Czerwiec
Przelotne spotkanie w kawiarni, spacer, jedna wspólna noc czy coś więcej?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
CZERWIEC
Poznali się pewnego lipcowego popołudnia. Agata dobrze pamiętała ten upalny dzień i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Ich spotkanie było przypadkowe, wręcz banalne, jak między osobami wsiadającymi przez te same drzwi autobusu. Ostatnio, po raz kolejny pokłóciła się z Krzyśkiem. Miała podły nastrój i potrzebowała pozbyć się nękających ją wątpliwości. Od dłuższego czasu zastanawiała się nad zerwaniem tego bezsensownego związku, który trwał ze zwykłego przyzwyczajenia. Czekała w kawiarni na przyjaciółkę, której chciała się wyżalić. Małgosia znów się spóźniała i Agata obawiała się, że koleżanka może nie przyjść. Nawet przyjaciółka wyraźnie dawała odczuć Agacie, że Krzysztof jest najlepszym wydarzeniem w jej życiu i powinna zrobić wszystko, żeby ułożyć sobie z nim życie. Do stolika podszedł obcy mężczyzna i zapytał czy może wziąć wolno stojące krzesło. - Ależ proszę – odpowiedziała uprzejmie. Znowu spojrzała na zegarek, a potem na niego. Zwracał na siebie uwagę i był wyraźnie zdenerwowany. Do stolika obok dostawił parę krzeseł. Ciągle wyglądał przez okno i właśnie zamówił drugą kawę. Zauważył jej uśmiech i zniecierpliwienie na jego twarzy ustąpiło wyrazowi zainteresowania. Mało dyskretnie się jej przyjrzał, co rozbawiło ją jeszcze bardziej. Żeby to ukryć, podniosła do ust filiżankę z cappucino, ale niezręczne ręce zbyt gwałtownie potrząsnęły naczyniem i na błękitną sukienkę pociekło kilka blado brązowych kropel. - Cholera – zaklęła pod nosem. Zerwał się z krzesła i obłożył brudne kolana kawiarnianymi serwetkami. Klękał obok, ścierając kawę. Jej nozdrza wchłaniały delikatny zapach perfum, a oczy rejestrowały każdy szczegół jego twarzy otoczonej krótkimi, czarnymi kędziorkami. - Oparzyłaś się? Miał głęboki, zniewalający ton głosu. Spojrzenie niebieskoszarych oczu wywołało kolejny uśmiech, który odwzajemnił. Mogłaby jeszcze długo patrzeć w te oczy, mimo że nie były wyjątkowe, ale ten ogień, który w nich tkwił, sprawił, że do końca się zatraciła. - Halo. Ocknęła się. - Przepraszam. O co pytałeś? - Czy się nie poparzyłaś? Nie wiedziała, dlaczego wciąż klęczał. - Nie. Spojrzała na sukienkę. Widok jego dłoni, pełnych chusteczek, które wciąż spoczywały na nogach, przyprawił ją o szybsze bicie serca. - Przepraszam. Wziął ręce. Miała ochotę zaprotestować. - Często ci się to zdarza? - Co? – Podniosła głowę. - Tak nieumyślnie wylewać kawę – wyraźnie podkreślił słowo „nieumyślnie”. Na jej twarzy odmalowała się rozpacz. - Pierwszy raz. Roześmiał się. Wchodząca grupa przerwała tą wymianę zdań. - Muszę iść. To moi przyjaciele. Podniósł się. - Dziękuję. Kąciki jego ust uniosły się ku górze. Odszedł, a ona dalej czekała. Było po piątej, kiedy znowu pojawił się przy stoliku. Nagły impuls kazał mu podejść do kobiety i rozpocząć rozmowę. Wydawała się taka samotna i smutna. - Czekasz już dwie godziny. - Dwie i pół i nie wiem, dlaczego jeszcze tu jestem. - Może z mojego powodu? Nawet nie wydał się jej bezczelny. - Może – przytaknęła. Usiadł obok. Jego znajomi wyszli przed chwilą. - Osoba, na którą czekasz już nie przyjdzie. Wzruszyła ramionami. Nagle straciła całą odwagę. Jego zapach i ciepło bijące od ciała uderzały w zmysły niczym torpeda. Czuła się odurzona jego bliskością. Żaden mężczyzna tak na nią nie działał. Cały czas, który spędzili przy osobnych stolikach, snuła na jego temat najbardziej śmiałe fantazje, jakie przyszły jej do głowy. Oddech stawał się wtedy cięższy, a serce łomotało jak szalone. - Dobrze się czujesz? – Zapytał zaglądając w niebieskie oczy. Po raz pierwszy miała tak wielką ochotę pocałować mężczyznę. Wyczytał to pragnienie w jej wzroku. Jego usta ułożyły się w zmysłowy uśmiech. Wstał, z oparcia krzesełka zdjął marynarkę i wyciągnął przed siebie dłoń. - Odsiedziałaś swoje. Może trochę się przejdziemy? Wsparła się na jego ręce. Zastanawiała się, co może się kryć za tą propozycją. Zwykły spacer czy coś więcej. Nie wiedziała, co sądzić o tym mężczyźnie i o własnym zachowaniu, kiedy ramię w ramię szli parkowymi alejami dyskutując o wszystkim i o niczym. Nie wiedziała też, czym może zakończyć się ta znajomość i wieczór spędzony w zaciszu jego mieszkania przy lampce wina i muzyce. Nic o nim nie wiedziała i to właśnie najbardziej ją w nim pociągało.
I
Przerwała rozmyślania. Niewiele minęło czasu od tamtych dni, czy raczej godzin. W każdym bądź razie było ich zbyt mało, żeby była w stanie zrozumieć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Wspomnienie lipcowego wieczoru było najbardziej emocjonującym wydarzeniem, które przytrafiło się jej w ciągu trzech ostatnich lat. Nawet Krzysztof, zaraz na początku ich związku, nie był w stanie wzbudzić w niej takich uczuć, jak tamten nieznajomy podczas niezobowiązującej rozmowy w kawiarni. Z małej chmurki, która wisiała na niebie, zaczął padać ciepły, czerwcowy deszcz. Sprzątnęła koc i weszła do drewnianego domku, który rodzice postawili na działce cztery lata temu. W międzyczasie z przyjemnego deszczu zrobiła się ogromna ulewa. Stojąc przy oknie, patrzyła na jezioro, fale popychane przez wiatr i molo unoszone wodą niczym piórko. Pod bramę podjechał samochód. Założyła kurtkę i wyszła na dwór otworzyć Krzyśkowi, który dzień wcześniej zapowiedział sms – em swoje odwiedziny. Nawet nie raczył zadzwonić. - Stało się coś? – Spytała, kiedy siedzieli przy kominku popijając herbatę. - Tak, stęskniłem się – złapał jej dłoń. – To chyba wystarczający powód? Była taka chłodna. Uśmiechem wyraziła swoje myśli. - A więc niepotrzebnie przyjechałem, tak? – Obruszył się. – To już skończone? Gwałtownie złapał ją za ramiona. Był wzburzony. Nie dziwiła się, rozumiała. - Nie potrafisz okazać mi, choć namiastki zainteresowania, miłości czy namiętności? - Co ty wiesz o namiętności?! – Uniosła się. – Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Jej mięśnie stężały pod skórą. Stała tak, naprzeciw niego, gotowa do ataku. Jakim prawem mówił jej o namiętności? On, dla którego wieczór kończył się wraz z wyłączeniem telewizora po meczu piłkarskim. Spojrzał z wyrzutem. - Jesteś okropna, zimna, a ja… – usiadł, a jego głos trochę przycichł. – …Ja nie potrafię cię rozgrzać. - Może nie jesteś odpowiednim mężczyzną? - Och, przestań! – Żachnął się. – Ja naprawdę się staram. Nie była przygotowana na jego użalanie się nad sobą. Próbując to uprzedzić, objęła go za szyję. Zdjął jej ręce ze swoich ramion. - Czy nic dla ciebie nie znaczę? - To nie tak. Może ze mną jest coś nie tak? Było jej wszystko jedno, jaką miałaby mu dać mu odpowiedź. Chciała jakoś wyjaśnić tą sytuację. - Po prostu na mnie nie działasz i tyle. Jego spojrzenie było smutne, ale widziała w nim też iskierki złości. - Że też mnie właśnie spotkało takie szczęście! Poznałem najlepszą ze wszystkich kobiet, a ona twierdzi, że na nią nie działam, bo jest z nią coś nie tak. Paranoja! Chwyciła jego rękę. - Krzysiek, proszę. Nie umiem sobie z tym poradzić. - Nawet nie chcesz – rzucił z pogardą. - Dajesz mi tyle uczucia i ja to doceniam, ale nie umiem go odwzajemnić. To jest jak cholerna impotencja. Nagle poczuła rękę na udzie. Nie wiadomo, dlaczego pomyślała o lipcowym dniu w kawiarni i o dłoniach pełnych chusteczek. - Przestań! – Zrzuciła jego rękę. Wstał pospiesznie. - To nie moja wina, że tak na mnie działasz, ale obejdę się bez tego. - Co zrobisz? - Wracam do miasta i będę usychał z miłości, aż w końcu zdecydujesz się wrócić. Może wtedy będzie już dobrze. Odwróciła się do okna. Nigdy nie będzie dobrze. - To jedź. Tylko tyle mogła powiedzieć. Zatrzasnął drzwi, a ona usiadła na łóżku stojącym pod oknem i ramionami objęła kolana. Patrząc na strugi deszczu spływające po szybie myślała, jaką mu wyrządziła krzywdę. Już dawno powinna z nim skończyć, wyprowadzić się ze wspólnie wynajmowanego mieszkania, ale musiałaby porzucić marzenia o dorosłości i wrócić do rodziców. Mimo wszystko czuła się od nich niezależna i jakoś dogadywała się z Krzysztofem, lecz nie potrafiła być jego kochanką ani nawet przyjaciółką, a on zawsze dawał to, co najlepsze. Przynajmniej tak się jej wydawało. Nie mógł zrozumieć, że nic nie czuła. Jej uczucia odeszły z pewnym mężczyzną w lipcową noc. Mężczyzną, którego imienia nie była w stanie odgadnąć.
Wieczór był wyjątkowo chłodny. Patrząc w kominek, na którym wesoło płonął ogień, przekonywała samą siebie, że kilka dni w odosobnieniu dobrze jej zrobi. Naprawdę wierzyła, że potrzebowała tylko odpoczynku od Krzyśka, pracy i ludzi. Tylko tutaj mogła uciekać przed życiem, chować się przed zgiełkiem miasta, tłumem i wszystkim, co przytłaczające i nudne. Na łonie natury czuła się wolna od codzienności, jej dobrych i złych aspektów. Spędziła tu już tydzień i zamierzała pobyć jeszcze trochę, więc odrzuciła całą nieprzyjemność związaną z przyjazdem Krzysztofa. Wzięła kurtkę i wyszła na molo. Delikatny, nocny wiatr, łaskotał jej twarz, kiedy stała na pomoście puszczonym daleko na jezioro. Noc była pogodna, w sam raz na romantyczne spacery w świetle księżyca. Molo, leżące na stalowych, pustych beczkach, unosiło się w dół i w górę, w zależności od fali. Atmosfera panująca wokół niej sprawiła, że nie bacząc na nic, zdjęła z siebie ubranie i wskoczyła do wody. Momentalnie jej ciało zmroził chłód, ale w krótkiej chwili odzyskała oddech i czucie w kończynach. Czerwiec to jeszcze nie pora na nocne kąpiele. Ważne było tylko przyjemne uczucie, jakie wywoływał dotyk zimnej wody. - Nie wiedziałem, że spotkam tu amatorkę nocnych kąpieli. Dźwięk tego głosu sprawił, że prawie się utopiła. Podpłynęła do mola parskając wodą. - Nic pani nie jest? W jego głosie wyczuła troskę. - Nie. Trochę się zachłysnęłam. Stał w cieniu wysokich topoli, rosnących na brzegu, gdzie nie docierało światło księżyca, ale wiedziała, że to on. Zastanawiała się, co ma zrobić, kiedy wszedł na molo i usiadł na jego końcu. - Myślę, że powinnaś już wyjść – zaproponował. – Przeziębisz się. Była pewna, że ją poznał. Złapała się deski. - Mógłbyś się odwrócić? Z zakłopotaniem spojrzała na jego drwiący uśmiech. Zmienił się od tamtego dnia. Jego twarz była zacięta i zszarzała, czarne włosy roztrzepane, a oczy patrzyły twardo. Zdążył też zapuścić sobie krótką, czarną brodę, która wyglądała na lekko zaniedbaną. Postanowiła nie udawać zbytniej cnotliwości. Już kiedyś widział ją nagą. Jednym ruchem podciągnęła się na pomost i ociekając wodą, podeszła do swojego ubrania. Wytarła się podkoszulką, narzuciła na ciało ciepły, długi do uda sweter i nie zważając na brak bielizny, usiadła obok mężczyzny. - Jak właściwie masz na imię? – Spytała. Nurtowało ją to odkąd go poznała. Zapatrzył się w migające fale. - Lepiej już idź, przeziębisz się – powiedział oschle. Nie dała zbić się z tropu. - Pytałam o twoje imię. Westchnął tak, jakby próbował zrzucić z serca niesamowity ciężar. - Wiesz, że poznanie imienia prowadzi często do bliższej zażyłości z ta osobą? Roześmiała się. Jego odpowiedzi były absurdalne. - Nie masz ochoty znowu iść ze mną do łóżka. Wstała i zostawiła go siedzącego na końcu mola, wpatrzonego w fale na jeziorze popychane przez lekki, nocny wiatr. Całą noc myślała o nim. Próbowała wybić sobie z głowy wszystkie pytania, które zrodziły się tego wieczora. Tym razem była pewna, że jeszcze go zobaczy.
II
Otwierając oczy pomyślała, że kolejny dzień nie przyniesie niczego nowego, lecz zaraz przypomniała sobie wieczorne spotkanie. Zupełnie nie wiedziała, co o nim myśleć. Po raz kolejny nieznajomy pozostał tak samo tajemniczy, jak za pierwszym razem. Po tym, jak wstała, cały swój wysiłek próbowała przenieść na dokończenie drugiego rozdziału pracy magisterskiej. Zaliczenie seminarium miało otworzyć jej drogę na piąty i ostatni rok studiów, ale nie potrafiła skupić myśli. W końcu z rezygnacją wyłączyła pożyczonego laptopa i odrzuciła książki. Wrażenie po wczorajszym spotkaniu nie opuszczało jej do wieczora, kiedy to znowu wybrała się nad wodę, z nadzieją ujrzenia tajemniczego mężczyzny. Jej rozczarowanie przerodziło się w rozpacz, kiedy cała zmoknięta wróciła do domku po dwóch godzinach czekania w napięciu. Dzień znowu okazał się deszczowy i zaczynała obawiać się, że cały jej pobyt na działce upłynie na siedzeniu w domku. - Naiwna idiotka! – Warknęła wściekła. – Co cię podkusiło, żeby tam iść? Zachowywała się jak nastolatka, a przecież okres bujnego dojrzewania miała już za sobą i poziom hormonów zdecydowanie się ustabilizował. Zrobiła sobie gorącej herbaty i z westchnieniem usiadła do komputera. Od tygodnia była na urlopie. Szef, właściwie siłą, wysłał ją na odpoczynek. Była mu za to wdzięczna, mimo że sama nie zdecydowałaby się wyjechać. Lubiła swoją pracę i z powodzeniem mogła nazywać siebie pracoholiczką. Pracowała w biurze rachunkowym od poniedziałku do piątku, w godzinach od dziewiątej do siedemnastej, mając wolne we wszystkie weekendy, z czego dwa w miesiącu poświęcała na studia zaoczne, zupełnie niezwiązane z wykonywanym zawodem. Była obecnie na czwartym roku pedagogiki specjalnej na Uniwersytecie i już nie mogła doczekać się końca szkoły. Studia rozpoczęła z rocznym opóźnieniem idąc po maturze do pracy, lecz okazało się, że w dzisiejszych czasach nie wystarczy już sama matura. Nawet tytuł magistra to mało. O dziesiątej skończyła pracę. Przynajmniej to miała już z głowy. Z satysfakcją zamknęła komputer, odczytała sms od stęsknionych rodziców i zaczęła cowieczorny rytuał przygotowania się do snu. Jej stopy skurczyły się do rozmiaru dziecięcego w zetknięciu z lodowatą wodą ze studni. Szybko się umyła, ubrała w ciepłą, flanelową pidżamę, a na zmarznięte nogi naciągnęła wełniane skarpety zrobione przez babcię na drutach. Sięgnęła po „Kod Leonarda da Vinci” Dan`a Brown`a i zaczęła czytać. Nawet nie wiedziała, która była godzina, kiedy usłyszała pukanie. Musiała przysnąć, bo książka leżała na podłodze, a lampka nadal świeciła, stanowiąc zaproszenie dla nocnych gości. Wyskoczyła na drewnianą podłogę, wsuwając stopy kapcie – pieski i podeszła do okna. Mimo że nie spodziewała się seryjnego mordercy, przezornie przyjrzała się przez okno osobie stojącej przed domkiem. To był on. - Cześć – prawie się uśmiechnął. Stał w strugach deszczu, który wieczorem znów przybrał na sile. Pamięć o rozczarowaniu, które czuła kilka godzin temu, sprawiła, że nie rzuciła się na niego, tylko jak zahipnotyzowana patrzyła na krople wody wpływające za jego kołnierz. - Powiesz mi w końcu, jak masz na imię? To był warunek dalszej rozmowy. Uśmiechnął się cierpko. - Gdybym wiedział, że znowu cię spotkam, nigdy nie zaprosiłbym cię wtedy do domu. Roześmiała się. - Przestałam być tylko miłym wspomnieniem? – Spytała zaczepnie. Zmarszczył brwi. - Wczoraj stałaś się jak najbardziej rzeczywistym, miłym wspomnieniem – kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu. – Na imię mam Maciek. Odsunęła się i wpuściła go do domku. Zdjął przemokniętą kurtkę, a włosy otrząsnął niczym pies. Szybko zajął miejsce przy ciepłym kominku. - Jestem Agata – wyciągnęła rękę, którą chwycił mocno. - Przytulnie tu – rozejrzał się po pokoju. - To nic – machnęła ręką. – Mam tu jeszcze jeden mały pokoik, aneks kuchenny, łazienkę i składzik. Ton jej głosu był dziwnie sarkastyczny. Cały czas zastanawiała się, po co przyszedł w środku nocy. - Skąd wiedziałeś gdzie mieszkam? - Byłem dziś na molo. Błądził wzrokiem po twarzy Agaty oczekując reakcji. Starała się powstrzymać haust powietrza, cisnący się do ust. - I co w związku z tym? Prawie drżała. Musiał widzieć, jak siedziałam w deszczu. Na pewno domyślił się, że czekam na niego. Jaka ja jestem głupia. Trzeba było zostać w domu, a nie łapać zapalenie płuc, myślała. - Właśnie odchodziłaś, kiedy przyszedłem. Odetchnęła głęboko. Poczuła niewyobrażalną ulgę. - Poszedłem za tobą, żeby sprawdzić gdzie mieszkasz. Uniosła brew. Miała nadzieję, że nie słyszał przekleństw, które rzucała pod swoim adresem. - Dużo czasu zajęło ci, żeby zapukać – zdziwiła się. Nie brała pod uwagę, że mógłby mieć w związku z tym jakieś zahamowania. Zrobiło się jej go żal, kiedy wyobraziła sobie, że krążył wokół działki przez ostatnie pięć godzin. - Może chcesz herbaty? Na pewno zmarzłeś. Skrzywił usta, co chyba miało być uśmiechem. - Nie zdążyłem. Mieszkam trzy domki dalej. Więc pięć godzin spędził w ciepłym domku zastanawiając się, czy ją odwiedzić. Podsunęła mu stołek, a sama wstawiła wodę w czajniku elektrycznym. Do kubków wrzuciła ekspresową earl grey i zalała wrzątkiem. Kiedy podawała mu parujący kubek, musnął jej palce. - Długo tu już jesteś? Usiadła obok. Cały czas system wykrywania niebezpieczeństwa pracował na najwyższych obrotach. Starała się z każdej miny, gesty i spojrzenia Maćka wyczytać, co się dzieje i czego od niej chce. Na pewno nie miał zamiaru ukrywać, że pamięta wspólną noc, lecz wprost wspomniał o tym tylko raz i nie zabrzmiało to przyjemnie. Pomyślała, że pewnie żałuje. Z każdą chwilą tamta przygoda zaczynała tracić na atrakcyjności. Zastanawiała się, czy przypadkiem sama nie dodała kilku barwnych szczegółów. - Przyjechałam tydzień temu. Szef wysłał mnie na przymusowe wakacje. Stwierdził, że się przepracowuję. Nie patrzyli sobie w oczy, wręcz unikali kontaktu. - Ja jestem tu drugi dzień. Też musiałem odpocząć od pracy i… – urwał. – I innych spraw – dokończył szybko. - Mieszkasz u Milanowskich? – Spytała o domek. - To moi rodzice. Upiła łyk herbaty. - Długo macie tu działkę? Zastanowił się. - Właściwie to odkąd pamiętam. - Nigdy cię tu nie widziałam. Popatrzył jej w oczy. - Pewna jesteś? Wypowiedział to takim tonem, jakby powinna o czymś wiedzieć. Skinęła głową. - Oczywiście, że tak. Mamy tu działkę od zawsze i na pewno miałabym okazję cię poznać. - Może nie pamiętasz? Droczył się z nią. - To może mi przypomnisz? – Zaproponowała. Odstawił kubek i wstał. - Nie dzisiaj – powiedział. – Dzięki za herbatę. Czuła rozczarowanie. Nie miała pojęcia, dlaczego pozuje na takiego tajemniczego. Pytania same cisnęły się jej na usta, ale opanowała się. Nie da mu powodu, by myślał, że jest nim zainteresowana. Odprowadziła go do drzwi. Założył wciąż mokrą kurtkę i odwrócił się, stając z nią twarzą twarz. - Długo zostaniesz? – Spytał jakby z nadzieją. - Tyle, ile będzie trzeba – uśmiechnęła się. Co to, do cholery, miało znaczyć? - Muszę napisać pracę zaliczeniową, a w mieście nie mogę się skupić – wyjaśniła pospiesznie. Ze zrozumieniem skinął głową. - Ja przyjechałem wyłącznie w celach rekreacyjnych. Fajne buty – wskazał na jej kapcie. Pieski zgodnie wytknęły mu język. - To do jutra, tak? Było dla niej oczywiste, że się spotkają. - Do jutra – odpowiedział i uśmiechnął się. – Jak będzie pogoda, to znajdziesz mnie nad wodą. - A skąd ta pewność, że będę cię szukać? – Uniosła się dumą, ale Maciek już zniknął w ciemnościach.
III
Agatę obudził śpiew ptaków. Słońce mocno grzało w okno i czuła, że zbliża się południe. Złapała komórkę i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest dopiero dziewiąta. Nie miała najmniejszej ochoty wstawać z łóżka. Zrzuciła tylko pidżamę, uchyliła okno i korzystała z uroków wypoczynku na działce. Ciepły wiatr owiewał jej nagie ciało i byłoby cudownie, ale żołądek zaczął domagać się pożywienia. Ubrała się lekko i poszła na zakupy do wiejskiego sklepu. Pomyślała o ciepłym, świeżym chlebie, mleku od krowy i pysznym serze. Jej brzuch odpowiedział na to przeciągłym burczeniem. Szła wąską ścieżką między polami pokrytymi zielonym jeszcze zbożem. W czerwonej, krótkiej sukience przypominała mak rosnący samotnie na łące. Weszła do małego sklepu znajdującego się nad jeziorem. Mariola przywitała ją ciepło. - Cześć. Dawno cię u nas nie było – stwierdziła. - Dzisiaj skończyły mi się zapasy – odpowiedziała z uśmiechem i ustawiła się w kolejce po pieczywo. W momencie poczuła, jak włoski na karku unoszą się do góry. Jej ciało szybciej wyczuło Maćka, niż go zobaczyła. Musiał mieć niezwykle silne feromony. Stanął za nią, a ona zaraz poczuła gwałtowny niepokój, gdyż ciepłym oddechem drażnił skórę na jej szyi. - Cześć – odwróciła się w końcu. W dzień wyglądał zdecydowanie lepiej niż wczoraj w nocy. Jego włosy ułożone były w czarne fale, a krótką brodę najwidoczniej zdążył doprowadzić do porządku. Granatowa polówka i szare bojówki stanowiły idealne dopełnienie całości. Poza tym pachniał obłędnie. Ciekawa była, o której wstał, żeby tak przygotować się do wyjścia do sklepu. Czuła się przy nim brudna. Nie zdążyła umyć zębów, a włosy ściągnęła niedbale gumką. Nawet na niewymagającej prasowania, sukience dostrzegła okrutne załamania materiału. Przyjrzał się jej uważnie. - Jakoś wyobraziłem sobie, że przyjdziesz w tych swoich kapciach. Zamrugała. - Kapcie zostały w domu. Wyprowadziłam je rano i do południa powinny wytrzymać. Później wezmę je na dłuższy spacer. Popatrzyła, jak próbuje wytrzymać, ale po chwili obydwoje głośno się roześmiali. - Co podać? – Wtrąciła Mariola. Dostrzegła Maćka i posłała mu gwiazdorski uśmiech. - Witam, witam – podała mu dłoń. – Kto to nas odwiedził? Potrząsnął jej ręką, której nie bardzo chciała zabrać. W końcu chwyciła chleb. - Złoty pięćdziesiąt – zwróciła się do Agaty. - Drożej niż w mieście. - My tu klimatyczne wliczamy – wyjaśniła. Maciek parsknął śmiechem, pozostawiając to za wystarczający komentarz. Dojrzała swój ulubiony twarożek. - Daj mi jeszcze brusa i pół litra mleka od waszej krowy. Mariola zmarszczyła brwi. - Ale będzie od innej, niż zawsze. - Dlaczego? - Mućka poszła na ubój tej zimy. Teraz mamy inną, ale daje mleko zgodne z unią europejską. Próbowała się nie uśmiechnąć. - Niech będzie. I jeszcze pół masła. Zapłaciła i miała odejść, ale Maciek złapał ją za sukienkę. - Poczekaj na mnie chwilkę – szepnął. Stanęła przed sklepem, wystawiając twarz do słońca. Lekki wiatr rozwiewał włosy, wymykające się spod gumki. Powoli zaczynała odpoczywać. Cieszyła się, że napisała pracę i teraz mogła tylko i wyłącznie zająć regenerowaniem sił. Poczuła zapach perfum i Maciek stanął obok. - Przyjdziesz dziś na ognisko do Marioli? - Nie zapraszała mnie. Wziął jej zakupy i ruszyli w stronę swoich działek. - Hej, Agata! – Usłyszała krzyk Marioli. Odwróciła się w stronę, gdzie stała. - Robimy dziś ognisko, przyjdziesz? Maciek popatrzył na nią wyczekująco. - Tak, dzięki. Mariola uśmiechnęła się do i weszła do sklepu. - Wyspałaś się? – Zagadnął. Szli ramię w ramię. Zupełnie nie wiedziała, o czym mam z nim rozmawiać. Przyjemność sprawiało jej po prostu bycie obok niego. Miał w sobie jakiś nieodparty urok. Spojrzenie małego chłopca, jednocześnie niewinne i dociekliwe. Mięśnie na jego przedramionach prężyły się, kiedy niósł zakupy. Nawet nie wiedziała ile ma lat. Liczyła, że jest niewiele starszy od niej. - Tak. A ty? Pospałeś choć trochę? A niby co miał robić? Myśleć o mnie? Zastanawiała się. - Nie bardzo. Kot moich rodziców przypomniał sobie, że powinien spełnić swój obywatelski obowiązek i całą noc miauczał do jednej kocicy. Poza tym myślałem o tobie. A jednak. - I twoich kapciach. Roześmiała się. - Kup sobie takie, to w końcu się wyśpisz. - Pomyślę nad króliczkami. Rozmowa potoczyła się swoim torem. Dowiedziała się, że jest od niej starszy o cztery lata. Przez dłuższy czas jednocześnie studiował i pracował w sklepie komputerowym, który otworzył razem z kolegą. Rok wcześniej, w dniu, kiedy spotkali się po raz pierwszy, właśnie obronił tytuł magistra na politechnice. Teraz cały swój czas poświęcał pracy. - Jakoś nie mogę uwierzyć, że się wcześniej tu nie spotkaliśmy. Ta myśl od dłuższego czasu nie dawał jej spokoju. - Przecież było tyle okazji. Nasi rodzice wiele razy urządzali wspólne ogniska, a ja w ogóle cię nie widziałam. Uśmiechnął się tajemniczo. - Może widziałaś, tylko nie pamiętasz? Znowu ta jego irytująca gra. - Nie sądzę – powiedziała z przekąsem. – Przy moich rodzicach staram się nie upijać. Roześmiał się. - Kiedyś ci powiem, gdzie mogłaś mnie widzieć. Przyjrzała mu się podejrzliwie. - Ciebie to naprawdę bawi? – Spytała zdziwiona. - Bardzo lubię dręczyć małe kobietki. - Nie jestem mała – oburzyła się. Przysunął się bliżej, żeby mogła uświadomić sobie różnicę we wzroście między nimi. - No tak, metr sześćdziesiąt w kapeluszu – zakpił otwarcie. - Nie wiesz, że małe jest piękne? – Dumnie uniosła głowę. Zlustrował ją wzrokiem. - Właśnie widzę. Powiedział jej komplement, a ona zrobiła się czerwona, jak sukienka, którą miała na sobie. Przekleństwo blondynek. Swoje zmieszanie nadrabiała uśmiechem. - Zjedz ze mną śniadanie – zaproponował. Zaskoczył ją. - Dobrze. U mnie czy u ciebie? I znowu ten jego wzrok. - Twój domek już widziałem. Może u mnie? – Zgodziła się. – To będzie trochę spóźnione śniadanie po wspólnie spędzonej nocy. Chrząknęła zakłopotana. Mógł to sobie darować. - Trochę bardzo spóźnione – powtórzyła z naciskiem na „bardzo”. Najwyraźniej odzyskał pewność siebie po wczorajszej wizycie. Czyżby znowu starał się zaciągnąć ją do łóżka? Tamta przygoda była zupełnie do niej nie podobna. Teraz, kiedy mogli mieć dla siebie więcej czasu, postanowiła poznać Maćka od innej strony. - Zjedzmy na świeżym powietrzu – powiedziała. – Macie piękny ogród i myślę, że będzie nam tam bardzo przyjemnie. Rozłożymy koc i będziemy zajadać się chlebem z twarożkiem. Otworzył bramę. - No cóż, skoro tak wolisz. Po śniadaniu poszła do siebie, pod pretekstem pisania pracy, zostawiając Maćka z uczuciem niedosytu. Uśmiechnęła się na wspomnienie jego zbolałego wzroku, kiedy zamykała bramę. Bawiła ją ta gra. Już dawno nie czuła takiego podniecenia.
O dziewiętnastej starannie przygotowała się do wyjścia. Zamyślona wkładała dżinsy, podkoszulek i ciepły sweter. Włosy związała w koński ogon i umalowała rzęsy. Szyję skropiła delikatnymi perfumami. Czuła, że ogarnia ją atmosfera oczekiwania. Zgasiła światło i zamknęła drzwi. Odwróciła się i zamarła z przerażenia. - Ładnie pachniesz – odezwał się Maciek obejmując ją ramieniem. - Wystraszyłeś mnie. Zachodzące słońce czerwieniło się nad horyzontem. Wyszli na otwarte pole i dalej w stronę sklepu, przy którym miało odbyć się ognisko. Maciek głęboko wciągnął powietrze. - Cudownie – westchnął. - Co wprawia cię w tak doskonały nastrój? – Spytała. Uśmiechał się i wyglądał przy tym trochę tajemniczo. - Jest mi dobrze, tu i teraz. Zacisnął rękę na jej ramieniu. Nie powiedział nic więcej, a ona nie pytała, upajając się tą chwilą.
Ognisko płonęło wesoło, a towarzystwo było już trochę wstawione. Odebrała od Marioli kolejną butelkę piwa, wpatrując się w odblask ognia na jeziorze. - Super – powiedziała upijając łyk. Jej towarzysz zniknął w ciemnościach, a Agata wsłuchiwała się w śpiewy gości. Usiadła naprzeciw ognia i zaśpiewała razem z nimi. - Hej, hej, hej sokoły, omijajcie góry, lasy, pola, doły… Dołączył do nich ciepły baryton Maćka, który usiadł obok i uśmiechnął się do niej. Zastanawiała się, jak to się stało, że zmienił się w tak krótkim czasie. Zachowywał się jak najszczęśliwszy człowiek pod słońcem. Przypomniała sobie pierwszy wieczór, kiedy spotkała go nad jeziorem. Był wtedy taki obcy. Odnosiła wrażenie, że w ciągu tych dwóch dni poznała zupełnie inną stronę jego natury, otwartą i wesołą. Ktoś przyniósł gitarę i zabawa rozkręciła się jeszcze bardziej. Piwo, wino i wódka lały się strumieniami. Wszyscy tańczyli, a chłopcy skakali przez ognisko. Rozpoznawała wiele osób, a z niektórym mówiła po imieniu. Bawiła się doskonale. Tańczyła jak szalona, wirując wokół ognia, niczym czarownica w noc sabatu. Piwo uderzało jej do głowy, ale nie miała zamiaru trzeźwieć. Przed dwunastą ktoś zaproponował, żeby puszczać wianki na wodę. - Dziś jest noc świętojańska – powiedziała Mariola. – Takie polskie walentynki. Agata uśmiechnęła się i próbowała odszukać Maćka, ale jakiś czas temu zapadł się jak kamień w wodę. Otuliła się swetrem i podążyła za rozbawionym tłumem. Nie miała pojęcia skąd wzięły się wianki, ale domyśliła się, że ktoś musiał przygotować je w dzień. - Masz – Mariola podała jej plecionkę z polnych kwiatów. – Puść na wodę i obserwuj, czy płynie do brzegu. Jeśli dopłynie jako pierwszy, najszybciej ze wszystkich panien wyjdziesz za mąż. Jezioro jakby poczuło na sobie tą słodką woń, gdyż wianki wypłynęły daleko, unoszone przez delikatne fale. Szła brzegiem starając się nie spuszczać wzroku z wianka, który przybliżał i oddalał się od brzegu, tańczył między innymi wiankami. Nagły poryw wiatru gwałtownie rzucił go w jej stronę i zatrzymał przy samym brzegu. Pochyliła się i wyciągnęła plecionkę. Jej spojrzenie napotkało wzrok Maćka. - Myślałam, że cię zgubiłam – roześmiała się zaskoczona jego nagłym pojawieniem się. Podszedł do niej, odebrał wianek, strząsnął z niego wodę i założył jej na głowę. - Szukałem rusałek – odezwał się po chwili. Czuła w głowie przyjemny szum, a jej ciało owionął spokój. Podniosła twarz do okrągłego księżyca, przytrzymując wianek ręką. - Spotkałeś już jakąś? – Spytała, mając świadomość, że język zaczyna się jej plątać. - Tak, jedną. Przysunął się blisko i poczuła, jak ciepła noc okrywa ich swoim gwiaździstym płaszczem. Jego twarz zbliżała się do jej twarzy, a wargi rozchyliły się w oczekiwaniu. Z wrażenia z robiło się jej gorąco, a w głowie zrodziła się dzika karuzela. Dała krok do tyłu i, tracąc równowagę, wpadła do jeziora. Siedząc w płytkiej wodzie i gniewnie prychając, czuła się najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Maciek stał na brzegu i zaśmiewał się do łez. Rzuciła w niego wiankiem, który zsunął się z jej głowy. Jedno musiała przyznać, była zdecydowanie trzeźwiejsza. Wyciągnęła do niego rękę i stanęła na pewnym gruncie. Była cała mokra. - To nie jest śmieszne – syknęła. Widziała jak stara się opanować, ale po chwili znowu parsknął. Zamrugała oczami, w całej okazałości widząc swoją rozpaczliwą sytuację. Wzbudziło w niej ogólną wesołość. Maciek chwycił ją pod ramię i pociągnął w stronę ogniska, krztusząc się ze śmiechu. - Nocna kąpiel? – Spytała Mariola, kiedy zobaczyła Agatę. Chrząknęła. - Musiałam pomóc swojemu wiankowi szybko dopłynąć do brzegu – zaśmiała się. Maciek zrobił głupią minę, co rozbawiło ją jeszcze bardziej. Podał Agacie kolejną butelkę piwa. - Chcesz mnie upić i bzyknąć? - Najpierw cię upiję, a później się zastanowię, co dalej. Otworzył swoją butelkę i pociągnął duży łyk. Zarzucił Agacie na ramiona sweter i dodatkowo otoczył ramieniem. Oparła głowę w zagłębieniu jego obojczyka i wpatrywała się w ogień. Towarzystwo zaczęło się przerzedzać. Jedni poszli do domu, a inni siedzieli przy ognisku, jak oni, lub po prostu leżeli pijani obok. Ktoś smętnie brzdąkał na gitarze. - Robi się smutno – powiedziała. - Chcesz iść? Zadrżała. Noc zaczynała robić się chłodna. - Zimno mi. Muszę ściągnąć to mokre ubranie. Pomógł jej wstać. - Doskonały pomysł – uśmiechnął się. – Możesz się zaziębić – dodał pospiesznie.
Zaklęła pod nosem i szarpnęła drzwi. - Chyba zgubiłam klucze. Wyciągnął dłoń, na której spoczywał przedmiot poszukiwań. - Znalazłem je przy ognisku. Nie wiedziałem, że są twoje. Chciała je chwycić, ale cofnął rękę. - To nie takie proste. - Szantażysta. Przyciągnął ją do siebie i objął w pasie. - W końcu nic nam nie przeszkadza. - I nie ma jeziora – dodała. Jego pocałunek był delikatny niczym muśnięcie skrzydełek motyla. Nie tego się spodziewała. Odsunął twarz i spojrzał na jej minę. - Nie wiem, czy mogę pozwolić sobie na więcej. Zmarszczyła brwi. - Zaryzykuj – zaproponowała. Ujął jej twarz w dłonie i odsunął z niej włosy, patrząc prosto w oczy. Pochylił się. Zamknęła oczy i poddała się obezwładniającej sile jego pocałunku. Przypomniała się jej wspólna noc sprzed roku. Musiała przyznać, że od tamtej pory nikt jej tak nie całował. To wspomnienie pozostawało we niej tak głęboki ślad, że każde następne intymne przeżycie było niczym cień, po którym czuła niedosyt. Z tego powodu związek z Krzyśkiem zaczął się psuć. Kiedy jej dotykał, całował i pieścił, cały czas myślała o Maćku, jego dłoniach na ciele, jego ustach na swoich. Odsunął się od niej. - Możesz mi nie wierzyć, ale tęskniłem za tym – powiedział. - Ja też. Powoli zaczął się cofać. - Powinienem już iść. Tym razem to on zostawiał ją z uczuciem niedosytu. - Do jutra – pożegnała go. - Do jutra, rusałko. Zniknął w blasku księżyca. Otworzyła drzwi i zapaliła światło. Podeszła do lustra i wydała z siebie jęk zgrozy. - Jak ja wyglądam?! Nie dość, że była mokra i brudna, włosy, zamiast puszystej kitki, zlepione były w jakiś kołtun, a oczy obwiedzione były czarnymi obwódkami. Wyglądała jak po porządnej bójce. Gdyby przewidziała nocną kąpiel, użyłaby tuszu wodoodpornego. - Niezła ze mnie rusałka. Jeszcze raz spojrzała w lustro i wybuchła niepohamowanym śmiechem.
IV
Ranek przywitał ją palącym słońcem. Było południe, kiedy zdecydowała się otworzyć oczy. Czuła się jak nowo narodzona. Otworzyła drzwi na oścież i przeciągnęła się leniwie. Odnosiła wrażenie, że wczorajszej nocy Maciek będzie chciał wykorzystać sytuację. Musiała przyznać, że była nieco rozczarowana i zawiedziona faktem, że tego nie zrobił. Dotknęła warg, na których odcisnął swój pocałunek i uśmiechnęła się na to wspomnienie. Cieszyła się na kolejny dzień spędzony w jego towarzystwie. Chciała skorzystać z pięknej pogody i urządzić piknik w ogrodzie. Nic nie mogło popsuć jej tego dnia.
O pierwszej zdecydowała się zaprosić Maćka do siebie. Przygotowała się do wyjścia, skrapiając szyję perfumami. Zamknęła drzwi i lekkim krokiem ruszyła przed siebie. Przed bramą zauważyła fiata pandę, ale niewiele myśląc stanęła na progu i zapukała. Drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich wysoka, ładna brunetka. Zlustrowały się wzorkiem. W jej oczach Agata dostrzegła zaskoczenie, które po chwili ustąpiło zniecierpliwieniu. - Tak? – Popatrzyła na nią z góry. Poczuła się jeszcze mniejsza. - Jest Maciek? – Spytała cichutko. Kobieta rzuciła szybkie spojrzenie w głąb domu. - Teraz jest zajęty swoim synem. Jeśli masz do niego jakąś sprawę, to przyjdź później. Zamknęła jej drzwi przed nosem. Agata stała jak ogłuszona i zastanawiała się, o czym jeszcze nie wiedziała. Urok dnia minął bezpowrotnie. Odwróciła się z zamiarem odejścia, kiedy na progu stanął Maciek. Był wzburzony. - Agata, poczekaj – złapał ją za rękę. Wyrwała się. Zupełnie nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Przecież miał prawo mieć syna. Niewiele o nim wiedziała i ta informacja mogła być dla niej tajemnicą, więc dlaczego poczuła się oszukana. - To twoja żona? – Spytała. - Tak, ale jesteśmy w separacji – tłumaczył szybko. – Przywiozła do mnie Tomka, mojego syna, żebym spędził z nim parę dni. Miałem ci powiedzieć, ale wszystko ułożyło się nie tak. Nawet nie próbowała ukryć urazy. - Miałeś tyle czasu, żeby mi powiedzieć. O tym, że masz żonę i dziecko. Ruszyła w stronę bramy. Musiała sobie wszystko przemyśleć. - Agata, ja naprawdę chciałem ci powiedzieć. Nie odwracając się machnęła ręką. - Daj spokój. Wiedziała, że stoi jak oniemiały i wpatruje się w jej postać oddalającą się na ścieżce. Czuła się podle i świat mógłby się dla niej skończyć w tej właśnie chwili. Rzuciła się na łóżko i schowała twarz w poduszkę. Po godzinie umyła twarz i próbowała nawet uśmiechnąć się do lustra, ale wypadło to jakoś blado. Rozczarowanie ustąpiło miejsca otępieniu.
Usłyszała pukanie do drzwi. Niechętnie otworzyła. Na progu stał Maciek trzymając za rękę może czteroletniego chłopca. - To jest Tomek – powiedział. Zaprosiła ich do środka. Chłopiec patrzył na nią niepewnie, więc uśmiechnęła się do niego, próbując go trochę ośmielić. - Jestem Agata – wyciągnęła do niego rękę. Nie miała pojęcia, jak zachowywać się w stosunku do Tomka. Tomek popatrzył na ojca błagalnie. - Możemy już iść? – Spytał. - Jeszcze chwilkę. Maciek spojrzał na nią, najwidoczniej czekając na reakcję. - Nie wiem, co o tym sądzić – wzruszyła ramionami. Starała się być szczera, ale najchętniej wyrzuciłaby go razem z dzieckiem i więcej nie oglądała. - Matylda wyjechała i zostawiła Tomka. Mamy razem spędzić czas do końca tygodnia. Chciałbym, żebyś się do nas przyłączyła. - To bardzo śmiała propozycja – orzekła. – Co ja w ogóle o tobie wiem? Patrzyła, jak Tomek wyjął mały samochód i zaczął nim jeździć po stole. Dziecko przestało zwracać na nich uwagę i zajęło się sobą. Maciek chwycił ją pod ramię. - Chodź na dwór – zaproponował. – Tomek, zostań na chwilę, ja zaraz wracam. Chłopiec dalej uparcie wpatrywał się w auto, które co chwila zrzucał ze stołu. Wychodząc zamknęła za sobą drzwi. - To trochę zmienia nasze układy – powiedziała bez ogródek. Usiedli przy ławce. - Jestem ci winien wyjaśnienie – zaczął. - Nie da się tego ukryć – odrzekła sarkastycznie. Gdzie podziało się to uczucie szczęścia, które ogarnęło ją wczorajszej nocy? Wianki na wodzie wydawały się jej snem. Maciek zapatrzył się w zachodzące słońce. Wiedziała, że jest mu ciężko, ale nie miała ochoty ułatwiać mu zadania. - Przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej, ale nie spodziewałem się, że Matylda przywiezie tu Tomka. Westchnęła. - A kiedy chciałeś to zrobić? Po tym, jak zakocham się w tobie na zabój? - Jeszcze tego nie zrobiłaś? - Jesteś bezczelny! – Żachnęła się. Spojrzał jej prosto w oczy. - Po raz pierwszy spotkałaś mnie sierpniowego popołudnia tu, u ciebie na działce. Bardzo chciałem cię pocałować, ale kiedy byłem już tak blisko, ty zaczęłaś strasznie krzyczeć, a ja uciekłem. Zamrugała. Przed oczami stanął jej obraz pewnego dnia spędzonego na działce. Rodzice jak zwykle byli u Milanowskich, a ona opalała się przed domkiem. Nagle przez bramę wpadł jak burza pulchny chłopiec i usiadł obok. Jego włosy skręcone były w czarne kędziorki. - Nudzisz się? – Spytał. – Jeśli tak, to moglibyśmy popływać. Uniosła okulary słoneczne i próbowała się mu przyjrzeć. - Nie mam ochoty – powiedziała ospale.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MartaG
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…