Córka słońca, rozdział 17
Eliminator coraz bardziej wikła się w pajęczynę półprawd i stuprocentowych kłamstw. Pewnego dnia ma dziwny i zaskakujący sen o swojej quatessińskiej przyjaciółce. W zasadzie P18 - będzie scena erotyczna :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}ROZDZIAŁ XVII ŚNIĆ ZAWSZE O NIEJ{/i}{/b}
Siódmego lutego wybuchły słynne zamieszki na przedmieściach Houston, wszczęte przez miejscową biedotę. Nie widzący przed sobą żadnej rozsądnej przyszłości młodzi ludzie z komunalnych bloków palili samochody zamożniejszych mieszkańców peryferyjnych dzielnic i rzucali butelki z benzyną w kierunku próbujących interweniować policjantów. Aż do białego rana nie było końca pijackim orgiom, śpiewom, krzykom i złorzeczeniu pod adresem rządu i wszystkich ludzi żyjących co najmniej na średnim poziomie. Żaden pozostający przy zdrowych zmysłach obywatel nie pokazałby się w tych dniach samotnie ani nawet w grupie w przeklętej dzielnicy należącej do hord rozbisurmanionych wyrostków. Nad ranem, ósmego lutego, minister spraw wewnętrznych podjął decyzję o wysłaniu do Houston prawie wszystkich ludzkich zasobów Zbrojnych Sił Sangacji. Szczególnie zależało mu na Eliminatorach, mających licencję na zabijanie i niezmiennie wzbudzających blady strach. Spacerując w długim płaszczu i hełmie cyborga po niespokojnych uliczkach Houston z Williamem Blackiem u boku, od czasu do czasu uchylając się przed świszczącą w powietrzu petardą i bez przebierania w środkach przywołując rozzuchwalonych młodzieńców do porządku, Aldorent Morrison myślał tylko o tym, że jedenastego powinien być w stolicy Quatessinu. Nawet jeśli zamieszki skończą się wystarczająco wcześnie, by miał szansę zdążyć na wystawę, jadąc bez przerwy przez cztery tysiące kilometrów, pozostawała jeszcze kwestia urlopu. Na pewno nie wszyscy Eliminatorzy dostaną od razu wolne, chociaż wszyscy na nie zasłużą udziałem w tak długiej i wyczerpującej akcji. Ktoś musi być pod ręką w razie nagłych zdarzeń. Postanowił zrobić wszystko, by to właśnie on znalazł się wśród tych szczęśliwców, którym marszałek pozwoli na odpoczynek. Udało im się opanować sytuację w nocy z dziewiątego na dziesiątego. Wracając służbowym samochodem nieludzko wyczerpany do Derbachii, z Williamem Blackiem i Vivaldo Santorinim pochrapującymi bezczelnie na tylnym siedzeniu, postanowił rozwieźć po mieście kolegów, dojechać do domu i przespać się kilka godzin w pokoju dziennym, nie budząc Amandy. Z samego rana pojedzie do Kwatery Głównej, stanie przed marszałkiem i wygłosi swoją kwestię. Siostrzenica gra w szkolnym przedstawieniu i właśnie dziś wypada premiera tego genialnego spektaklu, a on, kochający wuj, nie chce jej zawieść. Marszałek Raszkiewicz nigdy nie przejawiał nadmiaru rodzinnych uczuć, ale może tym razem da się ubłagać. Przecież dla nich, zatwardziałych kawalerów, siostrzenica to więcej niż córka. A potem wymyśli jakieś kłamstwo dla Amandy. Zawiadomi ją, że wróci za kilka dni, gdy tylko upora się z zadaniem, i będzie jechał bez chwili odpoczynku. Może zaaplikuje sobie zastrzyk pobudzający, bo zwykła kawa nie wystarczy, by zmusić ludzki organizm, nawet genetycznie wzmocniony, do tak morderczej pracy po kilku zaledwie godzinach snu. Z początku wszystko układało się zgodnie z planem. Dotarł przed trzecią do domu, bezgłośnie otworzył drzwi kartą magnetyczną, zdjął buty, ubranie i nie zapalając nawet światła, padł na kanapę. Otulił się dla ochrony przed chłodem grubym zielonym kocem, który Amanda zawsze trzymała zwinięty w rogu mebla. Przed zaśnięciem pomyślał jeszcze, że powinien wstać przed szóstą. Nie nastawił budzika. Umiał siłą woli nastroić swój mózg tak, by zaczynał pracować o wybranej godzinie. Podobno ludzie wiodący bardzo intensywne życie muszą wykształcić taką umiejętność. Tym razem jednak ogromne zmęczenie wzięło górę. Gdy się obudził, dochodziła już siódma. Amanda krzątała się po domu z mokrymi włosami, owiniętymi ręcznikiem, przygotowując się do wyjścia do pracy. Usiadł, odrzucił koc i potarł oczy, zapuchnięte z braku dostatecznej ilości snu. Za oknem było niemal całkiem ciemno. Najchętniej spałby chociażby na tej twardej, niewygodnej kanapie przez kilka następnych godzin, ale wiedział, że jeśli chce załapać się na tę wystawę, musi się pospieszyć. Czajnik zaczął wesoło pogwizdywać. Amanda pobiegła ile sił w nogach do kuchni, by zakręcić kurek. Musiał wypić przynajmniej kawę, a potem będzie się ratował porcjami żywnościowymi, zawsze leżącymi w schowku w desce rozdzielczej od strony pasażera, gdzie trzymał chyba jakąś starą paczkę prezerwatyw. Musiały już stracić termin ważności. To i tak było teraz bez znaczenia. Nie potrzebował ich, by kochać się z Loraną. Znalazł w szafie przyzwoite sztruksowe spodnie, nie wymagające natychmiastowego prasowania, i wciągnął je pospiesznie. Gdy wszedł do kuchni, Amanda zjadała właśnie drugą grzankę posmarowaną prawdziwym masłem. − Cześć, kochanie – odezwała się nadzwyczaj pogodnym głosem. – Zdążyłam się za tobą stęsknić. Co słychać w Houston? − Już po wszystkim – odparł. – Przywróciliśmy spokój w tym mieście. Przypuszczam, że nie na długo. Tam, gdzie stykają się bogactwo i bieda, nigdy nie może być spokoju. My dwoje żyjemy jak w raju w porównaniu z tamtymi ludźmi. − Pewnie tak – odpowiedziała dosyć obojętnie. Pomimo zaangażowania w politykę nigdy naprawdę nie przejmowała się losem innych ludzi. Obchodziło ją tylko własne szczęście. – Nie pocałujesz mnie na dzień dobry? Więc ją pocałował. W czoło, nie w usta. Czułby wstyd, okazując jej namiętność teraz, gdy jechał na spotkanie z inną kobietą. Prawie roześmiał się na myśl, że nie całuje Amandy, gdyż powstrzymuje go przed tym uczucie, jakie żywił dla Lorany. Przecież dla tamtej Quatessinki był nikim. Zaprosiła go do Onemary, ponieważ się uparł. Amanda z nim mieszkała, dzieliła z nim życie, łóżko, znał jej ciało, myśli. To ją zdradzał, nie tamtą. A jednak nie mógł postąpić inaczej. Zachowywał się jak dzieciak, który ukrywa przed całym światem miłość do koleżanki z klasy. Na Boga, przecież miał prawie trzydzieści pięć lat. Miał prawo widywać się, z kim zechciał, bez tłumaczenia się komukolwiek innemu. − Co u ciebie w pracy? − Wszystko po staremu – skrzywiła się. Chyba naprawdę nie lubiła ludzi, z którymi pracowała. Na jej miejscu już dawno szukałby innej pracy, tymczasem ona tkwiła w firmie tak, jakby nosiła stare, zdarte kapcie, koszmarne, ale przynajmniej znajome. − Pamiętasz o rocznicy rodziców? – podjęła. – Dziś wieczorem jest przyjęcie w „Chińskim smoku”. Spróbuj być w domu przed szóstą, dobrze? Prosto po pracy idę do salonu piękności, niech mnie uczeszą, umalują i zrobią manicure. Muszę jakoś wyglądać. W końcu przyjdzie mnóstwo ludzi. Rodzice zaprosili na tę kolację ponad sto osób. Wyobrażasz to sobie? Jasne, że sobie wyobrażał. Kolejny nudny zjazd starszych ludzi, natychmiast wydających za mąż wszystkie niezamężne i żeniących wszystkich samotnych. Rzeczywiście na śmierć zapomniał o tym święcie. Rodzice Amandy obchodzili właśnie trzydziestą piątą rocznicę ślubu. Wszystkie ich dzieci wraz z małżonkami lub narzeczonymi były naturalnie zaproszone na przyjęcie, które szumne nazywali „skromnym”. − Nie mogę, Amando – odpowiedział. – Muszę pracować. Nie dam rady wrócić na noc. − Nie rób mi tego, Aldo. Do cholery, nie rób mi tego. Jeśli tam nie pójdziemy, oni nie odezwą się do mnie przez cały rok. Stań na rzęsach i wyproś jeden dzień wolnego. Tylko jeden dzień. Nie możesz wciąż pracować i znikać z domu na długie tygodnie. Cała rodzina wie, że z tobą jestem, więc nie mogę pójść sama i usprawiedliwiać cię nawałem pracy. Na dłuższą metę to jest niepoważne. Gdyby zaczęła histeryzować, mógłby znów zrzucić w duchu całą winę na nią. Wciąż ma humory, więc ucieka od niej do bezpiecznej i spokojnej przystani, jaką mogły okazać się silne ramiona Lorany. Ale nie, Amanda mówiła głosem zupełnie spokojnym. Tak bardzo spokojnym, że aż lodowatym. Do tego mówiła bardzo do rzeczy. Może związek z Amandą nie był tak zły, jak mu się wydawało. Może po prostu nie umiał cieszyć się tym, co miał, i zawsze musiał pragnąć czegoś innego. Może wymyślił sobie „miłość” do Quatessinki. Odwiózł więc Amandę do pracy, a potem wstąpił do ZSS i rzeczywiście wziął jeden dzień urlopu. Ale nie pojechał do Onemary. Wrócił do domu i przespał się kilka godzin, by nabrać sił. Pozostało mu liczyć na to, że przyjęcie będzie przynajmniej udane.
* * *
Musiał więc poczekać do dwudziestego dziewiątego. Czas bez Lorany bardzo mu się dłużył i gdyby mógł, przesuwałby okienko w kalendarzu kilka razy dziennie. Niestety, aby pozostać w zgodzie ze stanem faktycznym, mógł to robić tylko raz na dobę. Zanim nadszedł upragniony dzień, zdążył pozbyć się zarówno wątpliwości, jak i wyrzutów sumienia. Amanda, pomimo krótkotrwałych przebłysków zimnego intelektu, była dla niego zbyt rozchwiana psychicznie. Nie takiej kobiety potrzebował. Nie chciał być niczyją niańką i wybawieniem od samotności. Przez całe dorosłe życie wiązał się z filigranowymi, delikatnymi stworzeniami, w skrytości ducha marząc o kobiecie, która dorówna mu nie tylko pod względem psychicznym, ale i fizycznym. A teraz, gdy spełnienie tych marzeń było tak blisko, nic nie mogło go powstrzymać. Bał się, że Lorana znów go nie pozna. Ostatecznie wciąż był dla niej nikim, jednym ze zwiedzających, któremu poświęciła kwadrans swojego cennego czasu. Ale ona zauważyła go już w drzwiach i pomachała przyjaźnie ręką, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Opierała się z tym swoim nieodłącznym, nieodgadnionym grymasem warg o najdalszą ścianę, ze skrzyżowanymi poniżej kształtnych piersi ramionami. Podszedł do niej. Nie zdążył się przywitać, ponieważ ona rzuciła pierwsza z lekkim wyrzutem w jego kierunku: − Cześć. Nie przyjechałeś do Onemary. A przecież obiecałeś, że się zobaczymy. − Naprawdę nie mogłem. Sprawy służbowe. Wybacz. Postanowił, że raczej zapadnie się pod ziemię niż powie jej o Amandzie. Miała znów na sobie czerwoną suknię, w której zobaczył ją pierwszy raz, i czerwoną wstążkę we włosach. Ten kolor wyjątkowo dobrze do niej pasował. Był zarazem wyzywający i mocny, królewsko piękny i olśniewający jak ona sama. Na jej szyi pysznił się tym razem złoty łańcuch bez dodatków, spleciony z prostych owalnych ogniw. − Słyszałaś o Houston? Mieliśmy tam rozruchy. Nie mogłem się stamtąd wyrwać, dopóki nie spacyfikowaliśmy tych zapaleńców. − Nie słyszałam. Nie interesuję się wewnętrznymi sprawami Sangacji. Ale wierzę ci. Była wprawdzie bardzo wysoka i silna jak mężczyzna, ale także bardziej naiwna i łatwowierna od Amandy. W świecie, w którym dorastała, kłamstwo nazywano po imieniu. Nie czyniono z niego cnoty i sposobu na życie. Pewnie dlatego nie umiała kłamać i zawsze wierzyła słowom innych ludzi. − Pozwolisz, że zostanę z tobą do końca wystawy? Pomogę ci z pakowaniem obrazów. Zaśmiała się krótko, a potem odparła: − Nie potrzebuję pomocy. Umiem sama popakować moje skarby, a gdyby nawet było inaczej, personel techniczny jest do mojej dyspozycji. Jeśli chcesz dotrzymać mi towarzystwa, możesz to uczynić, nie szukając pretekstu. Został do samego końca, chodząc za Quatessinką krok w krok i gawędząc z nią na nieistotne tematy. Na szczęście interesował się trochę plotkami z Pałacu Królewskiego. Mógł wymienić z Loraną uwagi na temat romansu następcy tronu, głośnego w całym Imperium. Dziewczyna była zupełnie nieodpowiednia, nie dość, że wywodząca się z niskiej warstwy społecznej, to na dodatek, aby dopełnić czary niemożności, niebieskooka blondynka. Ta młodziutka panienka o imieniu Lina za nic w świecie nie mogła pewnego dnia zasiąść na mniejszym tronie w Sali Zabaw u boku księcia, a potem króla Kirama. Królewskimi małżonkami zostawali od wielu wieków członkowie arystokratycznych rodów gondwańskich, koniecznie czarnowłosi i ciemnoocy. Może było to niesprawiedliwe i krzywdzące, lecz nikt przy zdrowych zmysłach nie zamierzał zabierać się za zmienianie pradawnych zwyczajów. Przyjmowano więc za pewnik, że młody książę będzie musiał wkrótce rozstać się ze swoją Liną. Po zamknięciu wystawy rzeczywiście pomógł jej ze zdjęciem obrazów ze ścian i stojących wolno drewnianych podpór oraz owinięciem ich dla ochrony w gruby papier. Nie zabierała ich ze sobą do Quatessinu, ale zostawiała tutaj, w magazynie, do czasu następnej ekspozycji. Pomyślał o ogromnym zaufaniu Lorany do Galerii, skoro powierzała tym ludziom w depozyt pracę kilku lub nawet kilkunastu miesięcy. Żyła swoimi wizjami, te płótna były dla niej wszystkim. Trudno byłoby jej zresztą zabrać obrazy do domu, skoro nie dysponowała samochodem. Nie zapytał, jak przywiozła je do Sangacji. Albo taszczyła je wszystkie w rękach, albo nadała pocztą, znów wykazując się ogromnym zaufaniem w stosunku do obcych ludzi. Wątpił, by ktoś pomógł jej z transportem. Obowiązek dostarczenia prac do Galerii spoczywał w całości na artystach. Coraz bardziej podziwiał tę dziewczynę, samotnie zmagającą się z życiem i na razie świetnie sobie radzącą. Co więcej, dziewczynę nie szukającą desperacko mężczyzny, na którego przerzuci część swoich trosk. Właśnie dlatego, iż skoncentrowała się na własnym życiu i pasji, nie zaś na rozpaczliwym poszukiwaniu partnera, była partnerką idealną, mogącą obdarować ukochanego mężczyznę tym większym bogactwem, im bardziej była samowystarczalna. Trzymała głowę wysoko ponad powierzchnią morza życia, zamiast jak Amanda chwytać się brzytwy. Siedział potem z nią w jednym z zagraconych pomieszczeń na zapleczu. Oboje pili bez pośpiechu herbatę i odpoczywali po całym dniu na nogach. Byli tylko we dwoje. Białe ściany dawały efekt sterylności i tymczasowości. Aldorent nie czuł się pośród nich oraz porozrzucanych bezładnie sprzętów przytulnie. Lorana rozsiadła się swobodnie na wąskim krześle i zamyśliła głęboko. Skrzyżowała niedbałym ruchem kolana, zauważył więc wychylające się spod sukni białe, dziergane na szydełku rajstopy Quatessinki, chroniące jej kochającą ciepło ciemną skórę przed chłodem sangackiej zimy. Niewiele rozmawiali. Była to dziwna znajomość, ponieważ żadne z nich nie odczuwało palącej konieczności poznania w szczegółach życia drugiego, jak zazwyczaj dzieje się, gdy krzyżują się drogi mężczyzny i kobiety. Oboje nie należeli do ludzi, którzy czują nieodpartą potrzebę zrelacjonowania drugiej stronie wszystkich poprzednich lat, nie wyłączając nieudanych związków. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie i to było najważniejsze. Znali się bardzo krótko, pomimo to ufali sobie nawzajem, jakby łączyła ich tajemna więź. To uczucie było tak niewypowiedzianie cudowne, że Aldorent za nic w świecie nie zrezygnowałby z niego z własnej i nieprzymuszonej woli. Nawet jeśli kradł szczęście, ponieważ świat nie zechciał mu go podarować, nie zamierzał pomagać losowi w dodawaniu sobie rozczarowań i cierpień. Lorana zainkasowała przed kilkunastoma minutami należność za sprzedane w tym dniu obrazy. Zarobiła na czysto dwadzieścia trzy tysiące dolarów, co po przeliczeniu waluty dawało około trzech tysięcy kirów. Była to suma wystarczająca na przeżycie dwóch miesięcy bez ekstrawagancji, ale także bez zaciskania pasa, w średniej wielkości mieście. Spodziewał się, że Quatessinka weźmie pieniądze do ręki, ale tak się nie stało. Lorana miała otwarte konto w Quatessińskim Banku Powszechnym i zawsze prosiła o przelew. − Chciałbym spędzić z tobą więcej czasu, bez tych wszystkich ludzi nie dających ci chwili wytchnienia – odezwał się. – Tylko ja i ty. Moglibyśmy poznać się lepiej. Co ty na to, Lorano? Przez kilka minut nie odpowiadała. Nawet na niego nie patrzyła, jakby nie usłyszała słów mężczyzny. A potem odezwała się: − Masz coś do pisania? Dam ci mój adres w Spid. Zawsze miał przy sobie coś do pisania. Jako profesjonalista w każdym calu, nie ruszał się z domu bez elektronicznego notesu. Karteczki dawno wyszły z mody, przynajmniej w pewnych kręgach. Lekko drżącymi palcami wpisywał jej adres: ulica Ostrygowa 7, numer mieszkania 11. Lorana Yel, Spid. Nie zapomniałby nawet bez wpisu. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że dziewczyna zaprosi go od razu do domu. Pojął, że Lorana trzyma go wprawdzie na dystans, ale nie boi się go. Miała szczęście, żyjąc w świecie, w którym samotne kobiety nie boją się zapraszać do domów samotnych mężczyzn. − Przyjadę na pewno. Niczego nie obiecuję co do terminu, bo jeszcze nie wiem, jak ułożą mi się sprawy w pracy. Ale możesz spodziewać się mojej wizyty wcześniej czy później. Mieszkasz sama? − Tak, od roku. Po studiach nie wróciłam do rodziców. Miałam dość bycia traktowaną jak dziewczynka. Chciałam próbować samodzielności i na razie nieźle mi to wychodzi. − Ja też mieszkam sam. To najlepsze rozwiązanie, jeśli nie masz nikogo, kogo naprawdę kochasz. Tylko z ukochaną osobą warto dzielić życie, inaczej drugi człowiek raczej męczy niż uszczęśliwia. Nie chcę zapchajdziury. W pewnym sensie powiedział prawdę. Mówił jej o tym, jak powinno być, a nie, jak było. O tym, jak chciałby żyć, gdyby nie oczekiwania rodziny i Amandy względem jego osoby, z którymi nie umiał sobie poradzić. Rozmawiał z nią we Wspólnej Mowie, inaczej ich myśli nie mogłyby się spotkać. Nie miał poczucia istnienia jakiejkolwiek bariery pomiędzy nim a Loraną. Nie była „obca”, nie należała do innej rasy czy nawet gatunku. Dla niego była taką samą kobietą jak Amanda. Wiedział, że w jego kraju skłonność do Kiramczyków jest uważana za skrzywienie w równym stopniu, a może nawet większym, niż skłonność do własnej płci. Pewnie nie byłoby dla obrońców moralności niczego bardziej oburzającego niż romans z Kiramczykiem tej samej płci. Uśmiechnął się pod nosem na tę myśl. Coś takiego na pewno mu nie groziło. Interesowały go tylko i wyłącznie kobiety. Posuwał się jednakże w swej ekstrawagancji wystarczająco daleko, by czuć się zmuszonym przez społeczeństwo do ukrywania miłości do Lorany. − Co teraz zamierzasz? – zapytał. – Masz gdzie spać? − Nie zostaję na noc w Detroit. Złapię wieczorny pociąg z Polinii do Buffalo, a stamtąd poranny do Veltro. Tam wsiadam na statek i płynę prosto do domu. Prosta droga – uśmiechnęła się trochę smutno. Nie miał pojęcia, skąd mógł wziąć się ten smutek. Czyżby tak bardzo tęskniła za ojczyzną? Ta „prosta droga” to były co najmniej dwa dni ciągłej podróży, o ile nie nastąpiły nieprzewidziane zakłócenia w kursach. Nie mogła wsiąść na statek w Detroit, ponieważ nie istniało połączenie między portami Sangacji a miastami Wschodniego Wybrzeża. Przyczyna tego stanu rzeczy była całkiem prozaiczna i nie związana z polityką. Przeszkodą było mianowicie długie ramię Półwyspu Skeńskiego, od północy całkowicie skutego lodem. Tylko lodołamacze mogły się tamtędy przedostać. Dlatego funkcjonowały dwa całkiem oddzielne szlaki morskie, zachodni i wschodni. Detroit i Arizona znalazły się na tym pierwszym, natomiast droga wschodnia zaczynała się w Veltro. Oba szlaki łączyły się u południowych krańców Półwyspu Quatessińskiego. Istniał jednakże inny sposób na dostanie się do Quatessinu, mianowicie Ekspres Wschodni, kursujący pomiędzy Buffalo a Onemarą. Sam kilka razy nim pojechał. − Masz bezpośredni pociąg z Buffalo – powiedział. – Musiałabyś wysiąść w Elto i tam złapać krajowe połączenie do Spid. Ten pociąg nazywa się Ekspres Wschodni i odjeżdża raz na dobę, o ile dobrze pamiętam, około szóstej rano. Może byłoby to lepsze rozwiązanie. − Nie. Czasami nim jeżdżę, ale wolę statek. Nie dlatego, żeby to był szybszy, tańszy bądź wygodniejszy sposób podróżowania. Po prostu lubię kołysanie fal i widok kryjącego się za horyzontem i wyłaniającego z powrotem wybrzeża. Dopiero wtedy czuję duchową więź z całym kontynentem. − Rozumiem – skinął lekko głową. – Twój wybór. Pozwól w takim razie, że odwiozę cię samochodem do Veltro i wsadzę na ten statek. Przynajmniej będę o ciebie spokojny. − Ale... – zaniepokoiła się gwałtownie, co przejawiało się wierceniem na krześle – nie musisz. Dam sobie radę, Aldorencie. − Wiem, że dasz sobie radę. Nie przyszło ci do głowy, że robię to przede wszystkim dla siebie? Po to, by pobyć z tobą dłużej? Bądź grzeczną dziewczynką i pozwól mi się odwieźć. Skinęła z powagą głową, patrząc mu prosto w oczy. W tym śmiałym spojrzeniu bez jednego mrugnięcia powiek mniej było krycia się za licznymi zasłonami, a więcej zrozumienia i uczucia. Naprawdę zamierzał odwieźć ją aż do Veltro i żałował, że brakuje mu odwagi lub szaleństwa, by zawieźć ją do Spid. Nie szukał już nawet w myślach wymówek dla Amandy. Nie musiał się jej tłumaczyć, a jeśli spyta, wykręci się jak zwykle pracą. To było w końcu jego życie, w którym najważniejsza była teraz Lorana. Włożyła gruby sweter z owczej wełny, okręciła szyję wydzierganą na szydełku zieloną, kwadratową narzutką, którą złożyła na pół, w dwa trójkąty, a na koniec naciągnęła na siebie długi płaszcz z puchowym podbiciem i kapturem. Nie miał pojęcia, gdzie kupiła płaszcz. Na pewno nie zrobiła tego w Quatessinie. Tamtejszy klimat powodował, że miejscowi krawcy nie szyli tak ciężkiej odzieży. Pomimo tych wszystkich zabiegów dziewczyna trzęsła się z zimna, kiedy szli do samochodu. Temperatura spadła wprawdzie poniżej zera, ale nie był to trzaskający mróz, który sprawia, że ludzie wolą pozostać w ciepłych, przytulnych mieszkaniach. Pomyślał o niej z jeszcze większym podziwem. To nie był dla Lorany dobry czas na taką podróż. Ona naprawdę nie mogła znieść zimy w jego kraju. Czuła się naprawdę dobrze dopiero w miejscach, w których temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Jej fizjologia różniła się w tym względzie od ludzkiej. Dla niej to, co potomkowie Ziemian uznawali za męczący upał, było wymarzoną, piękną pogodą. Tak, jak natura wyposażyła Nordlingów w efekt przesileniowy, by pomóc im przystosować się do corocznego cyklu dnia i nocy polarnej, tak Południowcy mieli to przesunięcie w odczuciu komfortu cieplnego, niezbędne, by znosić bardzo gorący i suchy klimat. Cierpiałaby w Sangacji chłód nawet latem, będącym pod względem termicznym odpowiednikiem quatessińskiej zimy, natomiast luty na Północy był dla niej piekłem. Włączył więc ogrzewanie w samochodzie na pełną moc, by nieco jej ulżyć, i na powrót je wyłączył, przypomniawszy sobie, że klimatyzowane powietrze również jej szkodzi, wysuszając śluzówkę w nosie i gardle. Niczego więcej nie był w stanie dla niej zrobić. Mógł tylko jechać niezmordowanie przez całą noc, pozwalając Loranie pochrapywać niespokojnie na siedzeniu pasażera. Zaskoczyła go mile jej niespodziewana wylewność w Veltro. Zanim weszła na trap quatessińskiego żaglowca pasażerskiego o wdzięcznie brzmiącej nazwie „Księżycowa noc”, obarczona dużą, skórzaną torbą, zarzuciła mu na szyję obie ręce i mocno uścisnęła mężczyznę. Był to zwyczajny uścisk, zarezerwowany dla ludzi bliskich, lecz niekoniecznie darzonych namiętnością. Pomimo to nic nie mogło mu dać większego poczucia szczęścia niż tulenie w objęciach jej gibkiego, mocnego ciała. Ta krótka chwila będzie znakomitą pożywką dla jego marzeń do chwili, gdy zobaczą się po raz kolejny. Bo nie miał najmniejszych wątpliwości, że spotkanie w Spid dojdzie do skutku. Bóg jeden wie, co się wtedy wydarzy, ale cokolwiek było mu pisane, na pewno będzie bardzo dobre. Tam, gdzie była ona, wszystko było bardzo dobre.
* * *
Nie musiał czekać długo. Śmierć nieszczęsnego ambasadora, który skusił się na spróbowanie specjałów miejscowej kuchni na wystawnym przyjęciu u gubernatora i po ciężkim zatruciu niejadalnym dla ludzi grzybem zmarł z braku fachowej pomocy, była dla niego prezentem od losu. Nie, nie cieszył się z niczyjej śmierci. Tamten biedak, opętany żądzą szybkiego i łatwego zarobku, która zagnała go aż do odległej Trasji, i nierozsądny do tego stopnia, by bez wystarczającej wiedzy decydować się na kulinarne kontakty z Trasjanami, zasługiwał przynajmniej na współczucie. Aldorent starał się więc wykrzesać z siebie chociażby kilka iskier smutku, ale jednocześnie postanowił zrobić wszystko, aby to właśnie on był tym, który dostanie polecenie sprowadzenia ciała ambasadora do kraju. Marszałek początkowo dziwił się gorliwości swego podwładnego. − Nie pojmuję, dlaczego tak bardzo ciągnie cię ostatnio na Południe, Aldo – mówił. – Czasami cię tam wysyłałem, kiedy nie miałem nikogo innego pod ręką, ale to nie jest twój podstawowy przydział zadań. Wyspecjalizowałeś się w Nordlingach i dlatego potrzebuję cię tutaj. − Wiem, panie marszałku. Pomyślałem sobie tylko, że powinienem poznać także inne regiony i ludy, aby podnieść swoje kwalifikacje. − Przez ten gabinet przewinęła się cała chmara dziwaków. Tylko tacy są w stanie wytrzymać w tej pracy. Stwierdzam jednak z czystym sumieniem, że ty jesteś najdziwniejszy ze wszystkich. Myślałem, że znam się na ludziach, ale ciebie, Aldo, nie potrafię rozgryźć. Ha, chcesz podnosić sobie kwalifikacje w Trasji, więc niech tak będzie. Jedź tam, chłopcze, tylko pamiętaj, że masz być z powrotem ze zwłokami tego głupca nie później niż ósmego marca. Rodzina zaplanowała pogrzeb na dziewiątego. − Wedle rozkazu, panie marszałku. − W takim razie powodzenia. Miał więc cztery dni na przemierzenie trasy Sangacja-Trasja-Quatessin-Sangacja. Bardzo mało, ale może uszczknie ze napiętego rozkładu zajęć trochę czasu na nacieszenie się towarzystwem malarki, jeśli będzie podróżował nocą. Wciąż pozbawiał się snu, bo gdyby tego nie robił, zawsze byłby spóźniony ze wszystkimi ważnymi sprawami, które składały się na jego życie. Nie pojechał swoim samochodem. Dostał terenowe auto typu kombi na dużych kołach i z kabiną chłodzącą z tyłu, mogącą swobodnie pomieścić trumnę. Kilka takich samochodów, specjalnie przystosowanych do przywozu zmarłych z terenu Imperium, zawsze czekało w pełnej gotowości w podziemnych garażach ZSS. Pomimo licznych ostrzeżeń wciąż znajdowali się śmiałkowie, którzy z różnych powodów szukali szczęścia poza Sangacją. Zatankował do pełna i zapakował do znajdującego się pod komorą chłodzącą bagażnika zapas oleju napędowego. Będzie musiało mu to wystarczyć w świecie, w którym nie ma stacji benzynowych. Wprawdzie Południowcy zaczęli już jeździć samochodami, na razie dość wolnymi i często ulegającymi awariom, lecz Sangacjanie nie mieli zaufania do ich paliwa. Od biedy wystarczało, by uruchomić silnik, lecz na dłuższą metę uszkadzało precyzyjne układy. Przepaść technologiczna był zbyt duża, by bez obaw zdawać się na wiedzę i pomysłowość mieszkańców dalekiego Południa. Przynajmniej wyasfaltowali niektóre drogi, i chociaż była to nawierzchnia kiepskiej jakości, podróżowało się po niej lepiej niż po żwirze albo wysuszonym przez słońce piasku. Wyruszył od razu i jechał aż do samego Valli, stolicy Trasji, robiąc tylko dwa krótkie postoje, by posilić się kupionymi w Derbachii w McDrive kanapkami i przelać kanister oleju do baku. Prawie nie zdejmował nogi z gazu, wyciskając z auta wszystko, co mógł osiągnąć na nieutwardzonych nawierzchniach dróg przeznaczonych dla pojazdów konnych i tym ich chropowatym asfalcie. Do miasta dotarł piątego marca o świcie. Nie chciał tracić czasu na odpoczynek, więc od razu zajechał do ambasady, gdzie zastał tylko wystraszonego zastępcę ambasadora oraz kucharza. Ci dwaj, młody chłopak marzący jedynie o powrocie do domu i niezbyt rozgarnięty stary Chińczyk, stanowili obecnie cały personel sangackiej placówki dyplomatycznej. Aldorent nie mógł zabrać smarkacza ze sobą. Rozkazy tego nie obejmowały, poza tym MSZ musiało najpierw znaleźć kogoś na jego miejsce, by chłopak mógł wrócić do Ramallah i podjąć przerwane studia, na które usiłował w ten sposób zarobić. Państwo sangackie płaciło krocie każdemu, kto decydował się opuścić kraj na kilka lat i dla zachowania pozorów przestrzegania imperialnych procedur dyplomatycznych odgrywać rolę ambasadora. Placówka nie mogła być nie obsadzona. Po trzecie, gdyby nawet wolno mu było zabrać dzieciaka, pewnie i tak zostawiłby go w Valli, pocieszając obietnicą, że wkrótce ktoś po niego przyjedzie. Towarzysz podróży bardzo przeszkadzałby Aldorentowi Morrisonowi w Spid. Zjadł śniadanie, a potem z pomocą tamtych dwóch ułożył ciało zmarłego, przechowywane tymczasowo w klimatyzowanym magazynie z żywnością, w hermetycznej skrzyni ze sztucznego tworzywa, i załadował trumnę na tył samochodu. Na koniec przejrzał zaopatrzenie ambasady i obiecał, że wkrótce dowiezie brakujące artykuły spożywcze. Było mu to bardzo na rękę. Miał pretekst, by znów ruszyć na Południe. Postanowił zrobić wkrótce objazd wszystkich sangackich placówek dyplomatycznych w regionie w celu kontroli i inwentaryzacji. Jeśli dostanie to zadanie, będzie mógł wciąż skręcać w tajemnicy przed wszystkimi do Spid. Na szczęście nie musiał zdawać szczegółowego raportu z mapy przejechanych tras. Przyjmowano, że Eliminator zawsze podejmuje najwłaściwsze decyzje. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio przeprowadzano kontrolę w ambasadach na dalekim Południu, i wyszło mu, że bardzo dawno. Zbyt dawno. Nie powinien mieć więc kłopotów z przekonaniem marszałka o zasadności takiej misji. Pożegnał się krótko z chłopakiem i Chińczykiem, a potem znów ruszył w drogę. Na całym kontynencie trwała jeszcze zima, co oznaczało, że w Quatessinie może wyłączyć ogrzewanie i cieszyć się łagodną, słoneczną pogodą. Tutaj słońce świeciło nieprzerwanie przez cały rok, zmieniając jedynie nieznacznie trasę swej wędrówki po niebie. Był w raju odzyskanym. Za każdym razem z nie malejącym zachwytem przyglądał się malowniczemu półwyspowi, prawdziwej perle nie tylko regionu, ale całego kontynentu. Przecinało go kilka łańcuchów skalistych gór, stanowiących poważne wyzwanie dla wspinaczy, a resztę kraju stanowiły płaskowyże, porośnięte wysuszoną przez bezlitosne słońce skąpą trawą, oraz ciągnące się w nieskończoność szeregi wzgórz. W miejscach, w których przed tysiącami lat zatrzęsła się ziemia, powstały głębokie wąwozy, odsłaniające ułożenie warstw skalnych oraz dające miły chłód. Ale najpiękniejsze były tereny nadmorskie. Jak można się było spodziewać, żyjący głównie z eksportu unikalnych płodów rolnych Quatessini pobudowali większość miast nad samym morzem, zapewniając towarom łatwy dostęp do wodnych szlaków transportowych. Klimat w strefie nadbrzeżnej był mniej gorący niż we wnętrzu półwyspu, a roślinność bujniejsza i bardziej zielona. Oceaniczna bryza łagodziła trochę żar, rzucając wyzwanie wszechmocnemu panowaniu El Khan-naar, jak nazywała słońce Derra Amno. Z tych wszystkich powodów nadmorskie hotele i domy wczasowe przez cały rok pękały w szwach, przyciągając gości z całego Kiramu. Kilkadziesiąt kilometrów przed Spid zaczęła się strefa upraw. Przyglądał się więc ciągnącym się bez końca po obu stronach szerokich dróg nie ogrodzonym sadom, pełnym drzew cytrusowych, oliwek i fig oraz plantacjom bananowców, ryżu i bawełny. Nawet w Quatessinie drzewa nie owocowały przez cały rok. Po długim okresie wegetacji właśnie odpoczywały, wykorzystując coś, co tutaj nazywano zimą. Dotarł do Spid w południe. Wyświetlił na ekranie pokładowego komputera, w które ZSS wyposażyło wszystkie swoje wozy, mapę miasta z nazwami ulic we Wspólnej Mowie i wybrał trasę przejazdu. Nie musiał wjeżdżać do ruchliwej dzielnicy portowej ani do pełnego turystycznych atrakcji centrum. Ulica Ostrygowa leżała na przedmieściu Spid. Nie potrzebował nawet objeżdżać miasta, by dostać się na jego północny kraniec, gdzie postawiono osiedle czynszowych kamienic. Przecież przyjechał z północy. Był już kilka razy w Quatessinie, lecz wciąż podświadomie spodziewał się czegoś innego. Wyobrażał sobie malownicze miasteczka z wąskimi uliczkami, zabudowanymi białymi, ustawionymi jeden przy drugim domkami z kopulastymi dachami i wąskimi oknami, wspinające się po stromych schodach kozy i osły oraz starych ludzi, których życie już minęło, przycupniętych w cieniu na drewnianych ławach i obserwujących spieszących do swych zajęć młodych. Prawdziwy Quatessin wyglądał inaczej. Nie był wyrwanym z innego świata skansenem dla zabieganych na co dzień mieszkańców reszty kontynentu. Infrastruktura tutejszych miast była nowoczesna i bardzo funkcjonalna, chociaż rzeczywiście większość budowli pomalowano na jasne kolory. Ten kraj miał nawet kilka dobrych akademii, gdzie przekazywano młodzieży wiedzę i umiejętności na wysokim poziomie. Wysokim w rozumieniu Quatessinów, naturalnie. Jedynie ukryte w głębi lądu za szpalerami drzew pojedyncze domostwa farmerów, przypominające biało otynkowane piętrowe pałacyki i oddalone jedno od drugiego na odległość wzroku, przywoływały wspomnienia dziecięcych bajek. Umiał bez większego trudu znaleźć każdy adres w każdym mieście Kiramu. Wkrótce parkował więc samochód pod rozłożystym bukiem na wyłożonym brukową kostką placu, w bezpośrednim sąsiedztwie budynku, w którym mieszkała Lorana Yel. Sprawdził jeszcze, czy system chłodzenia komory działa poprawnie – nie chciał wracać do Sangacji ze śmierdzącym niemiłosiernie trupem za plecami – zabrał trochę osobistych rzeczy i nie zamykając samochodu, wszedł do kamienicy. Wnętrze utrzymane było w bardzo dobrym stanie, tynk odprysnął ze ścian jedynie w kilku miejscach. Schody były szerokie i betonowe, nie drewniane i skrzypiące, jak w wielu starych budynkach w całym Imperium. Szło mu się po nich bardzo lekko. A może to jego serce było tak lekkie, jakby nagle zdjęto z niego wszystkie troski trzydziestu pięciu lat życia. Mieszkanie oznaczone numerem jedenastym znajdowało się na pierwszym piętrze drugiej klatki. Zapukał delikatnie, a potem jeszcze raz, trochę mocniej. Stał tak z bijącym mocno sercem, wkładając nerwowo ręce do kieszeni bluzy i z powrotem je wyjmując. Po kilku niemiłosiernie dłużących się minutach drzwi nareszcie się otworzyły i w progu stanęła dziewczyna. Miała na sobie tylko dopasowaną białą koszulkę na ramiączkach i bawełniane szorty, sięgające do połowy zgrabnych ud. Patrzyli na siebie przez chwilę, oboje w jednakowym stopniu zdumieni i chyba lekko wystraszeni. W końcu Lorana przymknęła drzwi, rzucając przez szparę: − Poczekaj, ubiorę się, to cię wpuszczę. Stał więc na klatce schodowej jeszcze przez dwie minuty. Tym razem pozwoliła mu wejść do środka, zamykając za nim drzwi jedynie na klamkę. Zawsze dziwiła go i zarazem zachwycała owa niezwykła naiwność i ufność Kiramczyków w stosunku do reszty świata. Tutaj nie trzeba było zamykać na klucz ani samochodu, ani domu. Z tym większą radością umykał przed skomplikowaną rzeczywistością swoich rodaków. Założyła strój, jaki zwykle Quatessinki noszą na co dzień, opuszczając domowe zacisze. Miała na sobie białą, luźną, sięgającą kolan tunikę z szerokimi rękawami do łokci, przewiązaną w talii pasem białego płótna. Na ramionach i po bokach szaty ciągnęły się na całej długości szerokie pasy z trawiastozielonego, błyszczącego atłasu. Nie splotła w warkocz włosów, nie miała w nich nawet wstążki, patrzył więc zachwycony na okrywającą jej plecy czarną, jedwabistą pelerynę. Żałował, że się przebrała, bo z radością nasyciłby oczy śniadością jej ramion i ud. Chyba była bardziej wstydliwa niż przypuszczał. Nie przypominała niektórych Sangacjanek, pasjami kuszących mężczyzn swoim ciałem. A może była dość mądra, by wiedzieć, że pożądanie cielesne nie jest tożsame z miłością, która powinna opierać się przede wszystkim na zafascynowaniu i akceptacji dla tego, co kryje się głęboko pod powłoką ciała. Prawda banalna, lecz często zapominana przez tak wielu, łudzących się nadzieją, że dzięki urodzie wygrają na loterii życia wymarzoną miłość. Ręce miała brudne od farb. Pewnie malowała, kiedy zapukał. Jej mieszkanie składało się z dwóch pokoi, z których jeden przystosowała na pracownię malarską. Zaprowadziła go więc do tego drugiego, służącego jej jednocześnie za sypialnię i pokój dzienny. Miała nawet radio, pewnie nieraz umilała sobie muzyką samotność. − Usiądź, a ja spróbuję domyć dłonie – powiedziała z uśmiechem. – Zaraz do ciebie przyjdę. Znów więc czekał na nią, przyglądając się sprzętom. Jego wzrok zatrzymał się na dłużej na szerokiej kanapie, przykrytej pasiastą kapą. Nie mógł oprzeć się pokusie fantazjowania na temat tego, co chciałby robić z nią na tym łóżku. Ale naprawdę nie po to przyjechał do Quatessinu. Gdyby pragnął jedynie miłości cielesnej, nie musiałby ruszać się z domu. W pewnym momencie życia musi przyjść czas, gdy seks nie jest już atrakcją samą w sobie i zaczyna się szukać silnej więzi. Jeśli tak się nie dzieje, pozostaje się na zawsze trzynastoletnim szczeniakiem, przeglądającym po kryjomu „świerszczyki”. Wróciła po kilku minutach z pachnącymi mydłem dłońmi i powiedziała: − Chodź, pokażę ci moje skarby. Zaprowadziła go do pracowni, w całości zastawionej sztalugami, pojemnikami z farbami i rozpuszczalnikami, paletami, kompletami pędzli, belami płótna oraz całkowicie ukończonymi i ledwo zaczętymi obrazami. Na wszystkich powtarzał się wieczny motyw morza, przewodni motyw jej życia. Okno wychodziło na południe, mogła więc pracować w zależności od potrzeb i natchnienia w ostrym świetle dnia lub wczesnym świtem, gdy słońce nie zaglądało jeszcze do pracowni. Zobaczył więc w krótkim czasie praktycznie cały jej światek. Zaprowadziła do go kuchni z archaicznym, gazowym piecykiem z czterema palnikami, na których gotowała potrawy. Pomieszczenie to, wyposażone w dwoje drzwi, należało w równym stopniu do obu mieszkań na piętrze. Wchodziło się do niej bezpośrednio z pracowni Lorany oraz z jednego z pokoi tamtych. Jedynym miejscem w mieszkaniu dziewczyny, w którym można było głośno mówić, była więc sypialnia. W kuchni nie było lodówki. Oprócz piecyka był jedynie trochę obity zlewozmywak, duży stół z trzema krzesłami i szafki z szerokimi blatami, na których przygotowywano posiłki. Przyglądał się pękom cebuli, czosnku i ziół, zwisającym spod kuchennego okapu, oraz dojrzałym owocom ułożonym w misach na jednej z szafek. Szczególnie podobała mu się czerwona jak krew papryka z grubym, dorodnym miąższem. Pomyślał, że chętnie przyrządziłby te cudeńka po swojemu z mięsem i ryżem, gdyby tylko Lorana mu na to pozwoliła. Wyjaśniła mu krótko całą sytuację po powrocie do sypialni: − To są tanie mieszkania, więc kuchnia jest wspólna. Żyjemy tu prawie jak jedna rodzina. Powinieneś poznać moich sąsiadów, Seminole i Aseta. Ona zajmuje się głównie szyciem, on jest marynarzem. Pływa na statkach towarowych. O ile pamiętam, ostatnio wysyłają go do Malloveru. − Są małżeństwem? − Nie – zaśmiała się Lorana. – Chyba źle się wyraziłam. To matka i syn. Seminole prawie nie wychodzi z domu, dlatego musimy zachowywać się po cichu. Jej mąż też był marynarzem. Okręt, na którym służył, zatonął przed dwoma laty na pełnym morzu. Zawadzili kadłubem o rafę czy coś takiego. Nie zdążyli nawet spuścić na wodę szalup ratunkowych. Nikt się nie uratował. Od tamtej pory Seminole nigdy naprawdę nie doszła do siebie. Jest spokojna i nawet się uśmiecha, ale nie umie cieszyć się życiem. Jej jedyną radością jest najmłodszy syn, który poszedł w ślady ojca. Seminole żyje dla Aseta. Zawsze jest w domu, żeby na niego czekać, a kiedy Aset wraca na krótko, szykuje mu całą masę przysmaków. Uważam, że to przesada. Chłopak jest na tyle dorosły, że powinien zadbać o siebie sam. Albo się ożenić. Seminole psuje go tym dogadzaniem i czynieniem z niego pępka świata. − Ma narzeczoną? − O ile wiem, nie. Nigdy nie widziałam go z żadną dziewczyną. − Ile on ma lat? − Jest o rok starszy ode mnie. Starszy ledwie o rok, samotny, na pewno stęskniony za miłością kobiety mężczyzna, mieszkający na tym samym piętrze co jego bogini. A właściwie w tym samym mieszkaniu. Aldorent poczuł nagle, że bardzo nie lubi Aseta, bez względu na zalety i wady chłopaka. Nawet pomijając to, że historia życia tamtego podejrzanie przypominała jego własną. − Weź jeszcze jedną mandarynkę – zachęciła go gestem dłoni, by jadł owoce, które przyniosła z kuchni. Mechanicznie spełnił jej polecenie. − Interesuje się tobą? – pytał dalej. Musiał zapytać, chociaż odpowiedź mogła jeszcze bardziej wzmóc jego zazdrość i niepokój. − Cały czas – zaśmiała się znów Lorana, najwyraźniej uważając to oświadczenie za świetny dowcip. Chyba nie zdawała sobie sprawy z gwałtowności uczuć Sangacjanina. – Kiedy wraca z rejsu, nie daje mi spokoju. Nie wiem, jak mam mu wytłumaczyć, że nie jestem nim zainteresowana. − Powinnaś się przeprowadzić do samodzielnego mieszkania. − Z powodu Aseta? Nie ma mowy – pokręciła głową. – Podoba mi się tutaj i nie pozwolę nikomu wykurzyć się z moich kochanych czterech kątów. Zresztą, Aset nie zagląda do domu często, ledwie raz czy dwa w miesiącu. Przed większość czasu jest tutaj cicho i spokojnie. Zachodzę codziennie do Seminole i przegadujemy całe godziny. Ona szyje albo dzierga, a ja szkicuję. Albo coś razem pitrasimy. Ona świetnie gotuje, wiesz? O wiele lepiej niż ja. Robimy więc tak, że ja kupuję jedzenie, a ona je przygotowuje. Dużo się od niej nauczyłam. Czasami myślę, że jest dla mnie jak matka. − Albo teściowa – mruknął. − Słucham? − Nie, nic. − Przynajmniej łazienki mamy oddzielne, chociaż malutkie. Pomyślał, że planujący ten budynek architekt musiał mieć źle w głowie. Każde słowo,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…