Wróć do katalogu

Córka słońca, rozdział 18

Amanda i Lorana w końcu na siebie wpadają.... i wynikają z tego przygotowania do pewnego ślubu. W międzyczasie Aldorent poddaje się eksperymentalnej terapii, która może znów wywrócić jego życie do góry nogami.

Vaneliaopublikowano 13 maja 201659 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XVIII „KRYSZTAŁOWY BLASK”{/i}{/b}

Amanda wróciła z Limy tryskająca optymizmem i zdrowiem, a nawet lekko opalona. Organizatorzy szkoleń odbywających się o ciepłej porze roku zazwyczaj oprócz warsztatów na wysokim poziomie zapewniali swoim podopiecznym także rozrywki poza miastem. Aldorent od dawna nie widział jej tak radosnej i pogodzonej z życiem. Niespodziewana zmiana usposobienia Amandy była dla niego miłym zaskoczeniem. Musiał przyznać, że ta dziewczyna wciąż kryje w sobie wiele niespodzianek, że nie jest samym wcielonym złem i zawadą na drodze do szczęścia. Co takiego wydarzyło się w tym mieście, że zdołało nastroić ją tak pozytywnie? Może kogoś tam poznała? Tego nie miał się dowiedzieć nigdy, bo Amanda odpowiadała wymijająco, upodabniając się trochę do Lorany. Wspięła się na palce, pocałowała go czule w usta i odparła: − To chyba to słońce tak dobrze mi zrobiło. Za dużo siedzę w domu. Musimy częściej wyjeżdżać na weekendy. Takie wyjaśnienie musiało mu wystarczyć. Zresztą, może mówiła prawdę. Słońce miało wielką uzdrawiającą moc, szczególnie dla Nordlingów. − Gdybyś czasami zrobiła sobie wolne, zabrałbym cię tam, gdzie słońce świeci przez cały rok – odparł z uśmiechem. Gdyby tylko chciała z nim pojechać, naprawdę zabrałby ją na Południe, rezygnując ten jeden raz z widzenia z Loraną. Ale ona odparła: − Nie, chcę teraz pracować tak dużo, jak tylko mogę. Kiedy urodzę dziecko, będę musiała na kilka lat zrezygnować z pracy. Na pewno wrócę do projektowania, ale chyba nieprędko. A po chwili milczenia dodała: − Poza tym wiesz, że nie interesują mnie dzikie kraje. Myślałam raczej o spędzaniu weekendów w naszych kurortach. Chociażby nad Jeziorem Michigan. Podobno jest tam bardzo czysta woda, latem nawet dość ciepła. Moglibyśmy popływać i pożeglować, a wieczorami urządzalibyśmy pikniki na wolnym powietrzu. Co ty na to? Podobało mu się jej nagle rozbudzone w tej całej Limie zainteresowanie turystyką i sportem. Być może nawet przystałby na jej propozycję, gdyby nie to, że bardzo rzadko miewał wolne weekendy. Działo się to zresztą na jego własne życzenie, bo każdy wolny dzień spędzałby najchętniej w Quatessinie. Ale chyba będzie musiał poświęcić Amandzie nieco uwagi. Nie mógł jej tak zupełnie zlekceważyć. W końcu należało jej się coś od życia. Obawiał się, że nawet cierpliwość Amandy w końcu się wyczerpie, a nie mógł pozwolić sobie na utratę jej przychylności, jeśli chce dalej ciągnąć tę komedię na użytek rodziny. − Doskonały pomysł. Jeśli uda nam się w końcu zgrać dni wolne, wybierzemy się tam. Obiecuję. Znów poczuł lekki wyrzut sumienia. Może powinien jednak zaangażować się bardziej w związek z Amandą. Dziewczyna miewała swoje gorsze i lepsze dni, jak wszyscy ludzie, ale tych lepszych było wciąż wystarczająco dużo, by zasługiwała na miłość z jego strony, a przynajmniej na szacunek, przyjaźń i opiekę. Kto wie, może jeśli rzeczywiście urodzi dziecko, jej nastrój ulegnie trwałej poprawie. Tak się zwykle dzieje, kiedy czyjeś wielkie marzenie nareszcie się spełnia, czyjaś długoletnia tęsknota, ogromne wyczekiwanie znajdują swój kres. Na nowo zaczął się wahać. Poprosił nawet Vivalda Santoriniego, swojego najlepszego przyjaciela z lat studenckich, by pojechał zamiast niego do Marengetty – miał eskortować na południowe wybrzeże badacza tamtejszej fauny – a sam spędził te kilka dni w domu, porządkując zaległe raporty i nadrabiając zaległości w związku z Amandą. Chodzili wieczorami na spacery do Parku Pięćsetlecia, tego samego, do którego Jeremy Jackson woził ongiś Derrę. Amanda, uczepiona jak dziewczynka jego ramienia, wciąż coś do niego mówiła, ale on słuchał nieuważnie, okazując zainteresowanie jedynie aprobującym pomrukiwaniem i kiwaniem głową. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak rozdarty. Miał zerwać z Amandą, tymczasem zaczynał znów czuć do niej sympatię. Z kolei wystarczało mu tylko kilka dni bez Lorany, by naszła go fala zwątpienia we własną miłość do niej. Może naprawdę człowiek nie mógł kochać Kiramejki, a jeśli przytrafiła mu się taka miłość, nie była niczym więcej niż nieodpowiedzialną iluzją lub nawet psychicznym skrzywieniem. Wiedział, że takimi myślami krzywdzi tamtą kobietę, ponieważ mógłby założyć się o wszystko, że Lorana nie doświadcza podobnych wątpliwości. Quatessinka kochała go szczerze i z całego serca, bo tylko tak potrafiła to robić. Może niepotrzebnie zawrócił jej w głowie, skoro nie zamierzał się z nią związać, bawiąc się jak szczeniak duszą i ciałem dziewczyny. Musiał w końcu coś postanowić, ponieważ zdał sobie nagle sprawę, że chroniąc spokój ducha obu kobiet, najbardziej krzywdzi samego siebie. Zarówno Amanda, jak i Lorana były na skutek jego kłamstw przekonane, że każda z nich jest w życiu mężczyzny tą jedyną. W rezultacie obie spały spokojnie, podczas gdy on wiercił się bezsennie na łóżku, szukając rozpaczliwie rozwiązania. Jak to często bywa, samo życie rozplotło za niego ten koszmarny węzeł. Nazajutrz, piątego lipca, zamierzał rozpocząć kolejną zagraniczną podróż, tym razem dla odmiany na Zachód, do Tardencji, skąd miał ściągnąć kończącego kontrakt ambasadora. Ten kraj leżał zbyt daleko od Quatessinu, by mógł być narażony na pokusę skręcenia do Spid. Chciał pobyć przez jakiś czas sam, nie licząc pasażera, co pozwoliłoby mu na uzyskanie niezbędnego dystansu do obu kobiet i podjęcie właściwej decyzji. Był wczesny wieczór. Amanda wróciła przed kilkoma minutami od rodziców, dziwnie wesoła, a on kończył właśnie przygotowywanie chińskiego dania. Mieli zamiar zjeść dobrą kolację przy świecach i nastrojowej muzyce, popić ją szampanem, a potem się kochać. Dziewczyna kupiła w pobliskiej kwiaciarni bukiecik niezapominajek, włożyła kwiaty do małego, wypalonego z prawdziwej gliny flakonu z niebieskim wzorkiem i postawiła na stole w jadalni. Niósł akurat talerze do pokoju, gdy usłyszał pukanie do drzwi, najpierw nieśmiałe, a potem coraz głośniejsze. Przypomniał sobie, że siostra Amandy miała wpaść w najbliższym czasie, by oddać kilka płyt z filmami. Mając nadzieję, że kobieta nie będzie miała ochoty zabawić u nich długo, postawił jedzenie na stole, poprosił Amandę, by zapaliła świece, i skierował się ku drzwiom. Jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał w progu nie nikogo innego, a Loranę Yel. Nie zapraszał jej, nie zakładał nawet, że Quatessinka będzie w stanie trafić bez niczyjej pomocy do jego mieszkania. Chyba jej nie docenił, popełniając w ten sposób klasyczny błąd Sangacjan. Niebiosa obdarzyły ją nie tylko talentem malarskim, ale także inteligencją i świetną pamięcią. Tak się złożyło, że jego miejsce zamieszkania było czymś, co szczególnie chciała zapamiętać. − Witaj, Aldorencie – odezwała się swoim pogodnym, melodyjnym głosem, w którym próżno byłoby doszukiwać się śladu gwałtowniejszych emocji. – Postanowiłam zrobić ci niespodziankę i znów cię odwiedzić. Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłam. Ależ przeszkodziła, i to bardziej niż mogłaby przypuszczać w najśmielszych snach. Ogromne zaskoczenie i narastające poczucie paniki sprawiły, że co najmniej przez minutę nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. Nie wiedział, jak rozwikłać tę niezwykle kłopotliwą sytuację. Miał nawet ochotę zatrzasnąć jej drzwi przed nosem i udawać, że nigdy jej tam nie było. Na szczęście zrezygnował z tego pomysłu i nadal stał w progu, gapiąc się na dziewczynę jak cielę na malowane wrota. Lorana chyba wyczuła jego zakłopotanie i podenerwowanie, bo zapytała cichszym i niepewnym głosem: − Mogę wejść? − Ależ proszę, wejdź. Odsunął się trochę, by ją przepuścić. Miała znów na sobie tę olśniewającą, długą suknię, tym razem dla odmiany w kolorze ciemnofiołkowym, taką samą wstążkę w czarnych włosach i robiony na szydełku jasnożółty szal. Lorana Yel w pełnej krasie, wysoka, królewska i całkowicie samowystarczalna. − Kochanie, kto przyszedł? – zawołała z pokoju Amanda po angielsku. − Kto tam jest? – zareagowała natychmiast Lorana we Wspólnej Mowie, zdradzając pierwsze oznaki niepokoju. Coś się zmieniło w tym mieszkaniu. W przedpokoju wisiał lekki płaszczyk w kremowym kolorze, zdecydowanie za mały na Aldorenta, a pod lustrem stały delikatne, brązowe pantofelki na wysokiej szpilce, z całą pewnością noszone przez kobietę. W powietrzu unosił się zapach świec. Nikt przy zdrowych zmysłach nie jada w samotności romantycznych kolacji. − Mówiłeś, że mieszkasz sam i że z nikim poza mną się nie spotykasz – dodała Quatessinka. – Chyba mnie nie okłamałeś? Nie dość, że obie jego nieszczęsne, wywiedzione w pole kobiety wreszcie się spotkały, to jeszcze nie były w stanie nawzajem się zrozumieć. Sytuacja byłaby komiczna, gdyby nie była tak przerażająca. Najchętniej zapadłby się z nerwów pod ziemię, to jednak było niewykonalne nawet dla potrafiącego niemal wszystko Eliminatora. Teraz konfrontacja była nieunikniona, a on musiał posłużyć za tłumacza. − Kto przyszedł? – powtórzyła nieco głośniej Amanda, stając w drzwiach pokoju. Przez kilka uderzeń serca spoglądały na siebie w milczeniu, mrużąc oczy z niedowierzania i złości. Obie miały dokładnie ten sam wyraz twarzy, wspólny chyba dla wszystkich kobiet odkrywających nagle, że ich mężczyzna ma jeszcze drugie, o wiele paskudniejsze oblicze. − {i}Who is she{/i}? – wyrzuciła z siebie Amanda, wciągając głęboko powietrze. − {i}Kesse vann? (Kto to jest? - W.M.){/i} – Lorana nie pozostała jej dłużna nawet o sekundę, kierując swoje pytanie do Aldorenta. Widział, że dłonie Sangacjanki, oparte o futrynę drzwi, zaczynają drżeć. Dokładając do tego drganie powiek i dolnej wargi, podskakującą lewą brew i szybki oddech, sytuacja była poważna. Świetnie znał Amandę i wiedział, że w ten sposób zaczynają się jej ataki histerii. Bał się, że Amanda zaraz zemdleje, a Lorana, reagująca na kryzysy chłodem i jeszcze większym zamknięciem się w sobie, wybiegnie z mieszkania, trzaskając przy tym głośno drzwiami, i nigdy nie wróci. Ale jeszcze mocniej obawiał się, że Amanda za chwilę rzuci się na rywalkę z pięściami. Wolałby, aby uderzyła jego. Przyjąłby pokornie jej zasłużony gniew, nie czyniąc delikatnemu dziewczęciu najmniejszej krzywdy. Lorana na pewno nie będzie tak wyrozumiała. Gdyby do tego doszło, będzie musiał zrobić wszystko, by powstrzymać Quatessinkę przed oddaniem ciosów, jeśli nie chce, by cała ta historia zakończyła się tragicznie. Lorana odbierze wmieszanie się w nierówną bójkę jako wyraźne opowiedzenie się po stronie Amandy i na pewno mu tego nie wybaczy. Na szczęście Amanda nie ruszyła się z miejsca, wciąż mierząc tę drugą wzrokiem tak zabójczym, że gdyby spojrzenia mogły zamieniać się w sztylety, Lorana byłaby już trupem. Powietrze w mieszkaniu zrobiło się tak gęste, że dałoby się je kroić nożem. W tej upiornej, przedłużającej się ciszy słychać było nawet szelest powiewającej przy uchylonym oknie firanki. Bo wciąż miał tradycyjne firanki i żaluzje pomiędzy dwiema taflami zwyczajnego szkła, rezygnując z nowoczesnych, zmieniających kolor szyb. Nie wiedział, czy ma się śmiać śmiechem szaleńca, czy płakać łzami nieszczęśnika, który za chwilę straci wszystko, co z takim wysiłkiem zbudował. Wreszcie oblizał zaschnięte wargi i odezwał się głosem, w którym pobrzmiewała krańcowa rezygnacja i pogodzenie się z nieuniknionym: − Lorano, pozwól, że ci przedstawię. To jest Amanda Winter, moja narzeczona. I zmieniając język dodał: − {i}Amanda, this is Lorana Yel. My... My second fiancée.{/i} − ...{i}my best friend{/i} – dokończył. Mógłby skłamać na poczekaniu, jak robił to zawsze. Mógł wymyślić jakąś bajeczkę o kuzynce, która wpadła na plotki, albo o dalekiej znajomej, która miała do załatwienia jakąś służbową sprawę. Mógłby ocalić przynajmniej jeden związek, poświęcając drugi. Wybrał szczerość, ponieważ nagle poczuł ogromne obrzydzenie na samą myśl o kłamstwie. Chciał być uczciwy przynajmniej teraz. Był winien im obu chociaż tyle. − Mówiłeś, że nie jesteś z nikim związany – powiedziała zimnym głosem Lorana. – Oszukałeś mnie. Przez cały czas mnie oszukiwałeś. − Wszystko ci wytłumaczę, tylko daj mi trochę czasu, błagam. − Nie chcę twoich pokrętnych tłumaczeń – jej głos był teraz lodowaty. – Zachowaj je dla niej. Chociaż wnioskując z jej zachowania, okłamywałeś ją dokładnie tak samo jak mnie. Ilu jeszcze kobietom obiecałeś małżeństwo, draniu? − Lorano, to jest bardziej skomplikowane... Nie zdążył powiedzieć niczego więcej. Miał wielką nadzieję, że Amandzie uda się przynajmniej tym razem zachować spokój. Tak się jednak nie stało. Jego oficjalna narzeczona nagle odwróciła się, ruszyła biegiem przed siebie, jak pocisk wpadła do sypialni i rzuciła się ciężko na łóżko, na którym przeżyła z Aldorentem tyle czułych chwil. Darła się jak opętana na cały głos, zdzierając sobie gardło. Płakała gorzko i zaciskała drobne piąstki na kocu tak mocno, że na pewno połamała sobie paznokcie. Od czasu do czasu waliła tymi piąstkami w łóżko, krzycząc coś pod adresem jego i Lorany. Większość słów była niezrozumiałym bełkotem, jednak zdołał wyłowić kilka zdań brzmiących mniej więcej jak {i}I can’t live without you, I love you so much{/i} i {i}Why, oh God, why{/i}? W obliczu tak ekstremalnej rozpaczy jego serce ścisnęło się rozpaczliwie. Amanda przeszła w bólu samą siebie i dobrze wiedział, że nie jest to obliczony na efekt popis. Tej dziewczynie właśnie walił się na głowę świat. Nawet jeśli nie była w nim zakochana, to na pewno bardzo, bardzo mocno go potrzebowała. − Co jej się stało? – spytała Lorana, postępując kilka kroków w kierunku wnętrza mieszkania. Bez względu na to, co nią kierowało, zwykła ciekawość, satysfakcja czy chęć ulżenia Sangacjance w cierpieniu, nie mógł jej pozwolić tam wejść. Amanda nie powinna jej znów widzieć. Chwycił Quatessinkę za ramię i odezwał się chrapliwym, nieswoim głosem: − Idź już, Lorano. Bardzo cię proszę, wyjdź. −Ale rozumiesz, że oznacza to koniec naszego związku. − Zgadza się, to koniec. Pewnie był blady jak ściana, gdy wymawiał te słowa. Paliły go one w wargi i uderzały prosto w serce, nie miał jednak innego wyjścia. Musiał jak najszybciej zająć się Amandą i ukoić jej ból, zanim dziewczyna zrobi sobie krzywdę albo dostanie pomieszania zmysłów. Lorana odwróciła się na pięcie, zamaszystym krokiem zmierzając do drzwi. Otworzył je dla niej, nie śmiejąc spojrzeć Quatessince w oczy. Wciąż była tak samo piękna, silna, mądra i utalentowana, a jednak to nie ją wybrał. Męskie serca podbija się nie swoją pełnią, lecz brakami, budząc samczą potrzebę roztaczania opieki. Zanim wyszła, powiedział jeszcze coś, czego chyba nie powinien jej teraz mówić, ale chciał, by usłyszała te ważne słowa z jego ust po raz ostatni: − Kocham cię, Lorano. Zawsze będę cię kochał. Jej czarne oczy napełniły się szybko łzami, które natychmiast przelały się przez krawędzie i potoczyły po smagłych policzkach. Cichy ból Lorany, łzy osoby, która nie zwykła rozczulać się nad sobą i domagać od całego świata uwagi, sprawiały mu przykrość bardziej dotkliwą niż histeria Amandy. Ale gdyby z nią został, niechybnie zabiłby Sangacjankę. − Gdybyś mnie kochał, nie okłamywałbyś mnie. Gdybyś mnie kochał, nie wybrałbyś tamtej. Ty nie wiesz, co to miłość. − Ty jesteś silniejsza – wciąż nie patrzył w jej oczy. – Dasz sobie radę. Ona jest jak świeżo wyklute pisklątko. Moim obowiązkiem jest przeprowadzenie jej przez życie. Rozumiesz? − Nie, nie rozumiem i żal mi ciebie, Aldorencie Morrison. Ale to twój wybór. Rób, co chcesz. Baw się w niańkę, masz do tego prawo. Tylko nigdy więcej do mnie nie przychodź. Wszystko między nami jest skończone. − Tak, Lorano. Kocham cię. Mówił prawdę, ponieważ tych najpiękniejszych na świecie słów nigdy nie wymawiał bez potrzeby. A jednak, ledwo zamknął za nią drzwi, już był przy Amandzie. Leżał obok niej, obejmował ją mocno i tulił, szepcząc czule, by się uspokoiła, trzymając w silnych dłoniach jej wątłe przedramiona i całując bez ustanku pachnące lawendą włosy. − Już dobrze, maleńka. Już wszystko dobrze, kurczaczku. Jestem przy tobie. − Potrzebuję cię – odezwała się ledwo słyszalnym szeptem, tak łagodnym jak szelest liści. − Wiem, kotku. Jestem tutaj i nigdzie nie odchodzę. − Zostań ze mną, Aldo. Proszę cię... − Zostanę. − A ona...? − Już jej nie ma – znów cierń wbijający się w samo serce i nagłe pieczenie w oczach. − Ożeń się ze mną. − Dobrze, Amando. − Jak najszybciej. W tym tygodniu. Natychmiast. Teraz. Chcę rodzić ci dzieci i każdego dnia czekać na ciebie z obiadem. − Dobrze. Załatwimy to od ręki. A więc wreszcie zaręczył się z Amandą nie tylko w mniemaniu rodziny i znajomych. Dał jej słowo, a Aldorent Morrison nigdy nie łamał swoich obietnic. Wykonało się i teraz musiał wypić swój kielich goryczy do samego końca. Zgasił potem świece, by wosk nie plamił białego obrusa. Jedzenie zostało na stole, stygnąc w błyskawicznym tempie. Żadne z nich nie było już głodne. Nie posłali łóżka i nie rozebrali się do snu. Przespali tę noc na kocu i w ubraniach, ona uspokojona jego bliskością i obietnicą, na którą bezskutecznie czekała od wielu miesięcy, on tulący ją w ramionach jak małe dziecko, którym wciąż była. Po tak silnym ataku depresji i potężnym wzburzeniu nie powinna była zmrużyć tej nocy oka, a jednak spała jak niemowlę. Po wielkiej burzy z piorunami wreszcie zaświeciło dla niej słońce. Za to on nie mógł zasnąć. Pozwolił piekącym łzom staczać się po twarzy. Płakał bezgłośnie, nie wstydząc się sam przed sobą niemęskiego zachowania. Amanda była zbyt wyczerpana i zajęta sobą, by się obudzić i zapytać o przyczynę smutku. Przeleżał tak z wciśniętą w niego dziewczyną do godziny szóstej. Od niewygodnej pozycji chwycił go skurcz, więc delikatnie rozprostował nogę. Wreszcie wstał, starając się nie obudzić Amandy – chyba nic się nie stanie, jeżeli dziewczyna nie pójdzie dzisiaj do pracy – i przeszedł do pokoju dziennego. Otworzył okno i stał w nim przez kilkanaście minut, ciesząc się słońcem i chłodnym powietrzem. Łzy nareszcie przestały płynąć, lecz wcale nie poczuł się lepiej. Rozpacz nie zawsze jest czymś złym. Tak rzadko płakał, że ten niespodziewany wybuch był dla niego jak otwarcie zapieczętowanego źródła, z którego mógłby bez końca czerpać żywą wodę. Rozumiał już, że popełnił wielki błąd. To, co czuł do Amandy, to był jedynie wyrzut sumienia, powinność i czułość wynikająca z przyzwyczajenia. Nigdy nie umiał kochać jej tak mocno, jak kochał Loranę. Tamto było jak potężny blask słońca przy migoczącej nieśmiało świeczce. Postąpił głupio i niewłaściwie, przedkładając swój opiekuńczy instynkt ponad głęboką, odwzajemnioną miłość. To, że Lorana umiała zachować spokój nawet w najbardziej niekorzystnej dla niej sytuacji, nie oznaczało wcale, że go nie kochała. Po prostu przeżywała miłość inaczej, bardziej w ukryciu, nie czyniąc z niej – jak Amanda – widowiska. Znów myślał jasno i precyzyjnie. Może jeszcze nie wszystko jest stracone. Miał pewien śmiały plan. W przedpokoju pod lustrem leżała gruba książka telefoniczna ze wszystkimi numerami telefonów stacjonarnych w Derbachii oraz urzędów i firm w całym kraju. Po krótkim poszukiwaniu znalazł numer informacji portu żeglugi pasażerskiej w Detroit. Wystukał go, a kiedy po kilkunastu sekundach usłyszał miły kobiecy głos, pytający, czym może służyć, zaczął mówić: − Nazywam się Aldorent Morrison. Chciałbym się dowiedzieć, kiedy i o której godzinie odpływa pierwszy quatessiński liniowiec. Nie, proszę pani, nie o to mi chodzi. Nie obchodzi mnie statek transportujący ryż do Ultany. Ależ wiem doskonale, że quatessińskie statki pasażerskie nie zawijają do waszego portu. Dlatego pytam o najwcześniejsze połączenie z Veltro. − Proszę pana, nasza kompania nie udziela informacji o rozkładzie kursów statków w krajach Imperium. − Proszę mnie posłuchać – przerwał jej ostro. – Nie obchodzi mnie, jakich informacji udzielacie, a jakich nie. Pojutrze muszę być w Quatessinie, rozumie pani? Proszę natychmiast zadzwonić do portu w Veltro i uzyskać dla mnie tę informację. Doskonale wiem, że może pani to zrobić. A jeśli pani nie wypełni należycie swoich obowiązków, pójdę prosto do Federacji Konsumentów i złożę skargę. Czy to jest dla pani jasne, czy mam powtórzyć? Odezwę się jeszcze raz za piętnaście minut i jeśli nie udzieli mi pani wyczerpującej odpowiedzi, będzie pani miała kłopoty. Rozłączył się. Było mu trochę przykro, że potraktował Bogu ducha winną dziewczynę tak obcesowo. Mógłby zadzwonić do kenlackiego Biura Numerów i stamtąd dostać numer do portu w Veltro. W zwykłych okolicznościach prawdopodobnie tak postąpiłby, ale tym razem miał ochotę poczuć swoją wyższość chociażby nad kimś zupełnie obcym, jak ta kobieta z informacji. Kiedy zadzwonił ponownie, dziewczyna powiedziała nieco kwaśnym, lecz wciąż uprzejmym głosem: − {i}Sir{/i}, o wpół do jedenastej odpływa z Veltro quatessiński liniowiec o nazwie „Kryształowy blask”. Nie wiem, gdzie pan w tej chwili jest, ale będzie miał pan cholerny kłopot ze zdążeniem na to połączenie. − Dam sobie radę. Dziękuję za pomoc. Pozostało więc cztery i pół godziny. Nie miał najmniejszych szans, by zdążyć na czas do Veltro, choćby wycisnął ze swojego auta ostatni dech. Był niemal stuprocentowo pewien, że Lorana wsiądzie na ten statek. Miała pociąg z Buffalo kilka minut po piątej. W tamtej chwili był gotów walczyć do upadłego o jej miłość. Gdyby jakimś cudem udało mu się złapać ją przed wejściem na pokład, zrobiłby scenę w obecności tych wszystkich Kiramczyków. Padłby przed nią na kolana, objął nogi Quatessinki i zaklinał ją na wszystkie świętości, by mu wybaczyła i została jego żoną. Ujęta jego pokorą i szczerością, musiałaby się zgodzić. Nagłe olśnienie sprawiło, że uderzył się otwartą dłonią w czoło. Nie dotrze na czas do Veltro, ale może przecież pojechać do Selimpe, drugiego ważnego miasta portowego Kenlacji, i tam przechwycić „Kryształowy blask”. Statek przybije do portu w Selimpe z co najmniej dwugodzinnym poślizgiem w stosunku do Veltro. Może wystarczy. A jeśli tak, wpadnie na pokład jak błyskawica i rzuci się jej do nóg. Nie miał czasu nawet na to, by się odświeżyć i przebrać. W gorączkowym pośpiechu łapał najpotrzebniejsze drobiazgi i wciągał buty. Nie zdążył jednak wyjść z domu, ponieważ Amanda obudziła się i nie widząc narzeczonego przy boku, zawołała kapryśnym głosem osoby, która doskonale wie, że dostanie wszystko, czego zażąda: − Gdzie jesteś, misiu? Aldorencie, przyjdź do mnie! Nie umiał pozostać głuchy na to słodkie wołanie kobiety, która wolała zagładę niż życie bez swojego mężczyzny. Opuściła go nagle cała odzyskana przed kilkoma minutami nadzieja. W niemej rezygnacji zdjął buty i wrócił do sypialni. Wyciągnęła do niego ramiona, zapraszając do uścisku. Uklęknął przed nią i pozwolił się objąć, składając głowę na jej piersi. Amanda była niekwestionowaną zwyciężczynią tego milczącego starcia. Z całą swoją odwagą, wiedzą i doświadczeniem nie mógł mierzyć się z potęgą jej kobiecości, bezbronności i niewiarygodnej od niego zależności. − Nie odchodź – szepnęła. – Bądź przy mnie zawsze, Aldo. − Będę. Miał nadzieję, że nie poczuła łez, które znów spływały po jego poszarzałej i zmęczonej od silnych emocji i braku snu twarzy. Potrzebował cudu, tylko on mógł ocalić wielką miłość Sangacjanina. Ostry kolec tęsknoty i poczucia niepowetowanej straty utkwił głęboko w jego trzewiach, odbierając oddech i radość życia. Bo tamta kobieta była dla niego jak słońce, jak powietrze, jak woda na pustyni. Lorana. Lorana. Jego Lorana.

* * *

Pojawił się w Kwaterze Głównej tylko na chwilę, by oświadczyć marszałkowi Raszkiewiczowi, że nie może pojechać do Tardencji i ktoś musi go w tej misji zastąpić. Na pytanie o przyczynę tej drugiej już w ostatnich dniach dezercji odparł: − Żenię się, panie marszałku. Bardzo chciałbym mieć trochę wolnego na załatwienie wszystkich formalności. Po ślubie odpracuję zaległości. − Rozumiem – powoli skinął głową starzec, nie okazując ani odrobiny zdziwienia. – A można wiedzieć, z kim się żenisz? − Nie zna jej pan. Nazywa się Amanda Winter i jest projektantką w małej firmie budowlanej. − Na pewno wiesz, co robisz? − Tak, proszę pana. To małżeństwo jest dla mnie bardzo ważne. − W takim razie szczerze życzę ci szczęścia. Wiedz jednak, że Eliminator nie powinien szukać go w małżeństwie. Twój ojciec popełnił ten błąd i żył krótko. Ale z drugiej strony, gdyby go nie popełnił, nie stałbyś teraz w moim gabinecie. Nie były to życzenia pełne otuchy, a jednak przyjął je z wdzięcznością, pomieszaną ze smutkiem. Nie żenił się z Amandą w poszukiwaniu własnego szczęścia. Przez krótką chwilę odczuwał gwałtowną potrzebę zwierzenia się ze swojego strapienia mężczyźnie, który zastępował mu ojca. Bał się jednak słów, które mógłby od niego usłyszeć. Marszałek prawie na pewno nie doradzałby mu związania się z Loraną. Przypuszczał, że namawiałby go do pozostania bezżennym i zachowania celibatu, jak czyniła to znakomita większość kolegów Aldorenta, oddając się służbie duszą i ciałem. Tak mówiłby, bo do takiej rady zobowiązywała go pełniona funkcja. A przecież Aldorent nie chciał być jak reszta. Przygotowania do ślubu ruszyły pełną parą. Jeszcze tego samego dnia pojechali do kościoła w parafii, do której była przypisana Amanda, i zamówili uroczystą mszę na ostatnią sobotę lipca. Wciąż nie odzyskał na dobre wiary w Boga i wiedział, że Amanda również nie traktuje religii zbyt poważnie, ograniczając swoją religijność do uczestniczenia w wymaganych praktykach. Jej poglądy, przynajmniej niektóre, były zbyt racjonalne, by dało się je pogodzić z głęboką wiarą. Jej {i}credo{/i} były tabliczka mnożenia i teoria Darwina. Nawet jej pragnienie posiadania potomstwa brało się przede wszystkim z odczuwanej coraz wyraźniej społecznej presji i czysto zwierzęcej potrzeby przekazania kolejnym pokoleniom swoich genów, a nie z pobudek religijnych. Brakowało jej mistycyzmu Derry, która nie potrzebowała dowodów, by uznać fakt istnienia zjawiska. Wynajęli salę w jednej z dobrych restauracji w centrum miasta, specjalizującej się w okolicznościowych przyjęciach, i zamówili wystawną kolację z czterech dań. W Sangacji od dawna nie tańczono na weselach, przynajmniej w przypadku wyższej i średniej klasy społecznej, nie musieli więc kłopotać się szukaniem muzyków. A potem pojechali do „Manhattanu II”, by kupić garnitur i suknię ze wszystkimi dodatkami. Zaszli do złotnika i zamówili obrączki, na których kazali wygrawerować {i}A&A{/i}, a następnie do zakładu poligraficznego, gdzie zdecydowali się na sto zaproszeń. Nie zakładali, że będą potrzebowali aż tak wielu, jednak na wszelki wypadek chcieli mieć ich więcej, aby nie musieli pomijać kogokolwiek z powodu braku karteluszka. Kolejne trzy dni poświęcili na objechanie krewnych, powinowatych, przyjaciół i znajomych, tych zasiedziałych w Derbachii i tych rozrzuconych po innych miastach. Z wielką pompą wręczyli im zaproszenia, z entuzjazmem rozwodząc się na temat swojego ogromnego szczęścia i nowej, lepszej drogi życia. Amanda naprawdę promieniała radością, a on świetnie grał swoją rolę. Zresztą, również czuł się usatysfakcjonowany tym rodzajem zadowolenia, jakie daje poczucie perfekcyjnie spełnianego obowiązku. Frances Morrison po usłyszeniu pomyślnych wieści odmłodniała o kilkanaście lat, Alayah mocno wyściskała oboje i uroniła kilka łez, a rodzice Amandy prawie padli mu do stóp. Gdyby odwiedził tych wszystkich ludzi, wręczając im zaproszenia na ślub z Loraną Yel, musiałby tłumaczyć wciąż od nowa motywy swojego postępowania i przełykać gorzkie pigułki niezrozumienia i tajonej lub jawnej wzgardy. Poczuł silną więź z tymi wszystkimi, którzy w jakikolwiek sposób popełniają mezalians, decydując się na związek z wybraną osobą. W jego czasach pojęcie mezaliansu nie powinno już mieć racji istnienia, a jednak miało się świetnie. Pewnie będzie tak, dopóki ludzie będą mieli w stosunku do swoich bliskich, a nawet całkiem obcych osób, oczekiwania i nadzieje. Czyli, mówiąc uczciwie, nigdy nie umrze śmiercią naturalną, chyba że nastąpi jakiś wielki obyczajowy przewrót, wywracający organizację społeczeństwa do góry nogami. Wizytę w salonie piękności Amanda mogła spokojnie odłożyć na ostatni dzień. Natomiast Aldorent był mile zaskoczony postawą samego marszałka i kolegów Eliminatorów. Dowiedział się – naturalnie w wielkim sekrecie – od Williama Blacka, że wszyscy oni, a więc czterdziestu dwóch mężczyzn, nie licząc szefa, mają stawić się obowiązkowo na ślubie w galowych, ciemnoniebieskich mundurach, całkiem różnych od obcisłych, czarnych strojów roboczych, i utworzyć przed kościołem szpaler z wniesionych wysoko reprezentacyjnych szabel, pod którymi triumfalnie przemaszeruje z rozpromienioną Amandą. Wzruszył go tak silny dowód braterstwa ze strony ludzi, którzy podobno nie uznawali małżeństwa. Może jednak miał przyjaciół, pomimo iż, pochłonięci codziennymi obowiązkami, nie okazywali sobie nawzajem tego uczucia zbyt często. Dziewiątego lipca pojechał do pracy na zebranie, od którego nie mógł wymigać się nawet najbardziej gorączkowymi przygotowaniami do zmiany stanu cywilnego. Marszałek osobiście do niego zatelefonował i po prostu kazał mu być za dwie godziny w sali konferencyjnej. Jadł właśnie z Amandą śniadanie u swojej matki. Kobiety rozmawiały o szczegółach toalety panny młodej, a on nie słuchał, pogrążony jak zwykle we własnych myślach. Nie myślał o Loranie, to wspomnienie było zbyt bolesne. Zastanawiał się za to już chyba po raz setny w tym tygodniu, jak czuje się Derra Amno, siłą oderwana od wszystkiego, co było jej drogie. Chociaż w tym przypadku w grę nie wchodziła miłość, bo tę znalazła dopiero w Sangacji, świetnie ją rozumiał. Jakże jednak miał jej pomóc, skoro nie potrafił poradzić niczego na własne strapienia? Uważał się do niedawna za silnego i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych