Wróć do katalogu

Chemiczne niebo

Czym jest szczęście i czy jesteśmy na nie gotowi?

imper2222, opublikowano , 19 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Droga, którą profesor chemii, Jan Kowalski podążał właśnie do celu, zawsze uchodziła za wielce malowniczą. Kręta jezdnia wiła się wzdłuż klifowego wybrzeża niczym wąż. Seledynowe morze, rozlane u stóp zbocza imponowało zazwyczaj wielkim spokojem swego rozciągającego się po horyzont bezkresu. Jednak dzisiejszej nocy nie sprawiało takiego wrażenia. Królestwo Neptuna było wzburzone. Potężne fale rozbijały się o strome skały, tworząc ogromne ilości białej piany. Takiego sztormu nie było już dawno. Olbrzymia nawałnica siała wielkimi jak ziarna grochu kroplami. Porywisty wiatr szarpał drzewami, łamiąc ich, co wątlejsze gałęzie. Cel naukowca stawał się bliższy z każdą chwilą. Kowalski był bardzo podekscytowany nadchodzącym ukończeniem swej misji. Tak blisko wykonania najważniejszego zadania, jakie postawiono sobie w historii, tak blisko zbawienia ludzkości. Ostatni rok życia profesora upłynął w całości na opracowywaniu „lekarstwa na cierpienie”. Naukowiec chciał wyleczyć ból, który swą zapalczywością dręczył każdego człowieka. Chciał uleczyć ból, który również sam odczuwał. Profesor, cierpiał, mimo, że nie dokuczała mu żadna z cielesnych dolegliwości. Chodziło o zjawisko tak samo biologiczne, jak i duchowe – „ból niefizyczny”. Prawie każda rana się goi. Prawie każda rana pozostawia też blizny. Kowalski odniósł bardzo poważne obrażenia. Kilka lat temu stracił jedyną osobę, jaką kochał. W wyniku powikłań związanych z poronieniem, zmarła jego żona Adela. Jednego dnia stracił ukochaną i nienarodzonego syna, którego tak długo wyczekiwał. Stracił pozornie wszystko, a zdołał stracić jednak więcej. Traumatyczne wydarzenia spowodowały, że popadł w katujący duszę alkoholizm. Przeklęty nałóg pogrzebał jego wielki plan i zniweczył badania profesora mające powstrzymać rzeź dokonywaną przez choroby nowotworowe. Korporacja farmaceutyczna zrezygnował ze swego najwybitniejszego i dającego szansę na fortunę pracownika. Profesor z czasem uporał się z nałogiem, a zrozumiawszy jak banalne lekarstwo chciał opracować, zajął się na własną rękę czymś zupełnie innym, w swym mniemaniu ważniejszym. Teraz, po ukończeniu badań należało jedynie dowieść odkrycie w odpowiednie miejsce. Kowalski, mimo niesprzyjającej aury, dalej kierował swym samochodem przez wijącą się po klifach drogę. Musiał zwiększyć prędkość wycieraczek, tak aby widzieć jeszcze cokolwiek w tym straszliwym deszczu. Tuż obok niego, na krześle pasażera, leżała solidna, metalowa walizka o najcenniejszej na świecie zawartości. W jej środku znajdowało się dobrze zabezpieczone „zbawienie ludzkości”. Owym „zbawieniem ludzkości” była mała, szklana ampułka wypełnioną brunatnym, gęstym i mętnym płynem. Trudno uwierzyć, że coś tak ohydnego ma być „lekarstwem na cierpienie”. Profesor mocno wierzył w działanie swego wynalazku. Wszelkiego rodzaju badania, także te, wykonane na zwierzętach, potwierdzały skuteczność „lekarstwa na cierpienie”. Zdawało się działać tak, jak tego oczekiwano, a miało być, należy powiedzieć to wprost, narkotykiem. Środkiem mającym wpłynąć na zmianę postrzegania, świadomości i nastroju człowieka. Innym jednak zupełnie od tego, co wstrzykują sobie brudni ćpuni na dworcach. Różniącym się, od tego, co nierozważna młodzież zażywa sobotniego wieczora przed klubem, w celu „umilenia zabawy”. Mało mającym wspólnego z tym, co się pali, dla rozluźnienia i mocy śmiania się z rzeczy nieśmiesznych. Może jednak było środkiem całkiem do nich podobnym? Czym więc tak naprawdę brunatny preparat różnił się od innych narkotyków, a w czym je przypominał? Zapewne nie odróżniał go sposób zażywania, bo to różnica w całej tej podniosłości zupełnie banalna. Chcąc porównywać substancje pod względem ich działania, należy najpierw zapytać, jaki jest oczekiwany skutek zażycia. Zadajmy komuś, więc trudne pytanie: „Dlaczego zażyłeś?”. Jeżeli ktoś odpowie: „czułem się źle, a chciałem się poczuć lepiej” to przepisze sobie receptę na „zbawienie ludzkości”. Choć tak naprawdę, co by nie rzekł to odpowiedź jego w ukrytym sensie znaczyłaby to samo.Tak, więc już wiemy, że „lekarstwo na cierpienie” miało leczyć „czucie się źle”. Czyniło to zaś stukrotnie mocniej niż wszystkie inne środki, które do tej pory wymyślono. Będący pod wpływem tego narkotyku, przestawał być świadom materialnej rzeczywistości, a rodził się w swym własnym umyśle. Nie czuł tam bólu i smutku, a doświadczał jedynie rozkoszy. W jednym momencie upajał się każdym rodzajem przyjemności, jaki możemy oduczwać. Doświadczał fizycznej przyjemności płynącej ze zbliżenia dwojga kochanków, z przyjemności, jaką daje karmienie się najznakomitszą potrawą, z przyjemności oferowanej przez odpoczynek po dniu ciężkiej pracy. Delektował się też psychiczną rozkoszą spełnionej miłości, osobistego sukcesu, wewnętrznego spokoju. Pytając się, jak długo to wszystko odczuwał, dochodzimy do kolejnej wyjątkowości „lekarstwa na cierpienie”. Zwykle odurzenie narkotykowe trwa chwilę, godzinę, noc. „Zbawienie ludzkości” nie przestawało działać nigdy. Człowiek po jego zażyciu trwał będzie w stanie ekstazy, aż do… śmierci. Profesor przypuszczał, że narkotyk zabije każdego w kilka dni. Krótki ten moment nie oznaczał jednak tego, czym się nam wydaje. Brzmi to może bezsensownie, ale czas jest względny i nie chodzi tu dokładnie o taką einsteinowską względność. Ludzie potrafią różnie odbierać ten sam odcinek trwania, raz może być on chwilą, a raz wiecznością. Wszystko leży w psychice. „Lekarstwo na cierpienie” każdą sekundę letargu, czyniło długą na lat tysiąc. Do ukończenia badań potrzeba jednak było jeszcze jednego kroku, wypróbowania substancji na człowieku. Naukowiec wiedział, że będzie pierwszą osobą, która wyleczy się z cierpienia. To nie poczucie odpowiedzialności za projekt było najważniejsze. Los osoby, która przetestowałaby substancję przed nim, obchodził profesora, ale również nie przeważał szali. Od samego początku naukowiec tworzył lekarstwo głównie z myślą o sobie i sam chciał ozdrowieć jako pierwszy. Cóż jednak przeszkadzało, by pozostali ludzie mogli również otrzymać szansę zbawienia. Kowalski wiózł swój preparat do pewnej wysoko postawionej osoby - bliskiego przyjaciela, który obiecał mu pomóc w dziele zbawienia. Wprowadzenie w życie tak wielkiego i kontrowersyjnego projektu, wymagało potężnych wpływów. Na drodze stoi przecież prawo, ludzka mentalność, brak zrozumienia. Marzeniem profesora było ofiarowanie każdemu człowiekowi wyboru, by ten mógł odpowiedzieć, w zgodzie ze swym sumieniem na pytanie, czy chce opuścić ten świat i zanurzyć się w praktycznie nieskończonym raju. Naukowiec wydawał się być już zdecydowanym w tej kwestii. Choć jego psychiczne rany dawno powinny się były zagoić, on dalej odczuwał straszliwą pustkę. Przechodząc przez lata smutku, odnalazł ostatecznie miłość, a później momentalnie ją stracił. Czuł wewnątrz siebie zimowy chłód. Utrata tego, co najcenniejsze, przykre doświadczenia, stracone perspektywy, cierpienie dnia codziennego. Kowalskiemu wydawało się, że wie, jakiego wyboru dokonać, że wybór jest prosty. Wycieraczki w samochodzie profesora chodziły już z maksymalną prędkością, ledwie nadążając ze zbieraniem nadmiaru wody. Nic jednak nie ścierało z oczu naukowca łez, które zaczęły sączyć się cienką stróżką. Samo rozmyślanie nad dziełem zbawienia również sprawiało naukowcowi ból. Te natrętne myśli zwane wątpliwościami. Drążyły go niczym korniki spróchniały pień. - Czy ja postępuje właściwie? – zastanawiał się Kowalski, poddając się natręctwu myśli – Co jeżeli się mylę? Czy mój lek przyczyni się do zabawienia ludzkości, czy też do jej zagłady? Jeżeli wynalazek zostanie zastosowany, zniknie z ziemi całe cierpienie. Cierpienie zniknie razem z ludzkością. Będzie to zbawienie przez zagładę. Czym ja właściwie różnie się od szaleńców chcących bronią masowego rażenia zniszczyć świat? – poczuł się tak niedobrze, że omal nie zwymiotował – Różnie się! Ja stworzę raj, wszyscy będą wiecznie szczęśliwi. Właściwie to nie wiecznie, tylko bardzo długo. Po tygodniu wszyscy umrą… Przecież to jest bardziej opłacalne! Tydzień rozkoszy trwający tysiące lat jest lepszy niż te pozostałe, ziemskie lata cierpienia. Deszcz się nasilił. Widoczność była bardzo słaba, opad budował dookoła solidną, wodną ścianę. Stan psychiczny profesora też się pogarszał. Musiał głęboko oddychać, by zachować równowagę. Jego tętno było bardzo wysokie. Czuł się straszliwie źle. Będąc tak blisko celu, nie odczuwał radości towarzyszącej spełnieniu życiowego marzenia. Irracjonalne uczucie podpowiadało mu, że jego plan zbawienia nie jest dobry. Wewnętrzny chłód narastał. Wewnątrz serca profesora zaczynała panować zima. Wszystko powracało. Przed oczami widział trumnę jego żony Adeli składaną do grobu. Przybywały wszelkie wydarzenia z przeszłości. Tyle niepowodzeń, bezsens wszystkiego, co do tej pory robił. Zaczynał mieć też coraz większe wątpliwości, co do „leku na cierpienie”. - Co ja tak naprawdę wiem o skuteczności mojego leku! – naukowiec oburzył się sam na siebie – Czy komputerowe wizualizacje pracy mózgu dają taką odpowiedź? Z naukowego punktu widzenia tak – pocieszył się – Tak właściwie to nic nie mówią – zwątpił - Najwyższy stopień empatii nie pozwala poznać tego, co czuje druga, odrębna istota! Nawet jeżeli „zbawienie ludzkości” będzie działo na większość ludzi prawidło, co się stanie, gdy jedna osoba na milion zostanie przez nie skazana na wieczne cierpienie, a nie wieczną przyjemność? – zadał sobie pytanie, poczym zaprzeczył - Źle myślę!…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych