Cmentarzysko
Cmentarzysko
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cmentarzysko ciągnęło się aż po horyzont, posępne i czarne. Wraki czołgów, samolotów, wozów opancerzonych, śmigłowców, robotów. Splecione ze sobą w śmiertelnym uścisku. Nieruchome, rdzewiejące, tonące pod bez ustanku przesuwającym się piaskiem. Miejsce to, będące świadkiem największej bitwy tej wojny, bitwy, która przechyliła szalę zwycięstwa na stronę ludzi, stało teraz martwe i zapomniane. Nie licząc skorpionów był tu prawdopodobnie jedyną żywą istotą. A już na pewno był jedyną istotą rozumną (choć, jak podczas każdej wojny, wielu zastanawia się czy człowiek rzeczywiście jest rozumny). W promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było żadnego człowieka. Wojna go nie interesowała. Zanim musiał wstąpić do armii był taksówkarzem. Miał własny samochód, którym zarabiał, miał mieszkanie, rodzinę. Miał po co żyć. A wojna zabrała mu to w ułamku sekundy. Przysłali tylko depeszę, że jego żona i dwójka dzieci nie żyją. Zginęli podczas ataku rakietowego. Wtedy postanowił uciec. Wyrwać się z tego piekła, w którym co krok ginęli ludzie. Podczas jednej z bitew, w jakimś małym miasteczku na granicy z Pakistanem został lekko ranny w rękę. Odłączył czujniki badające stan jego funkcji życiowych, wysmarował się krwią, wciągnął na siebie dymiące jeszcze szczątki maszyny, którą chwilę wcześniej zniszczył i przez cztery godziny udawał martwego. Potem ruszył przed siebie. Dotarł tutaj. Z wraków i szczątek zbudował sobie schronienie, pogrzebał zwłoki żołnierzy, którzy polegli na polu chwały. Nie wszystkich, oczywiście. Tylko tych w promieniu kilkuset metrów, ale i tak miał roboty na dwa dni. Zmontował system alarmów i zastawił pułapki (nauczył się tego podczas oblężenia Kabulu). Żywił się tym, co wpadło mu w ręce. Polował na małe, pustynne zwierzęta żyjące wśród skał nieopodal. Półtora dnia drogi od Cmentarzyska płynęła rzeka, w której zaopatrywał się w wodę. Czasem brakowało mu ludzi. Dni ciągnęły się wtedy w nieskończoność. Ale wolał trzymać się z dala od miast i osad. Bał się, że ktoś go rozpozna i oskarży o dezercję. Tego dnia, jak co dzień, słońce obudziło go około siódmej. Jasne, ciepłe promienie wpadały do wieżyczki {i}Abramsa{/i}, w której miał noclegowisko. Wygramolił się przez właz na zewnątrz. O tej porze stalowy pancerz był jeszcze zimny i kontakt z nim szybko i boleśnie przepędzał resztki snu. Wstał, przeciągnął się i rozejrzał po swoim obozie. Po lewej stronie dużego placu mieściła się „łazienka”: niewielki radar służył za miskę, dodatkowy zbiornik na paliwo do śmigłowca udawał bojler. Rano woda zawsze była lodowata, ale po całym dniu na słońcu, wieczornej kąpieli można było zażywać w ciepłej. Za wannę służyła osłona kabiny F-16. Co prawda była przezroczysta, ale tutaj nie musiał się tym przejmować. Dostrzegł wiszący na wbitej w ziemi rurce ręcznik i westchnął. Znowu zapomniał go schować na noc. Teraz będzie cały wilgotny. Po prawej stronie zaimprowizował kuchnię polową. Na środku placu znajdował się krąg ogniska (dół, do którego wlewał benzynę), a pod wieżyczką {i}Abramsa{/i} ustawił sobie fotel, pochodzący z tego samego F-16, co „wanna”. Wychodek znajdował się poza obozem. Umył się, a potem wytarł mokrym ręcznikiem. Zjadł resztki wczorajszej kolacji i wyłożył się na fotelu. Jedyny problem z jedzeniem polegał na tym, że szybko się psuło. Nawet, jeśli chronił je od słońca i ciepła pod warstwami złomu, to i tak nie wytrzymywało dłużej niż dzień. Miesiąc temu, gdy szedł nad rzekę po wodę, natknął się na karawanę. Za kilka sztuk amunicji kupił trochę nasion. Fasola, groch i jeszcze kilka innych. Po tygodniu zaczął przygotowywać teren pod uprawę. Odgrodził kawałek, który przez większą część dnia oświetlało słońce, nawadniał ziemię, zmontował narzędzia. Zaoranie poletka zajęło mu cały dzień. Nie spieszył się. Gdy w południe zrobiło się zbyt gorąco, by pracować, przesunął swój fotel do cienia i zdrzemnął się. Wieczorem wrócił na pole i obsiał je. Potem poszedł polować. Udało mu się ustrzelić dwa z małych zwierzątek, które żyły w okolicy. Nie wiedział, jak się nazywały. Przypominały mu pieski preriowe, które widział, gdy jako dziecko był w Ameryce. Gdy słońce skryło się za horyzontem, wrócił do obozu, odarł zwierzątka ze skóry i upiekł. Dwie sztuki w sam raz starczały mu na kolację. Niezbyt sytą, ale przyzwyczaił się do faktu, że rzadko kiedy udawało mu się zjeść więcej. A musiał zostawić sobie coś na śniadanie. Po zmroku w obozie nie było wiele do roboty. Ognisko odstraszało zwierzęta, choć i tak nigdy nie widział tu niczego większego od tych piesków preriowych. Ale ile można samemu siedzieć przy ognisku? Ogień ma w sobie coś takiego, taką hipnotyczną siłę, od której bardzo łatwo można popaść w melancholię. Melancholia nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza, jeśli jesteś świadom perspektywy spędzenia w samotności jeszcze wielu miesięcy. Wdrapał się więc do wieżyczki i ułożył do snu. Obudził go huk spadającego złomu. Poderwał się na nogi, złapał karabin i wyskoczył z {i}Abramsa{/i}. Doskonale wiedział, co oznacza ten hałas. Ktoś wpadł na jeden z jego alarmów. Specjalnie ustawił je tak, że obudziłyby umarłego. Zeskoczył na ziemię. Ruszył biegiem w stronę, z której doleciał huk. Nie zwalniając sprawdzał magazynki. W pierwszym trzydzieści standardowych, bezłuskowych naboi, w drugim – sześć eksplozyjnych pocisków dwadzieścia milimetrów. Wbiegł na stertę złomu i przysiadł na piętach. Nasłuchiwał. Nic. Cisza. Rozejrzał się wkoło. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale jego światło rozjaśniało już niebo. Mrok nocy ustąpił szarości świtu. Z tyłu, po lewej stronie znajdował się jeden z arsenałów, które rozmieścił w różnych miejscach Cmentarzyska. W razie ataku, tam się wycofa. Broń i amunicja były towarem, którego w tym miejscu nie brakowało. W końcu, dzięki temu mógł kupić nasiona, które wczoraj zasiał. Pomyślał, że ktoś mógłby chcieć zniszczyć jego poletko i przestraszył się.   Ruszył ostrożnie po stercie złomu starając się robić jak najmniej hałasu. Zeskoczył na ziemię. Podszedł do krawędzi stalowego wzniesienia. Ostrożnie wyjrzał za róg, trzymając karabin gotowy do strzału. W alejce, w której zamontował alarm, ktoś siedział. Jakaś postać obleczona w łachmany. Aktywował zamocowaną na broni latarkę i wyszedł za róg. Białe, ksenonowe światło zalało ścieżkę, gdy kładąc palec na spuście włączył lampę. — Nie ruszaj się!! — krzyknął. Jego własny głos zaskoczył go. Dawno go nie słyszał. Do siebie mówił rzadko, a nawet wtedy robił to ciszej. — Ktoś ty!? Co tu robisz!? Postać odwróciła się do niego, gwałtownie zasłaniając oczy przed ostrym światłem.  Powoli opuścił karabin. Postać odsunęła ręce od twarzy. — Nie strzelaj… — ten głos jeszcze bardziej go zaskoczył. Drugiego człowieka nie słyszał od bardzo dawna, nie licząc lakonicznej wymiany zdań z ludźmi z karawany miesiąc temu. W dodatku ten człowiek… {i}To kobieta.{/i} — przetoczyło mu się przez głowę. Nie mylił się. To była kobieta. Miała brudną twarz, włosy skołtunione i pozlepiane. Jej oczy, do granic możliwości rozszerzał strach. Dopiero teraz zauważył, że prawa noga utkwiła jej pod sporym kawałkiem stali. Opuścił karabin i zbliżył się ostrożnie. — Nie ruszaj się. — powiedział. Starał się by jego głos był łagodny. — Nic ci nie zrobię. Chcę ci pomóc. Zawiesił broń na ramię i podniósł stalową płytę, unieruchamiającą jej nogę. Była ciężka. Gdy tylko udało jej się uwolnić, błyskawicznie cofnęła się pod przeciwległą ścianę złomu. Jak najdalej od niego. Była przerażona. W ogóle nie zwróciła uwagi na krwawiącą ranę na łydce. Przyklęknął naprzeciw niej i spojrzał na ranę. Nie była groźna, ale rdza i brud mogły spowodować infekcję. — Jesteś ranna. — powiedział cicho. — Na nodze. — ruchem głowy wskazał miejsce. Spojrzała szybko na łydkę, a potem znowu na niego. Oderwała kawałek płachty, w którą była ubrana i szybko owinęła ją sobie wokół nogi. Robiąc to prawie w ogóle nie odrywała od niego wzroku. — Jeśli zostawisz to tak — powiedział. — Na pewno dostaniesz zakażenia. Spojrzała niepewnie na nogę. — Tu, niedaleko, jest mój obóz. Mam tam wodę i trochę czystych szmat… Opatrzę cię. Wpatrywała się w niego bez słowa. Pierwsze promienie słońca przeleciały ponad górami złomu i pomyślał o kilku kawałkach pieczonych piesków preriowych, które zostały z kolacji. — Mam jedzenie. — powiedział. — Jesteś głodna? Na dźwięk słowa „jedzenie” jej żołądek odezwał się głucho. Szybko pokiwała głową. — W takim razie chodź ze mną. Wstał i ruszył wolno w powrotną stronę. — Możesz… — usłyszał za sobą cichy, zachrypnięty głos. — Możesz mi pomóc? Nie mogę wstać. Podszedł do niej i uśmiechnął się. Złapał ją pod ramię i podniósł. Poprowadził ją do obozu. Posadził ją na fotelu i dał menażkę z mięsem. Usiadł naprzeciw, na piasku i przyglądał się, jak jego śniadanie znika w błyskawicznym tempie. Będzie musiał coś jeszcze upolować, bo do wieczora ciężko będzie wytrzymać. Wdrapał się na wieżyczkę. Wyszukał w środku kawałek bandaża i czystą szmatę. Zszedł na dół, nalał wody do miski i podszedł do niej. Cofnęła się odruchowo. — Spokojnie, nic ci nie zrobię. — powiedział. — To tylko bandaż. Opatrzę cię. Spojrzała na niego z wahaniem. Nadstawił rękę. — Pokaż nogę. Powoli wyprostowała ją w jego stronę. Zanurzył szmatę w wodzie i delikatnie przyłożył ją do rany. Cofnęła nogę sycząc z bólu. — Będzie bolało tylko trochę. — zapewnił. — Muszę to przemyć zanim założę opatrunek. Ostrożnie dotknął rany. Ponownie syknęła, ale nie poruszyła się. Gdy rana była już obmyta, zaczął zakładać bandaż. — Jak się nazywasz? — zapytał, nie odwracając oczu od opatrunku. Zapadła cisza. Uniósł głowę i spojrzał na nią. — Ava. — odpowiedziała w końcu. — Niemka? — odpowiedziała mu skinieniem głowy. — Ale znasz angielski? — ponowne skinienie. Wrócił do bandażowania. — Ja jestem Kenneth. — oznajmił. Skończył bandażowanie i wstał. — No, gotowe. Ostrożnie poruszyła nogą. — Będzie bolało jeszcze przez kilka dni, ale przynajmniej nie będzie infekcji. — Dzięki. — uśmiechnęła się lekko. Odwzajemnił uśmiech. — Powiedz... skąd się tu wzięłaś? — ponownie usiadł na piasku, ale teraz bliżej. — Jechałam z karawaną do Kabulu… — umilkła na chwilę. — Zostaliśmy zaatakowani przez maszyny. Zagryzł wargi. Dobrze wiedział, jak kończy się spotkanie słabo uzbrojonych, niewyszkolonych kupców z robotami, które niszczą wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Zresztą, uzbrojeni i wyszkoleni żołnierze też nie wypadali lepiej w takiej konfrontacji. Opowiedziała, że przeżyło tylko kilka osób, ale większość była ciężko ranna i wkrótce została sama. Próbowała dostać się do Kandaharu. Szła tak długo, aż trafiła tutaj. Żywiła się zapasami, które wzięli z karawany, ale od trzech dni nie jadła nic. Nie wiedział, co z nią zrobić. Nie mógł pozwolić by szła dalej głodna. Ale sam też już nic nie miał. Nie chciał też zostawić jej samej i iść polować. Naszła go zabawna myśl. Wyobraził sobie siebie, jako jaskiniowca. Opasanego skórą, z drewnianą maczugą w ręce, który szedł polować na mamuta, podczas gdy jego kobieta czekała w jaskini. Uśmiechnął się do swoich myśli. — Dlaczego się uśmiechasz? — zapytała. Zmieszał się. Machnął rękami i wstał. — Nie, nic takiego. Tylko coś mi przyszło do głowy. Spojrzała na niego podejrzliwie. — Słuchaj. — powiedział. — To, co zjadłaś, to było wszystko, co mam. Tutaj wszystko szybko się psuje, więc muszę iść coś jeszcze upolować. — wyjaśnił. — Zostań i nie ruszaj się stąd. Nic ci tu nie grozi. Zastawiłem pułapki wokół obozu. — uświadomił sobie, że się wygłupił. — Ale o tym już wiesz. — mruknął, wziął karabin i zniknął za załomem. Wrócił dopiero po południu. Udało mu się ustrzelić pięć piesków preriowych. Był z siebie naprawdę dumny. Znowu przyszedł mu na myśl jaskiniowiec. Gdy wszedł do obozu, Ava siedziała na fotelu, tak, jak wtedy, gdy wychodził. Jedynymi oznakami tego, że nie siedziała tam przez cały dzień, były ślady jej stóp na piasku. — Zagotowałam wodę. — oznajmiła, gdy się zbliżył. Spojrzał na piec. Na palenisku stała miska z wodą. Uśmiechnął się. — Umiesz gotować? — pokazał jej swoją zdobycz. Skinęła głową i po raz pierwszy szczerze się uśmiechnęła. Wzięła od niego zwierzątka i przeszła do „pieca”. — Muszę coś jeszcze załatwić, ale niedługo wrócę. — powiedział. Wziął dwa pojemniki z wodą i odszedł. Przypomniało mu się o tym dopiero na polowaniu. Przez to całe zamieszanie, które spowodowała, zupełnie zapomniał o swoich nasionach. Trwały tam w ziemi, bez wody, w największym upale. Teraz podlał je, ale niezbyt obficie, żeby zdążyły wchłonąć wodę, zanim nocny chłód ją zamrozi. Przyszło mu do głowy, że można by zrobić coś w rodzaju szklarni. Gdy wrócił, kolacja była gotowa. Rozpalił ognisko i usiadł na ziemi. Jeśli ona zabawi tu dłużej, będzie musiał znaleźć drugi fotel. „Zabawi tu dłużej.” Gdy o tym pomyślał, zakończenia nerwów zadrżały w elektrycznym wyładowaniu. Włosy na rękach uniosły się i opadły. Noc spędził w jednym ze składów broni, odstępując Avie swojego Abramsa. Nie żeby był dżentelmenem, po prostu nie bardzo jej ufał. Skąd mógł mieć pewność, że nie była morderczynią, albo złodziejem? Ci potrafili opowiadać niestworzone historie, by się do ciebie dobrać! Może chciała ukraść jego roślinki!? W końcu niespokojne myśli odebrały mu resztę sił i zasnął.
Obudził się, gdy słońce stało już wysoko na niebie i w magazynie zrobiło się gorąco. Wyczołgał się i udał w stronę obozu, ale nie wyszedł od razu na otwartą przestrzeń, tylko przez chwilę wyglądał zza góry złomu. Ava też już nie spała. Nic dziwnego, jeśli noc spędziła w {i}Abramsie{/i}. Wciąż utykała, ale chyba ból nie był silny, bo zdążyła pójść po wodę, zagotować ją i podgrzać resztki jedzenia. Może jednak nie była złodziejem? Właściwie nie miał podstaw, żeby jej nie ufać. Wyszedł na otwartą…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Noir
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…