Cztery dni w Strefie
Polska za dwa lata, nieoczekiwany kryzys i jego niepojęte skutki... Owoc bezsenności i alkoholu ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Moim przyjaciołom, w szczególności Rafałowi i Milenie, oraz zbiegowi okoliczności, który dawno temu zaprowadził mnie do miasteczka Silent Hill.
Cztery dni w Strefie
Prolog Atomówka Made in Poland
Gdzieś w Polsce. Czasy współczesne.
Trzech mężczyzn o smutnych minach wpatrywało się w lezące przed nimi, spowite dymem z tanich papierosów, niebieskie odbitki planów podziemnego kompleksu. Na arkusze naniesiono czerwonym markerem plan działania. Konkretnie, z wyczuciem, co do sekundy. Wiedzieli, że nie wyjdą z tego z życiem. Jednak byli gotowi to zrobić. Dla wyższej sprawy. Na chwałę ich narodowi i na pohybel wrogom. Dziesięć godzin później, w zapadającym zmroku, kilkanaście cieni przemknęło bezszelestnie obok ogrodzenia z drutu kolczastego. Świadomość wielkości tego, co chcą zrobić, dodawała im odwagi. Strażnik w budce opierał się o ściankę, na wpół śpiąc. Jeden z zamaskowanych mężczyzn zaszedł go od tyłu i płynnym ruchem poderżnął mu gardło. Po chwili znaleźli się na terenie bazy 815. Innymi słowy, w domu polskiej, oficjalnie nieistniejącej, broni atomowej. W ciągu sekundy zajęli swoje pozycje. Część szła naprzód, reszta osłaniała ich boki, co chwile eliminując jednego z mijanych strażników. Wszyscy byli uzbrojeni w broń z tłumikami, oraz świetnie wyszkoleni. Nie minęło wiele czasu, nim dotarli do szybu inspekcyjnego. W porównaniu z bazami na całym świecie, polskie obiekty wojskowe były fatalnie zabezpieczone, większość z nich była wybudowana przez stacjonujące tu przed laty wojska radzieckie. Cała grupa, jeden po drugim, weszła do wnętrza szybu. W ciągu kilkunastu minut przedostali się nad centrum dowodzenia, nadal nie wzbudzając alarmu. Już nie musieli się kryć. Wywalili kopniakami klapy w podłodze szybu i zeskoczyli do centrum. Trzech techników pracujących przy komputerach zginęło, zanim zauważyli co się dzieje. Następnie dwaj strażnicy. Jeden z nich zdążył postrzelić terrorystę, ale było za późno. Napastnicy dobrze zaplanowali akcję, omówili ja setki razy. Nie rozmawiali. Każdy wiedział, co ma robić i wykonywał polecenia bez słowa. Grupa rozdzieliła się. Część zaczęła ostrzeliwać żołnierzy nadbiegających w kierunku centrum, reszta zajęła się uruchamianiem procedur odcinania pomieszczenia od reszty kompleksu. Wreszcie pancerne grodzie zatrzasnęły się, sprawiając, że pomieszczenie stało się nie do zdobycia. Dowódca rozejrzał się. Zginęło trzech spośród terrorystów i co najmniej pięciu żołnierzy, nie licząc tych na powierzchni. Do komputerów włożono dyski z programami hakerskimi. Za kilkanaście minut będą mogli uruchomić procedury startowe. Nie musieli martwić się o ustawianie i celowanie rakiet; z polecenia prezydenta rzeczpospolitej, na czas szczytu Unii Europejskiej, zostały one wycelowane w ważniejsze cele wojskowe będące w zasięgu. Ktoś zameldował, że głowice są gotowe.
Ogrodzieniec, południowa Polska.
Nigdy nie zapomnę tamtego wieczoru... Cała nasza trzyosobowa rodzina siedziała w milczeniu oglądając wiadomości. Był koniec lipca i rekordowe upały. Z resztą, na całym świecie było gorąco. Przedłużające się konflikty na bliskim wschodzie, kolejne próby atomowe Koreańczyków i grożący im Amerykanie, Rosjanie walczący o skrawki ziemi na południu ich państwa. Wszystko wskazywało na to, że i Polska, do tej pory biorąca udział jedynie w misjach stabilizacyjnych, dołączy się do tej głupiej, bo niebezpiecznej, zabawy. To wszystko było niczym, w porównaniu z najnowszą wiadomością, o której mówiły wszystkie stacje telewizyjne, również te zagraniczne. Patrzyliśmy w milczeniu na ekran telewizora. Ojciec palił jednego papierosa za drugim, matka trzymała w ręce kieliszek wina, drugą dłonią zasłaniając usta. -Coś się stanie, coś się stanie, coś się stanie, ale wdepnęliśmy, coś się stanie.. - powtarzała w kółko. Na ekranie telewizora pojawiła się twarz Janusza Taczyńskiego - prezydenta Rzeczypospolitej. Małego człowieczka z wielkim ego, zapalonego zwolennika idei wyścigu zbrojeń. Wszyscy wiedzieli o jego zapędach, ale nikt się nie domyślał, że przez ostatnie trzy lata jego prezydentury najznamienitsi polscy fizycy pracowali z jego polecenia nad bronią atomową. I najwyraźniej przyszedł czas by za to zapłacić... Matka upuściła kieliszek, ojciec patrzył w ekran z otwartymi ustami. Reporter tvn-u właśnie żegnał się ze swoją rodziną, widząc, że z bazy za jego plecami startuje rakieta wyposażona w głowicę nuklearną. Wszystko działo się w szalonym tempie - zaledwie dwie godziny temu wiadomości podały informacje o tym, że do polskiej bazy wojskowej wdarli się terroryści. Następnie okazało się że w bazie tej znajduje się broń atomowa, której być tam nie powinno. Na wszystkich innych kanałach pokazywali to samo. -Według wiarygodnych źródeł polskie rakiety mają zostać zniszczone przez pociski wystrzelone z baz w Czechach. W ciągu najbliższych dziesięciu minut zostaną one przechwycone i spadną na obszarze południowej Polski... - Twarz reporterki pobladła gdy przeczytała ostatnie zdanie. Zdała sobie sprawę, że właśnie przepowiedziała śmierć tysiącom ludzi... w tym prawdopodobnie również mnie. Patrzyliśmy po sobie oniemiali, wiedząc, co za chwilę się stanie. Niedługo potem poczułem, jak trzęsie się ziemia...
Część I Co się staO?
Obudziłem się jeszcze bardziej zmęczony niż przed pójściem spać. Co to był za chory sen?! Rodziców nie było w domu, już dawno wyjechali do pracy. Spojrzałem na zegarek - dziesiąta przed południem. Skarciłem samego siebie w myślach za tak długie, nawet jak na wakacje, lenistwo. Idąc do łazienki by wziąć prysznic pstryknąłem przełącznikiem ekspresu do kawy, by się odrobinę rozbudzić. Czerwone światełko się nie zapaliło. Dziwne... sprawdziłem bezpieczniki. Były w porządku, więc pewnie odcięli prąd. Zdarza się. W piwnicy miałem agregat który mógł zasilać dom na czas awarii, ale uznałem że nie ma potrzeby go uruchamiać. Prysznic rozbudzał przyjemnie. W pewnym momencie ciśnienie nagle spadło, a zaraz potem woda przestała w ogóle lecieć. No tak, elektryczny bojler, elektryczna pompa... bez prądu nic tu nie działało. Zjadłem małe śniadanie i siadłem na kanapie w dużym pokoju. Popatrzyłem na czarny ekran wyłączonego telewizora. W tym momencie wszystko wróciło. Kryzys światowy, polskie bomby atomowe, zagłada... Poczułem przypływ towarzyszących mi wtedy emocji. Smutek, żal, złość... a nawet ekscytacja. Czułem się dziwnie skołowany. Wszystko to było szalenie realne jak na sen, zbyt realne. Pamiętałem zapach dymu z papierosa którego paliłem. Ale przecież to był tylko sen. W końcu siedzę tu, żywy, a dookoła nie ma żadnych śladów wybuchu jądrowego. Ot, przyśniło mi się, będzie pomysł na opowiadanie. Tym czasem miałem ważniejsze sprawy. Pracowałem dorywczo w Zawierciu, piętnaście kilometrów od domu. Praca byle jaka, ale lepsze to niż siedzenie bezproduktywnie w domu. Pierwsze co zauważyłem, to cisza która mnie przywitała po otwarciu drzwi. Żaden pies nie szczekał, nie było słychać jadących aut ani tak dobrze znanych odgłosów wiercenia, stukania i pukania dochodzących z warsztatu samochodowego naprzeciwko. Po lewej stał zaparkowany Citroen, którym moi rodzice zwykle jeździli do pracy. -Pewnie pojechali z sąsiadem. - pomyślałem, ignorując moje spostrzeżenia, po czym wsiadłem do mojego zajeżdżonego fiacika „cienko-cienko”. Im bardziej oddalałem się od domu, czułem się coraz dziwniej. Na ulicach nie było ani jednego przechodnia, ani samochodu. Włączyłem samochodowe CB radio na kanale dziewiętnastym i nasłuchiwałem chwilkę. Ani jednej rozmowy, żadnego sygnału. Złapałem za mikrofon i nadałem standardowe pytanie: -Mobilki, jak wygląda dróżka na Zawiercie od strony Ogrodzieńca? - Cisza. Zapytałem jeszcze kilka razy, bez skutku. Poczułem, że coś musiało się stać. Włączyłem zwykłe radio i stawiłem częstotliwość RMF-u. Cisza. Wszystkie inne stacje też milczały, nawet jedynie słuszne Radio Maryja. Zdziwienie zaczęło przeradzać się w strach. Tego już za wiele... Zahamowałem gwałtownie, zaparkowałem i wszedłem do całodobowego sklepu. Czułem że muszę zobaczyć jakąś ludzką twarz, inaczej wpadnę w panikę. Poza tym skończyły mi się fajki. Zazwyczaj pełen ludzi sklep powitał mnie pustką i ciszą. -Halo! Czy ktoś mnie może obsłużyć? - krzyknąłem w stronę zaplecza. Żadnej odpowiedzi. Co się dzieje do cholery?! Wszystko wyglądało jakby nagle ktoś krzyknął „idziemy!” i wszyscy poszli. Oprócz mnie. Czułem że dzieje się coś bardzo złego, puszczały mi nerwy. -Jeśli natychmiast ktoś nie wyjdzie to coś rozwalę! - krzyknąłem, chwytając długiego pora w charakterze maczugi. Z boku musiało to wyglądać debilnie, ale nikt na mnie nie patrzył. -Co to jest, ukryta kamera?! Wyłazić, natychmiast! - wydarłem się, już nawet nie oczekując odpowiedzi. Popatrzyłem na kamerę monitoringu wiszącą pod sufitem. Czerwona dioda się nie świeciła, widocznie i tutaj nie było prądu. Rzuciłem bojowego pora na podłogę, przeskoczyłem ladę i zabrałem zza niej cały karton Cameli. Zrezygnowany i wściekły opuściłem sklep. Jadąc Cinquecentem z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę ma się wrażenie, że tego już nic nie jest w stanie zatrzymać. Z taką prędkością prułem w kierunku Zawiercia, totalnie spanikowany. Na ulicach nie było ani jednego auta, ani jednego przechodnia. W żadnym sklepie nie było sprzedawców. Zatrzymałem się na środku drogi i wyszarpałem z kieszeni telefon. Mimo braku prądu miałem sygnał. Każdy przekaźnik telefonii komórkowej ma własny agregat prądotwórczy, który starcza mu na kilka godzin samodzielnej pracy. Wybrałem numer 112 i przyłożyłem Motorolę do ucha, myśląc, co powiem, jeśli jednak ktoś odbierze. Nic, zero odpowiedzi. Zdenerwowany zamknąłem klapkę tak mocno, że prawie złamałem telefon w pół. Oparłem się o kierownicę i ukryłem twarz w dłoniach. W głowie kołatały mi najbardziej idiotyczne myśli. Co się dzieje?! Może jednak spadła tu bomba atomowa, a ja jakimś cudem przeżyłem? Nie, przecież fala uderzeniowa zrównałaby miasto z powierzchnią ziemi. A może to bomba neutronowa, taka, co zabija a nie niszczy? Też nie możliwe, przecież byłyby ciała. No i mój telefon by nie działał, impuls elektromagnetyczny zniszczyłby delikatną elektronikę. Zapaliłem kradzionego papierosa, uruchomiłem silnik i ruszyłem przepisową pięćdziesiątką w stronę Zawiercia. Już w mieście wziąłem do ręki mikrofon CB radia i wcisnąłem nadawanie. -Potrzebuję pomocy, jeżeli ktoś mnie słyszy proszę odpowiedzieć. - powiedziałem, choć potrzebowałem nie tyle pomocy, ile wyjaśnienia co się dzieje. Jechałem powoli przez wymarłe miasto powtarzając w kółko komunikat. Znów zatrzymałem się na środku skrzyżowania, obok stacji paliw BP. Wysiadłem z samochodu i stanąłem obok. Martwa cisza i pustka. W tym momencie usłyszałem przerywaną transmisję dochodzącą z mojego CB. -Wszyscy są... pomocy... sam... ktokolwiek... - Transmisja była przerywana szumami i trzaskami. Wskoczyłem do auta i chwyciłem mikrofon. -Słyszę cię, słyszę Cię! Gdzie jesteś, odbiór! - Nie wiedziałem kto to, ale panicznie chciałem zobaczyć kogokolwiek... W odpowiedzi usłyszałem szereg trzasków i szumów. Ktokolwiek nadawał, musiał to robić z daleka albo używał małego ręcznego radyjka. Jak by tu poprawić odbiór? Wyjść na dach bloku? Przecież nie wyrwę radia z samochodu i nie zaniosę go z całym sprzętem i kablami. Wyjechać na wzgórze? Niby jak znajdę pagórek w środku miasta? Nagle mnie olśniło. Wiadukt! Kilkaset metrów dalej był spory wiadukt prowadzący nad torami kolejowymi. Tam odbiór będzie znacznie lepszy. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z piskiem opon. Po krótkiej chwili znalazłem się na wiadukcie. Wdepnąłem hamulec i zatrzymałem się na samym szczycie. Ponownie wziąłem mikrofon. -Halo, jesteś tam? Teraz będę cię lepiej słyszał. Proszę powtórz transmisję! - Puściłem przycisk nadawania i czekałem. Cisza. Przez otwarte okno wpadał lekki wiatr, rozwiewał mi włosy. Wciąż czekałem aż radio się odezwie. Gdy już miałem ponownie wcisnąć nadawanie, usłyszałem męski głos, tym razem o wiele wyraźniej. -Halo? Czy mnie słychać? -Słyszę cię! Z kim rozmawiam? Gdzie jesteś? - rzuciłem do mikrofonu. -Tomasz Olszański. Gdzie się wszyscy podziali?! Co się dzieje do cholery?! - Zatkało mnie. Znałem go. Tomasz był moim przyjacielem ze szkoły średniej, trzy lata chodziliśmy do tej samej klasy. Półtora miesiąca temu oboje skończyliśmy liceum. -Tomek?! To ty?! - nie mogłem uwierzyć. - tutaj Andrzej! Andrzej Zawadzki. -Andrzej?! Jezus, Maria! Co się stało? -Skąd mam wiedzieć? Jak się obudziłem już tak było... spotkałeś kogokolwiek? -Nie. Nie mam kontaktu z Wiktorią, moja komórka nie działa. - Wiktoria była dziewczyną Tomasza. Nic dziwnego że w pierwszej kolejności myślał o niej. Poczułem ścisk w gardle na myśl, że ona też mogła zniknąć. -Gdzie jesteś? - Zapytałem. -Na starym rynku. Chłopie, jeszcze sekunda i nie usłyszałbym ciebie. Miałem iść dalej, gdy usłyszałem twój komunikat z CB radia jakiegoś golfa na parkingu... -Dobra, nie ważne - przerwałem mu brutalnie. - Poczekaj chwilę, zaraz tam będę. - Wsiadłem do fiacika i pojechałem we wskazane miejsce. Pędziłem ze sporą prędkością, jakby bojąc się, że Tomasz ucieknie i okaże się że jednak jestem tu zupełnie sam. Po chwili byłem na tzw. Starym rynku. Mój znajomy siedział na krawężniku obok czarnego auta na czarnych rejestracjach. Szyba od strony kierowcy była wybita, przez okno zwisał mikrofon CB radia. Na widok nadjeżdżającego niebieskiego Cinquecento wstał z ziemi. -Błagam, powiedz mi co się tutaj dzieje, inaczej trafi mnie szlag! - był bardziej wściekły niż przestraszony. - Co to, jakiś pieprzony Big Brother? - Nie odpowiedziałem. Bo co miałem powiedzieć? Wiedziałem jeszcze mniej niż on. -Może ma to związek z tymi bombami... - powiedział bardziej do siebie niż do mnie. A więc to nie był sen... w takim razie jakim cudem obudziłem się we własnym łóżku?! Jeśli wczorajsze wydarzenia były prawdą, powinienem się spalić żywcem lub właśnie umierać z napromieniowania i ran. Postanowiłem na razie o tym nie myśleć. W tym samym czasie Tomasz kontynuował swój monolog. -Zachciało się prezydentowi broni masowej zagłady, pieprzony idiota! A moja babka głosowała na niego... - miotał się w bezsilnej złości chodząc w kółko. Zaczynało to wyglądać komicznie. Po chwili zwrócił się do mnie. -Twój telefon działa? - Zapytał. Wiedziałem o co mu chodzi. -Działa. Sądzisz że... że ona też została? Nikogo nie spotkałem odkąd... -Na pewno została. - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu, niemal zabijając mnie wzrokiem. Umilkłem i podałem mu komórkę. Westchnął głęboko, po czym wybrał numer i przyłożył telefon do ucha. Dookoła panowała idealna, obrzydliwa cisza. Słyszałem sygnał łączenia dochodzący ze słuchawki. Pierwszy, drugi, piąty... oparłem się o auto i zapaliłem papierosa. Patrzyłem na ciemną powierzchnię asfaltu. Nie odbierze. Zniknęła tak samo jak wszyscy, przepadła. Byłem tego prawie pewien. W tym momencie usłyszałem głos Wiktorii. Odebrała! Została tutaj! Tylko jak to możliwe? Czemu akurat ona? Nikt do kogo ja dzwoniłem nie odebrał. Wszystko działo się za szybko jak dla mnie. Nie myśleć, nie zadawać pytań. Obserwować i brać rzeczywistość jaką jest, na rozmyślania będzie czas później. Tomek przełączył telefon w tryb głośno mówiący. -Wiktoria? -Tomek! Tomciu, jak się bałam! Czemu nie odbierałeś? Tak się boję! Co się dzieje? Błagam, przyjedź po mnie! -Spokojnie. - powiedział Tomasz uspokajającym tonem. - Kochanie, nie mam pojęcia co się stało. Jest ze mną Andrzej. Powiedz mi gdzie jesteś? Byłem u ciebie w domu, nikt mi nie otworzył. Zaraz po ciebie pojedziemy. - mówiąc to spojrzał na mnie pytająco. Widocznie chciał się dowiedzieć czy go podwiozę. Pokiwałem energicznie głową. -Nie było mnie dziś w nocy w domu, jesteśmy razem... - w tym momencie usłyszeliśmy trzy piknięcia, oznaczające zerwanie połączenia. Tomek spojrzał na wyświetlacz. Zasięg zniknął. Widocznie agregaty zasilające nadajniki zużyły całe swoje paliwo. -Kurwa mać! - ryknął na cały głos. Zrobił się czerwony na twarzy, widać było, że przez chwilę chciał roztrzaskać telefon, ale zreflektował się i oddał go mnie. Staliśmy przez chwile w milczeniu, nie wiedząc co robić. Gdybym dał mu komórkę minutę wcześniej... -Wiktoria nie mówiła Ci, że gdzieś się zatrzymuje na noc? - Zapytałem. -Nie... komórkę mam w serwisie, a wieczorem padł Internet. Nie miałem z nią kontaktu od jakiegoś czasu. - zasępiłem się. Jak mało brakuje nowoczesnemu człowiekowi do upadku... wystarczy że braknie prądu albo zasięgu, i już jesteśmy nie zdolni do działania. Te ponure, filozoficzne myśli przerwał mi przebłysk pamięci z wczoraj. Siedziałem przed komputerem, gdy usłyszałem głos mojego ojca, mówiącego, żebym włączył telewizor, bo coś się dzieje. Odchodząc od komputera rzuciłem okiem na listę kontaktów mojego gadu-gadu... -Tomasz... - Zacząłem. - Wiktoria nadal przyjaźni się z Tamarą? -Tak... czemu pytasz? - mówiąc to wyraźnie się ożywił. -Wydaje mi się, że jest u niej. -Czemu tak sadzisz? -Miała wczoraj opis na gadu-gadu... coś o tym, że nocuje u Tamary właśnie. -Naprawdę? Jesteś tego pewien? -Na pewno. Jakoś tak mi utkwiło w pamięci... -Ale jaja... Koleś, jesteś wielki. - powiedział, dziękując mi szczerze. Ja natomiast myślałem, jakie to wszystko idiotyczne i nierealne. Wsiadłem do samochodu jako pierwszy. -Gdzie ona mieszka? -Niegowonice. - rzucił lakonicznie. Z piskiem opon pojechaliśmy na wschód.
Część II Wybrani
Od miejsca spotkania z Tomaszem do celu było nie więcej jak 25 kilometrów. Najbliższa droga prowadziła przez Ogrodzieniec, więc musiałem zatoczyć małe kółko. Jechałem nieco wolniej niż w drugą stronę, ale i tak łamiąc przepisy. Radia, CB jak i normalne, milczały. By przerwać ciszę, odezwałem się do Tomasza. -Jak to było u ciebie? Kiedy zauważyłeś, że coś się stało, że jesteś sam? -Rano obudziłem się przerażony. Pamiętałem wczorajszy kryzys, bomby, terrorystów i tak dalej, ale skoro byłem żywy, cały i zdrowy, uznałem to za ohydnie realistyczny sen. - odpowiedział, patrząc za okno. - Zignorowałem to. Potem wyszedłem z domu i... i pustka. Na ulicy pustka, w sklepie pustka, w mieszkaniach pustka. Zacząłem biegać po mieście jak idiota, Walić we wszystkie drzwi. Nie znalazłem nikogo. Miałem już dość, czułem, że wariuję. Chciałem kogoś zobaczyć, chociażby policjanta który mnie aresztuje. Więc wybiłem szybę w tym Volkswagenie. Połówką cegły, jak dresiaż chcący ukraść radio. Wtedy usłyszałem ciebie przez CB, jak wołasz pomocy. Dalej wiesz. -Wiem. - odparłem lakonicznie. - Myślisz, że to ma jakiś związek z... z tym wczorajszym? -Nie wiem. Wiem tylko tyle że dzieje się coś chorego, i bardzo mi się to nie podoba. - Odpowiedział. Musiałem się z nim zgodzić. Oboje nie rozumieliśmy nic z tego, co dzieje się dookoła nas. No dobrze, przyjmijmy, że zniknęli stąd wszyscy ludzie. Nic nadzwyczajnego, zdarza się. Więc czemu ja nie poszedłem w ich ślady? Ba, czemu pierwszą osobą którą spotkałem, która też „została”, był mój kumpel? Jak do tej pory było trzech lub czterech wybrańców. Ja, Tomasz, Wiktoria i prawdopodobnie Tamara. Co czyniło nas wyjątkowymi? Czemu wszyscy którzy zostali znali się? Myślenie o tym męczyło mnie i irytowało. Nic nie było jasne, nic nie było na pewno. Postanowiłem się skupić na tym, co mamy zrobić w pierwszej kolejności. Znaleźć Wiktorię i Tamarę. Właśnie przejeżdżaliśmy obok stacji BP, przy której usłyszałem komunikat Tomka, gdy nagle usłyszałem jego krzyk. -Hamuj!!! Wdepnąłem hamulec i sprzęgło do samej podłogi. Środkiem wymarłej ulicy biegł człowiek. Mężczyzna, na oko w moim wieku. Oboje natychmiast wyskoczyliśmy z samochodu. Przyjrzeliśmy się mu, i oboje zaniemówiliśmy. W naszym kierunku, zdyszany i zdezorientowany, biegł Filip. Jego też oboje znaliśmy. Razem z Tomaszem staliśmy w milczeniu z otwartymi ustami. Gdy znalazł się bliżej, widać było, że jest równie zdziwiony. -Tomek? Andrzej? To wy? Gdzie się wszyscy, do ciężkiej cholery, podziali? - -„Wyjechali pracować na zmywaku w Londynie” - pomyślałem. Popatrzyłem na Tomasza a on na mnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Surrealizm całej sytuacji powoli nas przerastał. Usiadłem na siedzeniu kierowcy i zapaliłem kolejnego papierosa. -Tomciu, streścisz naszemu koledze wszystkie atrakcje dzisiejszego dnia oraz to, że też jesteśmy, za przeproszeniem, w ciemnej dupie i nie wiemy o co chodzi? Bo ja na prawdę nie mam siły powtarzać tego wszystkiego jeszcze raz. - nadal śmiejąc się, mój przyjaciel podszedł do mnie. -Masz może na zbyciu jednego papieroska? - Zapytał. Zaśmiałem się znów, po czym sięgnąłem do auta i wyjąłem z rozszarpanego kartonika pięć paczek fajek. Zacząłem nimi rzucać w Tomasza. Delikatnie, ale tak, żeby nie miał szansy złapać. -A proszę cię bardzo, weź ile chcesz. Dziś rano była promocja, rozdawali je za darmo. - Znów wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. -Jeszcze trochę i skompletujemy całą naszą ekipę. Filip, pamiętasz ostatnie wakacje na twojej działce? Super tam było. No i teraz na pewno nie byłoby problemów z załatwieniem alkoholu! - kolejna salwa śmiechu. Czułem ulgę, emocje nieco opadły. Tylko Filip stał z otwartymi ustami, milcząc. Musiał myśleć że oboje zwariowaliśmy. -Zamknąć się! - Wydarł się na nas. - Czy was to w ogóle nie obchodzi, że jesteśmy tu sami? Coś złego musiało się stać, bardzo złego. Powinniśmy kogoś zawiadomić, pomóc... -Kogo zawiadomić?! Komu pomóc?! - Wrzasnąłem. Cały dobry humor z miejsca mnie opuścił. - Nie ma tu nawet ciał, które moglibyśmy pochować! Nie ma prądu, wszystkie stacje radiowe milczą. Więc co chcesz zrobić?! - Nie odpowiedział. Zaczął chodzić w kółko. -To co? Mamy po prostu siedzieć bezczynnie? - Zapytał. Widać było że czuł potrzebę działania. -Nie. - odezwał się Tomasz. - Zanim sieć komórkowa padła, skontaktowaliśmy się z Wiktorią. Jesteśmy prawie pewni, że jest u Tamary. Właśnie po nie jechaliśmy, gdy spotkaliśmy ciebie. - Filip popatrzył na asfalt pod sobą. -Mogę się z wami zabrać? - spojrzał pytająco. Jechaliśmy w kierunku Niegowonic ulicą Pierwszego Maja, która cudem zachowała jeszcze swoją komunistyczną nazwę, opierając się planom przemianowania jej na Jana Pawła II. Dzień był wprost piękny. Słońce stało wysoko, przez uchyloną szybę wpadał wiatr pachnący lasem. Całej naszej trójce odechciało się ponownego roztrząsania tego co się stało. Cisza podczas jazdy zawsze mnie drażniła. Wrzuciłem do odtwarzacza (chyba najbardziej wartościowej części mojego auta) płytę CD. Z głośników popłynęła piosenka „V rozbiór Polski” Kazika Staszewskiego. -Efekt rozmów był podpisan sympatycznym tuszem, Polskę dzielą między siebie Putin z Dablju Buszem... Pasowała do sytuacji, z wyjątkiem tego, że w rzeczywistości to nie wrogie mocarstwa na nas napadły, tylko sami sobie zgotowaliśmy przykry los. Niebawem wyjechaliśmy z lasu. Odruchowo spojrzałem na wbity w ziemię krzyż i zagryzłem wargi. Złe wspomnienie wypłynęło z pamięci. Niebawem znaleźliśmy się przed domem Tamary. Zaparkowałem samochód i wszyscy trzej wyszliśmy na zewnątrz. Cisza... okolica wyglądała na równie wymarłą jak wszystkie inne miejsca przez które do tej pory jechaliśmy. Przez chwilę myślałem że dziewczyny poszły stąd, myśląc, że ich nie znajdziemy. Wtem drzwi wejściowe się otworzyły i ze środka wybiegła Wiktoria. Łzy ciekły jej po policzkach, gdy rzucała się Tomaszowi na szyję. -Tak się bałam... Sądziłyśmy, że nie przyjedziecie. Nie zdążyłam wam nawet powiedzieć gdzie jesteśmy! Skąd wiedziałeś... -To zasługa Andrzeja. Zapamiętał twój wczorajszy opis. - Puściła Tomka i podeszła do mnie, po drodze ocierając łzy. -Dziękuję... - Uścisnęła mnie, szepcząc. Drzwi uchyliły się znowu. Na progu stanęła Tamara. Było widać że jest przestraszona, ale starała się zachować zimną krew. Wyszła na zewnątrz i powitała nas. Filip odezwał się jako pierwszy. -Od razu mówię, że nie mamy pojęcia co się stało, więc nawet nas o to nie pytajcie. Wszyscy obudziliśmy się, gdy już nikogo nie było. -Próbowaliście się czegokolwiek dowiedzieć? - zapytała Tamara. - Nie ma prądu, nie mogłyśmy nawet posłuchać radia... -Wszystkie stacje milczą. - odparłem, opierając się o auto i sięgając do kieszeni po następnego papierosa. - Nawet czeskie rozgłośnie, które zawsze było słychać na górkach przed Niegowonicami, są cicho. Cała nasza piątka zamilkła. Nie mieliśmy pojęcia co dalej robić. Tomasz odszedł na bok, by porozmawiać z Wiktorią, Filip i Tamara stali obok siebie nie patrząc sobie w oczy, a ja sobie paliłem analizując naszą sytuację. Po dłuższej chwili zwróciłem się do reszty Wybranych, jak zacząłem nazywać naszą piątkę. -Posłuchajcie - powiedziałem, by skupić ich uwagę - Sądzę, że powinniśmy jechać do Ogrodzieńca. W moim domu jest agregat, zdolny zasilić cały dom, więc będziemy mieli ciepłą wodę i prąd. Może uda nam się czegoś dowiedzieć z telewizji satelitarnej. Proponuję też, żebyście w związku z tym zostali u mnie na noc. Dla wygody, i dla bezpieczeństwa. Miejsca starczy dla wszystkich, o ile nie macie nic przeciwko spaniu razem - powiedziałem, zwracając się do Wiktorii i Tomasza. -Oczywiście, że nie mamy - odpowiedzieli jednocześnie, uśmiechając się. -To dobrze. Ktoś jest przeciwko? - Zapytałem pro forma. Wszyscy się zgodzili. Chyba po tym co dzisiaj przeżyliśmy każdy chciał zostać w grupie, no i perspektywa ciepłego prysznica też była kusząca. -Tamaro - powiedziałem do milczącej dziewczyny - Zabierz co tam potrzebujesz, dobrze? Ja z Filipem zorganizujemy prowiant. - Tamara poszła do domu się spakować, Wiktoria i Tomek wsiedli do mojego samochodu i rozmawiali o czymś szeptem, trzymając się za ręce, a my poszliśmy do pobliskiej Żabki. Drzwi były otwarte, w środku panował półmrok. Wzięliśmy dwa plastikowe koszyki i zaczęliśmy zbierać do nich różnorakie jedzenie. Kiełbasy, (szkoda żeby się zepsuły), chińskie zupki, kartony soków i tym podobne. Filip zabrał dwie butelki białego wina. Tknięty nagłym poczuciem winy zostawiłem na ladzie banknot stu złotowy, po czym wyszliśmy ze sklepu. Włożyłem do mikroskopijnego bagażnika nasze „zakupy” i plecak Tamary. Zamknąłem klapę i zwróciłem się do reszty. -Gotowi? - Wszyscy pokiwali głowami na potwierdzenie. Z Niegowonic pojechaliśmy z powrotem do Zawiercia, by reszta Wybranych też mogła zabrać potrzebne im rzeczy. Jazda w pięć osób Cintkiem nie należy do przyjemności, ale jakoś udało nam się pomieścić. Filipa, Tomasza i Wiktorię wysadziłem pod ich domami, obiecując, że wrócę za dwadzieścia minut, a sam z Tamarą pojechałem na „obchód” miasta. Podświadomie liczyłem że spotkamy jeszcze kogoś. Popatrzyłem na Tamarę wyglądającą przez okno. Z głośników słychać było cichą melodię ścieżki dźwiękowej z Silent Hill. „Letters from the lost days”. Jechaliśmy ulicą Sikorskiego w kierunku dworca PKP. -O czym myślisz? - zapytałem, by przerwać niezręczne milczenie. -O ludziach. O tych, którzy zniknęli. Strasznie to smutne. -Co masz na myśli? -Ech... - westchnęła - Widzisz, wy w tym co się stało widzicie potencjalne zagrożenie. Natomiast ja widzę tragedie pojedynczych ludzi. Widzisz ten blok, który mijamy? - wskazała ręką na budynek z wielkiej płyty po naszej lewej. - nie znam nikogo kto by tam mieszkał. Ale wiem, że ci ludzie mieli swoje marzenia, plany, nadzieje, problemy. A teraz? Teraz ich nie ma. Przepadli. Nie zostało po nich nic oprócz pustych mieszkań. To smutne, że w jednej chwili wszystko to zostało wyrzucone, jak odpadek do śmieci. W czym my jesteśmy od nich lepsi, że tu zostaliśmy? - Znów odwróciła się w kierunku okna. Miała rację, musiałem to przyznać. Pomyślałem że jest wyjątkową osobą, jako jedyna pamiętała w takiej sytuacji o innych, a nie tylko o sobie... Pojechałem w prawo, ulicą 3-go Maja na Żabki i z powrotem do centrum. Nie spotkałem nikogo, a Tamara milczała przez całą drogę. Wróciłem do punktu zbiórki. Wiktoria i Tomek już czekali, Filip szedł w naszym kierunku. Wszyscy mieli plecaki na ramionach. -I jak? - Zapytali mnie jednocześnie. -Pusto i cicho. - odparłem. - Mamy za to następny problem. - powiedziałem, wskazując ręką na deskę rozdzielczą mojego Fiacika. Pomarańczowa kontrolka rezerwy paliwa świeciła się ostrzegawczo. -To akurat żaden problem. - odpowiedział z uśmiechem Filip. - Jedźmy, po drodze skręć na tą stację przy której mnie spotkaliście. Ściśnięci jak sardynki, pojechaliśmy przez wymarłe miasto na równie wymarłą stację BP. Zaparkowałem obok jednego z dystrybutorów. -Przecież nie ma prądu - powiedziałem do Filipa. - Nie zatankujemy tutaj. -Zatankujemy. Leszcze w liceum pracowałem tu jako obsługa, więc wiem jak się dobrać do benzyny. I przestaw auto tam. - powiedział, wskazując na pasek zieleni, na którym widniały, również zielone, klapy od podziemnych zbiorników. Przestawiłem Cienkiego, po czym cała piątka wyszła na zewnątrz, by nie siedzieć w ciasnym wnętrzu. -Otwórz klapę. - polecił. - Możesz sobie wybrać, jaka benzynę chcesz. - Powiedział, po czym chichocząc pobiegł go głównego budynku stacji. Po chwili wyszedł stamtąd pobrzękując pękiem kluczy i poszedł do magazynku na tyłach. Ja natomiast zabrałem się za otwieranie klapy opatrzonej napisem E 98. Skoro benzyna była za darmo, mogłem wybrać tą lepszą. Tak jak myślałem, była zabezpieczona kłódką. Otwarłem bagażnik i spod sterty zupek instant wyjąłem klucz do kół. Przyładowałem w kłódkę z całej siły. Za czwartym razem puściła i kawałek metalu potoczył się po kostce brukowej. Ze zgrzytem dawno nie oliwionych zawiasów podniosłem klapę. Pod nią widniały jakieś wywietrzniki i spora rura, prawdopodobnie służąca do uzupełniania paliwa. Filip właśnie wracał z zaplecza, niosąc ze sobą ręczną pompę, podobną do tych montowanych w starych studniach, lecz zakończoną normalnym pistoletem od dystrybutora paliw. -Włóż to do baku - polecił, rzucając mi kocówkę, a sam zdjął dekiel zabezpieczający koniec rury. Usłyszeliśmy cichy syk, a następnie poczuliśmy woń oparów benzyny. Filip zamontował pompę, a następnie zaczął poruszać dźwignią w górę i w dół. Po chwili usłyszeliśmy dźwięk strumienia paliwa wpadającego do baku. -Człowieku, jesteś genialny - powiedziałem z podziwem. -Drobiazg. Gdybyście mnie nie spotkali, nadal biegałbym w kółko po mieście. Gdy bak był już pełny, Nalałem jeszcze pięć litrów oleju napędowego do plastikowego kanisterka, by mieć czym zasilić domowy agregat. Ten dodatkowy bagaż sprawił, że do wnętrza autka nie wcisnęłoby się już nawet szpilki. Odpaliłem silnik i powoli ruszyłem w stronę Ogrodzieńca. Starałem się unikać wybojów, by stłoczeni z tyłu Wiktoria, Tamara i Tomasz nie powybijali sobie nawzajem zębów. Nie pytając reszty pasażerów o zgodę zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się z ulgą. To prawda, że w grupie raźniej.
Część III Wolne Miasto Ogrodzieniec
Niedługo potem znaleźliśmy się w moim mieście. Jechałem powoli, patrząc na mijane domy. Puste i ciche. Wymarłe miasto sprawiało przerażające wrażenie. Przed oczami pojawiały mi się obrazy ze wspomnień, związanych z tymi miejscami. Opuszczony dom, w którym, jeszcze w podstawówce, bawiliśmy się w chowanego, przystanek autobusowy na którym tyle razy stałem, czekając na wiecznie spóźniający się autobus linii 108... Wszystkie te wspomnienia napełniały mnie ujmującym smutkiem. Widok mojego domu sprawił, ze spłynął na mnie spokój. Zaparkowałem Fiata, po czym wszyscy wysiedliśmy na zewnątrz. Trójka siedząca z tyłu zaczęła się przeciągać, Tamarze aż strzeliły stawy. Jazda Cinquecentem w pięciu nie jest zbytnio komfortowa. Zabraliśmy rzeczy i weszliśmy do środka. W porównaniu z upałem na dworze wnętrze było przyjemnie chłodne. Tamarę, Wiktorię, Tomasza i Filipa zaprowadziłem do dużego pokoju, a sam zszedłem do piwnicy, w której stał agregat, i po chwili walki uruchomiłem go. Gdy ojciec go kupował, razem z matką uważaliśmy to za niepotrzebny idiotyzm, ale teraz okazał się zbawienny. Dom obudził się, różne sprzęty elektroniczne zapiszczały, oznajmiając, że znów mają prąd. Sprawdziłem poziom paliwa. Bak był pełny, a obok stały jeszcze dwa dwudziestolitrowe kanistry. Powinno wystarczyć na dłuższy czas. Wróciłem na górę przeskakując po dwa stopnie. Wziąłem do ręki pilota i włączyłem telewizor oraz tuner satelitarny. Strasznie chciałem się dowiedzieć czegokolwiek. Kineskop potrzebuje około trzech sekund, by się rozgrzać, a tym samym by było coś na nim widać. To były chyba najdłuższe trzy sekundy w moim życiu. Ekran powoli się rozjaśnił i... i nic. Widać było na nim jedynie charakterystyczne koło a dookoła kwadraciki, pokazywane podczas przerwy w emisji programów. -Szlag by to trafił... - westchnąłem, przełączając na inne kanały. 1, 2, 3, Polsat, wszystkie TVN-y. Żaden kanał nie nadawał. Nawet zagraniczne wyświetlały tę samą planszę. Opadłem bezwładnie na kanapę i popatrzyłem po moich przyjaciołach, Wybranych. Byli rozczarowani tak samo jak ja, może nawet bardziej. Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu, patrząc na telewizor. Nie przychodziło mi do głowy nic, co można by jeszcze zrobić. Internet? Przecież żaden serwer nie będzie działał bez prądu. Radio? To już sprawdzałem... -Więc mamy po prostu czekać? - Tomasz zadał pytanie które wszystkim cisnęło się na usta. Popołudnie płynęło wolno. Mało rozmawialiśmy, bo i o czym? Każdy już opowiedział swoją historię. U wszystkich wyglądało to tak samo, obudzili się jakby nigdy nic, wczorajsze wydarzenia pamiętając jak przez mgłę. Właśnie siedziałem na balkonie pijąc ciepłe piwo, gdy podszedł do mnie Tomek. -Jesteś zajęty? - zapytał, dość idiotycznie. -Tak, bardzo. Właśnie myślałem jak się wytłumaczę z nieobecności w pracy - odpowiedziałem sarkastycznie, przekrzywiając głowę. Wyjąłem z paczki kolejnego Camela i zapaliłem benzynową zapalniczką. - A czemu pytasz? -Bo jeślibyś nie był zajęty, mógłbyś mnie podwieźć? Nie znam tego twojego miasta - powiedział, akcentując ostatnie słowo. Taka drobna, odwieczna złośliwość Zawiercia w stosunku do Ogrodzieńca, mimo, że od 1973 roku był pełnoprawnym miastem. -Jasne że mogę. A dokąd? - Zapytałem. -Na małe zakupy... potrzebuję starego komputera, takiego z Windowsem 98, jeszcze starszego telefonu, ze dwudziestu cienkich kabelków, precyzyjną lutownicę i kilka drobiazgów. - odparł. -Po co ci to wszystko? -Do eksperymentu. - odpowiedział tajemniczo. - Wstałem z betonu i wszedłem do mieszkania. Ze składziku różności wyjąłem zakurzonego laptopa, którego swego czasu używałem jako maszyny do pisania. -Zabytkowy komputer już masz. Po resztę możemy pojechać do komisu na Kościuszki. Tylko... - zawahałem się przez chwilę - Wypiłem kilka piw, może nie powinienem prowadzić. - Tomasz zaśmiał się w głos. -A co? Policja cię złapie albo potrącisz pieszego? - Zapytał, nadal się śmiejąc. Nie odpowiedziałem, jedynie zabrałem kluczyki z biurka. Pojechaliśmy służbową „Cytryną” C5, której to rodzice kategorycznie zabronili mi używać. Po kilku minutach staliśmy przed budynkiem z rozpadającym się szyldem. Zaparkowałem bezczelnie, w poprzek, na środku jezdni. -TE E ONY GSM - przeczytałem na głos. Szarpnąłem za klamkę. Drzwi były zamknięte. Tomasz podniósł z ziemi kawałek cegły i rzucił nim w szybę w oszklonych drzwiach. -To już druga szyba którą dziś stłukłeś cegłą - zauważyłem. Przyjaciel nie skomentował tego. Otworzył drzwi od środka i wszedł do pomieszczenia. -Nadal mi głupio, że tak włamujemy się gdzie chcemy... - stwierdziłem. -Daj spokój - powiedział, przechodząc na zaplecze. - Jesteśmy tu sami, więc to my ustalamy reguły. Można powiedzieć, że jesteśmy Radą Miejską Wolnego Miasta Ogrodzieńca. - Zaśmiałem się. Wolne Miasto Ogrodzieniec... Ładnie brzmi. Tomek kucał nad pudłem wypełnionym elektronicznym śmieciem, co chwilę podnosząc jakiś telefon i uważnie go oglądając. Większość odrzucał do konta, ale kilka odłożył na bok. Obejrzałem gablotę w głównym pomieszczeniu. Było w niej kilkanaście telefonów komórkowych, razem kilka tysięcy złotych. Tylko po co mi one, w świecie bez zasięgu, oraz ludzi do których można zadzwonić? Kusząco natomiast wyglądały CB radia, stojące na półce. W Fiacie już miałem jedno, ale nie w Citroenie. A watro być w kontakcie z innymi, gdybyśmy wybierali się w dalszą trasę... Wziąłem z półki pudełko z niewielkim Intek-iem. Tknięty nagłą myślą zwróciłem się do Tomasza, nadal tkwiącego na zapleczu. -Wychodzę do sklepu obok, zaraz wrócę. -Mhmm... - odpowiedział Tomek, dając znać, że mnie słyszał. Wyszedłem z komisu i przebiegłem dwadzieścia metrów w górę ulicy, śmiejąc się do swoich myśli. Wszedłem do, tym razem otwartego, sklepu z artykułami budowlanymi. Ze stojaka wziąłem puszkę czarnego sprayu i natychmiast wyszedłem. Znów zamyśliłem się nad tym co robimy. A co jeśli jutro się obudzimy i wszystko będzie normalnie? Zostaniemy potraktowani jak zwykli złodzieje. Z drugiej strony, wszystko co zabraliśmy było warte razem co najwyżej kilkaset złotych, możemy za to zapłacić. Pomacałem odruchowo tkwiący w lewej kieszeni portfel. Co za ironia - w tym świecie pieniądze były nic nie warte, równie dobrze można by ich używać jako papieru toaletowego. Mogłem w każdej chwili przejść się do banku i w kilka minut stać się milionerem. Tylko po co? Teraz prawdziwą wartość miały nie kolorowe świstki papieru a żywność, benzyna i baterie. Gdy wróciłem do komisu Tomasz właśnie wychodził z zaplecza, niosąc w rękach tekturowe pudełko wypełnione różnymi różnościami. -Masz wszystko? - Zapytałem. -Nawet więcej niż potrzeba. -To ładuj się do auta. Jedziemy w jeszcze jedno miejsce. - powiedziałem, poczym ruszyłem przodem. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w dół ulicy. Powoli zachodzące słońce oświetlało asfalt pomarańczowym blaskiem. W tym świetle nawet rozpadające się budynki dawnej fabryki azbestu wyglądały przyjemnie. -Co za muł - mruknąłem pod adresem auta. Benzynowy silniczek 1.8 dla tak ciężkiego samochodu to stanowczo za mało. Korzystając z prostej i szerokiej drogi szarpnąłem kierownicą, jednocześnie zaciągając hamulec ręczny i dodając odrobinę gazu. Auto z piskiem opon obróciło się blisko o 180 stopni i stanęło tyłem do białej tablicy z przekreśloną nazwą miejscowości. -Jezus, Maria! - Krzyknął Tomasz, którym siła odśrodkowa walnęła o drzwi - następnym razem uprzedzaj, to chociaż zapnę pasy! - Zaśmiałem się z jego przestraszonej miny, po czym wyjąłem ze schowka w drzwiach puszkę sprayu. Obszedłem znak drogowy dookoła, stanąłem po stronie z nie przekreślonym napisem i zacząłem malować. Gdy już skończyłem Tomasz podszedł do mnie i ocenił pracę. -Ładnie. Nawet bardzo ładnie. - Po chwili odjechaliśmy, a skąpana w ostatnich promieniach słońca tablica witała przyjezdnych słowami:
Wolne Miasto Ogrodzieniec.
Nie stając nigdzie po drodze wróciliśmy do domu. Tomasz poszedł na górę zostawić „pożyczone” rzeczy, a ja wszedłem do dużego pokoju i... stanąłem jak wryty. Stół jadalny został nakryty świeżym obrusem, na nim ułożonych zostało sześć kompletnych nakryć. Po środku stały dwie świece, dające nastrój a jednocześnie oszczędzające paliwo. Z głośników wierzy sączyła się melodia „Fields of gold” Stinga. Do pokoju wszedł Tomasz, i również stanął jak zamurowany. Filip wyszedł z kuchni i odezwał się do nas. -Pomyśleliśmy, że można jakoś uczcić nasze spotkanie. Zwłaszcza ze względu na niecodzienne jego okoliczności. - powiedział, sztucznie ubierając zdanie w eleganckie słowa. Pomogłem Tamarze i Wiktorii wnieść potrawy, po czym zasiedliśmy do wspólnej kolacji. Tomasz nalał do kieliszków białego wina. -Chciałabym wznieść toast. - powiedziała Tamara, wstając i unosząc kieliszek. - Miejmy nadzieję, że jutro obudzimy się, i to wszystko okaże się tylko koszmarem. A póki jeszcze śnimy, chciałam podziękować gospodarzowi - tu popatrzyła na mnie - za gościnę i dostęp do prądu. - powiedziała z uśmiechem. Popatrzyłem w dół i machnąłem ręką, udając zawstydzenie. Stuknęliśmy się kieliszkami nad stołem. -Po co szóste nakrycie? - zapytałem. -Dla nieoczekiwanego gościa, oczywiście. - odparł Filip. Można się było domyślić... Na kolacje zjedliśmy wspaniałe spaghetti, po czym długo siedzieliśmy, sącząc wino i rozmawiając o różnych sprawach, starając się zapomnieć o tym, w jakim bagnie tkwimy. Gdy skończyły się obie butelki zabrane ze sklepu, wstałem na chwilę od stołu i wyjąłem z barku sporą butlę domowej roboty nalewki wiśniowej oraz mniejsze kieliszki. Wspominaliśmy wspólnie spędzone chwile, wspólne imprezy i czasy liceum, gdy to na lekcjach religii z czystej przekory staraliśmy się przekonać księdza, że Boga jednak nie ma. Koło północy poczuliśmy się zmęczeni i zaczęliśmy się przygotowywać do snu. Ustawiła się niewielka kolejka do prysznica. Alkohol delikatnie szumiał mi w głowie. Ustaliliśmy kto gdzie śpi; Wiktoria i Tomek zajmowali spore łóżko w sypialni na dole, Tamarze przypadł pokój gościnny na piętrze, a Filipowi kanapa. Ja spałem u siebie. Wychodząc z dużego pokoju przypadkiem zahaczyłem ręką o stosik pudełek z płytami DVD. Jedna z nich spadła na ziemię i upadła napisem do góry. Widniał na niej napis „Wakacje - Dobraków” i data sprzed dwóch lat. Dziwne, ja jej nie wyciągałem z szafki... -Może zrobił to inny Wybrany - pomyślałem. Uwielbiałem nazywać naszą piątkę w ten sposób, brzmiało to strasznie dumnie. Człapiąc powoli w górę schodów wspominałem wyjazd, podczas którego została nagrana ta płyta. Byliśmy wtedy dokładnie w tym samym składzie, co teraz... Obudziłem się tuż przed świtem, czując się zupełnie wypoczęty. Przez pięć sekund patrzyłem bezmyślnie w skośny sufit, po czym przypomniałem sobie wszystko. Wczorajszy dzień, Wybranych, całe zamieszanie. Usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem zastanawiać się, czy aby to wszystko nie było chorym snem. Wiedziałem, że nie było. Ale jednocześnie zdawało się tak nierealne... Posiedziałem jeszcze chwilę, po czym podszedłem do drzwi balkonowych i wyjrzałem na zewnątrz. Na dworze było szaro i pusto. -Za dwie godziny ludzie zaczną wyjeżdżać do pracy i znów będzie korek. - szepnąłem do siebie, wiedząc, że tak się nie stanie. Nie dziś. A może już nigdy. Ubrałem się i zszedłem na dół. Drzwi od gościnnego były uchylone, Tamara spała wtulając się w kołdrę, Filip chrapał na kanapie na dole. Tylko ja byłem na nogach. Usiadłem przy kuchennym stole i wsłuchałem się w tykanie zegara. Nie ma sensu bym siedział w domu... Na odwrocie starego biletu miesięcznego napisałem notatkę „Wyszedłem. Będę jak wrócę. CB kanał 23”. Karteczkę zostawiłem na stole, a sam wyszedłem z domu i wsiadłem do Citroena. Włączyłem CB radio i ustawiłem na 23, na wypadek gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować. Wyjechałem niespiesznie na ulicę i ruszyłem w kierunku centrum. Uchyliłem okno i wystawiłem „zimnego łokcia”. Mimo wczesnej pory było dość ciepło. Do odtwarzacza włożyłem płytę CD. Po chwili z głośników popłynęły dźwięki „Down to Earth” Peter’a Gabriela. -We learned to live off the good land, learned to climb up a tree. Then we got up on two legs, but we wanted to fly. And when we messed up our homeland, set sail for the sky... - Zawsze podobała mi się ta zwrotka. Bo mówiła świętą prawdę, ludziom od zawsze było wszystkiego za mało. Cała nasza piątka była świadkiem skutków tej chciwości. Bo było pewne, że polskie bomby odegrały w tym wszystkim jakąś rolę... Skręciłem w lewo, minąłem budynek poczty i zatrzymałem się przy delikatesach. Wszedłem do ciemnego wnętrza sklepu. Zabrałem z półki trzy rogaliki 7 days, a z niedziałającej lodówki dwie puszki mrożonej kawy. -Dziękuję i do widzenia - powiedziałem nieobecnej obsłudze, po czym wróciłem do auta. Przejechałem przez plac Wolności i wyjechałem na główną ulicę. Skierowałem się na wschód. Po lewej minąłem komis z telefonami, w którym wczoraj byłem wraz z Tomaszem. Drzwi straszyły dziurą pozostałą po wybitej szybie. Chwilę później opuściłem Ogrodzieniec. Z nie wiadomych względów, wielkie połacie ziemi tuż za miastem, należące do dawnego PGR-u, zostały obsiane słonecznikami. Teraz kwiaty, w pełnym rozkwicie, wznosiły główki do wschodzącego słońca. Zatrzymałem się na wzgórzu i wyszedłem z samochodu. Po sam horyzont rozciągał się łan słoneczników, zaraz za nimi Ogrodzieniecki zamek, a nad nim wycinek koła, jakim było wstające słońce. Widok jak z pocztówki. Pewnie podobałby się Tamarze. Czemu akurat o niej pomyślałem...? Siadłem na ciepłej masce i ugryzłem kawałek czekoladowego rogalika. Popiłem kawą i pogrążyłem się w bezmyśleniu. Ten przyjemny stan przerwało szczekanie radia. -Tutaj Ryba, wzywam cię, akwarium... - Powiedziało radio, głosem Tamary. Też lubiłem „Kilera”... -W11 do 00, odbiór - Zrewanżowałem się innym, filmowym zawołaniem. -Gdzie to się jeździ? -A, przejechać się chciałem. Coś się dzieje? -Nie, nic. Po prostu chciałam zapytać gdzie się podziałeś. - odpowiedziała, a ja uniosłem brwi w zdziwieniu. Pomyśleliśmy o sobie w tym samym czasie...? -Będę za niedługo w domu. Potrzebujecie czegoś? Mogę zrobić zakupy. -W sumie możesz. Kup trochę żarcia na śniadanie. - odparła. „Kup” brzmi lepiej niż „ukradnij”... Rzuciłem mikrofon na fotel pasażera, odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku miasta. Miałem ochotę troszkę zaszaleć, rozpędzić się, ale tego mułowatego auta nie dało się porządnie przycisnąć. Zatrzymałem się przy sklepie z którego zwinąłem sobie śniadanie. Przechadzałem się po zatopionym w półmroku markecie, ładując produkty z półek do koszyka jak leciało. Były darmowe, więc się nie krępowałem. Zaniosłem do auta trzy koszyki jedzenia, po czym wróciłem jeszcze się rozejrzeć. Wszedłem za ladę. Do kieszeni powkładałem kilkanaście paczek różnych baterii, a z półki z alkoholami wziąłem litrową butelkę czerwonego Johnny’ego Walkera. W poprzednim życiu nigdy nie pozwoliłbym sobie na tak drogi trunek. Do tego cały karton niebieskich L&M-ów. Wróciłem do domu, razem z Wiktorią przygotowałem śniadanie i w piątkę zasiedliśmy do stołu. Próbowaliśmy ustalić plan zajęć na dziś. Jakich zajęć? Przecież nie mieliśmy nic do roboty.
Część IV Tu była DZIURA
-Podbijam o Bytom i cztery baterie AA. - Powiedział Tomasz, pospiesznie skreślając akt notarialny miasta Bytomia i dorzucając go do puli wraz z bateryjkami. Graliśmy w pokera. Nie szło mi. Straciłem Wrocław, kilka baterii i jedną stację benzynową. Filip za to się obłowił, należała do niego dawna stolica (zanim jednogłośnie uchwalono, że jej funkcję przejmuje Wolne Miasto Ogrodzieniec), Opole, kilka stacji benzynowych i sieć sklepów Tesco. -Nie chcę Bytomia. Straszny syf tam jest. - zaprotestowała Wiktoria. -To będziesz mogła go wysadzić w powietrze. - odparł Tomasz, jednocześnie kładąc karty na stole. Uśmiechnął się, patrząc na nasze, po czym zgarnął wszystkie nagrody. -Odpadam. - powiedziałem. Wolałem się wycofać, póki wciąż miałem Katowice i Naftobazę w Dąbrowie Górniczej. -Oddam ci Łódź za bateryjkę do mp3, właśnie mi się wyczerpała. - Tamara zwróciła się do mnie, jednocześnie podając akt notarialny. -Zgoda. Opalałem się na leżaku przed domem, sącząc drinka o nazwie Caypilinha. -Gdzie się podział Filip? - pomyślałem. Wszyscy Wybrani krążyli gdzieś wokoło, co jakiś czas zabierając któreś z aut, gdy potrzebowali gdzieś skoczyć, ale jego nie widziałem od dłuższego czasu. Poprawiłem okulary przeciwsłoneczne i ułożyłem się wygodniej na leżance. Co jakiś czas zapadałem w płytką drzemkę. W pewnym momencie usłyszałem dźwięk silnika i bardzo głośną muzykę. -Tu! Vivi nell’aria... Tu! Vivi dentro al mio cuore... Pomyślałem ze ktoś właśnie wraca z miasta. Ale... przecież oba samochody stały na swoich miejscach... Zdziwiony usiadłem, by móc przyjrzeć się, kto nadjeżdża. Środkiem ulicy mknął czerwony Subaru Forester. -Szósty Wybrany? - przemknęło mi przez myśl. Auto zahamowało z piskiem opon i skręciło na moje podwórko. Za kierownicą siedział uśmiechnięty Filip. Spojrzał na mnie znad ciemnych okularów. -Check it out, jaką furę wytrzasnąłem. - powiedział, wysiadając. Ze zdziwienia otwarłem usta. Zajrzałem do wnętrza. Była to najbogatsza wersja, samochód wyglądał na nowy, musiał go zwędzić prosto z salonu. Tak tez było; licznik pokazywał przebieg 50 kilometrów. -Ale maszyna... - stwierdził, mało inteligentnie, Tomasz, który znikąd pojawił się za mną. - Skąd go masz? -Wziąłem sobie. Od dłuższego czasu miałem go na oku, a tak przystępna cena może się nie powtórzyć. - powiedział, wsiadając z powrotem do samochodu. Sprawiał wrażenie małego chłopca, który właśnie dostał wymarzoną zabawkę. Popatrzyłem na Tomasza, a on na mnie. Wykrzyknęliśmy niemal jednocześnie: -Ja też chcę!!! Zapakowaliśmy się do Filipowego Subaru i przy dźwiękach potężnego silnika oraz Tu vivi nell’aria ruszyliśmy w stronę Zawiercia. Stojąca na schodach Wiktoria westchnęła. -Dzieciaki... Jakiś czas później przez opustoszałe Zawiercie przemknęły w stronę Poręby trzy poruszające się ze znaczną prędkością kolorowe punkty: srebrny, czarny i czerwony. Honda Civic, Fiat Linea i Subaru. -Ale to dajeeee! - krzyknąłem, jednocześnie obejmując prowadzenie w kolumnie. Korzystając z prostej i szerokiej drogi zbliżyłem prawą nogę do ziemi. Nowiutkie, bardzo wygodne auto ze wspaniałym silnikiem Diesla aż rwało się do jazdy. -Sto osiemdziesiąt w zabudowanym, yeeeah!!! Tomasz w swojej Hondzie zrównał się ze mną. Nie wiedziałem co krzyczy, ale było widać, że jest wniebowzięty. Jakąś godzinę szaleńczej jazdy późnej skierowaliśmy się z powrotem w stronę Ogrodzieńca. Gdy wjeżdżaliśmy na moją ulicę zrównaliśmy się i powoli, dostojnie wjechaliśmy na plac. Cytryna i Cienki zaraz zostały przestawione na tyły domu, by zrobić miejsce dla nowych nabytków. Dokończyłem papierosa i pstryknięciem palcami wyekspediowałem go poza barierkę balkonu. Wszedłem do mieszkania i przeszedłem do sąsiedniego pokoju, by zobaczyć, jak się miewa Tomasz i jego eksperyment. Wybrany siedział przed wiekowym komputerem, obłożonym dookoła kablami i płytkami z elektroniką. -Co ty tak właściwie chcesz skonstruować? Zapytałem. -Urządzenie nasłuchowe. - odparł. -Dlatego potrzebowałem starego telefonu, analogowego, nie cyfrowego jak nowe. -Wiesz, że nie znam się na elektronice. -Wiem. Po prostu chcę mieć urządzenie które umożliwi podsłuchiwanie częstotliwości sieci komórkowych. Mimo że nadajniki nie działają, będziemy wiedzieć, gdy jakiś aparat będzie szukał zasięgu. - wyjaśnił. Zapadła cisza. Nie wiedziałem po co mu to, ale nie protestowałem. Wycofałem się do przedpokoju, a następnie zszedłem na dół. Tamara siedziała przed telewizorem, najwyraźniej oglądając coś na DVD. Usiadłem obok. Na ekranie była nasza piątka, młodsza o dwa lata. -Wakacje w Dobrakowie? -Tak. Chciałam sobie przypomnieć coś miłego. -Chcesz piwa? - Pokręciła przecząco głową. Wziąłem sobie puszkę Żywca, otwarłem paczkę paprykowych chipsów i zacząłem oglądać razem z nią. Większość ujęć była kręcona telefonami, więc nie były zbyt dobrej jakości. Całość została zmontowana razem, tworząc zapis czasów, gdy byliśmy nastolatkami w świecie pełnym życia. Wybraliśmy się wtedy na kilka dni na działkę do Filipa. Tamara i ja siedzieliśmy patrząc na telewizor, śmiejąc się z samych siebie. Była scena w której, nieco podchmielony, tańczyłem na dachu baraku. Sam, w rękach trzymając telefon, z którego płynęły dźwięki „Fields of gold”. Dalej niespodziewana, romantyczna kolacja,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil inferi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…