cień wyboru
Powoli, z niemałym trudem, otwierałam strasznie nieposłuszne oczy. proszę o oceny i komentarze!!!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Powoli, z niemałym trudem, otwierałam strasznie nieposłuszne oczy. Powieki były niezwykle ociężałe, nie chciały podnieść się do góry - wolały pozostać w błogiej krainie snu, zdecydowanie odmawiając mojej woli. Szczerze mówiąc nie miałam im tego za złe. Też chciałam tam pozostać, jednakże świadomość pory dnia otwarcie temu protestowała - było południe. Z początku nie bardzo wiedziałam gdzie się znajduję, ale po dłuższej, męczącej chwili skupienia doszłam do wniosku, że w rynsztoku nieopodal gospody. W miarę powracania pamięci przypomniał mi się wczorajszy wieczór - nie były to miłe wspomnienia. „Muszę przestać tyle pić" - pomyślałam nie pierwszy raz w swoim krótkim życiu. Wszyscy mi to doradzali - twierdzili, że alkohol powoduje bankructwo, choroby, a są nawet znane przypadki śmiertelne. Ja jednak miałam zgoła odmienne zdanie na ten temat. U mnie wino powodowało wyłącznie przyjemne otępienie umysłowe, taki słodki stan cudownej nieświadomości. Właściwie to zaczęłam popadać w nałogi stosunkowo niedawno. Trunki były tanie, więc piłam ich całkiem sporo, lecz mimo to nie zauważyłam żadnych niebezpiecznych zmian w moim organizmie, poza, oczywiście, tym strasznym, otępiającym, rwącym bólem głowy i całodniowymi mdłościami, powodującymi brak apetytu. Tak właśnie czułam się, leżąc w śmierdzącym rynsztoku, pośród wartko płynących, podejrzliwie wyglądających i pachnących cieczy. Ni stąd ni zowąd przyszło mi do głowy pytanie, czy może wypite przeze mnie ubiegłego wieczoru napoje też płyną kanałem, po chwili jednak wyrzuciłam dręczącą myśl z głowy. Spróbowałam się podnieść, ale mi nie wyszło mi. Z chlupotem, wywołującym jeszcze większą chęć opróżnienia żołądka, klapnęłam w brudną wodę pode mną. Doszłam do wniosku, że mimowolnie spędzę w tym nie najczystszym miejscu jeszcze co najmniej kilkanaście minut. Zmuszona byłam przeczekać zawroty głowy i wymóc na nieposłusznym ciele uległość, co przyszło mi z niemałym, jak zwykle trudem, ale w rynsztoku wylądowałam po raz pierwszy i było to doświadczenie, którego zaiste wolałam nie powtarzać. Po parunastu minutach na chwiejnych, niepewnych nogach wygramoliłam się wreszcie na brukowaną drogę. Początkowo wydała mi się ona straszne niestałym gruntem, przystanęłam więc i rozejrzałam się po okolicy, uświadamiając sobie, że znowu nie wróciłam na noc i ciotka może mnie szukać. Tak moja wspaniała, ukochana, ciotunia. Stworzenie o iście diabelskim temperamencie. Mieszkałam z nią od pięciu lat, czyli od momentu, kiedy moi rodzice zginęli w pożarze wsi, w której, jak myślałam, przyjdzie mi wieść niezwykle nudną, powolną egzystencję, urozmaiconą codziennym szykowaniem obiadu, zadowalaniem męża i wychowywaniem słodkich bachorów - mych ukochanych dziateczek. Swoją drogą, doszłam do wniosku, że jak na dziesięcioletnie dziecko, myślałam niezwykle dorosło, ale mniejsza z tym. Pewnego słonecznego dnia, który zaczął się jak zwykle kłótnią ojca z matką o to, czyimi my jesteśmy dziećmi, naszą wioskę najechała banda jakichś dziwnych krasnoludów. Byłam wtedy w lesie, bo kazano mi iść nazbierać chrustu, żeby było na czym ugotować obiad. Niechętnie, ale poszłam. Wolałam bowiem uniknąć spotkania z pasem ojca albo z nim samym, jak to często przeżywały moje starsze siostry. Gdy tak zbierałam drobne, spróchniałe badyle do mych uszu doszły krzyki i jęki. Przestraszyłam się, ale postanowiłam okazać choć raz dzielność i zachować zimną krew. Rzecz jasna wzięłam me postanowienie niebywale serio, z typową upartością dziesięciolatki, marzącej o pięknym, elfim królewiczu z ogromnym majątkiem i nieziemską urodą, której nie powstydził by się nawet król Werdigraf - a trzeba wiedzieć, że potrafił damom w głowach zawrócić. Gdy znalazłam się nieopodal osady, poczułam kolącą nos woń dymu. Podeszłam jeszcze bliżej, oczy zaczęły mi trochę łzawić. Nie widziałam mojego domu, stał za daleko, potem się z tego cieszyłam, bo nie wiem, jak bym zareagowała na to, co mogło się tam dziać, wolałam się tego nawet nie domyślać. Po kilku godzinach wszystko ucichło. Krasnoludy odjechały zabierając ze sobą dzieci, ja zostałam. „Mądrze zrobiłam, że tu siedziałam" - pomyślałam. Nie przejęłam się sytuacją, zresztą nienawidziłam tej osady całą sobą, każdym kawałkiem mojego usmolonego ciała. Była pełna ograniczeń, nie pozwalała marzyć, zabijała wszystko, nim jeszcze wyszło na światło dzienne, zabijała me pragnienia. A teraz przestała istnieć. „Jestem wolna" - stwierdziłam, choć nie do końca wiedziałam, co to znaczy być wolnym w tak niebezpiecznym świecie. Postanowiłam sprawdzić, co się stało z moim domem. Gdy doszłam do tlącego się, czarnego, a niegdyś białego ogrodzenia, usiadłam okrakiem na cudem chyba ocalałym pieńku. Wiedziałam, że lepiej będzie, jeśli nie pójdę dalej. Moja słaba, zbyt idealistyczna wyobraźnia mogłaby tego nie wytrzymać. I właśnie wtedy pojawiła się ona. Nie wiedziałam, kim była. Jechała na czarnym, dobrze zbudowanym koniu. „Jest o wiele ładniejszy od konia wójta" - stwierdziłam w myśli. Dama też była niczego sobie. Przywdziana w długą aksamitną suknie, wielce niepraktyczną, jeśli chodzi o konną jazdę. Duży dekolt ukazywał kształtne piersi, delikatną, jedwabistą skórę. Na smukłej, odpowiednio długiej szyi miał zaszczyt wisieć srebrny, perfekcyjnie wykonany Znak Yin Yang - symbol równowagi między ciałem a duszą, dobrem a złem w człowieku, czy tam istocie noszącej ów artefakt, ale o tym dowiedziałam się dopiero później, wówczas mało mnie to obchodziło, ale dziwnie trwale zapisało się w mej pamięci. Kształt tego amuletu wyglądał jak dwie połączone w koło łzy, czarna i biała, każda z kropką koloru tej drugiej. Na powierzchni symbolu odbijał się delikatny podbródek, będący zakończeniem dość okrągłej, harmonijnej twarzy. Gdy spojrzałam na nią z bliska, moją uwagę jako pierwsze przyciągnęły duże, niebieskie oczy, z czarnymi rzęsami i brwiami tegoż samego koloru. Można w nich było dostrzec niesamowitą głębię, zachwycającą i poruszającą do samego dna serca, duszy. Tak, oczy bez wątpienia nadawały jej osobie wyrazu tajemniczości, nieosiągalności. Między nimi znajdował się lekko zadarty zgrabny nosek, a pod nim czerwonawe, pełne usta. Całość okalały rozwiane proste, ciemnobrązowe kosmyki. Spojrzałam na jej ręce. Były długie, smukłe, zakończone pięknymi palcami o ładnie wypiłowanych paznokciach. Pamiętam, jak moje siostry kiedyś mówiły o tym, że Pati Mitting nawet nie umie ładnie spiłować paznokci. Ale one już nie żyły... I mimo iż nieznajoma wywarła na mnie oszałamiające, nie wiadomo czym spowodowane wrażenie, mimo iż wydała mi się oszałamiająco piękna i wspaniała, choć nienawidziłam mej wsi, mego domu całym sercem, na wspomnienie wesołych roześmianych sióstr rozpłakałam się. Wtedy nieznajoma wzięła mnie na swojego konia i - nie wiedzieć czy to z laski, czy z litości - zabrała do swego wspaniałego domu, mieszczącego się w mieście wiedzy i nauki zwanym Lian'eri!ell - Okruch Nieba. Teraz, po upływie pięciu lat, nadal mieszkam w tym niebie z ową damą, do której przywykłam mówić „ciociu". Ostatnio jednak ów zwyczaj, ku wielkiej radości Luneth, zbrzydł mi dogłębnie, postanowiłam więc wyplenić go z siebie, co mi jednak szło dość nieudolnie. Luneth była oczywiście czarodziejką. Po tylu latach spędzonych z nią i jej kaprysami pod jednym dachem pierwsze wrażenie bezpowrotnie uleciało, jednak pozostało coś, czego długo nie potrafiłam nazwać. Po wielu wschodach słońca uświadomiłam sobie, że mimo wszystko ją kocham. Nie wiem jak, nie wiem też dlaczego, ale darzę ją niezwykle dziwną formą miłości. Ona zresztą, z tego co wiem, pała do mnie tym samym uczuciem. Kłócimy się zatem regularnie, a nasze rozmowy ociekają coraz bardziej sarkastycznym jadem, jednak tak naprawdę nie potrafimy bez siebie żyć, dlatego też, co rano wracam do tego trzypokojowego mieszkania, w którym dwa pomieszczenia przeznaczone są na księgi i laboratorium magiczne (które kosztowały fortunę) a jeden na naszą wspólną sypialnię, łazienkę i garderobę. I co rano boję się, że mogą mnie zauważyć jej Obserwatorzy… Nagle z rozmyślań wyrwał mnie bardzo dobrze znany mi głos. „Żyjesz?" - zapytał, a w jego brzmieniu dało się słyszeć nutkę rozbawienia. Zastanowiłam się, czy to aby nie na mój widok, lecz doszłam do naiwnego wniosku, że jednak musi być to coś innego. Głos należał do krasnoluda, brata właściciela lokalu, w którym zwykłam przesiadywać. Niezbyt przepadałam za tym nieokrzesanym osobnikiem, jednakże znajomość z nim wpływała pozytywnie na stan mojego budżetu, postanowiłam więc mimo wszystko być dla niego miła. Dziś wyglądał oszałamiająco w swej zardzewiałej zbroi. Korozja wytwarzana cierpliwie przez długie lata, dodawała powagi jego rudawej brodzie, pewnie zwisającej na tłuste brzuszysko, twarz miał czerwoną nie wywierającą większego wrażenia, poza dziwnym uczuciem niskiego poziomu inteligencji krasnoluda, zaś jego oczy - niby dobrane do reszty ciała - były brązowe i wiecznie błyszczące. Jedną rękę trzymał za grubym skórzanym pasem. Przy nim miał przyczepioną czarną, wypchaną sakiewkę, co niewątpliwie świadczyło o ciekawym i pełnym przygód żywocie, jaki pędził jegomość pośród lasów lub na szlakach, na których często, jak wielokrotnie deklarował, bywał. W drugiej sękatej dłoni tkwił topór - niczego sobie, tępy niemalże tak bardzo jak sam krasnolud. Jego buty natomiast były w dziwnie dobrym stanie - podeszwa, niezbyt jeszcze starta, ukazywała swą pierwotną barwę, nie zmienioną przez dni wędrówek i kałuże błota, dość gęsto rozsiane po ostatnich ulewach na szlakach koło miasta i w nim samym. Sznurowadła też nie były jeszcze postrzępione, widać nieczęsto dotykane przez koślawe palce niezdarnego stworzenia. Często zastanawiałam się, jak je zdobył lub komu ukradł. Najbardziej jednak rzucającą się w oczy częścią ubioru Kamiennego Wzgórka, bo tak się nazywał, był osobliwy hełm, kształtny i delikatny, mimo iż strasznie przybrudzony. Nie miał rogów, jak nakazywał zwyczaj krasnoludów. Miał za to pióra, kiedyś zapewne piękne i lśniące, teraz natomiast połowy nie było, a reszta, w gruncie rzeczy, piór nie przypomniała. Między skrzydłami świecił swym wewnętrznym blaskiem zielony, bliżej niezidentyfikowany kamień. Emanował mocą, bardzo dobrze wyczuwalną. Wokół niego, dość niezgrabnie były wyryte pewne tajemnicze runy. O dziwo wcale nie przypominały krasnoludzkich, wprost przeciwnie. Gdyby nie iście niezdarny sposób pisania, można by je było nawet uznać za elfie! A zważywszy na fakt, że ów hełm był ochroną krasnoluda, czynił jego właściciela albo niezwykle tolerancyjnym, albo bardzo głupim, bo w promieniu stu mil te dwie rasy tępiły się jak tylko mogły i kiedy mogły. W tejże jednak chwili Wzgórek zapewne nie przejmował się nakryciem głowy. Patrzył na mnie tępym jak zwykle wzrokiem, oczekując odpowiedzi. „Żyję" - odrzekłam takim tonem, jakbym nie do końca była przekonana o prawdziwości mych słów. „To lepiej stąd zmykaj, ino szybko, Obserwatorzy się kręcą". „No nie" - pomyślałam - „Przecież jeśli ona się dowie, jak ja wyglądam to mnie zamieni w ropuchę!". A trzeba wiedzieć, że co jak co, ale Luneth miała bzika na punkcie czystości - nie znosiła brudu, smrodu i na domiar złego, kazała mi się myć dwa razy dziennie! „Te, Wzgórek, a mogę się na twój koszt, przyjacielu, wyprać w łaźni twego brata? Jakaś czysta odzież by też się przydała..."- wątpiłam w sukces mej prośby, więc tym większe zdziwienie musiało malować się na mej twarzy, gdy po godzinie szłam już wypucowana w nowych, doskonale dobranych, skórzanych leginsach, bawełnianej kurteczce i z wysuszonymi, puszystymi włosami do domu mej niegdysiejszej ciotki. Nieśmiało zapukałam do drzwi. „Zaraz się zacznie, lepiej zachować pokorę..."- stwierdziłam, zwłaszcza, że mijała już pora obiadowa. Ale nikt się nie odezwał. Było cicho. „Może sama wyszła mnie szukać?” - przestraszyłam się - „E, nie, to nie możliwe, ma Obserwatorów, oni załatwiają za nią tę robotę.". Po dłuższej chwili drzwi otworzyły się, ukazała się w nich smukła postać, z potarganymi, prostymi włosami, o nietypowo głębokich, niebieskich oczach. „Tylko one pozostały takie, jak tamtego dnia, wciąż są piękne i głębokie..." - urwałam, przypomniawszy sobie, że przecież ona umie czytać w myślach. - Cześć, Luneth. Jak ci się spało? - spytałam przymilnym głosem. - Wyobraź sobie, Im'Eriell, że mi się nie spało - sposób w jaki wymówiła moje imię wywołał we mnie dreszcz, a ten jej wzrok, tak głęboki... - Yyy...nie spało, mówisz... czyżbyś nie była sama? - postanowiłam zagrać mniej delikatnie. - A czy coś obchodzi cię moje życie prywatne, ty rynsztokowy szczurze? - odparła sarkastycznie. - Widzisz, rynsztok oferuje całkiem wiele, więcej niż można sobie wyobrazić.. - próbowałam dość niewprawnie wydostać się z niezręcznej sytuacji, ale wyjątkowo mi nie szło. Zastanowiłam się, czy może to być spowodowane tym nowym, glonowym winem o wdzięcznej nazwie „Goats Vomiting". - Tak, zgniłe jadło, psie odchody, twoje własne wymiociny. Masz co przedkładać ponad moje towarzystwo, niewątpliwie... - a więc jednak, mój żołądek nie szczędził mi swej pomocy podczas pobytu w rowie... - Czemuż to tak bardzo bolała cię moja nieobecność dzisiejszej nocy? Czyżbyś bała się spać sama? Zapal sobie światło na noc, będzie ci raźniej następnym razem... - Jakim następnym razem? - A takim, zacznij się przyzwyczajać... A może śmiesz mi zabronić? - Nie, nie śmiem, myślałam tylko, że więcej w tobie rozwagi, ale to i tak nieistotne... - urwała w połowie. Zbyt dobrze mnie znała, wiedziała że nie wytrzymam. - Dlaczegóż to nieistotne? - Czyżby obchodził cię kolejny, przepity dzień twojego nędznego życia? - Wyobraź sobie, że... nie ty sobie nie jesteś w stanie tego wyobrazić... - Czego? - Wartości jaką ma dla mnie moje życie. Odważę się ponowić pytanie: dlaczego nie istotne? - Wyjeżdżamy jutro o świcie. - Gdzie? - spytałam rzeczowo, choć wiedziałam, że się nie dowiem. - Daleko, ta wiedza zaszczyci cię w odpowiednim czasie. Wyśpij się jutro, o świcie pobudka. Koń stoi na dole w stajni, powinien wystarczyć na twoje potrzeby... W tej chwili do mej głowy powrócił obraz widzianego po drodze stworzenia, najpewniej konia, którego stałam się właścicielką. Było to zwierzę wychudzone, koślawe, sprawiało wrażenie tępego i niechętnego do współpracy. - Nie masz chyba na myśli... - Co cię obchodzą moje myśli! Nie sądź po pozorach, a poza tym zamiast dziękować za prezent jeszcze śmiesz okazywać niezadowolenie. - Miałam podziwu godna nauczycielkę...nie sądzisz? Wyszłam zła, że będę jechać na najgorszej szkapie w mieście, a ona, Luneth, na najlepszym koniu w promieniu kilkunastu mil. Poszłam spać do ciepłego, przytulnego pokoju., z nadzieją, że złość szybko minie. Następnego dnia wstałam jeszcze przed wschodem słońca. Gdy niebo rozjaśniało się czerwienią i pomarańczem pierwszych promieni, nieśmiało wychylając się zza różowych chmur, ja siedziałam na klaczy imieniem Strzałka i choć wyglądem nie przypominała wyścigowego konia chód miała spokojny, nadzwyczaj równy. Nie sprawiała też wrażenia słabej, wprost przeciwnie, męczyła się wolniej niż ogier Luneth, co mnie doprawdy zaskoczyło. Początkowo sądziłam, że pomaga jej jakiś czar, dużo czasu minęło zanim się domyśliłam, że jedynym zaklęciem, rzuconym na Strzałkę, była Iluzja i to dość trwała. Po kilku dniach podróży stopniowo zaczęła się rozpraszać. Spod przybrudzonej, szarawej sierści zaczęła się wyłaniać śnieżnobiała, miękka. Grzywa, dotąd postrzępiona, lśniła srebrem w świetle słońca, o zachodzie zaś pojawiały się przebłyski złota. Na głowie, między uszami miała czarną plamkę - tylko ona pozostała z jej poprzedniego wyglądu, reszta w ogóle nie przypominała wychudzonej szkapy ze stajni, którą widziałam kilka dni temu. No właśnie, czas płynął bardzo szybko, jednak i tak znalazło się miejsce na narzekanie spowodowane długością podróży, nieznanym celem. Pewnego ranka obudził mnie dość nieprzyjemny zapach, powoli otwierające się oczy wysłały do mojego mózgu nietypowy obraz. Przedstawiał on Luneth siedzącą przy ognisku i gotującą. Z początku myślałam, że to tylko zły sen, lecz niestety okazał się prawdziwym koszmarem. Szczerze mówiąc nie sadziłam, że osoba, która niemal zawsze posługiwała się czarami, skorzysta kiedyś z normalnego sposobu przyrządzania posiłku. Nagle usłyszałam jej dziwnie radosny głos: - Cieszę się, że wstałaś... - Tak? A to niby z jakiego powodu? - Otóż postanowiłam wybaczyć ci wszystkie złe słowa skierowane w moją stronę i przygotowałam ci śniadanie.
- Och... Śniadanie? Nie musiałaś się trudzić...- pod moim nosem, nie wiedzieć skąd znalazła się nagle miska z dziwną cieczą w środku i mimo najszczerszych dobrych chęci wiedziałam, że nie przełknę nawet łyżki tego czegoś. - No? - Co „no"? Nie zjem tego... - przechyliłam łyżkę, z której wylały się dziwne, długie oleiste nitki. Nie wyglądały apetycznie, wprost przeciwnie... - Dlaczego?! - No bez przesady. Sama pewnie nawet nie wiesz, czego tu napakowałaś, a teraz każesz mi to jeść? Wybacz, ale musisz jeszcze trochę popracować, chociażby nad wyglądem potraw. Widzę, że życie bez czarów byłoby dla ciebie strasznie trudne, Luneth. Jednym machnięciem ręki zdjęła Iluzję, zapach zmienił się nie do poznania, wygląd też. Nie była to już zielona maź, ale zwykłe sadzone jajka, z płatkami jakichś pachnących kwiatów. Ze zdziwienia rozdziawiłam usta, a Luneth popatrzyła na mnie pogardliwym wzrokiem, „Złapałam się drugi raz, nie mogę…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil the last dragon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…