"Cień demona" Część II
Opowieść o ciężkim i pełnym tajemnic życiu siedemnastoletniej Rose.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
***
Róża czekała na lotnisku, aż ojciec po nią przyjdzie. Obserwowała ludzi, którzy ją mijali. Jej uwagę przykuła rudowłosa i piegowata dziewczyna. Była niewiele starsza od Róży. Co chwile zerkała na zegarek, wydawała się zdenerwowana. Za nią stanął wysoki brunet, zasłonił jej oczy rękoma, a ona nagle rozpromieniła się i szybko odwróciła twarz do chłopaka. Mocno go uściskała, a potem zaczęli obdarowywać się namiętnymi pocałunkami. Róża zastanawiała się jak będzie wyglądać jej przywitanie z ojcem. Czy uściska ją, czy może po prostu poda jej dłoń? Nawet nie wiedziała jak teraz wygląda. Mogła go poprosić, żeby przysłał jej swoje zdjęcia na Emila tak jak on to zrobił, ale wtedy nawet nie myślała o tym, że go może nie rozpoznać. Przez ostatnie dwa tygodnie zajęła się sprawami przeprowadzki do USA. O wiele więcej czasu jej to by zajęło gdyby nie interwencja ojca. Nie wiedziała za bardzo jak to zrobił, ale jakoś załatwił w urzędzie pozwolenie na legalne sprowadzenie ją do Nowego Jorku. Odpuściła sobie chodzenie do szkoły, jeszcze w tym samym dniu, w którym zadecydowała, że się wyprowadza. W dniu, w którym jej życie już całkowicie przypominało gruzy. Zresztą jej świadectwo i tak będzie się liczyć z pierwszej liceum. - Róża? - usłyszała łagodny i niski głos. Spojrzała na eleganckiego faceta, który stał przed nią i najwyraźniej do niej mówił. Róża, odruchowo cofnęła się o krok w tył. To przecież nie mógł być jej ojciec. Ten mężczyzna, który przed nią stał w ogóle jej go nie przypominał. Ten obcy człowiek był szczupły, a ona pamięta, Alexandra pulchnego i z okrągłym brzuszkiem. Ale to nie wszystko. Miał na sobie, najwyraźniej drogą marynarkę sądząc po gładkim jak jedwab materiale. Jego twarz była pociągła, a nie pulchna jaką po raz ostatni widziała, do tego oczy, zielone to się zgadzało ale nie smutek w nich. - Ależ ty urosłaś. Zdjęcie, które mi wysłałaś nie oddaje, aż tak twojej urody i dorosłości. - I już wiedziała, że to on. Doszukiwała się w nim czegoś co zapamiętała dziesięć lat temu, ale jedyną rzeczą, którą dostrzegła co się nie zmieniła w ojcu to jego głos. Nadal był łagodny, nieco chrapowaty. - Na tym zdjęciu, które ci wysłałam miałam 14 lat. - wyksztusiła w końcu. - Och, to wszystko wyjaśnia. - powiedział z lekkim rozbawieniem. Spojrzał na dwie średniej wielkości walizki i zrobił zaskoczoną minę. - To wszystko co ze sobą masz? - Tak. Co w tym dziwnego? - odparła, nieco bardziej zjadliwe niż zamierzała. - Nic, nic. To nawet i lepiej. Jeśli ci się spodobają moje projekty, będziesz mogła wziąć sobie co tylko i ile chcesz. - Dobrze, dziękuje. - ale wcale nie miała zamiaru coś wybierać. W ogóle nie zamierzała brać coś od swojego ojca. - To jak? Gotowa? – spytał z lekkim uśmiechem. - Gotowa. – Gotowa na nowe życie i zemstę. – dodała w myślach.
Jakie było jej zdziwienie gdy ujrzała przed sobą przepiękny duży samochód. Róża nie znała się na markach samochodu, ani też nigdy nie interesowała się nimi ale w tej chwili kiedy stała przed tym cudem, aż oniemiała z wrażenia. - Ładne cacko, co? Samochody stały się moją pasją od razu po projektowaniu. – Pochwalił się Aleksander pakując walizki do bagażnika. Jej niewielka zawartość pakunku dopiero teraz pokazała jak rzeczywiście nie wiele ze sobą zabrała w porównaniu do bagażnika, w którym było jeszcze sporo miejsca po władowaniu walizek. - Samochody? – zapytała naciskając znacząco na liczbę mnogą. - No to tak. Teraz mam ich dokładnie sześć. – uśmiechnął się skromnie i otworzył Róży drzwi. - Jak tylko zdasz prawo jazdy będziesz mogła sobie wybrać jaki chcesz, a na wypadek gdyby żaden ci nie przypadł do gustu pojedziemy kupić nowy. – dodał, a ona siedziała jak wryta nie potrafiąc wierzyć w to co słyszy. A więc jej ojciec był naprawdę bogaty. Wiedziała, że posiadał pieniądze, ale nie tyle żeby mieć sześć niezłych i kosztownych bryk i jeszcze kupować następne! Pomyślała, że jeżeli stać go na wiele okazałych samochodów to jak może wyglądać dom? Na same wyobrażenie przeszły ją ciarki lecz zachowała spokój. Co będzie to będzie. Zaczynała nowe życie i jak widać wszystko do tej pory się zmienia. I tak powinno być. Jednak nie zamierzała się tłumaczyć ojcu dlaczego postanowiła się przeprowadzić, ani nikomu innemu. Tę informacje zostawi tylko i wyłącznie dla siebie. Już nic i nikt nie zaburzy jej spokój; żadne nie zrozumiałe dla niej wydarzenia, żadnego bólu po stracie przyjaciół, których tak skrzywdziła… Nie! Nie będę już więcej o tym myśleć. – Nakazała sobie w myślach. – Jej dawne życie zostawiła za sobą, gdy tylko postawiła nogę na Amerykańskiej ziemi. I tak już miało pozostać. Cała drogę milczała. Ojciec próbował na początku wypytywać ją co u niej się ostatnio działo, ale ona tylko ucinała krótkimi odpowiedziami, a gdy Alexander przeszedł na intymniejsze tematy w stylu „nie będziesz tęsknić za przyjaciółmi?” odburknęła, że da sobie jakoś bez nich rade. Od razu zrozumiał aluzje i przez resztę jazdy również się nie odzywał. Róża myślała, że chyba nigdy nie dotrą na miejsce, gdy zaraz potem wjechali w wąska uliczkę w porównaniu do zatłoczonych dróg Nowego Jorku. Jej źrenice rozszerzyły się na widok tak wspaniałych, ogromnych i imponujących domów a raczej rezydencji. Nigdy na własne oczy nie widziała tak bogatej dzielnicy. Pomyślała, że w życiu już nic ją nie zaskoczy jak ten widok, ale myliła się. Stanieli przed kutą bramą, która automatycznie się otwarła. Gdy objechali wokół ronda, które było obsadzone przepiekanymi kwiatami ujrzała jeszcze piękniejszą willę niż te wszystkie, które przed chwila minęła. Siedziała osłupiała, gdy nagle wesoło chrapowaty głos wyrwał ją z zamyślenia. - Witaj w domu Różo. – Ojciec otworzył jej drzwi, gdyż nadal siedziała w samochodzie nie mogąc uwierzyć wlanym oczom. - Jest… jest przepiękny. – wychrypiała. - Poczekaj tylko gdy zobaczysz swój pokój i basen. Nie chwaląc się musze powiedzieć, że jest zadziwiająco duży. – Basen? – spytała się w myślach. – No tak, to normalne, że przy takiej wili musi też być i basen. Ojciec poprowadził ją do ogromnych drzwi, gdzie przy nich stanął patrząc wyczekująco na Róże. - Co? – zapytała zbita z tropu. - Wejdź pierwsza. Chcę żebyś od teraz czuła, że to i również twój dom. – Popatrzyła na jego zadowolona twarz i wreszcie chwyciła za klamkę.
Teraz naprawdę wiedziała co to znaczy „zapiera dech w piersiach”. Jej oczom ukazał się wielki hol, z którego wznosiły się kręcone schody na górę. Dom miał wysokie sufity, również okna były szerokie i niepojętnie wysokie. Wszystko w tej wilii pachniało nowością, elegancją i stylem. Ściany miały stonowane kolory, a ciemne antyczne meble tylko dodawały uroku. Róża od razu chciała iść do swojego nowego pokoju. Musiała pobyć sama, poukładać sobie wszystko i przyswoić do wiadomości, że od tej chwili będzie tak wyglądało jej życie. Jej pokój nie różnił się za bardzo od reszty wilii. Sypialnia mieściła się na górze, a widok z równie wysokich lecz tu wąskich okien wychodził na imponujący duży ogród. Ściany miały podobny do reszty rezydencji, odcień kremu, a podłogi kontrastowały z nimi ciemną posadzką. Przy ścianie pośrodku stało wielkie lóżko z baldachimem, a przy nim eleganckie stoliczki nocne. Róża kłapnęła na fotel stojący przy wielkim oknie i patrzyła na to wszystko z niedowierzaniem. Kto by pomyślał, że taka osóbka jak Róża Tren z Polski, kraju o którym większość Amerykanów nie ma pojęcia, będzie żyła jak księżniczka? Ale czy tak naprawdę, tego pragnie? To wszystko było dla niej wielkim szokiem. Nie była pewna czy sobie z tym poradzi. Wiedziała jednak, że nic teraz ją nie złamie, że mimo wszystko musi dać sobie rade. Miała żal do ojca i chciała, żeby chociaż przez chwile poczuł się jak ona w chwili, gdy opuścił matkę i ją samą. Wiec to co ją tak zadziwiło i oszołomiło, to wszystko musiała znienawidzić. Ponieważ te całe bogactwo te wszystkie luksusy, to one sprawiły, że Alexander wyjechał i zostawił swoją rodzinę. Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. - Proszę. – powiedziała dziwnie się czując, że właścicielem tego przepięknego pokoju jest ona. - I jak? Podoba się pokój? – spytał ojciec stojąc w drzwiach. - Tak, jest w porządku. – odparła ukrywając prawdziwe emocje. - Pomyślałem sobie, że pewnie nie wzięłaś ze sobą dużo ubrań. – spojrzał na dwie nie rozpakowane walizki wywalone na łóżku. – I przyniosłem parę ubrań dla ciebie. Jeśli ci się nie spodobają możesz oczywiście iść na zakupy i sama sobie coś wybrać. - Naprawdę nie trzeba… - nie dokończyła bo ojciec jej przerwał. - Oj, nie bądź już taka skromna. Różo chce ci to wszystko wynagrodzić, pozwól mi dać chociaż to. – położył stertę ubrań na łóżku po czym wyjął coś z kieszeni. – Chciałem dać ci jeszcze kartę kredytową. Tak na drobne wydatki. – puścił do córki oczko i podał jej podarunek. - Ale ja nie mogę tego przyjąć. – przecież nie tak miało być! Miałam odmawiać wszystkiego co chciał mi dać. – biła się z własnymi myślami, jednak gdy ujrzała twarz ojca wiedziała, że to sprawia mu wielką przyjemność, a gdy zaprotestowała posmutniał na twarzy. - Różo nie każ mi cię zmuszać żebyś wzięła od mnie tak nie wiele co ci oferuje. To mój obowiązek, przynajmniej teraz pozwól mi się z niego wywiązać. A i jeszcze jedno od dzisiaj twoje nazwisko nieco się zmieni na Treey. - Treey? – powtórzyła zdziwiona za ojcem. - No tak, musiałem zmienić nazwisko, żeby było łatwiej je wymawiać amerykanom i żeby lepiej reprezentowało się na metkach. Moje imię też jest trochę zmienione na Alex. Oczywiście Możesz mówić do mnie nadal po starym imieniu. - Nie trzeba. Przystosuje się do nowego. – Ojciec spojrzał na bez wyrazu twarz córki i już wychodził, gdy przystanął w drzwiach pokoju i dodał; - A, bym był zapomniał. Zapisałem cię do prywatnej szkoły im. Thomasa Jeffersona. Od poniedziałku zaczynasz. Jeśli będziesz chciała podszkolić język mój asystent ci pomoże, już go zawiadomiłem możesz iść do niego w każdej chwili. - Dobrze, dziękuje. – gdy ojciec wyszedł z pokoju mimowolnie podeszła do łóżka z baldachimem i zaczęła oglądać ubrania, które Alex jej podarował. Wzięła w dłonie ładny kremowy i z dużymi guzikami żakiet, a jej granatowe oczy rozszerzyły się gdy ujrzała metkę z nazwiskiem ojca. Przejrzała resztę ubrań o tych samych metkach mówiące, że projektantem tych ekskluzywnych ubrań był jej ojciec. Wiedziała, że był sławnym projektantem, lecz dopiero teraz ta wiadomość do niej naprawdę dotarła. Zadowolona z siebie, że nic stąd ją nie kusi, by te rzeczy wziąć w posiadanie poszła do kuchni czując jak burczy jej brzuchu. Otwarła ogromną lodówkę i aż gwizdnęła ze zdziwienia zobaczywszy po raz pierwszy w życiu tyle jedzenia w jednej lodówce. - Głodna? – Usłyszała męski głos, mówiący innym językiem i aż odskoczyła zamykając przy tym lodówkę. - Trochę. – wychrypiała, zawstydzona używając angielskiego. Czuła się jakby ktoś przyłapał ją na gorącym uczynku. - Anteo Oldman. Kucharz panna Treey’a. – przywitał się podając Róży rękę. Spostrzegła, że mężczyzna jest w średnim wieku, nieco zaokrąglony jak na kucharza przystało. - Róża Treey. Córka panna Treey’a. – powiedziała wreszcie odwzajemniając uścisk. Dziwnie się poczuła używając przekształconego nazwiska. - Tak myślałem, że to ty. – kucharz rozpromienił się, po czym dodał; - ale szczerze mówiąc nie miałem pojęcia, że córka Treey’a będzie aż tak atrakcyjna. - Hmm.. dziękuje. – Róża pomyślała, że Anteo ma dość specyficzne poczucie humoru, ale mimo tego od razu go polubiła. Z jego brązowych oczu biło ciepło i dobroć. – To tata, ma też kucharza? – spytała. - Owszem. – Anteo zaśmiał się. – Kucharza, ogrodnika, kamerdynera, asystentów i sprzątaczki również. - Naprawdę?
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil franczeska
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…