Coldwater
Moje pierwsze opowiadanie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jeszcze pół wieku temu Coldwater było niewielkim miasteczkiem. Tutaj każdy każdego znał i wiedział o nim prawie wszystko, a najcięższym wykroczeniem była kradzież jajek najbliższego kurnika, dlatego też nie powinien dziwić fakt ze Coldwater zyskało sobie sławę najspokojniejszego miejsca na Kontynencie. Nawet teraz, gdy od tamtych chwil upłynęło dużo czasu, i miasteczko stało się ponad dwustutysięczną metropolią oraz największym ośrodkiem przemysłowym na Wschodnim Wybrzeżu. Coldwater nadal było (jak na tak wielkie miasto) spokojnym miejscem. Do czasu. Cała ta paskudna historia zaczyna się pewnego deszczowego poranka, gdy w sypialni w jednej z kamienic przy ulicy High Hill, znaleziono martwą kobietę. Na domiar złego, po mieście zaczęły krążyć plotki o tajemniczej bestii, która miała jakoby grasować w okolicy. Nie trzeba było, więc zbyt długo czekać, gdy do miasta zaczęli zjeżdżać się różnoracy ”mędrcy”, ”detektywi” oraz ”czarodzieje” ludzie ci nie mieli jednak z wyżej wymienionymi profesjami zbyt wiele wspólnego i po krótkim czasie większość z nich albo uciekła albo została aresztowana za oszustwa. Co poniektórzy zaś zostali znalezieni martwi w rynsztokach. W miedzy czasie „Bestia z High Hill” ( przydomek ten nadano od nazwy ulicy gdzie najczęściej znajdywano jej ofiary) wciąż grasowała po mieście i nic nie zapowiadało, aby ta sytuacja uległa zmianie w najbliższym czasie. Po około dwóch miesiącach w Coldwater pojawił się dziwny przybysz. Mimo iż było ciepło, miał na sobie ubrany brązowy płaszcz z kapturem, który zarzucił na głowę. Przez krótka chwilę włóczył się po ulicy High Hill, aż w końcu skierował się w stronę Lowstreet gdzie znajdował się komisariat policji. Szedł szybko i pewnie nie zważając na przejeżdżające obok niego dyliżanse. W końcu znalazł się przed budynkiem komendy. Zapukał dwa razy w duże dębowe drzwi, jednak nikt nie otworzył. Powtórzył czynność jeszcze dwa razy, i dopiero za trzecim podejściem drzwi się otwarły. Przed tajemniczym przybyszem stanął mężczyzna ubrany w zielona attylę, która na piersi była szamerowana brązowym galonem. - A pan, w jakiej sprawie?- Zapytał przybysza policjant. - Chciałbym porozmawiać z inspektorem Charlesem.- Odpowiedział tajemniczy mężczyzna - Pan Charles jest aktualnie bardzo zajęty, nie może przyjmować gości. -Ale ja muszę porozmawiać z inspektorem…- Rzekł, wręcz błagalnym tonem, przybysz. -A ja panu mówię, że nie ma takiej możliwości, ani teraz ani później. Wiec, jeżeli pan nie chce zostać aresztowany nalegam, aby opuścił pan teren komisariatu… W tym momencie przybysz sięgnął za pazuchę płaszcza i wyciągnął rewolwer. -Pan musiał mnie źle zrozumieć. Ja nie proszę… I wycelował w głowę policjanta. W tym momencie jednak, zza plecami napastnika pojawiła się inna postać, ubrana podobnie i uzbrojona w dziwny karabin. Błyskawicznie podniosła broń do ramienia i wystrzeliła. Ten z rewolwerem z krzykiem upadł na ziemię. Funkcjonariusz stał jak wryty, gdy osoba, która go uratowała podeszła do niego i zdjęła kaptur policjant zauważył jej twarz. Był to mężczyzna o czarnych, kręconych włosach, brązowych oczach oraz z lekkim zarostem na twarzy. -Nazywam się Benjamin Payne. Byłem umówiony z inspektorem Charlesem… W tym momencie zza pleców świeżo uratowanego policjanta wyłonił się niziołek. Miał na sobie ubraną ciemno zielona kamizelkę z srebrnymi guzikami oraz ciemno brązowe spodnie, które sięgały mu do połowy łydek. Butów, jak na przedstawiciela swojej rasy przystało, nie nosił. - Benjaminie! Stary druhu, jak dobrze cię znów widzieć!- Krzyknął z radości karzeł witając się z mężczyzna w brązowym płaszczu. -Ciebie też Charles.- Odpowiedział Payne. Mówiąc to poklepał inspektora po ramieniu. -Możecie mi powiedzieć, co tu się działo? -Zapytał niziołek wskazując na nieprzytomnego zamachowca. -To jest długa historia. Najlepiej będzie jak wejdziemy do komisariatu. -A co z zamachowcem szefie?- Zapytał uratowany policjant. -Do celi go. Odpowiedział niziołek. -A ty Benjaminie, chodź ze mną do mojego biura.
Biuro inspektora nie różniło się zbyt wiele od innych tego typu pomieszczeń. Znajdowało się tu: biurko, cztery krzesła, mały stoliczek, na którym stała elegancka, wypełniona ciemno-brązowym płynem, szklana butelka wraz z czterema dużymi kieliszkami.. Oprócz tego na ścianie wisiał duży obraz przedstawiający panoramę Coldwater. Jedyną różnicą w wystroju był fakt, iż wszystkie meble były bardzo niskie- dostosowane do wzrostu niziołka. Inspektor usiadł za biurkiem. - Usiądź przyjacielu.- Powiedział Benowi, wskazując najbliższe krzesło.- Napijesz się czegoś? - Nie, dzięki.- Odpowiedział Payne.- Słyszałem, że macie problemy w mieście.- Mówiąc to wyciągnął zza pazuchy płaszcza stary numer „Kuriera”, nagłówek pierwszej strony brzmiał „Bestia z High Hill znów atakuje!” -Ech, wiedziałem ze nie przybyłeś tu by wspominać stare dzieje.-Powiedział Charles. Przez chwilę gapił się na pierwsza stronę „Kuriera” po czym ciągnął dalej.- Tak, mamy problem. I to bardzo duży. Mówiąc kolokwialnie- mamy przerąbane. I jeżeli szybko nie powstrzymany tego, zrodzi się z tego sprawa polityczna.. -Dlaczego?- Zapytał Payne. -Najlepiej będzie jak zacznę od początku.. Cała ta paskudna afera zaczęła się jakieś osiem tygodni temu, gdy znaleźliśmy pierwszą ofiarę- kobietę, jej ciało było zmasakrowane. Gdyby nie znalezione przy ciele dokumenty nigdy nie dowiedzielibyśmy się, kim ona była. Tak przynajmniej wiemy, że nazywała się Jasmin Torvel, później zdobyliśmy informacje, że była prostytutką. Od tamtego czasu doszło jeszcze do dziesięciu morderstw. Wszystkimi ofiarami były młode, ludzkie kobiety o nieciężkich obyczajach. -Rozumiem. A co ma polityka do tego? -Zapytał Beniamin. -Ano to, że niektóre ofiary widziano w towarzystwie mężczyzny- elfa. Jeżeli więc nie uda nam się powstrzymać mordercy, mogą rozpocząć się nagonki na nie-ludzi. -Odpowiedział Charles.-A sam dobrze wiesz jak bardzo podatna jest na manipulację biedota.. W Coldwater nie brak osób, które nie darzą elfów sympatią…i najchętniej zmusiliby je do ucieczki z tego miasta. . -Aha, rozumiem. A co z tym wilkołakiem, który niby tutaj grasuje? Słyszałem plotki. Jest to prawda?- Zapytał Payne. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć ze wierzysz w te wierutne bzdury? - A żebyś wiedział, że wierzę. –Rzekł Benjamin. Inspektor spojrzał zdziwionym wzrokiem na mężczyznę którego znał od wielu lat, i pomimo że od dawna go zadziwiał, nie potrafił uwierzyć w to, co przed chwila usłyszał.. -Ben. .ja wiem że ty zajmujesz się… dziwnymi sprawami, ale słyszałeś kiedyś o wilkołaku który wybiera sobie ofiary?- Zapytał Charles. - Nie. Ale wiem, że osoba, która została ugryziona przez wilkołaka, przez pierwszy okres choroby przemienia się w lykana każdej nocy na okres dwóch-trzech godzin. Sądzę, że ten tajemniczy elf, został nie dawno zarażony i nie świadomie zabija te kobiety.- Powiedział Payne. Niziołek przez chwile spoglądał na swojego przyjaciela, który sprawiał wrażenie pewnego swych poglądów. Po dłuższej chwili ciszy rzekł: -No dobra, przekonałeś mnie. Czego potrzebujesz? -Jeżeli chodzi o sprzęt mam wszystko. Musisz mi załatwić tylko przepustkę do wszystkich ważniejszych miejsc. Dasz radę zrobić to dziś? –Zapytał Payne. - Nie ma sprawy. Wystawię ci odpowiedni dokument w ciągu kilku godzin. - Gdy się z tym uporasz.- Powiedział Benjamin.- Przyjdź wieczorem, do baru „Katharsis”. Tam będę na Ciebie czekał. Powiedziawszy to, szybkim ruchem ręki pożegnał się z przyjacielem i wyszedł z biura.
„Katharsis” zostało założone w 1832 roku i w ciągu roku zyskało sobie sławę najbardziej ekskluzywnego baru w Coldwater. Tutaj najbogatsi mieszkańcy miasta schodzili się, by napić się najlepszej whisky, zapalić najwyborniejsze cygara czy po prostu porozmawiać o polityce. Obok wejścia stał imponujących rozmiarów ogr w czarnym garniturze. Jego głównym zadaniem było pilnowanie, aby nikt niepowołany nie wszedł do środka. Toteż, jeżeli nie byłeś wystarczająco bogaty, ubrany w elegancki w frak lub urodziłeś się kobietą, nie miałeś prawa wstępu do „Katharsis”. Na szczęście inspektor Charles był mężczyzna i miał wystarczająco dużo pieniędzy, aby wejść do środka. Tam, przy barze spotkał Benjamina. -Cześć- Powiedział niziołek.- Mam dla ciebie te dokumenty, o które prosiłeś. Od tej pory masz prawo wstępu do każdego miejsca w mieście. -Mogę je zobaczyć?- Zapytał Ben. -Jasne.-Odparł inspektor. Przez krótka chwilę przeglądał papiery. Gdy skończył schował je do swojej teczki. -Dzięki, bardzo pomogą mi w rozwikłaniu tej sprawy.- Rzekł Benjamin.- A czy nasz zamachowiec powiedział cos ciekawego? -Nie, siedzi cicho i coś mi się wydaje ze jeszcze długo nic nie powie.- Odparł Charles. Na widok Bena, który właśnie sięgnął po szklankę wypełniona jakimś czarnym gazowanym napojem, zdziwił się. – Co to jest?- Zapytał - Nowość.- Odparł Payne.- Nazywają to colą. -Ja chyba pozostanę przy whisky. Odparł niziołek.- Kiedy zaczynasz robotę? -Dziś w nocy. -W nocy?- Zdumiał się inspektor. -Tak, w nocy. Mam zamiar zapolować na tego wilkołaka. Ściągnij do komisariatu jakiegoś maga. Mówiąc to Payne wypił resztę coli, wziął teczkę i pożegnawszy się z niziołkiem wyszedł z baru.
Było już bardzo późno. Benjamin Payne stał na najwyższym wzniesieniu w okolicy i spoglądał na rozświetlone lampami gazowymi ( w bogatszych dzielnicach zastąpione elektrycznymi) ulice Coldwater. Czekał. Według tego, co usłyszał z plotek wilkołak miał legowisko gdzieś poza murami miasta, pogłoski te były potwierdzone słowami okolicznego hodowcy królików, który każdego poranka znajdował przynajmniej jedno ze swoich zwierząt martwe. Payne ściągnął płaszcz i usiadł na ziemi. Obok niego leżała czarna skrzynka, w której znajdowały się dwa rewolwery, obydwa załadował srebrnymi kulami i schował do kabur. Oprócz tego, leżało tam małe zawiniątko, które włożył do plecaka, oraz bełt do kuszy, która leżała obok drewnianego pojemnika. Bełt nie był tradycyjny, jego grot był wykonany z substancji podobnej do szkła, która jeżeli znalazła się w organizmie ofiary, rozpuszczała się i w ciągu paru chwil powodowała paraliż ciała. Tak przygotowany Benjamin czekał na bestię Oczekiwanie trwało długo, aż w końcu, gdy było trochę po północy, ze strony lasu usłyszał wycie. Na nic czekając zerwał się na równe nogi chwycił kusze i pobiegł w tamtą stronę. Biegł bardzo szybko i dość długo. Wycie stawało się coraz głośniejsze. Gdy tylko znalazł się u skraju lasu przystanąl. Zaczął poruszać się bardzo powoli i najciszej jak tylko potrafił. Oddychał bardzo szybko, po skroni spływały mu stróżki zimnego potu. Skradał się bardzo długo, aż w końcu, na skraju jasno oświetlonej przez blask księżyca polany, znajdującej się pośrodku lasu, ujrzał bestię. Wysoką na prawie dwa metry, potężnie zbudowaną. Wilkołak miał czarną sierść, długie i ostre pazury. Jego czarne oczy były niczym klejnoty z samej otchłani. Gdy zawył po raz kolejny, oczom Benjamina ukazały się długie na około dziesięciocentymetrowe kły. Naszemu bohaterowi ciarki przeszły po plecach. Po dłuższej chwili przełamał strach i wykonał krok w stronę potwora. Na nieszczęście dla niego nadepnął na gałązkę. Trzask, zwrócił uwagę bestii, która zauważyła Benjamina i z niesamowitą szybkością zaszarżowała na niego. Payne upuścił kuszę i rzucił się do ucieczki, jednak nie miał żadnych szans z poruszająca się z nadludzka prędkością bestią. Widząc to Payne stanął pod drzewem wyciągnął rewolwery i zaczął strzelać w zbliżającego się do niego potwora. Tylko jedna kula z dwunastu trafiła wilkołaka, nie czyniąc mu jednak żadnej szkody. Chwile później, bestia była już tak blisko że można było poczuć odór z jej pyska. Wilkołak wykonał zamach i potężną łapa uderzył Bena prosto w zebra. Siła ciosu była tak wielka, że mężczyznę odrzuciło na sześć metrów i z potężnym impetem wylądował na plecach. Na szczęście nie trafiły go potężne pazury potwora, który znów ruszył do ataku. Benjamin leżąc na ziemi stracił wszelka nadzieję i pogodził się ze swoja śmiercią. Jednak katem oka ujrzał kuszę, która leżała niecałe dwa metry od niego. Wilkołak był coraz bliżej, a Payne rozpaczliwie próbował doczołgać się do broni. I w momencie, gdy potwór uniósł łapę, aby zada śmiertelny cios, Benjamin chwycił dłonią łoże kuszy, skierował ją w stronę bestii i pociągnął za spust. Bełt utkwił w brzuchu potwora, który natychmiast padł na ziemię. Przez długa chwilę Ben nie był wstanie uwierzyć we własne szczęście, aż w końcu, gdy całkowicie się uspokoił podszedł do cielska potwora, wyciągnął z plecaka zawiniątko i rozpakował. Znajdowała się w nim strzykawka wypełniona srebrnym płynem. Benjamin wbił igłę prosto w serce potwora. Po chwil zaczął on odzyskiwać pierwotne kształty. Cofnięcie przemiany trwało dość długo, jednak jej efekt zadziwił. Wilkołakiem okazała się być młoda kobieta.
Gdy Benjamin przybył rano do komisariatu, inspektor Charles już na niego czekał. -Witaj przyjacielu. Widzę, że twoje polowanie przyniosło skutki.- Stwierdził, niziołek na widok kobiety, która jeszcze kilka godzin wcześniej była potworem.- Cóż, przynajmniej pozbyliśmy się jednego problemu. - Jednego problemu? Co masz na myśli?- Zapytał Ben. -No cóż w czasie, gdy Ty walczyłeś z wilkołakiem, doszło do kolejnego morderstwa.- Powiedział z zakłopotaniem inspektor. -Co? Gdzie? - Na High Hill w pensjonacie „Pod Różą”. Najlepiej by było gdybyś poszedł tam od razu. Tylko ostrzegam, możesz przeżyć szok.. Nie czekając na dalsze wyjaśnienia Payne skierował się w stronę miejsca zbrodni. Szedł szybkim krokiem, i swoim wyglądem zwracał na siebie uwagę elegancko ubranych przechodniów. Mimo licznych zaczepek udało mu się dojść do pensjonatu. Sam budynek, nie robił pozytywnego wrażenia, jednak wewnątrz, wydawał się bardzo elegancki, a zarazem przytulny. W środku znajdowali się już policjanci, którzy skierowali Bena do pokoju, w którym dokonano morderstwa. Samo pomieszczenie wyglądało normalnie. Znajdujące się w nim meble nie były zniszczone. Nie było żadnych śladów zbrodni, nie licząc zakrwawionej pościeli. Jednak tym, co najbardziej rzucało się w oczy były nabazgrane na ścianie słowa: POMÓZCIE MI
Kilka godzin później, Benjamin znajdował się już w gabinecie inspektora. - Pomóżcie mi.- Powiedział któryś już raz z kolei Ben.- Jak myślisz- zwrócił się do siedzącego przy biurku niziołka- Kto mógłby to napisać? Ofiara? - Nie sądzę. Odpowiedział Charles. -A wiec, kto?- Zapytał Payne.- Napastnik? Ale, po co? - Nie mam pojęcia, przyjacielu- Rzekł niziołek. – Musieliśmy coś przeoczyć! Tylko co? Musi być jakiś szczegół… - Może zeznania świadków?- Zadał, z nadzieja, pytanie Ben.- Przecież widzieli mordercę.. muszą wiedzie jak wygląda.. - Żaden z nich nie jest wstanie podać dokładnego rysopisu zabójcy. Na chwilę w gabinecie zapanowała cisza. Pierwszy odezwał się Benjamin. - Może powinniśmy przesłuchać tego zamachowca? - Nic nam nie powie. - Nie możemy go jakoś skłonić do zeznań?- Zapytał Ben. - Nie. Odrzucił wszystkie nasze propozycje współpracy.. - Cholera jasna. To co możemy zrobić? - Na razie nic.- Odpowiedział z żalem niziołek. - I co będziemy czekać aż morderca znowu kogoś zabije? W tym momencie do gabinetu wszedł jeden z funkcjonariuszy. W dłoni trzymał teczkę. - Panie inspektorze, mam wyniki sekcji zwłok. Mówiąc to oddał w ręce niziołka teczkę i wyszedł. -Sekcja zwłok?- Zapytał Benjamin. - To nasza nowa procedura. Wykonujemy ją przy każdym morderstwie. O ile jest, na czym ją wykonywać. Odparł niziołek. Przez jakaś chwilę inspektor przeglądał dokumenty. - Nic nowego. Zdołali tylko rozpoznać pięć równoległych ran ciętych.- Mówiąc to Charles oparł się o oparcie swojego fotela. Na jego twarzy pojawiło się zmęczenie i zrezygnowanie. Przez chwilę znów zapanowała cisza. Benjamin zaczął przeglądać dokumenty. Na jednym z zdjęć zobaczył coś dziwnego. - Hej! Charles, chyba jednak mamy coś nowego. Zobacz. Niziołek bliżej przypatrzył się zdjęciu. Były na nim przedstawione plecy ofiary. - Hm, tu jest napisane ERATROTH. Wiesz, co to znaczy?- Zapytał niziołek. - Nie.- Odpowiedział Ben. - No to nie pozostaje nam nic jak zwrócić się do specjalisty. Na uniwersytecie na pewno jest ktoś taki. Daj mi jedną chwilkę, wyślę tylko odpowiedni telegram.- To powiedziawszy, niziołek wyszedł z gabinetu. Minęło niecałe półgodziny, gdy wrócił. - No stary druhu.- Rzekł Charles.- Czeka nas mały spacerek na Uniwersytet.
Budynek Uniwersytetu był jednym z największych w mieście. Zlokalizowany był w zachodniej części Coldwater i zajmował powierzchnię piętnastu hektarów. Znajdowały się w nim wydziały: języków, matematyki, nauk przyrodniczych, architektury oraz sztuki. Benjamin Payne oraz inspektor Charles weszli przez główne drzwi Uniwersytetu i skierowali się w stronę jego wschodniego skrzydła, gdzie znajdował się wydział języków. Tam w jednej z sal czekał na nich sędziwy mężczyzna. Z gładko ulizanymi włosami, ubrany w stary, prochowy garnitur. - Witam panów. – Rzekł straszy pan.- Nazywam się Douglas Fog, jestem profesorem jak również dziekanem tego wydziału. Słyszałem ze potrzebujecie panowie mojej pomocy, w czym więc mogę służyć? - Tak, chcielibyśmy dowiedzieć się, co znaczy słowo Eratroth.- Powiedział inspektor Charles. - Eratroth? Będę musiał trochę poszuka w książkach.- Stwierdził profesor.- Możecie panowie poczeka chwilkę? Nasi bohaterowie twierdząco kiwnęli głowami. Pan Fog wyszedł z sali i dopiero po dwóch godzinach ( czasie, których Benjamin oraz niziołek nudzili się niemiłosiernie) profesor wrócił. - Cóż, mam dla panów dość ciekawe informacje.- Powiedział starszy pan. - Słuchamy.- Odpowiedzieli równocześnie bohaterowie. - A wiec, słowo Eratroth pochodzi z języka Starszych Ras. I w wolnym tłumaczeniu znaczy „ten, który przybywa zabijać”, zaś w starych kapłańskich zwojach, wyraz ten jest pisany z dużej litery i jest imieniem demona. - Demona?- Zapytał z niedowierzaniem Ben. - Tak, demona.- Odpowiedział ze spokojem profesor.- Jednak, aby dowiedzieć się o tej istocie więcej trzeba byłoby porozmawiać z jakimś demonologiem. Niestety, nie pracuje u nas żaden. - Gdzie moglibyśmy takiego demonologa znaleźć?- Zadał pytanie niziołek. - Z tego, co wiem to w Ownford.- Powiedział starszy pan. Benjamin spojrzał na zegarek. - O której jedzie pociąg do Ownfordu?- Zapytał. - Ostatni o dwudziestej trzydzieści. – Odpowiedział inspektor.- A co? - Zamierzam zdarzyć na ten pociąg.- Krzyknął Ben wybiegając z sali.
Podróż z Coldwater do Ownfordu- największego ośrodka naukowego na Kontynencie, zajmowała około ośmiu godzin. Samo miasto nie było duże, jednak ilość naukowców (zarówno tych genialnych jak i tych, którzy inteligencja nie grzeszyli) była tak wielka, że żadne inne miasto nie mogło konkurować z Ownfurdem. To tu właśnie powstawały najgenialniejsze (czasem również najstraszliwsze) wynalazki, które (jak to się przyjęło mawiać) odmieniły losy cywilizacji ludzi. To również tu znajdował się największy na Kontynencie uniwersytet. Jego budynek był kilkukrotnie większy od tego znajdującego się w Coldwater. A oprócz tradycyjnych wydziałów znajdywały się wydziały: demonologii, astronomii, religii, mechaniki oraz wielu innych których nazwy były dziwaczne lub bardzo trudne do wypowiedzenia dlatego tez Benjamin Payne nie zaprzątał sobie nimi głowy. Była godzina dziewiąta, gdy wszedł na teren Uniwersytetu Ownfurdzkiego i przez prawie godzinę…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Marverin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…