Czysta krew
Rozdział III Pomiędzy Violett i Wiktorem zawiązuje się coraz silniejsza więź - jest jedyną osobą, z którą dziewczyna może porozmawiać. Co się jednak stanie, gdy nadejdzie pełnia Wiktora?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
III. Korespondencja
Próbowałam nawiązać bliższy kontakt ze Stellą, w końcu tyle nas teraz łączyło, a byłyśmy jedynymi, przyszłymi wilkołaczkami. Jednak ona była na to zupełnie głucha. Wciąż unikała mnie jak mogła. Nestor chodził lekko przygnębiony, najwyraźniej nie potrafił zaakceptować zaistniałej sytuacji. Tym sposobem, moim jedynym powiernikiem i zaufanym rozmówcą był Wiktor. Wiele rozmawialiśmy o naszym przyszłym życiu, w postaci wilkołaka. To dzięki niemu nauczyłam się wymawiać to przerażające słowo. Pomógł mi się z tym pogodzić. - Wiktorze… Pamiętasz, jak jakiś czas temu zapytałam cię o przeminę, kiedy może ona nastąpić? - Tak, pamiętam. - Powiedziałeś wtedy, że niczego nie znaleźliście, ale możliwe, że tutaj mogą być jakieś zapiski. Może byśmy ich poszukali? Chyba usłyszał w tym pytaniu zbyt duże zaangażowanie, bo spojrzał na mnie poważnie. - Violetto, to nie jest zabawa. - Tak, wiem – spuściłam ze skruchą głowę. Jednak w środku nie potrafiłam przyznać mu racji. Było to coś tak niesamowicie nieziemskiego, innego, nieznanego. - Więc co o tym myślisz? - W sumie to… - uśmiechnął się szelmowsko. – Bardzo dobry pomysł. Zerwaliśmy się z foteli i ścigając się, pognaliśmy na poddasze. Na schodach wpadliśmy na zaskoczoną ciotkę, jednak nie zatrzymaliśmy się, tylko śmiejąc się jak dzieci, pobiegliśmy wyżej. Przy Wiktorze naprawdę czułam się dzieckiem. Nawet wizja rychłej przemiany i myśl, jak bardzo zmieni ona moje życie, wydawała mi się przy nim tylko zamgloną nowością. Przed niskimi drzwiami zatrzymaliśmy się, a ja poprawiłam zagięty róg szkarłatnej sukni. Wiktor otworzył drzwi i wszedł pierwszy, uchylając je dla mnie. Wchodziliśmy jak do świątyni. Poczułam zapach starej, drewnianej podłogi i kurzu. Na poddaszu panował półmrok. - Nie wzięliśmy świecy… - usłyszałam szept X, tuż przy swoim uchu. Zadrżałam. Poruszaliśmy się w stronę starych, mosiężnych skrzyń. Na całe szczęście, były uchylone. Młodzieniec otworzył wieko i naszym oczom ukazała się sterta pożółkłych, twardych listów i kartek. Wymieniliśmy spojrzenia. Niepewnie wyciągnęłam dłoń w ich stronę. Rozłożyłam kartkę. Była zapisana kaligraficznym, równym pismem i wskazywała datę 28 marca 1789 roku. - To nie to. Zaczęliśmy przeszukiwać skrzynie. W powietrzu unosiły się tumany kurzu i pyłów. Fruwały spokojnie w nieśmiałych promieniach, przedostających się przez szpary w dachu. Wstałam i otarłam ręką czoło. Było całe mokre! Zachwiałam się. Nie zauważyłam, że staliśmy na małym podwyższeniu i spadłam z kilku stopni. Otrzepałam ze złością suknię. Wiktor stał z wyciągniętymi w moją stronę rękoma. - Myślisz, że jako wilkołak, będę szybszy i złapię cię zawsze, gdy będziesz upadać? – Zaśmiał się. - Sądzę, że jako wilkołak nie będę w ogóle upadać – odpowiedziałam uśmiechając się ironicznie. Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Powróciliśmy do pracy. Po jakimś czasie Wiktor westchnął. - To bezsensu. Tu nic nie ma. Najstarsze notatki pochodzą z początku XVIII wieku. Chcąc nie chcąc, musiałam przyznać mu rację. Niczego tu nie znajdziemy. - Wracamy? – zapytałam z rozczarowaniem w głosie. - Jeśli chcesz, możemy tu posiedzieć. Usłyszałam, jak się śmieje. - To całkiem dobry pomysł. Zasiadłam na jakimś kulawym, brudnym krześle, wysoko unosząc głowę. Posłałam mu spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Zasiadł na starej komodzie i w zamyśleniu mi się przyglądał. Bardzo przenikliwie. Zarumieniłam się. Nagle jednym susem znalazł się przy mnie. Serce na moment przestało mi bić. Przykucnęłam. Wiktor pochylał się nad czymś. - Zobacz – wykrztusił próbując wyciągnąć zwitek papieru spod skrzyni. Głośno westchnęłam. Popatrzył na mnie zdziwiony. - To wspaniale – zdobyłam się na przelotny uśmiech. Rozwinął kartkę. Zajrzałam mu przez ramię i przeczytałam.
Spisuję tu całą swoją wiedzę o wilkołactwie, popartą własnymi doświadczeniami i zdarzeniami. Wilkołaki, w których żyłach płynie szlachetna krew księcia Coldwina, przemieniają się w każdą pełnię księżyca. Przeistoczenie następuje co dwieście lat, u potomków w wieku od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat, obu płci. Pierwsze, metamorfozę przechodzą najstarsze osoby; co pełnię, następuje kolejna przemiana. Jednakże, jeśli wystąpi taka konieczność, można ją przyspieszyć.
Tu na chwilę przerwałam, żeby zaczerpnąć powietrza.
Tutaj muszę zaznaczyć, że w najbliższym otoczeniu nigdy się z tym nie spotkałem. Dla każdego stada istnieje odmienna faza „zastępczego” przeobrażenia. Dla wilkołaków mieszkających w pobliżu hrabstwa Hertfordshire, do przemiany potrzebna jest krew wilka. Potomkowie nacierali nią swoje ciało, a następnie mogli zamienić się przedwcześnie w wilkołaka. W każdym hrabstwie, gdzie pojawiły się wilkołaki, istniała oddzielna formuła. Jednakże, skoro Ty, który odnalazłeś te notatki, mieszkasz w hrabstwie Rutland, zapewne ten sposób interesuje Cię najbardziej. Do wcześniejszego przeistoczenia niezbędna jest woda ze stawu ukrytego w najciemniejszym i najmroczniejszym lesie Hothins’ów.
Tutaj ponownie przerwałam. To już po prostu nie mieściło mi się w głowie. Byliśmy w tym lesie, zaledwie kilka miesięcy temu! Głęboko odetchnęłam kilka razy i kontynuowałam.
Wystarczy posmakować kilka jej kropel, a nastąpi metamorfoza. Muszę w tym momencie Cię ostrzec. To pełnia określa gotowość przystąpienia do zmiany w przeklętego. Każde inne działanie jest niezgodne z prawami natury i może obrócić się przeciwko Tobie. Z wyjątkiem wyostrzonych zmysłów, przeobrażeni posiadają nadprzyrodzone moce. Wszystkie wilkołaki mają dar porozumiewania się z duszami zmarłych oraz zwierzętami. Z wcześniejszych zapisek wyczytałem, że istnieli przeklęci, jak np. Igness z hrabstwa Cornwall, którzy potrafili panować nad siłami przyrody. Igness była w stanie kierować wiatrem, nawet wzniecać burze. Wiejskie podania informują o daru przepowiadania przyszłości, jednak nigdzie nie znalazłem dowodów, które by to potwierdziły.
Oderwałam wzrok od tekstu. Wiktor przetrząsnął pozostałe kartki. Było ich całkiem sporo. Złożył je i schował do kieszeni. - Wracajmy. Nie odzywając się słowem, ruszyliśmy w stronę drzwi prowadzących na dół. Wyprzedził mnie i otworzył drzwi. Popatrzył przy tym na mnie tak przeszywająco, że przeszedł mnie dreszcz. Zeszliśmy wolno po schodach. - Powiesz im? – Zdobyłam się na krótkie pytanie. - Tak. Nie potrafiłam wyczytać, jakie wrażenie wywołały na nim te stare zapiski. Przez resztę dnia chodziłam zamyślona i rozkojarzona. Siedziałam w bawialni, wyszywając suknię. Bardzo mi się spodobała. Zrobiona była z ciemnozielonego muślinu. Przy głębokim dekolcie haftowałam czerwone arabeski, przeplatające się i spływające aż do wcięcia w talii. Do pokoju weszła Ampelia. Gdy tylko napotkałam jej jednoznaczne spojrzenie, prędko odwróciłam wzrok. Przysiadła na kanapie obok mnie. - Dlaczego jesteś taka przygaszona, Violett? Jeszcze niedawno biegałaś radosna po domu. Zignorowałam jej pytanie. - Ona na pewno nie chciałaby, żebyś się tym zamartwiała. - Słucham? – Podniosłam głowę. Poczułam dłoń ciotki na ramieniu. - Inès pragnęłaby, abyś żyła normalnie, śmiała się, cieszyła... Nie ma w tym nic złego. Stężały mi rysy twarzy. Serce kolejny raz rozłamało się na kilka części. Zagryzłam wargę. Jak mogłam się tak zachowywać? Jakbym zapomniała, jakby Mama nigdy nie istniała… Zmarszczyłam brwi. - Wiktor chyba bardzo ci pomaga, prawda? – Zagadnęła znowu ciotka. – To naprawdę miły, wychowany mężczyzna… - Jak ciocia może! – Wykrzyknęłam wstając. Suknia zsunęła się z mojego podołka i spadła na podłogę. Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale nie potrafiłam znaleźć trafnych słów. Stałam pochylona, a moje oczy ciskały błyskawice. Ampelia otworzyła usta, ale po chwili bezradnie je zamknęła. - Tęsknię za Mamą, jestem w żałobie, a ciocia… Próbuje najzwyczajniej… Podniosłam suknię i położyłam na sofie. Odwróciłam się i szybko wyszłam z bawialni. Jakim prawem ciotka chce wtrącać się w takie delikatne sprawy, zaledwie pół roku od śmierci Mamy! Czułam większą złość niż żal. Nieco mnie to zastanowiło. Czyżby… Ampelia mówiła prawdę? Może już całkowicie przywykłam do tej upiornej myśli? I co gorsze, nie zdawałam sobie nawet z tego sprawy?
***
Siedziałam wtulona w kąt okna. Dopiero świtało. Pierwsze promyki oświetliły zaspane drzewa, okryte śnieżnymi pledami. Szare niebo rozbłysło pąsem. Nie myślałam o niczym szczególnym. Trochę o domu, przeszłości, przemianie. Rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę korytarza. Zapewne jeszcze wszyscy spali, może nawet nie zorientowaliby się, że wyszłam. Zrzuciłam z siebie ciepły koc i cichutko pobiegłam do szafy. Wyjęłam płaszcz i włożyłam kozaki. Jeszcze raz rozejrzałam się, czy nikt nie nadchodzi, uchyliłam drzwi. Przeraźliwe zimno wdarło się do domu, rozwiewając poły mojej sukni. - Gdzie się tak wcześnie wybierasz? – Usłyszałam szept Wiktora. Odwróciłam głowę. - Ee… na spacer. Patrzył na mnie podejrzliwie. - Czyżby? - Tak. Może nawet zajdę do lasu. Do zobaczenia później – odparłam i wyszłam, zamykając drzwi. Włożyłam dłonie w mufkę i zaczerpnęłam rześkiego powietrza. - Poczekaj! Do jakiego lasu? Od razu zwietrzył spisek. - Hothins’ów – odparłam spokojnie. Spojrzał na mnie wilkiem. Nieco rozbawiło mnie to porównanie. - Czy to dobry pomysł? - Nie rozumiem, dlaczego miałby być zły? Chcę zobaczyć, czy to, co jest zapisane, ma choć cień prawdy. - To zdecydowanie zły pomysł. - Nie musi pan ze mną iść, panie Wiktorze – odparłam chłodno. - Nie pozwoliłbym pani samej. - Dlaczego? - Jak pani wie, najbliższe stado wilkołaków znajduje się właśnie w hrabstwie Lincolnshire, do którego, jak oboje wiemy należy większa część lasu Hothins’ów. I bardzo prawdopodobne, że to właściciele boru nimi są. Otworzyłam szerzej oczy. - Naprawdę? Skąd pan to wie? - Z owych notatek, które znaleźliśmy kilka dni temu na strychu, Violett – posłał mi uśmiech, abyśmy zażegnali prowizoryczną, oficjalną grzeczność. - Odkryłeś, z którego roku pochodzą? - Tak, jeśli się nie mylę, z 1659. - Późne. - Spisał je niejaki Edmund Crowler u schyłku swego życia. Zamilkliśmy. Słońce powoli wschodziło. Dzisiaj las był dużo jaśniejszy. Jak to możliwe? Promienne, wesołe łuny tańczyły w świetlistej czuprynie Wiktora. Spojrzenie samowolnie osunęło mi się niżej. Miał taką perfekcyjną, męską szczękę. Wydychane powietrze spotkawszy się z niską temperaturą, zamieniało się w obłoki pary. Mój wzrok sunął po jego ramieniu. Nawet nie zauważyłam kiedy przystanęliśmy. Młodzieniec dotknął delikatnie mojej talii i przyciągnął do siebie. Poczułam, jak przeszedł mnie ciepły dreszcz. Wziął moją dłoń w swoje. Były takie miękkie i gładkie. Zupełnie jak nie dłonie dorosłego mężczyzny. Zmarszczyłam nieco czoło i podniosłam na niego wzrok. Cicho się zaśmiał. - Zaczyna się przemiana. Pełnia za trzy dni. Czułam, jak powietrze wokół nas jest naelektryzowane. Jego ramiona zacisnęły się na mnie lekko. To irracjonalne, ale poczułam się bezpieczna. O wszystkim zapomniałam. Staliśmy w ciszy. Dotknęłam policzkiem jego twarzy i przymknęłam oczy. Trwaliśmy w bezruchu, wsłuchując się w swoje oddechy. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Serce rozpierało mi jakieś wewnętrzne ciepło. Czy to możliwe, żebym zakochała się w Wiktorze? Po chwili ruszyliśmy dalej dróżką. Wyciągnął ramię, wzięłam go pod rękę. Nasze palce cały czas się stykały. Sprawiało mi to dziwną przyjemność. Wciąż wpatrywałam się w jego twarz, więc to raczej on mnie prowadził, niż sama szłam. To zadziwiające, ale dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jakiego koloru Wiktor ma oczy – takiego samego jak włosy. Były czekoladowe, świetliste, połyskujące. - To chyba tu. – Z odurzenia wyrwał mnie jego głos. Rozejrzałam się. Staliśmy pośrodku gęstwiny. Złamane gałęzie wplątywały mi się w skraj mokrej od śniegu sukni. Znowu było ciemno, gdyż wysokie, stare drzewa przesłaniały jasne niebo. I nagle, wśród tych chaszczy, zobaczyłam niewielką sadzawkę. Oczarowała mnie swoją przejrzystością. Zachwycona wpatrywałam się, jak małe kręgi rozpływają się po jej powierzchni, mienią się i lśnią. Wyciągnęłam dłoń, aby samej sprawdzić, jak to możliwe, że są takie kruche… Czyjaś ręka mocno zacisnęła się na moim przedramieniu. - Violett! – syknął Wiktor. - Cco? – Zirytowało mnie to, że odwraca moją uwagę od niezwykłego stawu. - Co ty robisz? Nie wiemy czy samo dotknięcie tej wody nie doprowadzi do przemiany. - Ach, no tak. Właśnie zdałam sobie sprawę, że stoję niebezpiecznie blisko brzegu. Odsunęłam się na pewną odległość i popatrzyłam na X. - On istnieje – wyszeptałam. - Tak… Lśniące nurty bajorka przyciągały mój wzrok jak nic innego. - Wracamy. Dałam się wyprowadzić Wiktorowi z lasu. Zatrzymaliśmy się dopiero w ogrodzie wujostwa. - Widziałeś? Było niesamowite, tak niezwykle piękne, jaka szkoda, że nie pozwoliłeś mi go dotknąć… - Violetto, oprzytomniej! – Zawołał młodzieniec. – To jezioro tobą owładnęło! Nie powinienem pozwolić ci tam pójść. - I tak bym poszła. Spojrzał na mnie poważnie. Czyżbym dostrzegła w jego oczach niepokój? - Przyrzeknij mi, że już nigdy tam nie pójdziesz. - Ależ, Wiktorze, ja i tak stanę się wilkołakiem. Chodzenie do lasu czy też nie, nie zmieni tego. - Nie, ale ten dziwny staw może zmienić. Nie chcę… żebyś przemieniła się przedwcześnie. Nie wiemy jakie mogą być tego skutki. - J-ja nie zamierzałam… - Przyrzeknij mi. Przełknęłam ślinę. Co to dziwne zapewnienie miało oznaczać? - Dobrze, nie będę chodziła do lasu – wyjąkałam. Wiktor kiwnął głową. Wróciliśmy do domu. Jeszcze nikt nie wstał, choć ja miałam wrażenie, że minął już cały dzień. Rozebrałam się i zasiadłam przy oknie. Spojrzałam na Wiktora i wskazałam gestem, żeby przy mnie usiadł, co też zrobił. Wsparłam głowę na dłoni i wpatrywałam się w młodzieńca, otworzywszy szeroko oczy. Przysunął się bliżej, a ja oparłam o ścianę. Poczułam jego zimne palce na swojej szyi. Dostałam gęsiej skórki. Zsunął rękę i tym sposobem, jego dłonie spoczywały na moich ramionach. Nachylił się nade mną tak, że nasze kolana się stykały. Dostrzegłam jeszcze lekki uśmiech na jego twarzy. Pocałował mnie. Oddałam pocałunek. Poczułam, że położył rękę na siedzeniu, tuż koło mojego uda. Raptem przerwał. Odwróciłam głowę w stronę, gdzie patrzył. W drzwiach stała Stella. Zmierzyła nas rozwścieczonym wzrokiem. - Dzień dobry – wycedziła. - Dzień dobry – odpowiedział Wiktor siadając prosto. - Wybaczcie, nie sądziłam, że ktoś już wstał. - Tak, ee, spotkaliśmy się w kuchni. - Rozumiem – odpowiedziała słodko. Przeszła przez salon w stronę biblioteki. Spuściłam wzrok. Po chwili wróciła niosąc jakąś książkę. - Chciałam wziąć…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil zaszumiał-wiatr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…