Wróć do katalogu

Być jak Bella i Edward (© by Boru)

Rytualne morderstwo? Obsesyjny motyw? Małe grzechy, które pogrążają. Kryminał z pastiszem w tle.

Boru, opublikowano , 1 godz. 10 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

BYĆ JAK BELLA I EDWARD

I

Złączył dłonie i podsadził ją na mur. Przysiadła na nim, obróciła się bez wysiłku, po czym zwiesiła nogi i już była po drugiej stronie. W panującym półmroku nie uchwycił widoku pod jej sukienką. Co prawda tamtejsze rewiry nie stanowiły dla niego żadnej tajemnicy, ale zapragnął rzucić okiem po raz ostatni – tak gwoli pożegnania. Zamachnął się, posyłając torbę za ogrodzenie. W drodze tutaj spytała, po co ta torba. Dalsze pytania zbył krótkim: rekwizyty. Wyglądała na zadowoloną. Kamienne ogrodzenie wysokości dwóch metrów nie miało punktów zaczepienia – dopiero za drugim razem zdołał uchwycić się jego zwieńczenia; zwisał jak szmaciana lalka, łapiąc oddech. Pieprzony płot! Myślałem, że pójdzie łatwiej, właściwie nie brałem pod uwagę, że ogólna kondycja fizyczna może nie wystarczyć. Sprężył się i podciągnął z całych sił, przecierając rękawy koszuli. Po jaką cholerę odwaliłem się jak stróż w Boże Ciało? - No idziesz? – spytała bez sensu, bo przecież musiała słyszeć sapanie i bluzgi. - Nie, kurwa, tak sobie wiszę! – wysyczał przez zęby już niemal u celu wspinaczki. Za chwilę był na szczycie płotu; tkwił przewieszony przez mur jak worek kartofli i regenerował siły. Małe były szanse, że ktoś będzie tędy przechodzić, mimo to uznał, że stanowczo za długo zwracał na siebie uwagę. - Uważaj! – pisnęła, gdy zsunął się bez żadnej kontroli, pikując głową w dół. Jakimś cudem zdołał zabrać ze sobą nogi i okręcić je ku ziemi. Upadł boleśnie na bok, całe szczęście nie na łeb. - Nie miałam jak ci pomóc – wytłumaczyła się z bezczynności. Ujęła dłońmi głowę mężczyzny i zamierzała cmoknąć w czoło. Odpędził się od niej jak od chmary natrętnych much. Celebrując brak złamań, otrzepał ubranie. - Jakiś dziwny jesteś… taki niemiły. – Objęła się w typowym odruchu ochrony przed zimnem. Teraz, w upalną, lipcową noc, chodziło o coś zupełnie innego. Niepewnie rozejrzała się po okolicy. Nie zauważył, by przejawiała poprzedni entuzjazm. Przy czym odwrót nie wchodził w grę. - Przepraszam, już dobrze, po prostu podarłem sobie koszulę. Szlag by to! Ona tymczasem rozpromieniła się ponownie, jakby przypomniała sobie, po co tu jesteśmy. - Ślicznie się dla mnie ubrałeś, Edwardzie. – Głos miała słodki, nie bez wysiłku woli powstrzymał się przed obrzyganiem sobie nogawek. Raz kozie śmierć, pomyślał i odparł najczulej jak mógł: - To wszystko z miłości do ciebie… Bello. W ciemności rozmytej nachalną nawet tutaj łuną miasta ujrzał naiwną twarzyczkę, przedzieloną w poziomie łukowatą linią wyszczerzonych w uśmiechu śnieżnobiałych zębów. Zjechał wzrokiem niżej… Tak, to właśnie dlatego poświęciłem dla niej tak dużo. Nie mógł mieć do siebie pretensji, wycięte w ciemności narkotyczne kształty dwudziestolatki były lepem, na który dał się złapać – bezapelacyjnie zawsze i wszędzie jej ciało zapierało dech w piersiach. Były upojne dni i wieczory, wypady za miasto, akrobacje na masce samochodu, zwierzęce szaleństwa w zupełnej dziczy. Kończył z dupą poharataną jeżynami, podartymi portkami, przetartymi do krwi kolanami i uśmiechniętą mordą. Umorusani jak po zapasach w błocie już myśleli o kolejnych razach – w najlepszym razie była nimfomanką, choć zdecydowanie wolał nazywać ją „gotową na wszystko”. Cały znojny trud posuwisto-zwrotnych ruchów w najwymyślniejszych płaszczyznach wynagradzała mu tym swoim niewinnym uśmiechem: białe ząbki, zielone, w stu procentach dziewczęce (lub w ogóle niekobiece) oczka wyrażały poprzez swą owalność notoryczne zdziwienie, a może zaciekawienie – dobrze wiedział, że była to jedynie świetnie odegrana ciekawość czegoś nowego, bo przecież dla niej wszystkie te świństwa stanowiły chleb powszedni. Po prostu intuicyjnie odgadywała sekwencję strun, od pociągnięć których należy rozpocząć, żeby każdy facet był jej. Grała na nim zapamiętale, każdy koncert rozpoczynając od pociągnięcia wiadomej i jakże realnej struny. - Edwardzie, to oczywiste, że i ja cię kocham. Dzisiaj… tutaj… już na zawsze będziemy razem. Jesteś wspaniały. – Pisnęła z radości, a on zamachnął się, by przyłożyć jej w twarz. Opamiętał się w ostatniej chwili i zamarkował głaskanie wpatrzonej w siebie jak w bożyszcze twarzyczki. - Nie drzyj mordy, głupia! – wysyczał przez zęby. – Ktoś nas usłyszy i będzie po ceremonii. Znów zmarkotniała, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego jest taki niemiły. Ale wyczekiwała ceremonii, ta była dla niej najważniejsza, mógł więc sobie pozwolić na ekspozycję prawdziwych uczuć. - To w którą stronę? – spytała tylko. Wziął ją za rękę i poszli wzdłuż wyłożonej kwadratowymi płytami alejki. W wielu miejscach korzenie dębów rosnących po obu jej bokach przebiły się przez chodnik. W ciemniejącej nocy wyglądały jak węże pełzające pod nogami. Co jakiś czas od alejki odchodziły kolejne, ale ich drogą była właśnie tą, przy której przesadzili ogrodzenie. Prowadził na pamięć, starając się nie myśleć o nieruchomych i bezgłośnych cieniach skradających się praktycznie wszędzie dokoła. Jej uścisk był silny, dłoń lekko spocona. Nie dawała jednak po sobie poznać, że i dla niej miejsce to wydaje się na swój irracjonalny sposób jeśli nie przerażające, to chociaż niepokojące. Drzewa praktycznie nie szumiały, jedynie od czasu do czasu smętny podmuch parnego powietrza rozbijał ciszę nocy. Im dalej oddalali się od ogrodzenia, tym lepiej słyszeli własne oddechy. Ptaki spały, choć może i to dobrze, bo w tej sytuacji pohukująca sowa przyprawić mogła o zawał serca. Zaśmiał się pod nosem, co wcale nie dodało mu otuchy. Przecież to tak samo jak za dnia, tylko nic nie widać, nie słychać i nikogo nie ma, pomyślał jak najbardziej rozsądnie, za żadne jednak skarby nie odzyskując odwagi. Ta ulatywała jak powietrze z przebitej opony. Próbował myśleć o czymś miłym. Chryste, przecież choćby ona jest miła, jej aksamitna skóra, gorące zakamarki! Nie, tym podobne myśli nie pomagały na chwilę przed tym, co miał przecież uczynić. Postanowił sięgnąć do pokładów wiedzy psychologicznej ukrytej w rozpalonych trzewiach umysłu. Czego się boję? Miejsce jak każde inne, nie ma w nim kompletnie żadnego zagrożenia, może jest nawet bezpieczniejsze niż łażenie ulicami miasta o takiej porze. Strach cofa mnie, demotywuje, stanowi przeszkodę dla powziętych planów. A jednak jest, pali się żywym ogniem, wyostrzając zmysły, poddając w wątpliwość zwyczajność miejsca. Rozszerzone do granic możliwości źrenice fizycznie bolą, uszy próbują wychwycić najdrobniejsze drgania powietrza, lecz zamiast tego słyszę uderzenia własnego serca gnane niespotykanie wysokim ciśnieniem krwi. Muszę wytrzymać, zakończyć tę farsę! Ona nie może poczuć mojego strachu, bo jeszcze też się przestraszy i ucieknie… - Mar… Edwardzie, dobrze się czujesz? – Jej anielski głos przywraca go do rzeczywistości, cieszy się na te słowa, bo rozpalają ponownie furię, której potrzebuje niczym tlenu do oddychania. Uspokaja oddech, reguluje tętno. - Tak najdroższa… Zamyśliłem się… ot co. Zrównuje się z nim, teraz idą za rękę obok siebie, jak para ku ślubnemu kobiercowi. Wcześniej ciągnął ją jak opornego psiaka na krótkiej smyczy. - Miałeś mnie nazywać… Jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie… Oddech… - Niech ci będzie, złośnico. A więc: Bello, wszystko dobrze, po prostu się zamyśliłem. Mimo że zabrzmiało to jak zdanie scenariusza odczytane bez jakiegokolwiek zaangażowania przez trzeciorzędnego aktora, nazwana Bellą poczuła się najwyraźniej ukontentowana. - Oj, Edwardzie, nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje – wyszeptała tylko i szli dalej bez słowa. Cisza, spokój. Brak świadków… Czy ten prawdziwy Edward bałby się tego miejsca? Co ja mówię, jaki prawdziwy? To ja jestem prawdziwy, a nie ten popieprzony, fabularny dupek stworzony przez gospodynię domową wyznającą Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich! A ona… Ta Bella! Mary Sue, do jasnej cholery, a nie Bella! Nazywajmy rzeczy po imieniu! Śliczna cizia o umyśle dziecka, bezproduktywny owoc czyjegoś najpewniej krótkiego, wątpliwej jakości aktu. Jak ona śmiała nazwać mnie Edwardem? Czy ona myśli, że takie porównania kręcą trzydziestoletniego gościa? Jak mogła choćby brać pod uwagę, że zechcę tak na serio bawić się w odgrywanie scenek z czterotomowego gniotu dla nastolatek? Znalazł się nad krawędzią wulkanu, którego erupcja miała zainicjować wybuch ukrytej w nim bomby atomowej. Przyspieszył kroku, by uczynić wszystko zgodnie z planem – wszelkie improwizacje mogły jedynie przeszkodzić w dokonaniu zbrodni doskonałej. I właśnie na tę myśl dostrzegł odcinającą się od szarej ciemności czarną plamę skrzyżowania alejek. Poprowadził dziewczynę w lewą odnogę: piaszczysto-żwirową, zaniedbaną ścieżkę. Po parunastu metrach utonęli w gęstwinie ciemności i nieprzyciętych krzaków. Sceneria sprzyjała dyskrecji, mało kto zapuściłby się tutaj w nocy bez choćby latarki. Stanęli tam, gdzie zaplanował dokonać transcendentną zemstę. Tylko taka wchodziła w grę. Biorę, co dają, pomyślał, wprowadzając plan w życie. - Tutaj jest… pięknie. – W jej głosie dało się słyszeć wahanie, musiała przekonywać samą siebie do wygłoszonej opinii. - Babcia i dziadek, seniorzy rodu udzielą nam błogosławieństwa. Ty i ja… Odbierzemy od nich dar zespolenia… – postanowił rozpocząć ceremonię. - Mylisz rasy, głuptasie. Wampiry nie odczuwają zespolenia, tylko wilkołaki. Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie, pomyślał zniecierpliwiony i kontynuował: - Zebraliśmy się tutaj, w miejscu spoczynku naszych przodków, byśmy my, ludzka Bella i nieśmiertelny Edward – ledwie powstrzymał śmiech – złączyli się wieczną miłością. Niech te ciche pomniki poświadczą o łączącym nas uczuciu i dadzą nam moc władania światem śmiertelnych. Kompletnie ubawiony rolą uniósł ręce do góry jak kapłan oczekujący spłynięcia Łaski Pana. W jednej chwili zupełnie zapomniał o strachu i wątpliwościach, nawet poczuł w sobie krztę nieśmiertelności, uwierzył, że jest władcą życia i śmierci. Wdzięczny mormonce z Connecticut za doprowadzenie go do tego momentu, po raz ostatni zmierzył dwudziestolatkę pożądliwym spojrzeniem. Odpłaciła mu tym samym, zbliżając się na odległość oddechu. - Dziękuję, Edwardzie, że zgodziłeś się zrobić to tak, jak chciałam. Czytając książkę pragnęłam poczuć się wyjątkowo, właśnie jak teraz. Tylko my, ty wampir, i ja, niewinna ludzka istotka. Jesteśmy w tym ciemnym, ponurym miejscu i wyznajemy sobie miłość. To zupełnie jak w powieści! – Niemal zaklaskała w dłonie z radości, złapał ją w ostatniej chwili. Nie mogło być mowy o jakichkolwiek świadkach, lecz wolał nie ryzykować. Poszukał w kieszeni potrzebnego przedmiotu, ledwie mógł utrzymać śliską rękojeść, tak strasznie pociły się mu ręce. Pozostało jeszcze zdjęcie chroniącej przed zranieniem pochwy. Jednak dziewczyna nie zwróciła uwagi, że mężczyzna wykonuje dziwne ruchy w kieszeni – tuliła się zapamiętale, ustami błądziła po jego szyi i policzkach. Wzdychała coraz głośniej, omal nie uwiodła go ponownie – był bliski zaniechania szatańskiego planu i zatopienia się w oferowanej delicji, ale wtedy nazwała go znów tak a nie inaczej: - Edwardzie… Ugryź mnie w szyję. Proszę! Wepchnął ostrze bez specjalnej siły, naostrzone weszło jak w masło. Zastanowiło go, czy zdoła przeciągnąć nim wzdłuż mostka, jednak kościsty splot słoneczny uwięził nóż tak mocno, że musiał szarpnąć, by go wyciągnąć. Mimo panujących ciemności widział jej zielone oczy, tym razem wyraz ciekawości był jak najbardziej prawdziwy, zupełnie nie udawany, zdziwienie wypłynęło na jej usta, które na podobieństwo rybiego pyszczka chciwie chwytały powietrze. - Edwardzie, czy… czy tak miało być? – zapytała idiotycznie. Mózg zlasowany lekturą tandetnego romansidła łudził się, że wciąż pozostawali w sielankowej konwencji literackiej fikcji, w której takiej rzeczy się zdarzają i nóż rozkrawający wnętrzności jest nic nieznaczącym elementem historii ze zbliżającym się Happy Endem. Przyłożył usta do efemerycznej małżowiny. Pragnął wszystko wykrzyczeć, lecz wiedział, że nie powinien. Dlatego szeptał, nie próbując kryć szyderstwa sączącego się z każdego słowa na podobieństwo ropy z zaognionej rany: - Nie jestem żadnym pieprzonym Edwardem! Nazywam się Marcin Wierzbicki, pamiętasz, suko? Mogło być tak dobrze, ale nie, musiałaś zaczytywać się w jakiś bajeczkach o wampirach i wilkołakach. Co ty sobie wyobrażasz?! Że dla bawienia się w takie bzdury zostawiłem żonę? Chciałem cię mieć do posuwania i tyle. I któregoś razu, ni stąd ni zowąd mówisz do mnie Edwardzie. Szlag jasny mnie trafił! Cały ten teatr, twoja naiwna fascynacja tym chłamem, nazywanie się Bellą, tą skończoną idiotką o psychice płaskiej jak niemieckie autostrady. Czy ty wiesz, dziewczyno, ilu pisarzy walczy o zauważenie, docenienie ich sztuki? A ty tak o prostu zachwycasz się tym czytadłem, wzdychasz do użelowanych dupków z całą masą makijażu na wiecznie młodych mordach? I jeszcze mnie próbujesz wciągnąć w to gówno? Czyś ty postradała zmysły? Czy ty wiesz, kim ja jestem? Jestem autorem ambitnej prozy, do kurwy nędzy! Sprowadzasz mnie na cmentarz, żebym posuwał cię na nagrobkach, bo wierzysz w bujdy o wampirzych obrządkach. Nie mogę na to pozwolić, o nie, moja droga Hanno! Żadna Bello, rozumiesz, nie jesteś Bellą, jesteś Hanka, ot co! Powstrzymał słowotok z powodu braku jakiejkolwiek reakcji dziewczyny. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ciało w jego rękach jest bezwładne, zwieszone na nim w ostatnim uścisku, śmiertelnym spazmie. Hanna nie oddychała, oczy miała zamknięte, usta bez wyrazu. Pozbycie się ciała zabrało mu przeszło pół godziny. Sięgnął do torby i dołączył do zwłok symbol swojej krucjaty: cztery opasłe tomy ordynarnie pogwałcające potrzebę promowania wzniosłej sztuki. Pomiędzy kartki jednego z nich wsunął pięć zdjęć – cierni raniących serce. Teraz to już nieważne, rozpoczynam życie od nowa, tę tu zabiłem, tamtą wtłaczam w mroki zapomnienia. Rzucił książki i zdjęcia nie bez złości, raz na zawsze odcinając się od znienawidzonego przekleństwa i ludzi, którzy go zawiedli. Plamy krwi przysypał ziemią i żwirem, pomnik na całe szczęście nie był ubrudzony. Nawet jeśli, to tylko ja tu bywam, przyjdę jutro i domyję go wodą z płynem do naczyń, swoją drogą parne powietrze zapowiada deszcz, który zmyje wszystko, pomyślał ukończywszy pracę. Zgasił latarkę i schował ją w torbie. Umęczony prawie do nieprzytomności, z trudem mógł się ruszać. Przygotowywał się do tej nocy, ledwie wczoraj sprawdził wszystkie aspekty miejsca zbrodni, między innymi łatwość zatarcia śladów, z tym najważniejszym, około pięćdziesięciokilowym, na czele. Zmęczenie nie mogło stępić uczucia ulgi, którą poczuł. Bella nie będzie żyła wiecznie, Edward okazał się draniem, pospolitym złoczyńcą, a właściwie to nawet nie istnieje. Zmienił pokrwawione i przepocone ubranie na czyste z torby. Nasłuchiwał odgłosów nocy, ta milczała niezmiennie. Czego się bałem? – pytał samego siebie, ironizując z przejmującego go wcześniej, irracjonalnego lęku. Los mi sprzyja. Jest cudownie… Co kurwa!? Skoczył na równe nogi, krew ścięła się mu w żyłach. Gdzieś blisko spadł jakiś przedmiot; świdrujący, przeraźliwie głośny dźwięk sugerował tłukące się szkło, może wazon? Nie miał czasu na dłuższe analizy, odwrócił się na pięcie i ruszył pędem przed siebie, w stronę, skąd przyszedł, na alejkę, którą trafiłby wszędzie nawet w zupełnej ciemności. Biegł może minutę, kiedy opamiętał się. Biegnąc, zwracasz uwagę, idź normalnie, tak jak ja nikogo nie widzę, tak i ja pozostaję niewidoczny. Odważył się odwrócić, nie dojrzał nic mogącego stanowić zagrożenie. Krew dudniła w uszach, uniemożliwiając jakiekolwiek nasłuchiwanie. Na oczy wypłynęły kolorowe plamki; zmęczenie i stres dawały o sobie znać. Nawet oddychanie sprawiało niebywałą trudność, zdziwił się, że nie potrafi uspokoić oddechu, w dodatku nie odczuł, by życiodajny tlen docierał do mięśni i mózgu. Boże, czy tak odczuwa się stan przedzawałowy? To tylko jakieś nocne stworzenie przewróciło wazon, nic ponadto, idź normalnie… Dodawanie otuchy samemu sobie nie przynosiło zamierzonego efektu. Trząsł się na całym ciele, torba z ubraniem i latarką stanowiła niebywały ciężar, którego nie mógł się jednak pozbyć. Brnął w lepką ciemność skupiony na celu, jakim był upragniony mur. Wzmógł się wiatr, ciężkie od dorodnych liści korony drzew rozpoczęły upiorny taniec, układając niebywałe, majaczące na tle zachmurzonego nieba wzory. Grube pnie jęcząco wzdychały, układając gałęzie pod naporem wiatru. Usłyszał pojedyncze puknięcia – ciche pluski igrające na granicy słyszalności. Z każdą sekundą wzrastała częstotliwość uderzeń, brzmiało to jak atak małych owadów obijających chitynowymi odnóżami płyty alejki. Lustrował otoczenie i spostrzegł, iż żyje ono własnym życiem. Błyskawica rozcięła kurtynę czerni wymieszanej z grafitem przedmiotów białych za dnia, modlące się anioły na postumentach, poczuwszy światło na swych kamiennych ciałach, wykrzywiały usta w okrutnym uśmiechu, ich skrzydła zyskiwały rozpiętość, policzki spływały krwistymi kroplami wielkich łez. Nogi przestały reagować na polecenia mózgu, powłóczył nimi ostatkiem sił, niemal przewracając się pod bolesnymi nitkami deszczu z dziką furią wbijającymi się w znużone ciało. Był wdzięczny, że kaskady wody przesłaniają mu wzrok: im mnie widział, tym mniejszy strach odczuwał. Tak czy owak znał swój koniec. Świadomość nieuniknionego zesłała na niego spokój, szedł otulony nim jak kokonem, czekał na finalny atak, żer bestii, ostatni spazm życia. Pomyślał o latarce w torbie, ale nie zdobył się, by ją wyciągnąć i zapalić. Cienki snop światła mógł stanowić jedynie wabik dla wygłodniałych demonów. W oddali zamajaczyła łuna świateł miasta zza ogrodzenia. Już prawie, może jednak dzisiaj nie jest mój czas… Mur był coraz bliżej, lecz nie pobiegł ku niemu. Wiedział, że albo tam dojdzie w takim tempie albo w ogóle. Pomimo, że przemókł całkowicie, zaiskrzyło się w nim światełko nadziei. Otoczył je wyimaginowanymi dłońmi, chroniąc przed wilgocią. I właśnie wówczas usłyszał skrzekliwe zawołanie. - Wybierasz się gdzieś?! Nie odwrócił się, nie odpowiedział. Szedł niezmiennym krokiem, ku ogrodzeniu, ku życiu… - Za to, co zrobiłeś, nie ma dla ciebie wybaczenia! Deszcz młócił jak opętany, wichura łamała gałęzie, miotając nimi na chodnik i dwie postaci, osobliwych bohaterów rozgrywającego się dramatu. Pioruny wybuchały gdzieś wysoko ponad głowami, ich furia objawiała się w natężeniu światła i huku wyładowań. Mimo to słyszał zbliżające się kroki, lodowaty oddech postawił mu włoski na karku. Przystanął. - Odejdź sam lub cię rozszarpię – rzekł demon przymilnym, niemal kobiecym głosem. Opadł na kolana, ból rozsadzał mu klatkę piersiową, powietrze stanowiło nieosiągalny luksus. Runął twarzą w kałużę, dźwięki i kolory otoczenia zostały gdzieś z tyłu, czuł uwolnienie i swobodę, pragnął, by świadomość odpłynęła możliwie najszybciej, tu i teraz. Demon przykucnął obok. Nachylił się. Przez samą obecność wysysał resztki życia ze swej ofiary. Tętno zwalniało, życie odpływało z cichnącymi uderzeniami serca. Marcin Wierzbicki wraz z ostatnią próbą oddechu spojrzał swemu katowi w twarz. Wykrzywioną w grymasie przemieszanego wstrętu i złości, znał ją bardzo dobrze. Nawiedzała go co noc w bolesnych wspomnieniach. A teraz przyszła po zapłatę za swoje dzieło.

II

Była za kwadrans ósma, jak Alicja przekroczyła próg komendy. Dzień zapowiadał się pogodny; w nocy padało, przez co poranek był rześki i dawał nadzieję na nie tak znowu gorące popołudnie. Oficer dyżurny powitał ją krótkim „cześć” – wzrok przy tym miał spuszczony, wpatrywał się w przycisk otwierający drzwi. - Rysiek, wiem, że wyglądam czadowo, ale możesz na mnie patrzeć – powiedziała Alicja. – Właściwie byłoby miło z twojej strony, jakbyś poślinił się na mój widok, wiesz, jak próżne jesteśmy… Nie miała powodów do zmartwień, odpoczęła od pracy przez ostatnią dobę i mimo, że w nocy nie spała za wiele, czuła się wyśmienicie. - Idź od razu do bossa, czeka na ciebie. - Boss jest dzisiaj? – zdziwiła się. Pamiętała, że powinien mieć przez kilka najbliższych dni wolne. – Stało się coś czy co? - Nie gadaj z nikim, idź do bossa. – Rysiek wcisnął przycisk. Przeciągłe brzęczenie obwieściło, że drzwi są otwarte. Alicja popchnęła kratę i schodami weszła na pierwsze piętro. Tylko kilku chłopaków minęła na korytarzu, żaden z nich nie wyglądał na skorego do rozmowy. Poprawiła mundur, nałożyła czapkę i zapukała do gabinetu komendanta. - Wejść! - Dzień dobry, szefie. – Pamiętała, że w pracy mają zachowywać się profesjonalnie. – Rysiek mówił, że chce mnie pan widzieć. Domyślam się, że coś przeskrobałam, wszyscy mają nietęgie miny. Proszę walić prosto z mostu, już mnie brzuch z nerwów boli. - Dzień dobry, Alicjo. Proszę usiąść. – Wskazał krzesło naprzeciw siebie, oczami biegał po całym pokoju, jakby szukał drogi ucieczki. - Siedzę szefie, błagam, czuję przez skórę, że sprawa jest poważna. Pan powinien być na urlopie… - Chłopaki z nocnej służby zadzwonili do mnie. Z czego bardzo się cieszę, zachowali się profesjonalnie, sytuacja jest… trudna. - I ma związek ze mną – bardziej stwierdziła niż spytała. To oczywiste, zaraz powie coś, że aż mnie zatka. - Tak, Alicjo. Bieżąca sprawa ma… zdecydowanie związek z tobą. Naszą dobrą koleżanką i współpracownicą, lecz przede wszystkim funkcjonariuszem policji. - Zamieniam się w słuch. – Alicja przebierała nogami pod biurkiem, przyznała komendantowi, że ten potrafi wytworzyć niezły suspens. Komendant chrząknął kilka razy, poprawił się w fotelu, po czym przeszedł do rzeczy: - W nocy na terenie cmentarza doszło najwyraźniej do… hm, zbrodni. Mówię to z pewnym wahaniem, gdyż sprawa nie jest, rzekłbym, rutynowa. Dozorca otwierający o piątej rano cmentarz znalazł po około godzinie pod jednym z ogrodzeń martwego człowieka – mężczyznę, lat trzydzieści. Lekarz stwierdził zgon mężczyzny w wyniku zatrzymania akcji mięśnia sercowego. Zawał innymi słowy. Niewyjaśnione pozostają kwestie, co denat robił w nocy na cmentarzu i dlaczego akurat wtedy dostał zawału. Dodatkowo przy mężczyźnie znaleziono torbę, a w niej pokrwawione ubrania i nóż. Na rękach denata również były widoczne ślady krwi. Na razie za wcześnie mówić, czy przed śmiercią zaatakował kogoś nożem, czy może ktoś torbę podrzucił. Porównanie krwi z noża, ubrań i dłoni mężczyzny na pewno wiele wyjaśni. Póki co mamy człowieka zmarłego w co najmniej dziwnych okolicznościach oraz poszlaki wskazujące na coś grubszego. Bardzo dużo pytań i żadnych odpowiedzi. Alicja słuchała cierpliwie. Przyznała sama przed sobą, że relacja poczyniona przez komendanta nadaje całej historii ekscytującej tajemniczości. - To co ja tu jeszcze robię? – zapytała. – Na pewno ekipa po nocy jest zmęczona, zluzujemy ich ludźmi z mojej zmiany. Choć już na pewno większość śladów zebrali, to i tak przyda się świeże spojrzenie. - Alicja, nie o to chodzi. Chciałem wprowadzić cię w sprawę, ale nie możesz brać w niej udziału. Zdobyła się na niedowierzające spojrzenie. Podważasz moje kompetencje, aspiranta w pionie kryminalno-śledczym? – chciała, by jej oczy wyartykułowały właśnie takie pytanie. - Nie patrz tak na mnie, Alicjo! Nie wiem, kurwa, jak mam ci to powiedzieć! - Niech pan po prostu powie, do jasnej cholery! Wszyscy dzisiaj omijają mnie wzrokiem, jakbym wystrzelała im rodziny! Mam prawo wiedzieć! Komendant podniósł się z fotela. Oparłszy się o biurku, powiedział jej prosto w twarz: - Znaleziony przez dozorcę cmentarnego mężczyzna to twój mąż. Starała się nie mrugać, co nadawało jej twarzy wyraz jeszcze większego szoku. Przełknęła ślinę, dodając całej scenie dramatyzmu jak w operze mydlanej. - Były… mąż – wydukała przez ściśnięte gardło. Tylko tyle przyszło jej do głowy. - Były niebyły, rozwodu nie macie. Nie o to chodzi. Tak czy owak sama rozumiesz… Rozumiała, lecz kompletnie nie miała pojęcia, czego oczekuje od niej komendant. - Nie będę płakać. Sam pan wie, szefie… - Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wiem tyle, że nie mieszkaliście już razem i przygotowaliście się do rozwodu, tak czy owak Marcin Wierzbicki nie żyje. To fakt. Kilka innych faktów już usłyszałaś. Sprawa nabiera więc charakteru kryminalnego i… - I ja muszę trzymać się od niej z daleka. To jasne. Chryste, jeszcze wczoraj kłóciliśmy się przez telefon, chciałam jak najszybciej rozpocząć rozwód… - Na twoim miejscu nie mówiłbym tak teraz… - Hej, to nie fair… A tak w ogóle! Już go zidentyfikowaliście? Nie mówił pan, że miał przy sobie dokumenty. - Alicjo, mało to razy brałaś go ze sobą na imprezy? Chłopaki wiedzą, jak wygląda. Tak przy okazji, jako żona będziesz zmuszona wziąć udział w potwierdzeniu tożsamości denata… - Tak jest – rzekła krótko i złapała się za głowę. Nie oczekiwał, że będzie płakać, lecz nie mogła przecież nie okazać jakichkolwiek uczuć. – Coś jeszcze? – spytała zmęczonym głosem. Komendant opadł z powrotem na fotel i ciężko westchnął. - Tak. Zadzwoniłem do komendy wojewódzkiej z prośbą o przysłanie oficera nadzorującego śledztwo. - Ubezpiecza pan du… tyły? – zaśmiała się nerwowo. - To oczywiste, śledztwo dotyczy męża funkcjonariuszki policji naszego rejonu. Potrzebujemy kogoś z zewnątrz. Sądzę, że muszę cię poprosić o pozostanie za biurkiem przez kilka dni, będą też potrzebne twoje zeznania… - To jakiś żart! Podejrzewacie mnie, że przyprowadziłam Marcina na cmentarz, a tam… No właśnie! Przecież on nawet nie został zamordowany! Po co właściwie całe to śledztwo?! - Zawał to pierwsza diagnoza, będzie jeszcze sekcja zwłok, wówczas dowiemy się więcej. Poza tym ta torba i krew. Nie powiesz, że nie jest to zastanawiające. Na ten moment Zdziarski przyjął wariant drugiej ofiary i skupiamy się na jej poszukiwaniu. - Zdziarski! Nasz dyżurny Sherlock Holmes! – prychnęła z goryczą i skrzyżowała ręce pod wydatnymi piersiami. Komendant spojrzał na nie przelotnie, zauważyła również, jak oblizał wargi. - No dobra, Rafał. Chyba jednak nie masz tu kamer i mikrofonów, więc powiem ci coś poza protokołem. Chcesz się jeszcze kiedyś pobawić moimi bimbałkami to zrób coś dla mnie: odsuń Zdziarskiego od sprawy. Dobrze wiesz, że kompletnie się nie dogadujemy. Nie uznaję metod tego kolesia, jest łebski, to fakt, ale to również kawał skurwiela. Sfinguje coś i mnie utrąci. A przecież to niedorzeczne, cała ta historia kupy się nie trzyma! Komendant poczerwieniał na twarzy, usta złączył w kreskę koloru dojrzałej śliwy. - Kurwa, Alicja, znowu zachowujesz się niepoważnie. Nie posuwałem cię, do jasnej cholery, żebyś teraz miała na mnie haka. Robiliśmy to poza pracą i nie życzę sobie szantażowania! - Sorry, szefie, nie posuwałeś, żebym miała haka, ale faktem jest, że go mam. Usuwam się na bok, jestem do dyspozycji zarówno naszych chłopaków jak i kolesi z wojewódzkiej, ale niech Zdziarski trzyma łapska z dala ode mnie. Czy to jasne? - Kurwa, nie! Skoro sprawa cię nie dotyczy, to po cholerę mieszać i siać plotki? Osobiście dopilnuję, żeby Zdziarskiego nie poniosło, masz moje słowo. - Chuj nie słowo. Jak pójdę na dno, to zabiorę cię tam ze sobą! - I dobrze, umowa stoi, póki co bądź u siebie i nie rozmawiaj z nikim. Przyjdziemy po ciebie, jak dojadą z wojewódzkiej. Zdziarskiego nie dopuszczę do ciebie, okej? Alicja westchnęła. Nie powinna być aż tak sukowata – narobienie sobie wrogów nie niosło w jej sytuacji niczego dobrego. Poprawiła mundur na piersiach i uśmiechnęła się w najbardziej czarujący sposób, jaki w tej chwili uznała za stosowny. - Okej, komendancie. Poniosło mnie, przepraszam, to jakaś fikcja, teraz mam już status wdowy, a nie rozwódki. Po prostu zajebiście! Wcale mnie to nie bawi… - Mnie również jest przykro z powodu… jego śmierci. Mimo wszystko… Wstała z krzesła, komendant podniósł się zaraz za nią. Była już w progu, gdy zapytał: - Mieliście ubezpieczenie na wypadek śmierci któregoś z was? Spojrzała na przełożonego z miną zastępującą tysiąc słów. - Bądź gotowa i na takie pytania – powiedział komendant i spotkanie dobiegło końca.

III

Rozkład na czynniki pierwsze oraz indukcja i tym razem powinny być metodami niezawodnymi. Lecz póki co nic nie trzymało się kupy. Tomek Zdziarski siedział na ławeczce przy jednym z grobów najbliżej miejsca znalezienia martwego Wierzbickiego. Ogarniał wzrokiem ogrodzenie cmentarza, kilkadziesiąt pomników nagrobnych dookoła oraz obie strony alejki. Na oku miał też druciany pojemnik na śmieci – przeszukanie go nic nie dało, znaleźli jedynie powypalane znicze, uschnięte stroiki i podarte papiery. Reasumował fakty, dla których nie znajdował racjonalnego scenariusza spinającego historię w zgrabną całość. Nieżywego Wierzbickiego odnalazł o szóstej rano dozorca porządkujący alejki po nocnej zawierusze. Denat leżał na brzuchu w rozległej kałuży, po której teraz pozostała już jedynie ciemna plama wilgoci. Upalne powietrze zbliżającego się południa wysysało ze wszystkiego wodę na podobieństwo krwiopijczego komara. Zdziarski przetarł czoło chustką. Że też akurat tej nocy musiało nastąpić oberwanie chmury! Policyjny pies nie podjął żadnego tropu, jeszcze z chwilą przybycia policji alejkami spływały potoki deszczówki, a połamane gałęzie i pospadane liście pozatykały odpływy studzienek. Parująca wilgoć była nieznośna, nie dało się oddychać, owczarek niemiecki ledwo dyszał, a co dopiero mówić o zwęszeniu śladu. Wierzbicki dostał zawału serca. Lub utopił się w kałuży. Lub to i to. Zawał był pierwszy, do tego ta woda. Lekarz obiecał bardziej szczegółowy raport po wykonaniu sekcji. Zdziarski przyjął, że to i tak bez znaczenia. Do rozwiązania zagadki miały doprowadzić odpowiedzi na inne pytania, sam moment śmierci nie jest kluczowy, przyznał młodszy inspektor kryminalny. Co Wierzbicki robił w nocy na zamkniętym cmentarzu? Czyja krew jest na nożu i na ubraniach znalezionych w torbie? Czy Wierzbicki przed śmiercią kogoś zamordował? Jeśli tak to kogo? I gdzie jest ciało ofiary? Od strony południowej bramy szli ku niemu trzej mężczyźni. Znowu uśmiał się w duchu: jak to jest, że przestępcy nie rozpoznają tajniaków? W każdym detalu naszego wyglądu zdradzamy się od razu. Mimo upału mężczyźni nosili lekkie, zapięte do połowy kurtki. Zasunięty choć trochę ekspres był koniecznością – kabura z giwerą nie mogła wychylać się spod pachy. Dżinsowe spodnie, gruby, czarny pasek z klamerką, mocno zawiązane buty na twardej podeszwie. W każdej sekundzie gotowi do pościgu, tajniacy mogli jedynie bardziej dbać o linię, żeby nie tracić werwy już po pięćdziesięciu metrach biegu. Zdziarski uświadomił sobie swój własny wygląd. Splunął niepocieszony, że niewiele różni się od kolegów po fachu. Takie to już jest to pieskie życie policjanta… Mężczyźni podeszli do Zdziarskiego: dwóch z nich to jego ludzie, trzeci również nie był mu obcy. - Co ja tu robię? – zapytał właśnie on. – Jakiś nocny marek z zawałem wyciąga mnie z klimatyzowanego pokoju na tę cholerną patelnię. Wyjaśnisz mi to? - Szefostwo się dogadało. Nie powiedział ci nic twój boss? - Chcę to usłyszeć od Holmesa centralnej Polski. Co jest takiego dziwnego w martwym koleżce, że potrzebujecie naszego wsparcia? Zdziarski wstał z ławki i poklepał policjanta jak dobrego przyjaciela. Postanowił zagrać va banque, próba sił na samym początku mogła już na dobre ustalić wynik spotkania. - Nie zrozum mnie źle – powiedział – ale jesteś nam kompletnie niepotrzebny. Masz jedynie łazić z moim cieniem za rękę i notować. Co widzisz, co słyszysz, co czujesz. Trup to mąż jednej z policjantek z naszej komendy, poza tym facet może okazać się nożownikiem. Sprawa ma być czysta i tyle. Zresztą… Sprawa i tak byłaby czysta, ale chuchamy na zimne. - Jeszcze tego brakowało – zaśmiał się ze sztuczną nerwowością nowoprzybyły. – Robię wam tu za męża zaufania, czy tak? Tomek Zdziarski nie puszczał ramienia kolegi po fachu. Pokrzepiał go jak ojciec syna, z tymże w tej sytuacji ojciec wyglądał na zdecydowanie młodszego. - Nieprawda, Buźka. Jak dla mnie zapowiada się na pojedynek gigantów, o ile mnie intuicja nie myli. Nazwany Buźką uśmiechnął się szeroko, cała jego naiwność zniknęła w jednej chwili. Delikatnie zdjął z siebie dłoń Zdziarskiego, po czym uścisnął ją w geście powitania. - Skoro już się rozpoznaliśmy, to może zabierzemy się do pracy, hm? Zdziarski nie posiadał się z radości, że przyjdzie mu pracować z samym komisarzem Michałem Chlebowskim vel Buźka. W dodatku sławny policjant nazwał go „Holmesem centralnej Polski”, doceniając w ten sposób kilka brawurowych śledztw w wykonaniu młodszego kolegi. Zdziarski odwzajemnił powitanie i zaczął opisywać miejsce zbrodni. Naznaczona ciągnącą się przez cały prawy policzek blizną twarz starszego policjanta wyrażała skupienie, ale i podekscytowanie. Koledzy Zdziarskiego mogli się jedynie przyglądać, jak dwaj najlepsi z najlepszych zabierają się do rozwiązania cmentarnej zagadki. Tymczasem druga ekipa śledczych pracowała w mieszkaniu Wierzbickiego. Co najbardziej zdziwiło Zdziarskiego to fakt, że przewodził jej sam komendant. Czyżby zależało mu aż tak bardzo na szybkim rozwiązaniu sprawy? Na podobne pytania przyjdzie czas później, teraz należy wziąć się za pracę, pomyślał polski Holmes i wrócił do badania miejsca co najmniej dziwnego zdarzenia.

IV

- Chciałbym poznać twoją opinię? - Uzupełnić ją i świętować własny sukces? O nie, panie komisarzu! Z racji starszeństwa pan pierwszy. Proszę. Komisarz podrapał się wzdłuż blizny. Zapatrzony w nieokreślony punkt ponad cmentarnym murem, ze spolegliwym uśmiechem rozpoczął wywód: - Luźne wnioski, nic więcej, niepoparte choćby porównaniem znalezionej krwi z krwią denata… Przyjmuję następujący tok rozumowania: ślady zakrzepłej krwi na dłoniach Marcina Wierzbickiego oraz pokrwawiony nóż i ubrania wskazują, że przed śmiercią zabił on lub ranił człowieka. Pytanie, gdzie tego dokonał, ponadto gdzie jest ranny lub zabity. Przyjmuję, że do zdarzenia doszło tutaj, na cmentarzu. Niezwykłość miejsca nasuwa wniosek, że zbrodnia miała charakter rytualny. Jeszcze większą zagadką jest fakt, że Wierzbicki dostał po wszystkim zawału serca. Nie w trakcie dokonywania zakładanego morderstwa, tylko już po tym, jak zmienił ubranie i zmierzał najwyraźniej ku wyjściu. Ta wątpliwość wprowadza na scenę kogoś jeszcze, osobę trzecią. A w takim razie poprzednie rozumowanie może być błędne: Wierzbicki nie zrobił nic złego, tylko został wrobiony. A potem pozbyto się go w tajemniczy sposób. Bez przełomu nie widzę możliwości szybkiego zakończenia śledztwa. - Przełomem okaże się sekcja Wierzbickiego – stwierdził krótko młodszy inspektor Zdziarski. – Toksyny lub narkotyki w jego krwi potwierdzą wersję o rytuale. Mało jest rytualnych ceremonii, w których nie ma narkotyków lub choćby alkoholu. Wierzbicki mógł przedawkować i nie wytrzymało serce. Komisarz pokiwał z uznaniem głową. Jednocześnie zauważył w spojrzeniu młodszego kolegi, że ten tylko z grzeczności rozwija zaproponowaną przez niego hipotezę, tak naprawdę mając już dawno obmyśloną swoją własną. - Z drugiej strony prościej będzie założyć, że Wierzbicki zmarł z przyczyn naturalnych – kontynuował Zdziarski. Pytający wzrok komisarza wystarczył za przyzwolenie do kontynuowania: - Strach jest przyczyną naturalną – wypalił policjant, akcentując każde

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych