Decyzja
Fikcja, ale oparta na faktach. Opowiadanie może być dla niektórych kontrowersyjne - na własną odpowiedzialność. Zawiera kilka nieprzyzwoitych słów (z góry przepraszam). Wersja druga poprawiona.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kraków, wiosna, zachód słońca nad Wisłą po pięknym, ciepłym dniu. Trawa i drzewa budzą się do życia, świat zielenieje, a ludzie wychodzą tłumnie z domów. Spacerują, uśmiechają się, są jakby pogodniejsi, prawie beztroscy. Normalna rzecz. Nic niezwykłego. Zapada wieczór. Kraków staje się majestatyczny, spokojny i piękny. Ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Kilka kilometrów na zachód od Wawelu istnieje miejsce, które kiedyś zostało zagospodarowane przez kilku ważnych panów o arcypoważnym nastawieniu do życia i przekonaniu, że wszyscy muszą myśleć w "jedynie słuszny" sposób (czyli: tak, jak oni). Zbudowali oni tam robotnicze miasto i nazwali je "Nowa Huta". Stworzyli je na swój obraz i podobieństwo - stąd tyle w Hucie betonu, szarości i podobnych do siebie, jak żołnierz do żołnierza, bloków, które bardziej przypominają więzienia niż mieszkania. Dziś Nowa Huta jest częścią królewskiego miasta Krakowa, a zarazem wylęgarnią młodych ludzi, których wnętrze, gdyby je można było ujrzeć w postaci fizycznej, doprowadziłoby niejednego do wymiotów. W tym właśnie miejscu zaczyna się to opowiadanie. Adrian był typowym chłopakiem z Nowej Huty: na głowie krótki jeż, w kieszeni nóż sprężynowy, w domu pijany ojciec, a na policji sporo zapisów w bazie danych. Lubił poczucie siły, lubił czuć w żyłach adrenalinę. Pewnie dlatego tak chętnie kroił radia z samochodów, zabierał gówniarzom komóry i szukał okazji komu by tu dać w ryj. Najbardziej jarało go przystawienie komuś kosy do żeber i wrzeszczenie, żeby wyskakiwał z kasy. To były momenty, które Adrian lubił wspominać. Ten strach w oczach ofiary... I poczucie, że ma się siłę, że się jest, kurwa, kimś. Tak, Adrian był typowym chłopakiem z Nowej Huty, jakich wielu - być może zbyt wielu. Był czwartek, późny wieczór. Adrian szedł z trzema kumplami przez osiedle - jeden gostek im wczoraj podskakiwał, szli go teraz sklepać. Przechodniów prawie nie było, a ci, co byli szybko schodzili im z drogi. Adrian czuł się w takich momentach jak bóg wojny - kochał to uczucie. Wyszli zza bloku na parking i zupełnie niespodziewanie zobaczyli przed sobą cel, tylko o parę kroków dalej. Gość był sam. Siedział na ławce i pił browar, jakby nigdy nic. Podniósł leniwie głowę i gapił się na nich mętnym wzrokiem. Adrian spojrzał na niego i przez głowę przeleciała mu niejasna, niepokojąca myśl, że coś jest nie tak, coś tu nie gra, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić poczuł straszny ból gdzieś z tyłu, w plecach, i pociemniało mu w oczach. Czuł, że słabnie, że zaraz zwali się na ulicę. Moment później pojawił się nowy ból, jeszcze silniejszy niż poprzednio. Przez umysł przebiegło tysiące obrazów i świat zgasł w jednej chwili.
***
Adrian ocknął się. Nie powoli, boleśnie, jakby wypływał z głębokiej wody na powierzchnię, ale nagle, od razu. Rozejrzał się. Zobaczył wokół siebie ciemność, a gdzieś daleko przed sobą światło. To, co zobaczył nie było jednak tak istotne, jak to, co czuł. Odbierał bowiem masę różnych wrażeń w nowy, choć jakby znajomy sposób - zupełnie tak, jakby wyrósł w nim dodatkowy zmysł, którego ziarenko miał w sobie już wcześniej. Czuł na przykład to światło w oddali. "Czuł" - to nie jest najlepsze określenie, ale trudno to nazwać inaczej. To "czucie" mówiło mu więcej rzeczy, niż słowa byłyby w stanie opisać. Mówiło, że światło jest dobre, że jest w nim bezpieczeństwo, spokój i harmonia. Zanim Adrian miał czas zastanowić się gdzie jest, jak tu się dostał i co się dzieje, światło otoczyło go i bezpieczne, ciepłe uczucie zalało go ze wszystkich stron. Intensywność i zupełna nowość doznań sprawiła, że Adrian nie był w stanie myśleć - nie miał na to czasu. Ale nawet gdyby miał czas, nie zastanawiałby się nad tym, co się dzieje - czuł się zbyt dobrze, żeby się nad czymkolwiek zastanawiać. Poza tym myślenie nie było mocną stroną Adriana. - Nie bój się - rozległ się głęboki głos. Z głosu emanowało to samo, co ze światła tak, jakby głos i światłość stanowiły jedność. Adrian oczywiście nie myślał o tym w tak wyszukany sposób - po prostu to czuł. - Nie boję się - powiedział. Czego miałby się bać? Czuł się wspaniale. Prawdę mówiąc,to wszystko wyglądało tak, jakby był na haju - i to porządnym. - Kim jesteś? - zapytał powoli. - Jestem... - zaczął głos, ale zanim zdążył dokończyć zdanie, stało się coś nieoczekiwanego. Rozległ się inny głos, ostry i władczy. - On już nie wróci. Skończ tę komedię. W jednej chwili światło skurczyło się, zapadło się w siebie i przekształciło w wysoką postać, podobną do człowieka. Łagodna, bezpieczna aura bijąca ze światła zniknęła bez śladu. Adrian oprzytomniał w jednej sekundzie, jakby ktoś wylał mu na głowę lodowatą wodę. Narkotyczne upojenie prysło jak bańka mydlana. Adrianowi wróciła trzeźwość umysłu i już był sobą - pewnym siebie, niebezpiecznym i agresywnym gościem z Nowej Huty. Rozejrzał się badawczo dookoła i odruchowo sięgnął ręką do kieszeni, żeby poczuć nóż. Noża nie było. Co gorsze, nie mógł namacać kieszeni, spodni, w ogóle nic! Adrian nie czuł i nie widział swojego ciała, choć przecież miał świadomość, że ono jest, istnieje, że ręce, nogi i cała reszta są na swoim miejscu. Po chwili uświadomił sobie inną rzecz: wszystkie jego zmysły były wyostrzone, a umysł tak jasny i trzeźwy, jakby całe dotychczasowe życie było snem, a dopiero teraz nastąpiło przebudzenie. Strach przed czymś obcym, nienaturalnym pojawił się i rósł, przejmował nad nim kontrolę, mieszał zmysły i paraliżował wolę. Przed nim stały dwie wysokie postacie. Biła od nich siła o niewyobrażalnym natężeniu. Adrian przestał zajmować się wreszcie swoimi odczuciami i popatrzył na pierwszą postać, niższą, tą, która poprzednio z nim rozmawiała ze środka światła. To, co zobaczył sprawiło, że wpadł w panikę, stracił zupełnie panowanie nad sobą i wrzasnął: - Co tu się, kurwa, dzieje?! Co to za pojebane miejsce?! Gdzie ja... Ciało przeszył mu potworny ból. Postacie słuchały, jak krzyczy i patrzyły z obojętnym, cynicznym uśmiechem, jak zwija się konwulsyjnie na ziemi. W końcu ból urwał się tak nagle, jak się zaczął. Strach zmniejszył się trochę, bo jego miejsce zaczęła przejmować nienawiść. - Jesteś w domu, Adrianie - powiedziała niższa postać. Chłopak znów poczuł intensywną, duszącą moc bijącą od jej pozbawionego emocji głosu. - Kto wy jesteście? - jęknął wstając. Ten wyższy odwrócił się nagle do towarzysza i przez chwilę obaj rozmawiali ze sobą w dziwnym, niezrozumiałym języku, jakby nad czymś się naradzali. Potem wyższy zniknął. Było to zjawisko raczej niezwykłe, ale Adrianowi nie wydało się w tym miejscu niczym dziwnym. - Nie wiesz, kim jesteśmy? Przecież nas znasz. Adrian uświadomił sobie, że to prawda - domyślał się, kim są. Poczuł nowy przypływ strachu. - Umarłem? - zdołał z siebie wreszcie wyrzucić. - Tak. To cię dziwi? Nie wiedziałeś, że ludzie umierają? Chłopak nie wiedział, co odpowiedzieć na kpinę. Przez kilkanaście lat swojego życia w Hucie widział śmierć wiele razy. Był świadom tego, że i on może kiedyś dostać nożem pod żebro i już więcej nie wstać - ale to było w jego świecie czymś normalnym. Takie "ryzyko zawodowe" - o ile taki styl życia można nazwać zawodem. Adrian myślał czasem o tym, co się czuje, kiedy się umiera, ale nigdy nie zastanawiał się nad tym, co się z nim stanie PO śmierci. Jak to możliwe, że nigdy mu to nie przyszło do głowy? - Co, nie dała bozia rozumku? - szydził tamten. Adrian poczuł rosnącą nienawiść. Gdyby tylko mógł, rzuciłby się na przeciwnika. Tym razem był jednak bezsilny i dobrze o tym wiedział. Jedyne, co mógł zrobić, to nienawidzić. A w tym był naprawdę dobry. - Pierdol się! - burknął. Natychmiast ciało przeszył mu ból, mocniejszy, bardziej przenikliwy niż poprzednio, jakby ktoś przypalał mu ciało ogniem. I tak, jak wyostrzone były jego zmysły i umysł, tak zwiększyła się też czułość na ból. Adrian zrozumiał z przeraźliwą jasnością, że zrobiłby wszystko, absolutnie wszystko, żeby tylko przestać cierpieć. Ból bywa bardzu skutecznym środkiem wychowawczym. Są takie miejsca, w których jest jedynym. - Zabij mnie - jęknął Adrian. - Już to zrobiłem - odpowiedziała postać głosem zimnym jak lód. Ból urwał się nagle. Chłopak wstał bardzo powoli. Nigdy wcześniej nie czuł się tak bezradny. - Dlaczego mówisz, że cię znam? Tamten popatrzył mu w oczy. Adriana zalało intensywne, upajające poczucie siły, które sprawiało, że chciało mu się szaleć i ryczeć, bić, kopać i niszczyć. Sprawiało, że czuł się jak bóg wojny, jak ucieleśnienie potęgi żywiołów, jak ryczący lew, jak smok ziejący ogniem zagłady, jak Herkules, Mars i Zeus. I nagle Adrian zrozumiał, dlaczego to uczucie wydawało mu się tak znajome: to było to "coś", czym przesiąknięty był death-metal, którego słuchał nałogowo, "coś", co pojawiało się podczas bitew ulicznych i kiedy trzymał komuś nóż przy gardle. Tyle, że tamto ziemskie uczucie było o wiele słabsze, ledwie cień tego, co czuł teraz. Mnóstwo pomieszanych uczuć, myśli i obrazów pojawiło się w głowie Adriana, kiedy uświadomił sobie, że to, co tak bardzo kochał i czemu podporządkował nieświadomie swoje życie jest tak naprawdę tym, co (lub raczej: kto) stoi teraz przed nim krzywiąc nieludzką twarz w złośliwym uśmiechu. To on, lub może raczej oni dawali mu to wszystko, to dzięki nim był tym, kim był. Ale tutaj mieli dla niego coś innego: strach, nienawiść i ten straszny, niewyobrażalny ból... - Zrozumiałeś już? Może nie jesteś aż tak głupi. Tym lepiej. - Kim jesteś? - zapytał chłopak cicho. Znał już odpowiedź, ale chciał ją usłyszeć. - Demonem, Adrianie. Diabłem. Twoim aniołem-stróżem. Twoim właścicielem. A poznajesz to? "Śmierć! Śmierć! Śmieeerć!" - zaryczał demon doskonale imitując refren jednej z ulubionych death-metalowych piosenek Adriana. Chłopak słuchał jej setki razy, ale teraz intensywność ładunku zawartego w dźwiękach była tak potężna, że przyprawiła go niemal o pomieszanie zmysłów. - I jak ci się podoba śmierć, Adrianie? Chłopak nic nie odpowiedział. - To moja piosenka - ciągnął demon. - Każde słowo, każdy dźwięk, wszystko moje. Dziwi cię to? Przecież zawsze o tym wiedziałeś. Eh, ludziom nic tak dobrze nie wychodzi, jak okłamywanie samych siebie. Ci, co pisali tę piosenkę, nie okłamywali się przynajmniej. Kiedy mnie w końcu zobaczyli byli tak przerażeni, że prawie przeszli na drugą stronę. Chłopak chciał coś odpowiedzieć, nie zgodzić się, zaprotestować, ale nie umiał znaleźć słów. - Już wkrótce przejdą, tak jak ty. I światło raczej ich nie przywita... - Właśnie, po co było to światło? Po cholerę ten cyrk? - Wiesz, Adrianie, co jest wspaniałe w piekle? Otóż piekło jest jedynym miejscem, gdzie można poznać prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Tu już nie ma potrzeby kłamać - zaśmiał się demon. Chłopca zdziwiła przewrotna trafność spostrzeżenia. - Dobrze, Adrianie, powiem ci całą prawdę, wszystko, o co zapytasz. Pytałeś, po co światło. Czasem zdarza się, że ktoś przychodzi tutaj na chwilę i zaraz wraca. Trzeba mu wtedy pokazać, że śmierci nie trzeba się bać. Pokazujemy mu coś ładnego, a on kupuje wszystko, o nic nie pytając. Jest zachwycony. Potem wraca i tęskni do nas przez całe życie i jeszcze opowiada innym o tym, jak miło i przyjemnie było po drugiej stronie. I żyje dalej tak, jak żył, w przekonaniu, że kiedy przyjdzie jego czas, wróci do światła na końcu tunelu - a o to nam właśnie chodzi. Parę osób napisało nawet książki na ten temat, czym nam bardzo ułatwili pracę. Z wdzięczności załatwiliśmy im dobrą sprzedaż. Demon zaśmiał się nie kryjąc cynicznej pogardy. Rzeczywiście, tutaj pozory już nie były potrzebne. - Widzisz, Adrianie, generalnie ludzie są głupi. A im bardziej uważają się za mądrych, tym łatwiej nimi manipulować. Ludzie dla własnej korzyści kłamią, oszukują i udają kogoś, kim nie są, ale mało kto wpada na prostą myśl, że skoro oni mogą udawać, to tym bardziej my. I jesteśmy w tym o NIEBO lepsi. Cha, cha, popatrz na to. Ciemność wokół zajaśniała oślepiającym blaskiem. Adrian zmrużył oczy. W miejscu, gdzie przed momentem stał demon, jaśniała teraz młoda, piękna kobieta w śnieżno-białych, świetlistych szatach. Tak jak w poprzedniej postaci czuło się moc i zło, tak od kobiety emanowała aura czystości, miłości i dobra. Świętość miejsca czuło się niemal fizycznie, kolana same się zginały, a ręce same układały do modlitwy. Adrian z przerażeniem rozpoznał w twarzy kobiety jeden z obrazów Matki Boskiej. - Dzieci, powiedzcie moim owcom, że je kocham - powiedziała Matka Boska jasnym, czystym głosem. Złudzenie było perfekcyjne. A może to jednak nie było złudzenie? - Powiedzcie im, że nigdy ich nie opuszczę, że zawsze bedę przy nich, że będą w moim sercu na wieki. Opatrzę chorych, podniosę omdlałych, odnajdę zagubionych. Moja miłość będzie z wami, aż do samego końca, póki wszyscy razem nie znajdziemy się w PIEKLE! - przy ostatnich słowach melodyjny, pełen słodyczy głos przeszedł w przepełniony nienawiścią, niepohamowany ryk, od którego cały świat zdawał się drżeć. Światło znikło, a Maria zmieniła się spowrotem w demona, który patrzył na przerażenie rysujące się na twarzy Adriana i śmiał się szyderczym, pogardliwym śmiechem. Adrian chciał zatkać uszy, zamknąć oczy i uciec - ale nie mógł. Musiał tkwić w tym miejscu, musiał patrzeć, słuchać i rozumieć więcej niż chciał. Nieodwracalność i ostateczność jego położenia była udręką dla umysłu, podobnie jak ból torturą dla ciała. - A dlaczego nie jestem w czyśćcu? - wypalił nagle. - Tydzień temu się spowiadałem. Na wielkanoc. Ciemna postać przez moment wyglądała na zdziwioną. Sekundę później wybuchnęła śmiechem tak pełnym kpiny, że chłopak zaczął żałować, że zadał to pytanie. - Czyśćca nie ma. - Co? Jak to nie ma! Nie wierzę. Kłamiesz! Jesteś diabłem, ty zawsze kłamiesz - krzyknął Adrian. - Skąd wiesz, że kłamię? Skąd wiesz, że zawsze? Skąd wiesz, że jest czyściec? Skąd wiesz, że go nie ma? Powiem ci skąd. Ktoś ci powiedział, że czyściec istnieje, a ty mu uwierzyłeś na słowo. Ja ci mówię, że nie ma czyśćca, a mnie nie wierzysz. Ty mały durniu! Zawsze wierzysz w to, co wygodniejsze! A teraz twój czas się skończył i mogę cię zmusić, żebyś wierzył, w co tylko zechcę, ale zabawniej jest powiedzieć ci prawdę. Wierzyłeś, że jest czyściec, bo wszyscy w to wierzyli, a wszyscy w to wierzyli, bo my tak chcieliśmy. Gdybyś urodził się w Indiach wierzyłbyś pewnie w reinkarnację, tylko dlatego, że wszyscy wokół by w to wierzyli - znów dlatego, że my tak chcieliśmy. Zawsze wierzyłeś nie w to, co było prawdą, ale w to, co dawało więcej kożyści. Ty żałosna karykaturo człowieka! Z resztą to bez znaczenia czy czyściec, czy reinkarnacja: i tak trafiłbyś do nas. - Ale ja się nie znam na religiach! Skąd miałem wiedzieć, która religia jest dobra? To niesprawiedliwe! - Nic się nie przejmuj. To naprawdę wszystko jedno. Każda religia jest dobra, bo my wszystkie wymyśliliśmy i wszystkie prowadzą do piekła. Ludzi trzeba czymś zająć. Kiedy mają przekonanie, że wiedzą, co robić, żeby się dostać do nieba, przestają myśleć i przestają szukać. - Ja już nic, kurwa, nie rozumiem... - Żal mi ciebie, Adrianie - powiedział demon głosem udającym współczucie. - Ty naprawdę myślałeś, że pokropienie dziecka wodą, nad którą ktoś pomruczał pacierze, coś zmienia? Ty durniu, naprawdę uwierzyłeś w to, że Bóg mieszka w kawałku opłatka i wystarczy go zjeść, żeby się uratować przed piekłem? Cha, cha, cha! Taki twardy, taki silny, i taki głupi! Uwierzyłeś w każdą bzdurę, w każdy nonsens, w każdy idiotyzm, którymi odwracamy uwagę ludzi od prawdy. A kiedy kogoś okradniesz, okłamiesz albo pobijesz to co robisz? Idziesz do kościoła i mówisz o tym człowiekowi w czarnej sukni. On posłucha, zapuka w deskę, potem ty odmówisz dwie zdrowaśki i już po sprawie. Naprawdę myślałeś, że to takie proste? Że Boga można tak łatwo okpić? Że Władca Wszechświata jest posłusznym niewolnikiem ludzi w czarnych sukniach? - To nie moja wina! - Adrian był bliski załamania. - Tak mnie uczyli! Skąd miałem wiedzieć? Mieszkam w Hucie, wszyscy tam kradną i kłamią! Ja sobie nie wybierałem takiego życia! A poza tym Bóg jest miłością, tak? Bóg przebacza! Demon przestał się śmiać. Przez chwilę myślał nad czymś. - Wiesz co, przekonałeś mnie - powiedział. - Dobrze, możesz iść. Jesteś wolny. Adrian zdębiał. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak zdziwiony. - Naprawdę?? - Oczywiście. Jak chcesz, możesz iść do nieba. - Jak? Przecież nie mogę się ruszyć. - No to wołaj do Boga, on wszystko słyszy. Na pewno cię przyjmie. Sam powiedziałeś, że Bóg przebacza. Adrian zawahał się. Rzeczywiście, to prawda, Bóg słyszy. Ale co mu powiedzieć? "Przepraszam"? Adrian przypomniał sobie wszystko, co złego zrobił w swoim życiu typowego chłopaka z Nowej Huty i dopiero teraz, pierwszy raz uświadomił sobie jasno i wyraźnie, że ani trochę nie zasługiwał na niebo. Jego usprawiedliwianie się brzmiało bardzo głupio, wiedział, że to on sam ponosi odpowiedzialność za wszystko, co zrobił - nie rodzice, nie rząd, nie koledzy, nie środowisko, w którym żył. "Przepraszam" nie wystarczy. Okazało się, że piekło to nie miejsce, w którym jest tylko zło - to raczej miejsce, gdzie panuje prawda i sprawiedliwość! Co za paradoks! Adrian bardzo rzadko myślał o takich rzeczach, ale w głębi duszy zawsze miał nadzieję, że jak przyjdzie co do czego, trafi do czyśćca. Przekonywał sam siebie, że to jedyne sprawiedliwe rozwiązanie - zasługiwał na szansę choćby dlatego, że żył w złym miejscu, w złych czasach, miał złych rodziców i złych kolegów. Ale co, jeżeli czyśćca rzeczywiście nie ma... Demon stał milcząc i tylko uśmiechał się złośliwie. - Boże, przepraszam! - krzyknął nagle chłopak zadzierając głowę. Czuł się strasznie upokorzony, mały i słaby. On, Adrian, król osiedla, bóg wojny, dumny, silny i niezależny. Tutaj był mniej niż zerem. - Żałuję za grzechy! Zabierz mnie stąd! Proszę! Cisza. Nic się nie stało. Demon zaczął się śmiać strasznym, szyderczym śmiechem. Adrian spuścił głowę. W tym momencie stracił ostatnią resztkę nadziei. - Pociesz się, mały głupcze. Nawet gdyby jedyną twoją winą było zabranie milionerowi dziesięciu groszy, i tak należałbyś do nas, za to dziesięć groszy. Każdy, kto chociaż raz zrobi coś złego, należy do nas. - To niesprawiedliwe... - jęknął Adrian. - Zgadzam się. Ale to nie nasza zasługa. To Bóg ma takie wymagania. Pociesz się, ludzki robaku, nam…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Altair
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…