a więc odda mi mapę. Nie liczyłem na to, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Widocznie tak nam było pisane. - Wiesz, gdzie mieszka? - Zapytał rzeczowo Herman. - Mieszkała we Wrocławiu. Wątpię, by się przeprowadziła. Kochała to miasto. - Poszukajmy. Jutro z rana trzeba będzie do niej zadzwonić. - Zaproponował Herman.
Usłyszał głosy, które nieuchronnie wyłaniały się z ciszy. Nie rozumiał, o czym mówiły. Wiedział, że były przepełnione strachem i niepewnością. W głowie miał straszny zamęt. Nie potrafił pozbierać myśli. Był okropnie słaby, a całe ciało miał jakby zdrętwiałe. Nie mógł się ruszyć, ani nie czuł żadnej części ciała. Nagle usłyszał wyraźnie jakiś głos: - Hans, wiem, że już oprzytomniałeś. Jesteś w stanie otworzyć oczy? Chłopak spróbował, ale bez rezultatu. - W porządku. Muszę przyznać, że jesteś w bardzo ciężkim stanie. Straciłeś dużo krwi. Uczynię, co w mej mocy, by sprostać woli naszego Pana, Beleriusa. Postaram się, abyś to przeżył. Na dźwięk tego imienia wspomnienia z krypty powróciły gwałtownie. Hans mimowolnie zadrżał. Poczuł potworny ból w okolicy szyji. - Nie ruszaj się! Chcesz wykrwawić się do ostatka? Tylko nie próbuj wydawać dźwięków. Najlepiej leż cicho i spokojnie. Wtedy raczej przeżyjesz. Chłopak usłuchał. Leżał, wsłuchując się w rozmowę kilku braci. Parę razy usłyszał słowa: Belerius, Hans i Joahim. To ostatnie wymawiano z przerażeniem. - "Co Belerius zrobił z Joahimem, że bracia tak się boją?" - Pomyślał, ale wolał się nad tym nie zastanawiać. - Najlepiej by było, gdybyś spróbował jeszcze zasnąć. Rana nie powinna cię boleć - dostałeś naprawdę silne eliksiry. Nie musisz się obawiać: już nikt nie podniesie na ciebie ręki. Belerius zabił mistrza i zapowiedział, że jeśli umrzesz, ukarze jeszcze kogoś z nas. Myślę, że uraziło go to, że Joahim przelał twoją krew w jego krypcie. A nasz Bóg lubi zgoła inne ofiary. Z resztą: gdyby nie nasz mistrz, nie doszłoby w ogóle do tej sytuacji. Na razie śpij spokojnie. Już nic ci nie grozi. Najgorsze masz już za sobą. - Mówił brat. Hans jednak, mimo największych chęci, nie mógł zasnąć. Był zbyt spięty, wspomnienia kotłowały się w jego głowie nieustannie. Brat, który siedział przy nim, cicho i łagodnie wyszeptał kilka niezrozumiałych słów. Hans poczuł, że napięcie powoli ustępuje. Zasnął. - Jak z nim będzie? Na ile oceniasz jego szanse? Nie mam żadnych wizji. Kiedy na niego patrzę, nic nie widzę. - Pytał nerwowo Henryk. - Sam nie wiem. Stracił dużo krwi, ale ma silny organizm i jeśli dotąd jakoś przeżył, nie powinno mu się pogorszyć. Jest osłabiony, a psychicznie nie wygląda lepiej niż fizycznie. Nawet, jeśli z tego wyjdzie, wiele czasu upłynie, nim się pozbiera. Idźcie już. Chcę, żeby było tu cicho. Jeśli się obudzi i będę tu tylko ja, poczuje się bezpieczniej. Dobranoc. - Zawyrokował Dobromir. - Dobranoc. - Odparli z pokorą bracia.
Tej nocy Wilhelm nie mógł zasnąć, choć próbował z całych sił. Coś w przeprowadzonej dzisiejszego wieczoru rozmowie było bardzo nie w porządku. Nie chodziło bynajmniej o to, że nie zaprezentowali kolejnego nagrania. Ich zachowanie wskazywało na to, że mają coś do ukrycia i to coś, czego bardzo nie chcieliby zdradzić. Nieudane próby kontaktu z łącznikiem tylko utwierdziły staruszka w tym przekonaniu. Około trzeciej nad ranem, nie mogąc znieść dalszego rozmyślania, krzyknął w myślach: - Łączniku! Waszą postawą sugerujecie mi, że coś jest nie tak! Racz mi to wreszcie powiedzieć, bo zaprzestanę poszukiwań mapy! - Kiedy wszystko leży w kompetencji najwyższych braci?... Nie, naprawdę nie wolno mi z tobą niczego konsultować. Wilhelm poczuł, że traci panowanie nad sobą. Ręce zaczęły mu drżeć, a w oczach stanęły łzy. - Powiedz... To coś z Hansem?... Oczekuję ostatecznej odpowiedzi: czy złamaliście umowę?! Jeśli mi tego nie powiesz, przestanę się odzywać i szukać waszej cholernej mapy! Nastała dłuższa chwila ciszy. - Ostatecznie umówmy się tak, że zaraz skontaktuję się, z kim trzeba i do ciebie zadzwonią. - Kiedy? - Jak najszybciej. - Dobrze. Czekam na telefon. Wilhelmowi potworne napięcie nie pozwalało nawet na wylanie łez zgromadzonych w oczach. Minuty wlokły się w nieskończoność. Słońce zaczęło wschodzić, ale widać było, że dzień będzie deszczowy. O czwartej rano ciszę domu rozdarł dźwięk dzwoniącego telefonu. Wilhelm odebrał: - Halo... - Wykrztusił. - Słyszałem, że groziłeś łącznikowi, że przestaniesz szukać mapy. - Odezwał się łagodny, ale bardzo napięty głos brata. - Tak, ale... - Nie masz powodu, żeby się tłumaczyć. Miałeś wszelkie podstawy do obaw. Nawet mi ciężko mówić o tym, co się stało. Wilhelm próbował coś na to odpowiedzieć, ale poczuł, że nie jest w stanie. Słowa brata sparaliżowały go zupełnie. Jedynie łzy zaczęły płynąć mu z oczu. - Teraz mnie posłuchaj i pod żadnym pozorem nie odkładaj słuchawki. Obiecasz? - Mhm... - Zdołał wykrztusić Wilhelm. Brat opowiedział mu, jak zapadł pomysł na zorganizowanie obrzędu, jak mistrz pomylił zaklęcia i co wydarzyło się później. Wilhelm milczał, nie mogąc zdobyć się na jakiekolwiek słowa. - Jak już mówiłem, Joahim został srogo ukarany, ale wiem, że to dla ciebie mało znaczy. - Mylisz się, znaczy, nawet bardzo wiele. Ale... Ale... Jak z nim? - Szczerze mówiąc, niezbyt ciekawie, ale mam pewność, że uda mu się z tego wyjść. Najgorsze były trzy godziny po wyniesieniu z krypty. - Czy... Czy odzyskał przytomność? - Tak, teraz śpi. - Czy zostaną jakieś ślady po tym, co zaszło? - Myślę, że niestety tak. Jego kondycja psychiczna jest bardzo słaba, a poza tym... W słuchawce zapadła martwa cisza. - Co poza tym? Co jeszcze? - Jakby to ująć?... - Zająknął się Dobromir. - Normalnie, po ludzku, to znaczy, dokładniej mówiąc, po waszemu! - Mam prawie całkowitą pewność, że nie będzie mówił. Ostrze weszło za daleko. - Powiedział cicho i szybko Dobromir. - Boże! Nie! Nie! Nie! Nie! Tylko nie to! - Wilhelm stracił do końca kontrolę nad sobą, potężne łkanie wstrząsnęło jego piersią. Dobromir milczał, nie wiedząc, co powinien powiedzieć. Zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek by zrobił, będzie nieodpowiednie. - A skąd... Skąd... Do cholery... Mam wiedzieć, że nie stracił życia w waszej Krypcie Śmierci?... Co?... Co teraz zamierzacie?... - A jaki dowód by cię przekonał? - Hmmm... Sam nie wiem. Jak szybko możecie przekazywać sobie przedmioty? - Natychmiast. Czego chcesz? - Zdjęcia, jakiegokolwiek i jakiejkolwiek kartki z jego pismem. Niech napisze coś, o czym wie tylko nasza rodzina. Dopóki nie dostanę tego, o czym ci mówiłem, nici z waszej mapy do Wielkiej Krypty. - Nasz łącznik musi znaleźć jakiś aparat i wolałbym Hansa nie budzić. Ostrzegam cię, że chłopak nie wygląda zbyt dobrze, a pismo jego może być bardzo niewyraźne: stracił dużo krwi, jest bardzo osłabiony i może jeszcze być w szoku. - Dobrze, poczekam, ale nie łudź się, że przedtem zacznę szukać mapy. - Dobrze. Nie oczekuję tego. Idę zobaczyć, jak czuje się twój chłopiec. Te słowa znowu tak poruszyły staruszka, że nowy potok łez popłynął z jego oczu. - Do widzenia - powiedział Dobromir i nie czekając na odpowiedź, rozłączył się. Wilhelm powoli odwrócił się. W drzwiach stał śmiertelnie przerażony Herman: - Co się stało? Dlaczego płaczesz? Co mu zrobili? - Te trzy pytania zadał jednym tchem. Wilhelm usiadł na dywanie i ukrył twarz w dłoniach. - Nie mam siły, ale muszę... - Zaczął i opowiedział wszystko, co usłyszał.
Hans otworzył gwałtownie oczy i poruszył się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil magda-koz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…