Czysta Krew
Anglia XIX wiek Wilkołaki Szczypta magii i odrobina miłości. Prolog i rozdział I
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Prolog
Głuchy łoskot otrząsnął mnie na chwilę z letargu. Leżałam na podłodze, gdyż pod rozpalonym policzkiem wyczułam równą, zimną powierzchnię. Chciałam uchylić powieki, jednak nagle wydały mi się wyjątkowo ciężkie. Do moich uszu dopłynął cichutki warkot. Ktoś tu jest, przemknęło mi przez myśl. Poczułam na twarzy ciepły oddech. - Spokojnie, Violetto. Już nic ci nie grozi. – Zapewnił mnie czyjś głos, jednak nie byłam w stanie mu uwierzyć. Czyjeś silne ramiona objęły mnie w pasie i podniosły do góry. Ręce zwisały mi bezwładnie, a nogi śmiesznie dyndały. Czułam się jak szmaciana lalka. Gdzieś mnie niósł. Tylko, dokąd? - Nie… do domu… - zdołałam wykrztusić. Coś blokowało mi gardło. Spróbowałam zaczerpnąć głęboko powietrza, ale moje płuca tylko boleśnie się wzniosły i opadły. - Nie idziemy do domu – odparł kąśliwie drugi, wysoki głos. Serce załomotało mi mocno. - Stella? Stanęliśmy. Coś donośnie pyknęło i poczułam swąd palonego ubrania. Niosąca mnie osoba zaczerpnęła kilka razy powietrza i ruszyła dalej. - Cii, jesteś bezpieczna. A jednak nie była to prawda.
I. Poszukiwanie drogi
Październikowy wiatr zatrzepotał fałdami mojej sukni, a przenikliwe zimno wdarło się pod halkę. Szybko przygładziłam materiał ręką. - Długo jeszcze? – Zapytała markotnym tonem Mirabell. Nie mogła wytrzymać w miejscu. Dreptała w tę i z powrotem, kolejny raz poprawiała gorset sukni lub stukała obcasami o bruk. - Mirabello, proszę uspokój się – mruknął ojciec. Spojrzałam na drzwi akurat w tym momencie, kiedy się otworzyły. Stanął w nich otyły mężczyzna w atłasowym surducie i pantoflach ze złotymi sprzączkami. Uśmiechnął się i wyciągnął w naszą stronę ręce. - Przybyliście! – Zawołał dobrodusznie. - Witaj, bracie. Przestąpiliśmy próg domu. Nie byłam tu od niepamiętnych czasów. Przygnębiające wrażenie senności ogarnęło mój umysł jak za dawnych lat. Zza rogu dobiegł nas głos ciotki Ampelii. - Zapraszam dalej! Wstąpiliśmy do salonu. Za nic nie poznałabym mojego kuzynostwa. Stella posłała mi wymuszony uśmiech skłaniając przy tym lekko głowę. Dygnęłam. - Violett. Mirabell. Jakże wypiękniałyście – Skomplementowała nas ciotka. - Miło ciocię widzieć. Stello. Nestorze. Młodzieniec uśmiechnął się blado. Bardzo wyszczuplał. Jego złote, związane dotąd w koński ogon włosy, straciły blask. Rozrzucone były w lekkim nieładzie po plecach. - Ampelio, cóż za… miłe spotkanie. – Pauza ojca była wręcz dotykalna. Ciotka wstała i podeszłą do niego. Złapała za dłoń lekko ściskając. - Ubolewamy razem z tobą. Razem z wami wszystkimi – posłała Mirabell współczujące spojrzenie. Spuściłam głowę, aby jej wzrok mnie nie dosięgnął. Zagryzłam wargi, byleby tylko nie zacząć szlochać. Mimo, że od śmierci Mamy minęły trzy miesiące, wciąż nie mogłam się z tym pogodzić. To wciąż do mnie nie docierało. Zapadła niezręczna cisza. Słyszałam, jak wuj Baldwin przestępuje z nogi na nogę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. - Usiądźmy. – Zaproponował zapraszającym gestem. – Służba zaraz przyniesie posiłek. Musicie być głodni. Zasiedliśmy przy długim, drewnianym stole. Zapalone świecie odbijały się od kryształowych kieliszków, rzucając cienie na salon. Zapatrzyłam się, zupełnie odcinając od rzeczywistości. - Violett? – Wybudził mnie cichy głos Nestora. - Tak? - Dlaczego nie odpowiadasz na moje pytanie? – Uśmiechnął się uprzejmie. - Pytałeś o coś? Och, wybacz, po prostu trochę się zamyśliłam. - Czy panicz Leafy ponowił oświadczyny? Spłonęłam rumieńcem. - Wybacz, mam nadzieję, że cię nie uraziłem. - Nie, nie. To nie była odpowiednia chwila na wspomnienia o paniczu Leafy’m. Ostatnio nawet zapomniałam, że ktoś taki pojawił się w moim życiu. - Nie ponowił – odpowiedziałam wzdychając. Skąd to westchnienie? Zdenerwowała mnie moja samowolna reakcja. – Nie, żebym żałowała. - Ach tak. – Nestor uśmiechnął się ironicznie. Przerwaliśmy naszą rozmowę, gdyż do pokoju weszła służba niosąc talerze i półmiski. - Cóż za pyszności! – Zawołała Mirabell zauważając jej ulubione drobiowe udka w sosie migdałowym. - To, co lubicie najbardziej – uśmiechnęła się Ampelia składając dłonie i opierając na nich brodę. Była piękna. Tak, wiedziałam to od dawna, jednak dopiero teraz tak bardzo mnie to urzekło. Złote, lśniące włosy upięte miała w zgrabny kok, a jej dekolt zdobiła rubinowa kolia. Miała tak samo zarysowane kości policzkowe, jak Mama… Odwróciłam wzrok czując jak w serce wbija mi się kolejny odłamek lodu. Nestor dyskutował cicho z siostrą. Stella siedziała jak na szpilkach, od czasu do kiwając głową lub zaszczycając brata spojrzeniem. W pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały. W jej oczach czaiło się dziwne odczucie. Nie potrafiłam go rozszyfrować. Wstała. - Czy wybaczycie mi, jeśli was już opuszczę? – Zapytała wysokim głosem. No tak, już zdążyłam zapomnieć, że jej głos to istny cukier. Baldwin popatrzył na córkę lekko zirytowany. - Tak, oczywiście, że tak – odpowiedział ojciec. Ciotka pożegnała ją zdziwionym spojrzeniem. To niepodobne do Stelli. Ułożona, grzeczna panna nie wstaje od stołu, gdy wszyscy jedzą. Nie wychodzi z pokoju, nie wyjawiwszy wpierw, dlaczego. Wciąż wpatrywałam się zaintrygowana w ciemny korytarz, którym odeszła. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Nestor przenikliwie mi się przygląda. - Psst. Violett! – Szepnęła Mirabell nachylając się przez stół. - Słucham. - Jak myślisz, o co chodzi? Na twarzy piętnastolatki malowało się prawdziwe zaciekawienie, a oczy błyszczały jej z zainteresowania. Poczułam jak do policzków napływa mi krew. Zawstydziłam się za siostrę. - Nie wiem, porozmawiamy później – spróbowałam subtelnie uciąć temat, jednak ona nie dała za wygraną. - Oj, ale co się takiego stało, że aż wstała? Posłałam jej spojrzenie pełne nagany. - To nie nasza sprawa. Resztę wieczoru spędziłam w ciszy. Zamieniłam tylko kilka słów z ciotką. Cały czas zajmowałam się dyskretnym rozglądaniem po eleganckim salonie wujostwa. Wiele się zmieniło. Słyszałam, że krewni wzbogacili się ostatnimi czasy, ale sądziłam, że to tylko plotki. A jednak nie. Czułam się jak w prawdziwym pałacu. Na rzeźbionych komodach stały ręcznie malowane, perskie wazy. Pod sufitem wisiał kryształowy żyrandol, który wręcz przyprawiał mnie o mocniejsze bicie serca. W oknach wisiały ciężkie, ciemnozielone zasłony. Nigdy nie widziałam, żeby ten dom rozjaśnił się w promieniach słońca. Dlaczego aż tak nie lubili światła? Rzuciłam ukradkowe spojrzenie na wuja. Rozprawiał o czymś z ojcem, czerwony na twarzy od wina i zaangażowania w rozmowę. Nic nie wskazywało na to, żeby unikał słońca. W przerwie między kolacją a deserem wyglądałam Stelli, ale nie pojawiła się już tego wieczoru. W końcu ojciec z wujem podnieśli się ociężale z krzeseł. - Dziękujemy miłym paniom za towarzystwo. Udamy się teraz do gabinetu – oświadczył z powagą Baldwin. Gdy wyszli, od razu wstałam. - Ciociu, mogłybyśmy opuścić już was wraz z Mirabell i udać się do naszej sypialni? - Och, to już? Wieczór dopiero się zaczyna – uśmiechnęła się lekko. - Wybacz, ale jestem wyjątkowo zmęczona. - Ja wcale nie jestem zmęczona – odparła beztrosko Mirabell. Posłałam jej zirytowane spojrzenie. - Ale tak, położymy się wcześniej. - Dobrze, Anaida was zaprowadzi. Pojawiła się przed nami służąca. - Dobranoc, ciociu. Nestorze. - Dobranoc. Trzymana przez Anaidę świeca rzucała mały krąg światła na podłogę. Reszta korytarza tonęła w ciemnościach, więc posuwałyśmy się bardziej na wyczucie. Wydało mi się trochę zaskakujące, iż nikt nie zapalił świec na korytarzach. Byli na tyle bogaci, że mogli sobie na nie pozwolić. A więc dlaczego? Szłyśmy w całkowitej ciszy, toteż doskonale usłyszałam pierwsze krople deszczu, spływające szybko po szybie. Tak. Hrabstwo Rutland. Mirabell była taka niepocieszona, że wujostwo mieszka akurat w najmniejszym hrabstwie Anglii. Wciąż ją przekonywałam, że Anglia niewiele różni się od Walii, jednak nie mogła się przekonać. Może tylko częściej pada. Uśmiechnęłam się nieznacznie. Lubiłam deszcz. Dawał mi dziwne poczucie bezpieczeństwa. - To tutaj. Jakby panienki czegoś potrzebowały, proszę zadzwonić, a ktoś na pewno się pojawi. Służąca otworzyła mosiężnym kluczem drzwi i weszła do środka, aby zapalić świece. Ciepły płomień rozjaśnił jasne ściany. - Czy pomóc paniom przy sukniach? – Zaofiarowała się Anaida. - Nie, dziękujemy, poradzimy sobie. - Oczywiście. Dobranoc panienkom – pożegnała się i wyszła zamykając drzwi. Usiadłam na łóżku przy drzwiach. - Dlaczego tak szybko wyszłyśmy? – zapytała Mirabell. - Jakoś czułam się nieswojo. - Dlaczego? - Nie wiem. Siostra patrzyła na mnie, nadal niezdecydowana. - Pomożesz mi z gorsetem? – zapytałam podchodząc do niej. - Tak. Po zdjęciu ciężkich sukien, szybko przebrałyśmy się w koszule nocne i wskoczyłyśmy do ciepłych łóżek. Życzyłam siostrze dobrej nocy i zdmuchnęłam płomień. Dym rozpłynął się w czarnym powietrzu. Wsłuchałam się w miarowy odgłos kropli za oknem. Balansowałam już na granicy między jawą a snem, gdy czyjś cichutki głos szepnął w ciemność moje imię. - Violett… Śpisz? – to Mirabell - Prawie. - M-mogę do ciebie przyjść? – Drżał jej głos. - Tak. Usłyszałam jak wstaje z łóżka i na palcach przemyka w moją stronę. Odkryłam kołdrę i przesunęłam się w stronę ściany, żeby ją wpuścić do łóżka. Poczułam, że cała drży. - Co się stało? – Zapytałam troskliwie, opierając się na łokciu, żeby na nią spojrzeć. - Violett, ja… Tak bardzo tęsknię za mamą… - wychlipała wpatrując się w podłogę. W gardle stanęła mi olbrzymia gula. Zagryzłam wargę. - Ja też – odparłam po dłuższej chwili. Siostra zarzuciła mi ramiona na szyję i rozszlochała się. Przytuliłam ją i płakałyśmy razem. Nasze łzy zostały zagłuszone przez krople deszczu na dworze. – Chcę wracać do domu. Nie odpowiedziałam. Wolałabym spędzić tu całą wieczność, niż wrócić teraz do Walii. Na dworek, gdzie wszystko, każda roślina, każdy przedmiot, przypominały mi Mamę? Nie. - Śpijmy. Zasypiałam z niejasnym przeczuciem, że ten dom się zmienił. A może ja się zmieniłam? Może… może po prostu ponosi mnie chora wyobraźnia, mam jakieś omamy, przez… to wszystko, przez śmierć Mamy… Odgoniłam natrętne myśli. Jutro też jest dzień. Oby był to lepszy dzień.
***
Siedzieliśmy przy stole, jedząc śniadanie, gdy do jadalni wszedł szybkim krokiem jeden
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil zaszumiał-wiatr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…