Człowiek, który zmartwychwstał
Napisana jakiś czas temu humoreska
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Radosław Tomala
Była już noc, kiedy Feliks Petrescu wrócił do niedawno zakupionego rancza. Zataczając się, przeszedł przez próg izby, wesoło sobie przy tym podśpiewując: - Hej, przeleciał ptaszek przez zielony lasek… Słaniając się, omal nie wpadł do drewnianej wanny, w której to kąpała się Ester. - Feliks! – huknęła, rękoma zasłaniając piersi. - Na… naj…mocniej przepraszam. - Gdzieżeś się tyle czasu szlajał?! - A… be… me. - Co ty bredzisz? - To piwo… ja…kieś takie… ech, niedobre. - Znowu się uchlałeś? - Ależ nie… Ja… naprawdę… - Chuchnij mi tu! - Ależ… - Agrr… Śmierdzi ci z gęby, jak psu z… - Och, nie… niedobrze mi… - Wcale się nie dziwię! - A Edgar?… - Edgar już dawno śpi! - A, to… to i ja… ech, już idę. - A idź, idź, byle tylko w gacie nie narób! - Essster, dajże spokój… - Idź już, prędzej, bo chcę wyjść! – ponagliła. - Ech, wstydzisz się, ech, swojego ciała? Przecie… przecież masz takie ładne… - Naraz Ester chlusnęła na niego wodą. – Ech, a to za co? - Za gówno! – nasrożyła się strasznie, po czym po raz kolejny chlusnęła wodą na Feliksa. – Idź już! - Dobra, już mnie ni ma – uległ. – Ale… ech, ja to się swojego ciała nie wstydzę i jeśli, ech, chcesz… - tu po raz kolejny został oblany wodą, tym razem o wiele, wiele mocniej. – Dobra, spoko, ech, już idę. * * * Zapadał w nicość. Pogrążał się w niej. Odchodził. Zdawało mu się, że spada. Teraz dopiero odczuł swoją małość wzglądem Wayne’a. Wiedział, że ów, gdzieś tam na niego czeka, gdzieś na samym dole. Nie mylił się. Ale ciągle spadał, spadał bez końca, jakby to miało trwać całe wieki. Lecz nie trwało. Kiedy wylądował na miękkim, pustynnym piasku, doznał przejmującego lęku. Chciał uciec, lecz nie mógł – był sparaliżowany. Nagle coś w oddali załomotało. Usłyszał parskanie konia i naraz tumany kurzu uniosły się w powietrze. Chciał sięgnąć dłonią po colta, ale w tej chwili przywiódł na pamięć, że przecież nie ma żadnego rewolweru. Był zgubiony… Kurz powoli zaczął opadać, odsłaniając ciemną postać jeźdźca. Gdzieś go już widziałem – pomyślał. Obłok pyłu opadł całkowicie, ukazując szpetną twarz mężczyzny. Tuż spod nogawek jego czarnych drelichowych spodni, wystawały ciężkie, skórzane buty z żelaznymi sprzączkami. Pod szarą, spłowiałą koszulą, widniały wyrzeźbione mięśnie mężczyzny. Był wysoki i dobrze zbudowany. - To… to ty żyjesz? – zapytał, kiedy uświadomił sobie, kim jest ów jeździec. Był to Wayne, John Wayne. - Jak widzisz – rzucił w odpowiedzi, spluwając na ziemię. - Wayne, to naprawdę ty? Przecież ja… - Zabiłeś mnie, Feliksie Petrescu! – Głos Johna nabrał lodowatego tonu. - Nie! To, to nie tak… Co ja tu w ogóle robię?! - Nie kłóć się! - I czego ode mnie chcesz? - Wyrównania starych porachunków. – Wayne wyciągnął colta i wymierzył z niego do Feliksa. - Bodaj cię cholera wzięła, Wayne – przeklął dosadnie. - Mnie już wzięła – tu przyłożył rewolwer do skroni Feliksa, po czym powiedział, naciskając na spust: - Żegnaj. Naraz z oddali dobył się inny głos: - Feliks!... * * * - Feliks, wstawaj! – krzyknęła Ester. - Wayne, nie, proszę… Wayne! Nie… - Feliks, kompletnie już ci się w tej łepetynie poprzewracało?! - Wayne, ja nie chciałem… Nie! - WSTAWAJ! – huknęła i zręcznym ruchem, zrzuciła Feliksa na podłogę. – A masz! – Zdzieliła go kilka razy po karku i z impetem kopnęła w krocze. - Eee, co jest? – zapytał Feliks, jakby dopiero teraz się obudził. - Południe! Edgar już od trzech godzin naprawia zagrodę, a ty, łamago, śpisz sobie w najlepsze! Od dziś koniec z imprezowaniem! - Imprezowaniem? A…ale… kiedy oni sami mi stawiają, to jak mam… - Bierz się do roboty! - Moja głowa, och, jak mnie boli… - Gówno mnie obchodzi twoja łepetyna! A jeśli jeszcze raz będziesz miał takie zboczone myśli… - Ja? - A kto niby wczoraj wieczorem opowiadał mi o jakiejś tam „bezwstydności”?! - Wczoraj wieczorem? A, to ja przecie pijany wtedy byłem… Ester naburmuszyła się i powiedziała głosem nie znoszącym sprzeciwu: - Rusz się, bo w ogóle śniadania nie dostaniesz! - Raczej obiadu – poprawił Feliks. - Jak ja cię tu zaraz wyłajam, to cię normalnie… - Spoko, już idę. * * * - Edgar, ja cię chyba normalnie zatłukę! – żachnął się Feliks. – Łeb mi pęka, a tobie się nagle zagrodę zachciało naprawiać! - Feliks, jeśli się szybko weźmiemy do roboty – tłumaczył Edgar łagodnym głosem – istnieje całkiem spora szansa, że skończymy ją przed zmierzchem. A jeśli nie, to trzeba będzie dokończyć… - Proszę cię, nic mi nie mów o żadnym dokańczaniu – zastrzegł, dość niechętnie wbijając w ziemie drewniany pal. – Kaca mam takiego, że… - Niech to szlag! – warknął Edgar i z obrzydzeniem spojrzał na swoje buty. - Ojej, w gówno wdepnąłeś, ojej! Ha, ha, ha… Feliks wyśmiewając się z Edgara, sam nie spostrzegł, kiedy i on wdepnął w krowi „placek”. - Moje nowe glany – westchnął, będąc już bliskim płaczu – sześćdziesiąt lirów poszło w błoto. - Raczej w gówno – poprawił Edgar, zanosząc się śmiechem – za przeproszeniem. W południe robota idzie najgorzej, szczególnie gdy się ma kaca. Dobrze o tym mógł przekonać się Feliks już po kilkunastu wbitych w ziemię palach. Nie jest łatwo – myślał sobie, przecierając mokre czoło – w gardle sucho, pot leje się z człowieka i nawet śliny nie można przełknąć, bo gęsta jakaś. Ale chyba dotrwam do nocy, muszę... - Edgar, długo jeszcze? - Do zmierzchu. Do zmierzchu? Wytrzymam. Kryzys nadszedł jednak znacznie wcześniej, bo już około godziny trzeciej po południu. Feliks poczuł jak kręci mu się w głowie i mieni w oczach. - Edgar, ja – stęknął, po czym upadł na ziemię. * * * Znowu spadał. Spadał, zdawało się, że bez końca. Gdzieś w mgłę, w otchłań. I ponownie był ktoś jeszcze. Gdzieś daleko… gdzieś za mgłą. Wayne? Mokro. Zimno. Strasznie. Brr! Wiało. Leciał. W dół, w nicość. Ból. Bodaj cię cholera wzięła, Wayne… Ciemno? Mokro? Wstrząs. Łomot i plusk. Ból głowy… Gdzie, gdzie ja jestem?... Wylądował w czymś mokrym, miękkim i nieprzyjemnym. Co gorsza, zanurzał się w tym. Tonę... Znajdował się w jakimś ogromnym kotle. Od spodu czuł przyjemne ciepło, bijące w stopy. Niespokojnie przebierał nogami, wśród czegoś śmierdzącego, czegoś jak… jak gówno. Kocioł po brzegi wypełniony był gównem. Zbierało mu się na wymioty. Chciał bełtać, rzygać, pluć i płakać, ale nie mógł… Drobne kawałki kału przylepiały mu się do ust. Tu robi się coraz bardziej gorąco… A ja, ja tonę… Gówno robiło się rzadsze i zaczęło parzyć. Feliks uświadomił sobie, że kocioł stoi nad ogniskiem i ktoś robi sobie z niego (i gówna) najzwyklejszą zupę. Tylko kto? Może jakaś czarownica? Nie, nie! Parzy! Zostaw, wypuść! Nie zabijaj!... Nad kotłem, na tle zamglonego nieba, ukazała się czyjaś paskudna gęba. Była brudna i zarośnięta. Była to twarz… - Wayne! – wykrzyczał Feliks, dławiąc się już nie tyle powietrzem, co gównem. – Ty, ty!... Zostaw mnie! - Ha, ha, ha! – John wyszczerzył swe żółte zęby. – Zupka z gówna z kawałkami Feliksa Petrescu… Mniam! Do kotła włożył wielgachną drewnianą łyżkę, dodał soli i pieprzu. - A… psik… psik… psik – Feliksa złapał nagły atak kichania. - Ha, ha, ha! Jeszcze tylko pomieszamy i brzuszek napełniamy! Ha, ha, ha… Wszystko mocno wymieszał, zanurzając Feliksa w gęstym wirze. Z kotła buchnęła para, roznosząc wokoło nieprzyjemny zapach. Zupa bulgotała. Wayne zanurzył w niej blaszany czerpak, nalewając pełny drewniany talerz. - No, Feliksie, gdzie jesteś? – mówił do siebie, zataczając palcem kręgi w zupie. – No wyłaź, pokaż się… Ach, tu jesteś… Nie, nie uciekaj! I tak cię złapię. Chwycił mocno dwie wystające nogi i zgniótł je w pięści, po czym zaczął odgryzać kolejno: głowę, ręce, nogi, a na koniec… Na koniec pierdnął. * * * Feliks pierdział. Niespokojnie wiercił się po łóżku, raz za razem puszczając bąki. - A żeby mu dupę rozwaliło! – warknęła Ester, skręcając się ze smrodu. – Śpi w najlepsze i bombarduje nas tu swoimi aromatami… Edgar pokręcił głową. - Ester, to wcale dobrze nie wygląda… On śpi już przeszło siedem godzin… - Poczekaj no – zastopowała – jak ja mu zaraz zapałkę pod tyłek podłożę… - Co ty,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radek123
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…