Cześć mamo
Opowieść o ludziach, którzy poszukują szczęścia, a także o codzienności każdego z nas
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nie czuli tego, co powinni czuć. Święta były dla nich jedynie wolnymi dniami od pracy. Jedyną różnicą była możliwość pobycia w domu z bliskimi osobami. Tyle, że dla obu ci bliscy oznaczali co innego. Kończył się kolejny dzień w pracy. Dochodziła dwudziesta, a ich ogarniało coraz większe zmęczenie i znużenie. Paweł upił kolejny łyk zielonej herbaty, trzy razy głęboko westchnął, po czym delikatnie podnosząc się ze swojego fotela, zawołał „Następny proszę”. Kobieta w kapeluszu, z wielką frustracją na twarzy, zdecydowanym krokiem podeszła do okienka.
-Dobry…- nie zdążył dokończyć, kiedy zdenerwowana kobieta zaczęła swój morderczy monolog. -Ten sprzęt jest do kitu, ludzie, którzy go sprzedają to idioci, żądam natychmiastowej naprawy- tylko te charakterystyczne, pojawiające się ciągle niczym senne koszmary, słowa klucze zapamiętał Paweł. Przez cały, trwający blisko dwie minuty monolog, zwróciły na nim uwagę tylko zęby usmarowane ohydną, czerwoną szminką, a także fatalnie wykonany cień pod powiekami. Miał wrażenie, że gdyby na chwilę się ulotnił i dopiero chwilę później wrócił, kobieta dalej prowadziłaby swój monolog. Kątem oka, niepostrzeżenie spojrzał na swój zegarek, wskazujący dwie po dwudziestej, po czym wydał minimalny grymas na twarzy. -Czy pan mnie w ogóle słucha?- upomniał go wkurzony potwór pod postacią kobiety. -Oczywiście- odpowiedział momentalnie, przybierając niezwykle poważną minę- Proszę się uspokoić, to po pierwsze… -Uspokoić?! Ja jestem całkowicie spokojna- kobieta aż wrzała ze złości, jej twarz układała się w rozgotowany do czerwoności czajnik, który za chwilę miał eksplodować. -Oczywiście. Nie wątpię… -Drogi panie. Nie przyszłam tu, żeby tracić czas. Pragnę panu przypomnieć, bo może pan nie wie, że jutro jest Wigilia i nie mam zamiaru sterczeć tu i czekać na jakieś działanie do jutra… -Obawiam się, że nie będzie to takie proste, jak się pani wydaje- powiedział z całkowitym spokojem Paweł. -Żądam rozmowy z kierownikiem- wydała rozkaz kobieta, po czym Paweł bez słowa podniósł się z krzesła i skierował do drzwi.
-Nareszcie koniec- zwrócił się do niego, wychodzący właśnie przez sąsiednie drzwi, Andrzej- Trzy dni wolnego, marzyłem o tym od dawna- na jego twarzy pojawił się minimalny uśmiech, zamaskowany przez mega zmęczenie, które ogarnęło go po dziesięciogodzinnej pracy, polegającej na wysłuchiwaniu pretensji klientów. -Poczekasz na mnie?- zapytał niepewnie Paweł- Chyba, że się spieszysz. Moja potwora żąda rozmowy z kierownikiem, więc muszę iść do pokoju płaczu. -Współczuję, stary- powiedział ze smutkiem, poklepując kolegę po ramieniu- Poczekam na zewnątrz, w tym czasie zadzwonię do Majki.
Paweł udał się dalej prostym korytarzem, aż do pokoju kierownika, tymczasem Andrzej obrał kierunek szatnia. Majka była jego dziewczyną od siedmiu lat, a od czterech mieszkali ze sobą. Nie byli jednak szczęśliwą parą. Czasem zastanawiał się, jakim cudem ufa komuś, kto krwawi przez kilka dni w miesiącu i wciąż żyje. Wiedział, że ją kocha, ale czy przez te siedem lat miłość była równie silna i wielka jak na początku? A może to już tylko przyzwyczajenie, albo lęk przed samotnością? Andrzej zabrał swoje wszystkie rzeczy, zamknął szafkę, po czym udał się do drzwi wyjściowych. Nareszcie wolność. Czasem opuszczając to miejsce, czuł się jakby opuszczał bramę więzienia. Nienawidził tej pracy, ale prawda była taka, że tak naprawdę, nic innego nie potrafił robić. Z poprzedniej pracy wyleciał, bo wdał się w kłótnię z szefem. Ich spojrzenie na rzeczywistość po prostu zbyt bardzo się różniło i nie mogli dojść do porozumienia. A ponieważ to szef miał przewagę, pozostało mu jedynie zażegnać konflikt poprzez odejście z pracy. Teraz męczył się w biurze reklamacyjnym od siedmiu miesięcy. Czasem zerkał na ogłoszenia, ale ostatnio coraz rzadziej. Pogodził się już z faktem, że bez skończonych studiów i bez znajomości języka jego obecna praca to i tak spory sukces. Jedyne, co przemawiało na jego korzyść to fakt, iż barierę trzydziestu lat przekroczy dopiero za kilka miesięcy. Czasem robił mały raport swoich zysków i strat, ale najczęściej szybko przestawał, bojąc się czy znajdzie jakiekolwiek plusy.
-Cześć Majka- przywitał się, gdy ta odebrała telefon. -Wracasz już? Chcę z tobą pogadać- powiedziała sprawiając wrażenie, jakby sprawa jaką do niego najwidoczniej miała była sprawą życia i śmierci. -Niedługo będę. Czekam jeszcze na Pawła- odpowiedział ze stoickim spokojem. -Andrzej! To ważne. Chcę się wyspać, jutro czeka nas ciężki dzień- sprawiała wrażenie wyraźnie niezadowolonej. -Uspokój się, będę najpóźniej za godzinę. Chcę z nim chwilę pogadać, złożyć życzenia- czasem czuł się jakby musiał spowiadać się ze wszystkich swoich czynów i jakby nie miał swojego własnego życia. Taki moment właśnie nadszedł. -Nie lubię tego twojego głupiego kolegi, dobrze o tym wiesz- miał wrażenie, że słyszał już to po raz setny- Złóż mu szybko życzenia i wracaj. -Majka. To jest mój przyjaciel. I on nie jest głupi, rozmawialiśmy już o tym. Nie zachowuj się jak dziecko. -Ja też ci już mówiłem, że się tobie dziwię. On jest od ciebie młodszy o osiem lat! Andrzej! -No i co z tego? Mam to gdzieś. To inteligentny, fajny gość. -Jeszcze może mi powiesz, że pójdziecie razem na piwo? -Majka! Uspokój się. Obiecałem ci, że nie tknę alkoholu, tak? Czy moje słowa nic dla ciebie nie znaczą? -To za ile będziesz? -Już mówiłem, za godzinę. Poczekasz na mnie? -Jeśli nie zasnę, to poczekam, ale nie zdziw się, jeśli już będę spała. -Majka, chciałaś pogadać. Chcę spędzić ten wieczór z tobą, rozumiesz? Poczytaj książkę, nie wiem, obejrzyj coś w telewizji. Nim się nie obejrzysz, to już będę z powrotem. Ok.?- kątem oka zobaczył, iż Paweł opuścił budynek i kierował się w jego stronę. -Masz godzinę- po tych słowach rozłączyła się, po raz kolejny tego wzbudzając w nim złość.
-Jebana krowa!- krzyknął z ogromnym grymasem na twarzy- Jak ja nienawidzę takich suk!- złość jaka przez Pawła przemawiała była ogromna. -Daj spokój, to tylko kobieta- z ironią w głosie odezwał się Andrzej. -W sumie. Idziemy na piwo?- zaproponował ochoczo, zmieniając nastawienie młodszy z kolegów. -Obiecałem Majce, że nie będę pił. -Ja pierdolę. To już nawet tego ci zabrania? -Nie obraź się, ale nie chcę o niej gadać, ok.? Możemy przejść się do pubu, ale tylko żeby trochę posiedzieć i pogadać. Oczywiście ty możesz się napić. -Spoko.
Paweł wiedział, że jeśli nie wypije, to nie przejdzie mu złość. Zresztą ostatnie jego dni wyglądają od pewnego czasu dokładnie tak samo. Od rana do wieczora praca, a następnie piwo w domu lub w pubie. Dzień za dniem taka sama śpiewka. Wszystko zaczęło się od tego, jak cztery miesiące temu zostawiła go dziewczyna. „Możemy zostać przyjaciółmi”- oznajmiła to, choć przecież mówi się tak zawsze, ale i tak wiadomo, że nigdy owa przyjaźń nie funkcjonuje w późniejszym życiu. Zależało mu na niej i to bardzo. Starał się, zabierał ją w ciekawe miejsca, mówił czułe rzeczy, komplementy, ale to było dla niej najwidoczniej za mało. Wybrała innego chłopaka, który ponoć jest zupełnie inny od niego. Nigdy nie dowie się, co tak naprawdę to oznaczało. Przez pierwszych kilka tygodni był kompletnie załamany, jakby Ania była dla niego wszystkim. Dopiero po jakimś czasie pogodził się z myślą, że życie wciąż trwa, a świat ma przed nim jeszcze wiele tajemnic. Nie wydostał się jednak całkowicie z dołka psychicznego i wciąż o niej myślał. Nie potrafił o niej zapomnieć. Rady Andrzeja, który był jego najlepszym kumplem, pomimo ogromnej różnicy wieku, nie w pełni go satysfakcjonowały. Znajdź sobie nową dupę, całe życie przed tobą- to co mu mówił, były dla niego tylko pustymi słowami bez odzwierciedlenia w realnym życiu.
-Mam kompletnie dość tej pracy- stwierdził Paweł, gdy wysiedli na Wilanowskiej. To właśnie tam znajdował się ich ulubiony pub, do którego szli. -To znajdź sobie lepszą. Jesteś młody- stwierdził z powagą Andrzej, jakby ta cecha miała decydować o wszystkim. -I co z tego? Rzuciłem studia. Tak naprawdę nie wiem, co chcę robić. -Chcesz kopać doły na budowie?- rzucił prowokująco starszy z kolegów. -Pewnie, że nie. -No to coś już wiesz. Nie chcesz wykonywać żadnej pracy fizycznej.
Chwilę później obaj siedzieli już w pubie naprzeciwko siebie. Nie musieli jednak zaglądać do karty menu, żeby zdecydować się, co wziąć, bo doskonale znali lokal i jego specjały.
-Jedno piwo poproszę- zaczął Paweł, gdy tuż obok nich pojawiła się kelnerka. -Coś do jedzenia?- zapytała ochoczo. -Nie, to nie jest dobry pomysł. -A ja poproszę trochę coli. -Light, zwykłej, czy dietetycznej? Z lodem czy bez? -Może jeszcze podacie mi na złotej tacy?- zdenerwował się Andrzej- Wszystko jedno, nie mam zbyt dużo czasu. -To wszystko? -Tak, chyba, że macie inne urocze kelnerki, to też poproszę- zażartował, ale ten dowcip nie wzbudził entuzjazmu u kobiety. -Czyli co, za chwilę idziesz?- zapytał Paweł- Nawet ze mną nie posiedzisz? -Przecież siedzę. Kurde, o co ci chodzi? Nie zachowuj się jak Majka… -Jak ona cię tresuje. Nie możesz pić piwa, zaraz musisz wracać do domu. Przecież i tak spędzisz z nią cały jutrzejszy dzień- mówił z wyraźnym niezadowoleniem Paweł. -Tak, z nią i jej rodziną- na samą myśl o tym, Andrzejowi przeszły ciarki- Jestem z tego powodu zajebiście szczęśliwy- ironia nie opuszczała go. -W końcu to Wigilia. Najpiękniejszy dzień w roku. To normalne, że spędzisz ten czas z bliskimi. -Cwaniaczek, bo ty zostajesz w domu przed komputerem i z butelką whisky w dłoni. Niestety, ja mimo, że nie czuję świątecznej atmosfery od wielu lat, muszę spędzić ten czas z jej rodzicami, ciociami, wujkami, babciami, dziadkami, pieseczkami, kotkami. -Tradycyjna Wigilia. Tak powinno być. -Mnie jakoś to nie cieszy. Moglibyśmy zostać we dwójkę w domu, ale niestety- rodzinna tradycja… -Zawsze możesz zostać w domu. -I słuchać potem pretensji co najmniej do kolejnej Wigilii? Daj spokój. -Musisz w końcu podjąć samodzielną decyzję. -I podjąłem, że pojadę razem z nią. Wiem, jakie to dla niej ważne. -Ja na szczęście nie muszę nikogo słuchać, bo będę świętował sam i tylko sam, we własnym mieszkaniu. -Zazdroszczę ci, wiesz? Ale wiesz, co jest najgorsze?
Rozmowę przerwało im nadejście kelnerki, która przyniosła zamawiane napoje.
-No co jest najgorsze?- zapytał Paweł, gdy brunetka oddaliła się. -Bachory- powiedział z największym dzisiejszego dnia grymasem- Będzie ich tam co najmniej z pięć. -Dasz radę. One nie są takie złe. -No nie są, to prawda. Są jeszcze gorsze. Śmierdzą, kosztują, płaczą, marudzą, ciągle czegoś chcą i trzeba im poświęcać mega dużo czasu. To nie dla mnie. -Nigdy nie myśleliście z Majką o dzieciach?- zadał dość ważne i poważne pytanie, upijając łyk Stronga. -Owszem myśleliśmy… jak ich nie mieć. -Jesteście ze sobą już tak długo. Może to umocniłoby wasz związek? -Paweł proszę cię! Proszę!- wyraźnie posmutniał Andrzej- Musimy o tym gadać? Ty chyba też nie miałbyś ochoty rozmawiać o Ani. -Niech ci będzie, nie pomyślałem. Chciałem po prostu… -Wiem, co chciałeś, ale z całym szacunkiem, Młody, pomińmy ten temat. Tyle razy przerabiałem go już z Majką, że nie chcę po raz kolejny gadać o tym, tyle że z tobą.
Po jakimś czasie, Paweł i Andrzej opuścili pub i udali się do zlokalizowanej obok autobusowej pętli.
-Dobra, Młody. Wsiadam już do autobusu. Pogadamy po świętach. Majka chce coś ode mnie, a ja nie marzę o tym, żeby znowu była na mnie zła. -Dobra, leć. I tak będzie na ciebie zła, że tyle ze mną siedziałeś. Narazka.
Obaj uścisnęli dłonie na pożegnanie, po czym udali się do swoich autobusów.
Paweł odjechał jako pierwszy. Jak zwykle, jego uwagę przykuwały rozradowane pary, których jak na złość było w autobusie dosłownie mnóstwo. Wyraźnie posmutniał, jego serce znów ukłuło. Przed oczami ukazały mu się momentalnie wszystkie piękne chwile, jakie przeżył z Anią. I jeszcze gdyby miał się czym cieszyć. Ale w jego życiu nie było nic, z czego mógłby się cieszyć. Znienawidzona praca, brak przyjaciół, zero kontaktu z rodziną. Do szkoły też już nie chodził, od kiedy dwa lata temu rzucił studia. Nie zdał matury na tyle wystarczająco, żeby dostać się do szkoły państwowej, natomiast nie stać było go na uczelnię prywatną. Jeszcze gdyby było to chociaż trochę tańsze. Ale to nie był jego jedyny problem. Tak naprawdę nie wiedział, co chciałby studiować, a przede wszystkim do czego tak naprawdę byłoby mu to potrzebne. To nie był jednak koniec tego wykańczającego dnia i do tego łudząco podobnego do wcześniejszych. Obok niego usiadł przerażająco gruby i cuchnący facet, naprzeciwko młoda dziewczyna żująca gumę w sposób wyraźnie denerwujący. Do tego słuchała heavy metalu niemal na całą możliwą głośność. Cała twarz okolczykowana, brudne, dziurawe spodnie, a na szyi obroża jak dla psa. Tuż obok niej znacznie młodsza dziewczyna, najpewniej gimnazjalistka, która również słuchała muzyki, tyle że żałosnej Dody śpiewającej, że nie jest tak źle. Niby to tylko szczegóły, ale wszystkie tak bardzo go one przerażały, że czuł się jakby jego głowa miała się za chwilę przegrzać. Czasem miał ogromną ochotę odstawić ją na bok, chociaż na kilka minut i nie myśleć o niczym. Szkoda tylko, że było to niemożliwe. Tuż przed jego przystankiem weszli jeszcze jacyś Rumuni, którzy zaczęli grać na instrumencie, a następnie błagać- Daj pieniążek, daj pieniążek. W końcu wysiadł na swoim przystanku i udał się do swojego mieszkania. Po ogarnięciu i włączeniu komputera, udał się do lodówki. Wyjął dobrze schłodzone piwo i przelał do swojego ulubionego kufla. Tę czynność traktował niemal jak jakiś obrządek. Nagle zadzwonił jego telefon komórkowy. Napis brzmiał Marzena.
-Cześć brat- powiedziała siedemnastoletnia posiadaczka słodkiego, miłego głosu. -No cześć- odezwał się z lekkim zdziwieniem. -Co tam u ciebie słychać, braciszku? Jak w pracy? -Wszystko ok., ale nie przyjadę do was na Wigilię, jeśli o to pytasz. -Wiem o tym od dawna, ale żałuj- skwitowała Marzena z dziecięca naiwnością, pomimo niemalże dorosłego wieku- Dzwonię w innej sprawie. Chcę żebyś mi pomógł. -O Boże! W czym? -Tak myślałam, że będzie to dla ciebie problem, cześć- uraziła się jego słowami, po czym raptownie chciała odłożyć słuchawkę. -Poczekaj!- krzyknął Paweł- No przepraszam, miałem po prostu ciężki dzień. O co chodzi? -Chcę żebyś mi pomógł coś zawieźć i tyle. -Nie może ci ojciec pomóc? Ja nie mam samochodu, a dobrze wiesz, że do jego auta nie wsiądę. -Ojciec będzie zajęty przez cały dzień. W końcu to Wigilia, zapomniałeś.
Chciał odpowiedzieć, że dla niego to dzień taki sam jak każdy inny i w sumie jest to równoznaczne z tym, że mógłby o tym zapomnieć, ale uświadomił sobie, że może właśnie dlatego do niego dzwoni jego siostra.
-Zależy mi na tym- poprosiła Marzena- Nie mam kogo innego poprosić. -No dobrze, ale bez żadnych numerów. -Ok., Paweł. Chodzi o jedynie o zawiezienie pewnych paczek. -Paczek? -Tak, obiecałam komuś, że zawiozę, a sama nie dam rady, bo jest tego za dużo. Możemy wziąć samochód pana Romka- wspomniała o sąsiedzie, którego oboje doskonale znali- Już go o to pytałam i nie ma nic przeciwko. Sam by mi pomógł, ale ma nogę w gipsie. -Ok., o której mam być? -Na 13-stą. Będę dozgonnie wdzięczna. -Dobrze, do zobaczenia, a teraz wybacz, ale jestem zajęty.
Rozłączył się, po czym z powrotem zasiadł przed komputerem. Zrezygnował jednak tuż po chwili z czytania wiadomości i przeglądania ulubionych portali, kiedy niemal na każdym kroku natykał się na wzmiankę o Bożym Narodzeniu, czy też na życzenia wesołych świąt. Zasiadł w fotelu i zaczął popijać piwo. W telewizji też nie było nic ciekawego. Planował jeszcze jutro rano odwiedzić wypożyczalnię, by mieć co oglądać w ten „magiczny” wieczór. Nie miał zamiaru się nudzić, a wychodzić nigdzie tym bardziej. Pomoże siostrze z tymi paczkami, a potem wróci do swojego królestwa.
Andrzej przekroczył próg domu tuż przed dwudziestą drugą. Zawiesił kożuch na wieszaku, zdjął buty, po czym skierował się do salonu. Oboje z Majką mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu, składającym się z pokoju, sypialni, oraz łazienki i kuchni, które w pełni im wystarczało.
-Nareszcie jesteś. Czego chciał?- zapytała wyraźnie zdenerwowana Majka, siedząc na kanapie- Już po dziesiątej, chcę kłaść się spać. -Jeśli jesteś zmęczona, to idź. Pogadamy jutro, będzie dużo czasu- wykazał troskę, ale jednocześnie zupełny brak chęci do rozmowy. -To jest dość ważne… -O co chodzi?- zapytał, żeby mieć to już z głowy. -Może chociaż usiądziesz? Będziemy rozmawiać w ten sposób? -Dobrze- powiedział, siadając obok niej na kanapie z głębokim westchnięciem. -Nie jesteś głodny?- zapytała. -Majka, chciałaś rozmawiać. Zjem później. -Może już coś jadłeś w tym pubie. -Jezu, nic nie jadłem! Powiesz wreszcie o co chodzi, czy nie? -Obiecaj, że nie będziesz zły. -Jeszcze nie wiem o co chodzi. -No bo wiesz… dziś robiłam test ciążowy i…
Serce Andrzeja zaczęło bić trzy racy szybciej i mocniej. Wytrzeszczył oczy, jakby za chwilę miały mu wypaść gałki oczne.
-Chyba nie chcesz powiedzieć, że je-je- zająknął się z nerwów. Zdarzało mu się to czasem. -Tak, kochanie, jestem w ciąży- powiedziała stonowanie, ale w głębi duszy cieszyła się niesamowicie mocno. Wiedziała jednak, że on nie będzie z tego zadowolony. -Kurczę. Jakby było mało problemów. Dobrze wiesz, że mamy mało oszczędności. Chcieliśmy kupić nową pralkę- jego reakcja była dla Majki szokiem. -O czym ty mówisz, Andrzejku?- zaśmiała się, ale szybko pohamowała śmiech, zaczynając rozumieć co chodziło mu po głowie- Chyba nie chcesz, żebym usunęła tę ciążę? -Majka, nie stać nas na dziecko, dobrze o tym wiesz. Znasz moje podejście. -Andrzej, ja chcę urodzić to dziecko. To zwieńczenie moich marzeń. -Ty chyba żartujesz- nie mógł w to uwierzyć. Momentalnie podniósł się z łóżka, założył ręce za głowę i zrobił niezwykle zdziwioną minę. -To jest szansa dla nas. Sam dobrze wiesz, jak jest między nami od jakiegoś czasu. -Majka, tyle razy o tym rozmawialiśmy. Myślałem, że liczysz się z moim zdaniem i wiesz o tym, że nie jestem jeszcze gotowy na dziecko. -Nie możemy spróbować?- jej pytanie zabrzmiało jak prośba dziecka o lizaka. -Spróbować? Ale ja wiem, że nam się nie uda. -Dlaczego z góry to zakładasz? -Majka, tyle razy już to przerabialiśmy. Myślałem, że zgodziłaś się ze mną. -Nie możesz mnie zrozumieć? Zawsze chciałam mieć dziecko. Tylko tego nie osiągnęłam jeszcze w swoim życiu. Nigdy nie byłam matką i chciałabym to zmienić. -Porozmawiajmy na spokojnie- próbował wziąć się w garść Andrzej- Zrozum, że dziecko to nie tylko sprawa typu urodzić i już. To milion innych spraw. Trzeba je wychować, dbać o nie na każdym kroku, opiekować się nim, płacić, starać się. -Co stoi na przeszkodzie? Nie możesz się nad tym zastanowić? -Ale tu nie ma nad czym. Odpowiedź jest prosta. Nie nadajemy się na bycie rodzicami. -Jak możesz tak mówisz?!- podniosła głos Majka, wyraźnie zdenerwowana słowami swojego chłopaka- Jak możesz twierdzić, że nie nadaję się na matkę? -Będziesz potrafiła je utrzymać? Mamy zbyt małe pensje, żeby wydawać jeszcze na trzecią osobę. -Ale dziecko to nie tylko wydatki. -No nie tylko, to fakt, ale głównie. -No chyba trochę przesadzasz, Andrzej. Traktujesz dziecko, jak jakąś zabawkę, którą można sobie kupić, albo i nie, jeśli nas na to nie stać. -Tak sądzisz? -To żywe stworzenie. Jeśli będziemy je kochać, a na pewno tak będzie, to wszystko będzie ok. -A co jeśli któreś z nas straci pracę? Albo jak nie będziemy mieli gdzie mieszkać? -Dlaczego widzisz wszystko od razu w czarnych kolorach? Życie to nie tylko upadki i męka. -No tak, jeszcze płacenie podatków i patrzenie na ból innych. -Boże, dopiero teraz widzę, jakim ty jesteś cynikiem, Andrzej! -Nie cynikiem, a realistą. Wiem, na co mnie stać. Wiem także, że nie stać mnie na zostanie rodzicem. -A wiesz co ja uważam? Że jest w tobie tyle jadu i nienawiści do ludzi, że nie jesteś w stanie nikogo pokochać! Ze mną też jesteś tylko dlatego, bo tak ci łatwiej. Ty tchórzu! -Uspokój się! Nie rozumiesz, że aby zdecydować się na dziecko, trzeba być gotowym na zapewnienie mu solidnej przyszłości. Na tym właśnie polega bycie rodzicem! -A ja myślę, że na tym żeby je kochać, wychować… -To równie dobrze może robić ciocia, wujek, przyjaciel rodziny, na dobrą sprawę ktokolwiek! Natomiast bycie rodzicem polega na niesamowitej odpowiedzialności! A ja nie jestem na nią gotów i chyba nigdy nie będę! Jeśli za siedem, czy osiem lat nasze dziecko pójdzie do szkoły i trzeba będzie mu kupić podręczniki, przybory, buty na zmianę, a ja będę tak mało zarabiał, że nie będę w stanie mu tego zapewnić, to jak mu to wytłumaczysz? No jak?! -Andrzej, dlaczego myślisz co będzie, za ileś tam lat? A jeśli wtedy będziemy milionerami, bo wygramy w totka! -Zejdź na ziemię. Wygrana w totolotka to fikcja. Liczy się tylko praca, praca i jeszcze raz praca. -Jakim ty jesteś materialistą! Koniec dyskusji. Idę spać. -Tak chyba będzie lepiej. Będę spał tutaj, na kanapie… -A proszę cię bardzo! Żegnam!
Majka opuściła pokój trzaśnięciem drzwiami. Andrzej usiadł na kanapie. Ze złości uderzył pięścią w poszycie fotela i przeklął pod nosem. Jakby problemów było mało. Pieprzone święta. Cały czas mówią o miłości, jakimś magicznym czasie to i Majce się udzieliło. Zachciało się jej mieć bachora. Ile ludzi żyje w nędzy! Ile umiera na śmietnikach i nikt o tym nie wie. Gdyby ludzie pomyśleli, zanim zaczną myśleć o rodzicielstwie nie byłoby takich problemów. Niedługo potem postanowił zakończyć w końcu ten dzień. Zjadł cokolwiek, umył się na prędce, po czym przebrał się i położył się. Nie lubił spać na kanapie, zwłaszcza pod nieprzyjemnym i zimnym kocem, ale nie miał wyjścia. Marzył jedynie o tym, żeby kolejny dzień był chociaż ciut lepszy od poprzedniego. W końcu to Wigilia. Najpiękniejszy dzień w roku. Nie wiedział, kto wymyślił takie brednie. Chwyt reklamowy za dychę…
Paweł otworzył oczy. Zegar wskazywał ósmą rano, czuł się niewyspany. W buzi miał niesmak, jego głowa ważyła jakby tonę, jeszcze do tego jakiś idiota dzwonił do drzwi.
-Zaraz! Pali się?!- zawołał zdenerwowany. Kolejny dzień zaczął się wyjątkowo źle.
Otworzył drzwi i ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu zobaczył Andrzeja.
-Cześć. Mogę wejść?- zapytał wyraźnie niepewnie i zapobiegawczo. -Taa- odpowiedział, po czym zostawiając go w progu udał się do kuchni. Marzył o szklance wody- Chcesz się czegoś napić? -Nie, dziękuję. Sorry za kłopot, ale nie mogłem siedzieć w domu. -Spoko, coś się stało?- zapytał trochę żwawiej niż przed chwilą, wypijając duszkiem wodę. -Tak jakby. -Rozgość się. Chcesz coś? Nie wiem- kanapka, pizza, a może małe piwo?- zaczął wymieniać, drapiąc się po brzuchu. -Coś bym w sumie zjadł. -Zrób sobie. Wiesz gdzie, co jest- stwierdził, po czym udał się do pokoju- Poczekaj, założę jakieś spodnie i przyjdę, to mi powiesz co się stało. -Spoko, też coś chcesz? -W lodówce jest kiełbasa. Jeśli możesz to mi wyjmij- krzyknął już z pokoju- I przelej piwo do kufla. Jest w zamrażalce. Dzięki. -Spoko- odpowiedział, po czym zabrał się do przyrządzenia sobie kanapki z serem. -To co się takiego stało, że musiało mi to zostać opowiedziane w środku nocy?- zapytał Paweł, pojawiając się z powrotem tyle, że w szarych dresach z myszką Miki na udzie. -Nice spodenki. Męskich nie było?- zażartował, gryząc pierwszy kęs kanapki. -Lol. Chodź do salonu- zaproponował, chwytając pęto kiełbasy i kufel z piwem- Usiądź może na fotelu. Sorki za bajzel. -Nie ma sprawy. Jesteś u siebie- stwierdził, po czym przełożył część garderoby Pawła na krzesło i zasiadł w fotelu- Pokłóciłem się z Majką. -A z tych ciekawszych spraw?- zapytał ironicznie, przeciągając się. -Paweł, oznajmiła mi, że zaszła w ciążę.
Ta informacja wywołała u niego konstyngancję. Nie wiedział, co ma powiedzieć.
-I chce urodzić to dziecko- dodał najważniejszą informację. -No to masz przejebane- podsumował prostacko Paweł -Nie wiem, co mam robić. Nie mogłem spać w nocy. Wyszedłem o szóstej i poszedłem na spacer. Pomyślałem, że wstąpię do ciebie, bo byłem niedaleko. -To miłe. Nie myślałeś, żeby z nią o tym pogadać? -Próbowałem wczoraj wieczorem, ale wpadła w furię. -To nieciekawie. Musisz ją trochę zrozumieć, stary, poczuła najwidoczniej instynkt macierzyński, chce mieć dziecko. Chyba już niedługo skończy trzydzieści lat. Niektóre kobiety w jej wieku mają już więcej niż jedno dziecko. -Ma dwadzieścia siedem, ale nieważne. Wszystko fajnie, tyle że ja nie mam zamiaru mieć dziecka. -Tak wiem, dzieci są złe, śmierdzące, kosztują i tak dalej. Ale teraz jest już chyba za późno? -Zawsze może usunąć ciążę, ale ona nie chce tego zrobić. Pomijając już to, że to kosztuje więcej niż nasza jedna pensja. -Pomińmy już nawet ile kosztuje, ale przecież siłą jej do tego nie zmusisz. -Muszę ją jakoś przekonać, ale za nic nie wiem jak. -Szczególnie, że dziś jest Wigilia. Jedyny magiczny dzień w roku- przypomniał sobie Paweł, biorąc kolejnego łyka swojego ulubionego Stronga. -Chyba ta atmosfera z telewizji jej się udzieliła i zapragnęła mieć potomka. -Taka sytuacja nigdy wam się nie zdarzyła?- zaciekawił się młodszy z kolegów. -Na szczęście nie, ale byłem pewien, że jak wpadniemy to będziemy wiedzieli co z tym zrobić. -Ale jak to się mogło stać?- zastanawiał się Paweł, drapiąc się przy tym po głowie. -Może tabletki nie zadziałały? Nie wiem, mam to gdzieś. -Zastanawia mnie po co ona w ogóle brała te tabletki, jeśli chciała zostać mamą? -Może ich w ogóle nie brała, a tylko mi tak mówiła- przyszło do głowy Andrzejowi- Sam już nie wiem. Za to doskonale wiem, że nie jestem gotowy na bycie rodzicem. Nie uważasz? -Myślę, że masz rację. -Gdybym mógł wybrać, to nie chciałbym się urodzić. Jakbym wiedział, że ojciec zostawi moją matkę, kiedy była jeszcze w ciąży, a ona sama skończy w zakładzie psychiatrycznym… -Nigdy mi o tym nie mówiłeś. -Bo nie lubię o tym gadać. Nie mam rodziców i tyle. Dlatego też nie chcę zostać takowym. A jeśli zwariuję tak jak moja matka, albo będę klepał biedę? -Trochę cię rozumiem, sam też nie chciałbym jeszcze zostać ojcem, tyle że ja akurat mam dopiero dwadzieścia dwa lata. -Jesteś w kwiecie wieku, możesz zapylać co chcesz i gdzie chcesz. -Mogę, ale nie chcę. Nie sprawia mi to radości. -Tak, wiem, wciąż kochasz Anię. -To nie o to chodzi, ale po części też. Po prostu podchodzę do tego trochę odpowiedzialniej, na wszystko przyjdzie pora. Nie chcę skończyć tak jak… -Chcesz powiedzieć tak jak ja? -Nie, chodziło mi o mojego… ojca. -Jeśli nie chcesz o tym gadać… -Spoko, luz. Po prostu nie mam z nim kontaktu. Różnimy się bardzo w pewnej znaczącej kwestii i tyle. -Na temat pracy czy studiów? -Na temat mojej matki. Jest w śpiączce od dwóch lat. -Bardzo mi przykro, nie wiedziałem o tym. -Bo nigdy nie rozmawialiśmy o naszych rodzinach. Zawsze były jakieś ważniejsze sprawy. -Wróć do swojej mamy. Powiedziałeś, że masz odmienne zdanie od swojego ojca. -Owszem. Ona jest jak warzywo. Nie mówi, nie reaguje, nie wydaje żadnych oznak życia. Jedyne, co robi to samodzielnie oddycha i nie musi jej w tym pomagać żadna maszyna, ale to żadne pocieszenie. Nie ma z nią kontaktu i już. -Twój ojciec uważa pewnie, że ona żyje i niedługo wybudzi się ze śpiączki. -Jakbyś zgadł. Twierdzi, że to ta sama kobieta, co kiedyś. Że ona nas słucha, rozumie, a niedługo obudzi się i będzie żyła jak dawniej. -A co na to lekarze? -Nic nie wiedzą. Samodzielnie oddycha, to fakt, ale twierdzą, że może obudzić się jutro, za tydzień, może za dziesięć lat, a nawet nigdy. Przez pierwszych kilka miesięcy tolerowałem taki stan rzeczy, ale w końcu nie wyrobiłem. Mój ojciec puszczał filmy, muzykę, czytał jej książki. Aż w końcu nadszedł dzień jej urodzin, w którym urządził przyjęcie. To właśnie wtedy pokłóciliśmy się i od tamtej pory się nie odzywamy. -Przyjęcie? -Tak, zupełnie jakby normalnie żyła. Kiedy powiedziałem, że mimo tego, że mam wolne w pracy, nie chcę uczestniczyć w tym przyjęciu, powiedział, że jestem okropny. Brak mi wiary w to, że ona wyzdrowieje, obudzi się. Nazwałem go, że jest naiwny, i że gdyby ten jego Bóg istniał, to nie sprawiałby nam tyle bólu. Za każdym razem kiedy byłem w jej pokoju, nie mogłem tego znieść. To był przerażający ból, nie potrafię go opisać. Powiedziałem ojcu, że jestem zdania, żebyśmy oddali ją do domu opieki, ale on wybuchł, nie chciał tego słuchać i stwierdził, że już nie jestem jego synem. Wtedy zabrałem swoje rzeczy, wyszedłem i już nigdy nie wróciłem. Czasem moja siostra próbuje mnie nakłonić do przyjścia do domu, ale od razu ucinam rozmowę. -To bardzo przykre, co mówisz. Nigdy o tym nie wiedziałem, ale trochę cię rozumiem. -Mój ojciec cieszy się z każdej chwili spędzonej z nią, ale równie dobrze mógłby siedzieć obok psa, kota, czy jakiegoś przedmiotu. Ona nie reaguje na nic! Rozumiesz? -Słyszałem o takich przypadkach, ale nigdy nie spotkałem osoby, która spotkała się z tym na żywo. -Nie gadajmy już o tym, to wciąż sprawia mi ból. Posiedzę wieczorem sam, obejrzę filmy, wypiję piwko. Nie ma jak dzień wolnego. Właśnie, miałem jechać do wypożyczalni, a potem pomóc Marzenie z jakimiś paczkami. -No, przepraszam, że siedzę ci na głowie. Masz swoje sprawy, ja zresztą też. -O której macie jechać do rodziny Majki? -Mamy być na szesnastą, ale wcześniej mieliśmy jechać na cmentarz do jej dziadka, jeździmy tam co roku, to dla niej bardzo ważne. -Więc jeśli to takie ważne- zachował całkowitą powagę- to jedź z nią. -Może jesteś młody, ale czasem potrafisz powiedzieć coś inteligentnego. -Dzięki, stary. Ale teraz mam prośbę. -Jaką? -Możesz już spadać? Chcę się jeszcze chwilę przespać, a potem muszę ruszać załatwiać swoje sprawy, ok.? -Spoko, mistrzu. Już uciekam. Do zobaczenia w pracy po świętach. -Tak, tak, dozo. Leć już, bo naprawdę chcę iść spać.
Andrzej opuścił mieszkanie Pawła, po czym udał się na przystanek autobusowy. Rozmowa z kumplem sprawiła mu pewne ukojenie, jak i dała mu trochę do myślenia. Wciąż oczywiście nie zmienił zdania na temat dzieci, ale zrozumiał, że ta sprawa może mieć spore znaczenie dla jego dziewczyny. Postanowił do niej zadzwonić, żeby oznajmić, że mimo kłótni, wciąż chce z nią jechać na cmentarz.
-Majka?- zapytał, gdy usłyszał kobiecy głos. -Ta, gdzie jesteś? -Musiałem się przejść, zastanowić nad wszystkim. Co z tym cmentarzem? -Za chwilę wychodzę z domu, ale jeśli nie chcesz to nie musisz ze mną iść. Możesz posiedzieć w mieszkaniu i obejrzeć coś w telewizji. -Majka, chcę z tobą iść. Wiem, jak to dla ciebie ważne. -Nie musisz, nie chcę żebyś to robił wbrew własnej woli. -Nie zaczynaj znowu- zrobił grymas na twarzy- Chcę z tobą iść na cmentarz, i koniec- powiedział bardziej stonowanym głosem i znacznie wyraźniej. -A Paweł? -Co Paweł? -Może pójdziesz do niego na piwko? -Proszę cię, nie bądź cyniczna chociaż dziś. Za ile mam być na naszym przystanku? -Wyjdę z domu za jakiś kwadrans. -Ok., za kwadrans będę na naszym przystanku. Do zobaczenia.
Paweł wedle umowy zjawił się punkt trzynasta na parkingu przed blokiem, w którym mieszkała jego siostra, a w którym kiedyś mieszkał i on sam. Przypomniał sobie te wszystkie szczęśliwe dni, które już nigdy nie będą miały miejsca. Jak wracał ze szkoły szczęśliwy, jak rozmawiał z kolegami na trzepaku, gdy był jeszcze mały. Od razu przypomniała się mu matka. Chciał uronić łzę, ale szybko sprowadził się do porządku, nabierając całkowitej powagi. Nie miał ochoty na smuty, zwłaszcza w Wigilię. Wyjął swój telefon i zadzwonił do Marzeny.
-No gdzie ty jesteś? Jest trzynasta- zapytał zły, kiedy dziewczyna odebrała telefon. -Już schodzę. Byłoby szybciej jakbyś mi pomógł- powiedziała z pretensją w głosie jego siostra. -Dobrze wiesz, że nie tam pójdę. Znieś wszystko na dół, a ja to jedynie umieszczę w samochodzie. -Niech będzie.
Kilka minut później ujrzał swoją siostrę w charakterystycznym jak na nastolatkę stroju. Skromnie wyglądające, nieco znoszone dżinsy, sportowe adidasy, oczywiście białe, czarna kurtka z dużymi guzikami.
-Co ci jest?- zapytał, gdy zobaczył że łapie się za rękę. -Nic, tylko się skaleczyłam- odpowiedziała, pokazując niewielką ranę na dłoni. -Ok. Nie masz czapki? Jest zimno- zapytał z troską starszy brat. -Ogarnij się. Kto teraz w czapce łazi? Załadowałeś wszystko do cara? -Tak, siostrzyczko. Jak zwykle szałowo wyglądasz- stwierdził z ironią, śmiejąc się pod nosem. Głównie chodziło mu o jej wyróżniającą się fryzurę. Była blondynką, ale miała czarne pasemka, włosy rozpuszczone, przycięte za uszami, ale długie do ramion, no i oczywiście celowo krzywo ścięta grzywka- Teraz małolaty tak wyglądają? -Brother, wrzuć na luz. Każdy ubiera się jak chce, tak?- wygłosiła inteligentną formułkę, jak z książki. -Ok., to gdzie jedziemy? -Nie znam dokładnego adresu, ale będę cię kierować. -Co?! Jak to nie znasz? -No, spoko, brat. Damy radę. Wiem, jak się tam jedzie, bo byłam już tam nie raz i nie dwa. -To co to za miejsce? -Zobaczysz.
Oboje wsiedli do samochodu, a Paweł ruszył. Jechali głównymi ulicami, Marzena cały czas kierowała starszym bratem, będąc całkowicie pewną swoich wyborów.
-A co tam u pana Romka?- próbował zażegnać przerażającą ciszę Paweł. -Wszystko spoko. Za tydzień zdejmują mu gips. A tak to chyba dobrze. A jak w pracy? Cały czas pracujesz w tym głupim biurze z reklamacjami? -Tak, cały czas. -Zmień se pracę, przecież się wykończysz. Nie dość, że to nudne, to jeszcze bardzo kiepsko płatne. -Możemy o tym nie gadać?- zdenerwował się Paweł- To mój wybór, ty będziesz pracować, tam gdzie ci się podoba, jasne? -Już ok., luz. Wyraziłam tylko swoje zdanie, tak? Chyba mam do tego prawo, racja? -Tak, racja. Ale dobrze wiesz, że znalezienie innej pracy nie jest takie łatwe. Zresztą muszę z czegoś żyć. -No niech będzie. -A ty, co? Cały czas żebrzesz? -Wcale nie żebrzę, braciszku. Granie na Chmielnej to nie żadne żebranie, tylko biznes. -Jak zwał tak zwał. To nie jest praca. -Mam z tego satysfakcję i to chcę robić i koniec. -Może to i dobrze. -Co dobrze? Zmieniłeś zdanie? -Że robisz coś co ci się podoba. Jeśli to coś, bez względu na to, czy można to nazwać pracą, czy nie, sprawia ci jakiegoś rodzaju satysfakcję, to ok. Źle jakbyś się miała męczyć. -Też tak uważam, zaczynamy się rozumieć. A widzisz. -Ale ja i tak nigdy nie zdecydowałbym się na coś takiego. -Na co? Na takie granie na ulicy i zbieranie pieniędzy od ludzi. Uwierz, że to naprawdę się opłaca. Nie ma niby z tego wielkiej mamony, ale da się przeżyć. -Dobrze, że poza mną tego nikt nie słyszy. Każde dziecko myśli teraz tak jak ty? Nie powinnaś przypadkiem myśleć o szkole i nauce? -Ogarnij się, Pablo. Co za pacan myśli teraz o szkole? Byle zdać i do przodu. Liczy się pasja, a moja to muzyka i granie. Który znany muzyk myślał o nauce? -Dzisiejsza młodzież. -Odezwał się staruch. Jesteś zaledwie pięć lat starszy ode mnie. Tutaj skręć na parking- oznajmiła Marzena. -Gdzie jesteśmy? -Potem ci powiem. Pomożesz mi wnieść te paczki? -No tak, przecież nie będziesz tego sama dźwigała.
Paweł zaparkował na jednym z wolnych miejsc najbliżej budynku, po czym oboje opuścili samochód i biorąc paczki udali się do środka. Marzena zadzwoniła do drzwi.
-To ja, Marzena. Przywiozłam paczki- odezwała się dziewczyna, po czym dostali się do środka.
Oboje przekroczyli próg i ujrzeli starszą panią, która ich przywitała.
-Chodźcie, chodźcie. Pokażę wam gdzie postawić te paczki.
Oboje przeszli dalej i położyli je na stole w kuchni. Paweł odetchnął z ulgą, gdyż paczki były niesamowicie ciężkie.
-Dziękuję wam bardzo, moi drodzy. Te paczki będą straszną uciechą dla…- zaczęła mówić kobieta, kiedy nagle do kuchni wbiegła inna pani, wyglądająca na przerażoną. -Pani Krystyna się przewróciła. Sama jej nie podniosę. Może mi ktoś pomóc?!- krzyczała, wprowadzając niepotrzebną panikę.
Nagle, Paweł rozpoznał w kobiecie tą samą, która wczoraj zrobiła mu przerażającą aferę na koniec dnia i żądała rozmowy z kierownikiem. Miał wrażenie, że ona też chyba go rozpoznała, z czego nie była zbytnio zadowolona.
-Może pan pomoże pani Ali. Wygląda pan na solidnego- zaproponowała kobieta, która otworzyła drzwi. -Paweł, pomóż. Proszę cię- odezwała się Marzena.
Chłopakowi nie pozostało nic innego, jak skierować się razem z krzykaczką do jakiejś pani Krystyny, która upadła. Na początku nie miał bladego pojęcia, gdzie się znajdował, ale z sekundy na sekundę coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że to dom opieki.
-Nie zajmę panu dużo czasu- krzykaczka okazała się miła, kiedy szli już po schodach na górę. -Nie ma problemu. -Tyle tych przygotowań. Pani Krystyna zawsze chce pomóc, jest taka miła, ale tym razem przesadziła. Mam nadzieję, że ten upadek to nic poważnego- wyraźnie nie podejmowała tematu reklamacji. Przez chwilę pomyślał, że go nie poznała, ale kolejna jej wypowiedź utwierdziła go w przekonaniu, że tak nie jest- Nie wiedziałem, że taki młody człowiek pracuje i przy reklamacjach i przy transporcie paczek. -Można to tak ująć- nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
Tuż przed pokojem, na długim korytarzu zobaczyli staruszkę, która leżała.
-Mam pomoc- odezwała się krzykaczka z biura- Ten młody człowiek nam pomoże. Zaprowadzimy panią do pokoju, pani Krystyno. -Dziękuję bardzo- mimo upadku była bardzo uśmiechnięta- Sama nie dam rady, to już nie te lata. -Nic panią nie boli?- zapytała krzykaczka. -Już nie pamiętam, kiedy mnie nic nie bolało- zaśmiała się- Dziękuję panu- zwróciła się do Pawła, kiedy oboje chwycili ją pod ramiona i podnieśli do góry- I przepraszam za kłopot. -Nie ma o czym mówić. -Ależ jest, teraz wszyscy młodzi ludzie gdzieś się spieszą. Nikt nie ma czasu, żeby pomóc staruszce.
Paweł i krzykaczka podnieśli ją, po czym zaprowadzili do jej pokoju, który był tuż obok. Puścili ją dopiero, kiedy usiadła na łóżko.
-Pójdę na dół po apteczkę- oznajmiła krzykaczka- Mam nadzieję, że nic się pani nie stało, pani Krystyno. -Nie trzeba, pani Alu. -Niech pani da spokój, zaraz wracam. -Jak masz na imię?- staruszka zwróciła się do młodzieńca, kiedy krzykaczka opuściła pokój. -Paweł. -A co tutaj robisz, młody człowieku? -Przywiozłem paczki razem z moją siostrą, Marzeną. Czeka na mnie na dole. -A, czyli jesteś starszym bratem Marzenki. Nigdy mi o tobie nie opowiadała. -To pani zna moją siostrę? -Pewnie, że znam. Przychodzi tu do nas od wielu miesięcy. Bardzo nam pomaga. -Na pewno mówimy o tej samej osobie? -Jeśli ta młoda, ładna dziewczynka z tą zwariowaną fryzurą,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pieróg
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…