Cham
Kto jest większym chamem?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-Może jakaś mała przerwa?
Wszyscy w aucie, z Markiem na czele, nagrodzili propozycję Roberta milczącą aprobatą. Monika, żona Roberta, siedząca obok niego z przodu, osoba wyjątkowo gadatliwa, nie odezwała się tym razem ani słowem. Weronika wpatrywała się dalej tak samo martwo jak dotychczas w pokrytą perełkami kropel deszczu szybę. Mark w głębi ducha ucieszył się bardzo na ten postój. Od dobrej godziny narastał w nim bunt, obawiał się, że jeśli jeszcze przez następną godzinę będzie zmuszony gapić się na sunące po autostradzie zabłocone samochody, to ostatecznie straci nad sobą panowanie.
Gdy Robert w końcu znalazł wolne miejsce na dużym parkingu przy stacji benzynowej, Mark opuścił boczną szybę. Stęsknił się za świeżym powietrzem.
- Po co otwierasz okno, przecież i tak wychodzimy – Monika upomniała go w swoim stylu, uprzejmie i z uśmiechem na ustach.
Bezwiednie nacisnął przycisk, szyba pojechała w górę.
Robert bez słowa wysiadł z samochodu i zaczął przecierać przednią szybę jaskrawo pomarańczową szmatką. Monika szybko do niego dołączyła, zabrała się za boczne okna.
- Idziemy się przejść? – Mark złożył tę propozycję Weronice najspokojniej jak potrafił. - Nie, za zimno trochę jest na spacer, zresztą gdzie tu chodzić, sam parking i stacja benzynowa. - Ok, ja skoczę do toalety – mruknął. Nie zatrzymała go, choć w głębi duszy trochę na to liczył. - Idziesz może do kibelka? – rzucił w stronę Roberta, bez reszty oddanego przywracaniu blasku swojemu wspaniałemu autu.
---
Robert już kończył myć ręce. Mark stojąc przed lustrem z ulgą stwierdził, że nie wygląda ostatecznie tak źle, jak można byłoby przypuszczać. Owszem, lekko łysiał, może przydałoby się trochę schudnąć, może cera faktycznie była zbyt sina, ale ostatecznie uznał, że gdyby zmrużyć trochę oczy – na sekundę to uczynił - to można by go uznać za całkiem fajnego faceta.
- Mark, nie myśl, że chcę się wtrącać, ale co jest z tą Weroniką? – Robert zadał to wyjątkowo jak na niego otwarte pytanie niby od niechcenia, wycierając w tym czasie skrupulatnie dłonie w kłąb wyrwanych z podajnika papierowych ręczników. Miał chyba nadzieję, że ten obojętny ton załagodzi nieco brutalność z jaką zabrał się za zaspokojenie własnej ciekawości. - Nie wiem. Poznaliśmy się trzy miesiące temu, dopiero teraz pierwszy raz w ogóle wybieramy się gdzieś dalej razem – Mark podstawił zdrętwiałe już od lodowatej wody dłonie pod suszarkę. - Kłócicie się? – drążył Robert. – Ty milczysz, ona milczy, odpowiada półsłówkami. O co tu chodzi? - To nie był dobry pomysł z tym wspólnym wyjazdem, tylko teraz już nic się nie da zrobić, muszę to jakoś przetrwać. - To jak wam nie wychodzi, to może dajcie sobie spokój. - Robert, Weronika jest w ciąży.
---
To był już ostatni postój przed celem ich podróży. Daleka rodzina Roberta zaprosiła go do siebie pod Hannover. Bogaci ludzie, wielki dom, olbrzymia posesja z kawałkiem lasu i jeziorem. Wujek Roberta, Andreas, z okazji kolejnych biznesowych sukcesów zorganizował huczny weekend w swoich włościach, z wystawnym przyjęciem i wieczornym ogniskiem jako główną atrakcją. Monika podczas którejś pogawędki przy blacie kuchennym rzuciła, że Mark w zasadzie mógłby wybrać się tam z nimi. Przyjął to zaproszenie bez głębszego zastanowienia. Musiał w końcu kiedyś pokazać się ludziom razem z Weroniką, ile można się z takimi rzeczami kryć. Gdy zadzwonił do niej i przekazał jej to zaproszenie od Wolfów, a ona odpowiedziała tym swoim nic nie oznaczającym „ok”, poszedł sam do knajpy i wypił duszkiem trzy piwa. Teraz, kiedy byli już jakieś dwadzieścia kilometrów od rancza wujka Andreasa, głęboko żałował, że tak łatwo dał się tu przyciągnąć.
- Mark, ale masz minę – zauważyła z jadowitym przekąsem Monika. Patrzyła mu w oczy za pośrednictwem wstecznego lusterka. Niezbyt ładna, pociągła, piegowata twarz, na którą osuwały się rudawe kosmyki niedokładnie pofarbowanych włosów z widocznymi śladami pierwszej siwizny. - A co, może mam skakać z radości? Nie muszę być zawsze uśmiechnięty. - Stary, wyluzuj – wtrącił się milczący już od długiego czasu Robert – tam będzie sporo ciekawych ludzi, może znajdą ci fajną robotę...
Mark w tej chwili poczuł, że jeśli nie weźmie głębokiego oddechu, to złapie Weronikę za szyję w nadziei, że uda mu się wreszcie zmusić ją, żeby cokolwiek powiedziała w jego obronie, zamiast tak w kółko gapić się w to okno. Stracił pracę dwa tygodnie temu. Redukcja działu. Czterdzieści lat i niszowe kwalifikacje projektanta przestarzałych, nikomu nie potrzebnych systemów alarmowych - oto na jakim znalazł się etapie życia. "Kto może dać mi pracę?" – pomyślał. "Zwłaszcza kto z tych zadufanych durniów spod Hannoveru?" Markowi wydało się, że w tej samej chwili beznamiętna dotąd twarz Weroniki skrzywiła się w złośliwym uśmieszku.
---
Na miejscu wszystko było tak, jak Mark przewidywał. Wszystko sprawdziło się co do joty. Od nieokiełznanego bogactwa rezydencji, aż do niekończących się rytualnych powitań z licznym gronem zlewających się ze sobą obcych postaci, głównie członków rodziny Mittbach, ale i też ich dalekich ciotek, przyjaciół, pracowników ich firm, niemal co do jednego przybyłych tu wraz z potężną gromadką rozbestwionych dzieci.
Zatkało go wreszcie od tego wszystkiego. Skrył się gdzieś w kącie wielkiego holu, przypominającego lobby hotelowe i mechanicznie podawał lekko spoconą z wrażenia dłoń - ktoś nawet w rozpędzie pocałował go w policzek. Ucharakteryzowany na dandysa wysoki młodzieniec otworzył któreś z drzwi i ze słabo skrywaną arogancją poinformował Marka, że na końcu korytarza jest pokoik przeznaczony na ich bagaże. Mark musiał na to zrobić bardzo głupią minę, bo dandys w końcu wyszarpnął mu torbę z rąk i gdzieś z nią zniknął. Weronika w pewnej chwili, gdy całe zainteresowanie skupiło się już tylko i wyłącznie na niej, wyglądała tak kwitnąco, że aż zadziwił się głęboko tym, że ona jest tu właśnie z nim. Towarzystwo siwiejących mężczyzn w rozpiętych marynarkach, bez krawatów, z kilkudniowym zarostem na rumianych twarzach, rozsiewających mdły zapach drogiej wody kolońskiej, szybko otoczyło ją kółkiem i niemal siłą pociągnęło ze sobą w głąb ogromnego salonu.
Mark z ulgą zaległ ciężko w ogromnym, skórzanym fotelu i tam dokonał ostatecznego usunięcia ze swojej duszy resztki złudzeń co do zasadności tej od początku skazanej na porażkę wyprawy. Towarzystwo jednak miało na ten temat inne zdanie. Grała muzyka, brzęczały kieliszki, szklanki i talerzyki, gwar niemiłej dla uszu Marka rozradowanej paplaniny dobiegał do niego z każdej ze stron świata. Gdzieś spomiędzy całego tego zamieszania wybijały się na pierwszy plan kolejne żarty Moniki i goniący je jej własny głośny, chrapliwy śmiech.
Ktoś klepnął go w ramię, był to sam wujek Andreas, szpakowaty, wysoki, silny mężczyzna, pomimo wieku i pozycji ubrany jak najbardziej na luzie, w dżinsy i jaskrawo zieloną koszulkę polo; niskim pół-szeptem oznajmił mu, że „jakby co” to pokoje gościnne są na najwyższym piętrze. Mark wstał więc z fotela i ruszył tam natychmiast.
Pokonał bez pośpiechu pnące się w górę obłożone ciemnym drewnem potężne schody. Na półpiętrze minął schodzącą akurat sympatyczną dziewczynę w czarnej, skromnej sukience i białym fartuszku. Uśmiechnęła się do niego całkowicie neutralnie, ale i tak zrobiło mu się miło. "A więc i służące tu mają..." – pomyślał uznając po sekundzie, że byłoby bardzo dziwne, gdyby ich nie mieli.
Gdy dotarł na drugie piętro, wniknął w delikatny półmrok długiego korytarza. Jedne z wielu drzwi uchyliły się nieco, w szczelinie ujrzał twarz Weroniki. Jak zawsze zbyt mocno umalowana, gęsty iście porcelanowy podkład nadawał wystającym kościom policzkowym charakter umowny. Wilczo-skośne oczy zbiegały się tuż wokół trochę za bardzo wysuniętego nosa; całość, pomimo drobnych usterek, działała na każdego faceta tak samo toksycznie i kusząco, zwłaszcza gdy, tak jak w tej chwili, robiła tę swoją głupkowato niewinną minę.
- Mark, to nasz pokój, chodź – szepnęła.
Wszedł do środka.
- Ładnie tu, nie? – nie czekając na jego odpowiedź podeszła do dużego okna, z którego rozpościerał się imponujący widok na duży park. Nad ciemnymi konturami koron drzew wciąż gęsto zachmurzone niebo jakby rozpuszczało się przechodząc od szarości do bieli. Wydawać się mogło, że ta biel miejscami emanuje zimnym, niemal sinym, blaskiem. W pokoju nie znajdowało się nic więcej oprócz sporego dwuosobowego łóżka, prostego, nowoczesnego biurka i małej komody z białym, lakierowanym frontem. Podszedł do Weroniki stojącej wciąż przodem do okna i delikatnie objął w talii.
- Zostaw...
---
Mark milczał już ponad godzinę. Siedział na tym samym co wcześniej fotelu i raz za razem przechylał szklankę wypełnioną jakimś mocnym drinkiem w kolorze kiszonej kapusty. Widok wnętrza szklanki, gdy trzymał ją w pozycji górnej, stawał się chwilą miłej odmiany. Przed nim rozgrywały się wciąż te same sceny. Rozluźnienie gości powoli dosięgało zenitu. Poszczególne wątki rozmów coraz bardziej
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil DoktorUboot
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…