Wróć do katalogu

Brzydkie słowa dotykają życia

O wartościach.

worek kości, opublikowano , 22 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dochodziła siódma, a Maciek Bowarski, tak jak zawsze, siedział przy komputerze i popijał herbatę z kubka z napisem MACIEK. Wczoraj skończył dwadzieścia trzy lata, i gdyby zapytać go, co o tym sądzi, to by odpowiedział, że w ogóle tego nie czuje, bo dzięki pryszczom wygląda na siedemnaście, i wciąż jest chętnie zaczepiany przez wyrostków na obcych osiedlach. Maciek doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że co najmniej połowa rzeczywistości, której doświadcza, jest jego własnym wytworem, podobnie jak połowa jego samego jest wytworem ewolucji. Jednak zamiast nadać temu zjawisku filozoficzną otoczkę, proces myślowy w jego mózgu zbaczył nagle w jakąś boczną dróżkę i Maciek przybrał postawę zgarbioną, i zaczął stukać palcami w klawiaturę, czując się przy tym jak pianista podczas konkursu szopenowskiego. – Czuję się jak pianista, ale jest to ironiczne. – Tłumaczył sam siebie przed głosem, który rozbrzmiewał w jego głowie. Maciek wiedział, że to jego własny głos, i że tak naprawdę traci czas, tłumacząc się sam przed sobą, ale nie potrafi tego nie robić. Odpalił bloga i napisał:

Stan upojenia to zawsze tylko chwila. Połyskujący moment jak drobinka kwarcu w skale egzystencji. Doświadczamy czasem sytuacji, kiedy myślimy: „Tak, to mnie zmieni. Od dziś będę już innym człowiekiem.” Utrata kogoś bliskiego, pierwszy fizyczny kontakt z dziewczyną, czy otarcie się o własną śmierć. Stajemy przed faktem czegoś doniosłego, co powinno nas wzbogacić, natchnąć czy nawet ukierunkować naszą świadomość na całkiem nowe tory. I tak się dzieje! Ale tylko do pierwszego dusznego popołudnia w autobusie miejskim. Szara codzienność okazuje się bezlitosna za każdym razem, gdy mamy nadzieję na wewnętrzną rewolucję. O paradoksie! Niedojrzała bezradności! Wciąż nie wiem, kim jestem, ale wiem, że i tak nie jestem lepszy niż w rzeczywistości.

Enter. Macie i komentujcie.

– Tak, czemu by nie? – Mruknął do siebie zamieniwszy swoją stronę na cudze wynurzenia, coraz bardziej zgarbiony, krótkowzroczny. Upił łyk herbaty. Internetowy konkurs poetycki. Przeczytał ogłoszenie i postanowił wziąć w nim udział. Uśmiechnął się na myśl o tym, jak z nich zadrwi. Wyłączył kompa. Wrócił do reala. Chociaż nie do końca, bo nagle świt zastał go w biurze i niczym namolny pielęgniarz z garścią kolorowych pigułek, wyrwał z błogiego snu o lepszym życiu. Z niechęcią i trudem rozrywał posklejane powieki jak kawałki zestarzałego pergaminu, zupełnie jakby zrosły się przez noc, pragnąc uchronić go przed widokiem zepsutego świata. To przypomniało mu jego starą matkę. Tak często krzywdzimy tych, których najbardziej kochamy. – Ale to nie ja. Ja jestem normalny. – Powiedział do nikogo rozwiewając kuszący omam w stylu noir, który zasłonił mu jego pokój. – Chociaż świr. – Dodał, również bez określonego adresata. Zamyślił się, po czym uniósł rękę i wydeklamował: – W bloku z wielkiej płyty jest pewna ściana. Widać ją z ulicy, jest moja… – Zawiesił głos, by po chwili z powrotem podjąć urwany wątek: – I tak, prostopadle do podłogi wisi: ukrzyżowany Jezus, portret Mickiewicza oraz coś z martwej natury… Warszawa po powstaniu albo coś. I co się dzieje? Świr? Normalność tkwiła w nim jak drzazga pod paznokciem, a przynajmniej tak o sobie myślał. Tym razem zwyczajnie i bez wyszukanych metafor, dziś, podczas śniadania, czy za chwilę, na sedesie, będzie wysilał się bez przekonania, próbując poczuć leniwie, choć z pewnym pośpiechem, jakiś ból niefizyczny w trzewiach, czymkolwiek by on był. Ból niefizyczny jak w piosence, pomyślał, i ucieszył się, że zna piosenkę adekwatną do tej refleksji, po czym posmutniał, bo przecież każdy zna tę piosenkę. Czasami pytał samego siebie, czy mógłby zabić. Nie, nie mógłby, odpowiadał szybko i dziwił się, jak to możliwe, że niektórzy mogą. Gdyby chociaż był samotną kobietą w ciąży, która zastanawia się nad aborcją, a nie samotnym chłopakiem, który zastanawia się czy nie powinien się ogolić. Nie, nie ogolić, poprawił się w myślach. Chłopakiem, który zastanawia się, czy by nie zwalić konia. Dobry temat na wiersz. Aborcja czy masturbacja? - No, co? – Zapytał pustą kuchnię. – No, co? Mam prawo do bycia szczerym w swoim własnym strumieniu świadomości. Wiedział, że ma do tego prawo, ale unikał korzystania z niego, bojąc się, że ktoś mógłby czytać w jego myślach. Najdziwniejsze, że ten strach przed czyjąś telepatią nachodził go zazwyczaj podczas porannej jazdy autobusem na uczelnię. Starał się wtedy myśleć o czymś wzniosłym (aborcja hej) i ukradkiem rozglądał się za jakąś ładną dziewczyną, oczywiście telepatką, która by czytała jego wzniosłe myśli i nieuchronnie się w nim właśnie zakochiwała. – Jestem psychopatą. – Stwierdził nie bez zdziwienia, i za chwilę dodał autorefleksyjnie: – A do tego gadam sam do siebie. Ale nie przeszkadzało mu to zbytnio, tak jak słowikowi nie przeszkadza zbytnio własny śpiew, i wiedział, że mógłby tak gadać do siebie przez cały poranek, pozwalając myślom biegać po możliwych światach luźnych skojarzeń. I pewnie oddałby się tym fantazjom z przyjemnością, gdyby nie świadomość, że musi się właśnie zbierać do szkoły. Na uczelnię. Na ćwiczenia. Dzwonek do drzwi. Wstał, usłyszał brzęczenie kluczy i westchnął. Nie powinno go już być w domu. Dzwoni, bo to przeczuwa, a i tak będzie miała pretensje. Poszedł otworzyć. Pies wlazł pierwszy, zziajany, zadowolony, i skierował się w stronę kuchni ciągnąc smycz po dywanie jak zbyt długi ogon. A za nim… – To ty jeszcze w domu? – Mamo… – Weź mnie nie denerwuj, Maciek, czemu jeszcze nie wyszedłeś? – Właśnie wychodziłem, chciałem dopić herbatę. – Jak ci nie wstyd tak się spóźniać? Weź wytrzyj psa. – Już idę. Choć śmierdziuchu. Podniósł smycz z podłogi i zaciągnął psa do łazienki. Wycierał łapy patrząc w te wierne, bezmyślne brązowe oczy i czując ten sam ciepły, przyjemny, cuchnący psi zapach. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, na twarz człowieka, któremu współczuł za każdym razem, gdy go widział. No, bez przesady. To już przesada. – Na którą masz na uczelnię? – Już wychodzę, mamo. – Odkręcił wodę, umysł ręce, wyszczerzył krzywe zęby, policzył pryszcze. – Nie denerwuj mnie z samego rana. – To ty mnie denerwujesz, i to jeszcze nie wiesz jak. – Sama się nakręcasz. – Idziesz czy nie? Może nie idź już. Nie ma sensu. Włącz sobie komputer. – Zdążę, nie martw się. – Zawsze się spóźniasz. – Idę, hej. – Poczekaj. (cmok) Miała rację, ale prędzej by umarł niż się z nią zgodził. Szedł na przystanek zastanawiając się, czy jego poranek nie mógłby wyglądać inaczej; na przykład zamiast ciepłej, ponurej zimy za oknem, słyszałby pomruk nadciągającej burzy i karmazynową łunę wschodzącego Słońca (tej nocy przelała się krew). Miałby też do załatwienia pewną pilną sprawę niecierpiącą zwłoki i powiedziałby ochrypłym głosem, pełnym udręki, ale i determinacji: – Idę się tym zająć. – Weź ze sobą, wiesz, co. – Spokojnie, mamo. Podszedłby do niskiej szafki stojącej przy drzwiach wyjściowych. Na blacie będą poniewierały się porozrzucane drobiazgi, stare klucze i opakowania po batonikach. Ponad, zawieszone na ścianie lustro odbije postać chudego chłopaka, który już dawno stał się mężczyzną. Pociągnie za gałkę. Górna szuflada wysunie się z upiornym skrzypieniem, zupełnie jakby wyrywał język konającej bestii. Żarówka zamigota, krzesząc nierówne iskry na smolistej powierzchni glock’a 19. – Siadają generatory. – Usłyszy głos matki dobiegający z kuchni. – Do jutra wytrzymają. – Odpowie, nie odwracając wzroku od pistoletu. – Rano pójdę po benzynę. – Nie musisz. Ja się tym zajmę, mamo. Po co mu pistolet? Nikogo przecież nie zabije. Pistolet przyda się, gdy nieznany wirus zamieni większą część populacji w krwiożerczą hordę żywych trupów. Wyjdzie z domu, ale będzie musiał udać się w podróż, a towarzyszyć mu będzie urocza… – Siema! Zaledwie jedno słowo, a rzeczywistość uderza go w oczy topniejącym, brudnym śniegiem, czarną zaspą jak popiół z bezpłodnej erupcji i coś jeszcze, ale nagle brakuje mu słów i robi mu się słabo, opada z sił… – Mówiłem siema, Maciek. Rafał wytrzeszcza niemoralne kozie oczy, próbując nacieszyć się tym zaskakującym widokiem. Maciek jest dziwny, żyje w swoim świecie, myśli, ale no, no właśnie. – Cześć Rafał. – Co peniasz? Idziesz na przystanek? – Tak, a ty? – Proste. – Rafał patrzy na Maćka z ukosa i zastanawia się, dlaczego przyjaźni się z takim frajerem. – Przyjdziesz na spotkanie klasowe? – Nie wiem. Wątpię, jakoś nigdy nie zżyłem się z ludźmi z liceum… – W sumie, ani ja. – Obaj się nie zżyliśmy, bo trzymałem się z tobą, zamiast z resztą, myśli Rafał. Zresztą, co ja będę się przejmował, trzeba iść do przodu. Z Maćkiem nie będę się czuł gorzej, trzeba go jakoś przekonać żeby przyszedł. Może powiem, że przyjdzie Natalia? Frajer. – Chodzisz jeszcze tam gdzie chodziłeś? Co to było… – Zjebałem sesję. Jedna się uwzięła i mnie udupiła. Maciek, żebyś wiedział, jaka suka. A jak u ciebie? – U mnie nieźle. – Spoko. Zawsze byłeś taki filozof. – No, coś w tym jest. – Chociaż w jego ustach nie zabrzmiało to miło. Nie wiem czemu, myśli Maciek. Nie, dochodzi do wniosku, że jednak wie. Zza drzew wyłonił się trolejbus. Zdąży. – Autobus mi ucieka. Na razie. – Powiedział przez ramię i zaczął biec, już nie oglądając się za siebie. – Nara. – Pożegnał go Rafał, po czym kaszlnął i splunął. Wymacał w kieszeni stary nóż sprężynowy. Chciałem pogadać, mruknął. Chciałbym z kimś pogadać. Maciek biegnie i czuje jak jego buty rozchlapują śnieg i błoto. Chłonie ten dźwięk, delektując się relaksującymi doznaniami martwej natury: plask, plask, plask, i własny oddech, który słyszy w głowie schowanej pod kapturem. Wieje wiatr, kaptur spada, autobus, kierowca, kieszeń, złotówka. – Bilet studencki, proszę. Dziękuję. W autobusie tłok. Przepycha się przez tłum, wielopłciowy i wielobarwny, ociera się o ciała, coraz młodsze patrząc od strony kierowcy, i coraz głośniejsze, w kierunku kasownika. Nie, za daleko, nie dam rady, myśli. Rozgląda się za kimś, kto nie wpatruje się jeszcze w ekran komórki. – Przepraszam, możesz skasować? Dzięki. Autobus rusza, a on szuka sobie miejsca do myślenia, jakiejś świątyni dumania schowanej pomiędzy plecami wysokiego starca, a własnym ramieniem uczepionym drążka pod sufitem. Aborcja, myśli. – Wyszłam na przerwie na szluga przed szkołę… – Jakaś nastolatka obok. – A tam jadą dwa radiowozy! – No i? – Dopytuje się inna. Rozmawiają na głos, ale to już łabędzi śpiew tej formy komunikacji. Maciek rozgląda się i widzi, że reszta wysyła do siebie esemesy. – No nic, ale no, dwa radiowozy… – Te, a widziałaś jak zabili tego Polaka w Pakistanie? Szukałam w necie i nic. – Nie widziałam, ale jak znajdziesz, to wyślij mi link na GG. To straszne. Nie będę mogła tego zobaczyć. – No, ani ja. Za oknem wypadek. Kobiecy wrzask opon na asfalcie zwodzi pozorną empatią betonu i stali. Tłum w pośpiechu pcha się do przodu, by móc odwrócić wzrok. – Te, cioto! – Kurczę, myśli Maciek. Stanął za blisko ostatnich krzeseł. Od rana nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych