Defekt Mózgu
"Zamiast recenzji bardziej by się przydała opinia psychiatry"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Defekt Mózgu
Miłości mojego życia....
„ Wy po prostu bardzo chcecie być inni”- powiedziała nam pani psychiatra.
Piątkowy wieczór w tej samej knajpie, w której zazwyczaj bywałem, ci sami ludzie i ten sam nastrój. Impreza zapowiadała się nieciekawie, nic nie wskazywało na to, że będzie to ostatni dzień mojego dotychczasowego życia. Właśnie tam, w tej mrocznej i dusznej knajpie, spotkałem osobę mojego życia. Życia, które niejednokrotnie uratowała, życia, które bez wahania oddałbym, aby Ją uratować. Wcale nie przeczuwałem, że tym razem miało być inaczej, jednak po paru spotkaniach , kilku rozmowach wiedziałem, że ona będzie tą jedyną , tą którą będę w stanie pokochać i tą, którą kocham. Ona była chora, tak samo chora jak i ja, ale nie tylko jej dusza chorowała, lecz także i ciało. Dopiero później się dowiedziałem, w jakich okolicznościach zapadł na nią ten wyrok. Jej choroba jest nieuleczalna, ale ja znajdę lekarstwo. Jakiś czas temu, gdy zaniemogłem, pomogła mi i pomaga nadal. Mogę powiedzieć, że trzyma mnie przy życiu, jest sensem mojego istnienia. Tak samo jak ona mam chory umysł, może nawet bardziej. Obiecałem jej, że będę się leczył i zrobię to, choć nie wierzę, że będę kiedykolwiek zdrowy. Kiedy było mi bardzo, bardzo źle , zawarliśmy układ, jak wrócę do choroby, ona wróci do tego, co robiła wcześniej. Nigdy na to nie pozwolę, lecz nieraz niewiele już brakowało.... Sam jej w tym pomagałem, ale o tym opowiem później. W każdym razie układ nadal jest aktualny. Pewnego dnia poczuliśmy na naszych barkach całą beznadzieję tego świata, było to zanim z moich ust padło to „magiczne” słowo. Wyjechaliśmy na „urlop”. Właśnie tam, z dala od zgiełku miasta zawarliśmy pierwszy układ. Wtedy też wyruszyliśmy szukać Graala. Znajdziemy go. Nie ukrywam, że mógł to być nasz ostatni wspólny wyjazd, ale wtedy coś sobie obiecaliśmy . Ja słowa dotrzymam. Wracaliśmy pełni entuzjazmu, choć droga była męcząca fizycznie, nasze umysły były rześkie. Nasz drugi układ dotyczył samobójstwa: będę żył tak długo, jak długo żyć będzie ona,. Życie- to właśnie jest nasz Graal. Nasze losy zostały połączone, choć później było bardzo ciężko... ale o tym za chwilę. Myślę, że najgorsze są święta. Ludzie się cieszą, ucztują , manifestują swoje zadowolenie. Nieważne czy są to święta religijne, czy państwowe. Dla mnie święta, to zwykłe, wolne od pracy dni, niczym nie różniące się od innych... Mój ogień dalej płonie... Te święta jednak były inne od poprzednich. Były wyjątkowe, wolne od rodziców i ich wiecznych problemów. Spacerowaliśmy razem po dobrze znanych nam miejscach, zachwycając się chwilą wolności ( chwilową wolnością) i wracając myślami do chwil z naszego dzieciństwa- tego dobrego, gdzie jeszcze nie musieliśmy być dorośli. Cudowny to był czas, siedzieliśmy pod pomnikiem delektując się świeżym chlebem i mlekiem z worka. Nigdy tego nie zapomnę. Uważam, że to były jedne z najszczęśliwszych dni mojego życia, no może za wyjątkiem tej chwili, kiedy pierwszy raz powiedziałem Jej :”Kocham Cię”. Te wszystkie dni można porównać do tamtej nocy, kiedy postanowiliśmy walczyć ze sobą i innymi ludźmi, którzy byli przeciwko nam. Byliśmy czernią i bielą równocześnie, nie szarością , ale czernią i bielą, zarówno ona jak i ja. Tak różni, a tak podobni do siebie, tak inni , a tacy sami. Od tamtego czasu zaczęliśmy się zmieniać. Nie wiem, czy na lepsze, wiem natomiast, że te zmiany były nieuchronne. Ciągle nurtowały nas pytania typu :”Czy warto żyć?” Niby głupie pytanie, ale wczuwając się w naszą sytuację, powraca ono jak zły sen. Świat wydaje się szary, a przeciwieństwa przygaszają płomień życia. Przyjaźń okazuje się tylko formą interesu, a znaczenie miłości przesłania mgła. Kiedy twoje drugie ja zaczyna ci mówić, że ma wszystko w dupie, a twoja przeszłość natrętnie powraca, zamiera instynkt przetrwania. Sam odpowiedz, czy takie kwestie nie nasuwają się wtedy same? Gdy zadawaliśmy sobie takie pytania, odpowiedzi udzielała zawsze ta druga strona , starając się przekonać adwersarza, że nie warto żyć. Ale jednak myślę, że istnienie nasze ma sens. Dlaczego? Bo mamy siebie i naszą miłość. Banalne? Mamy też uczulenie na samych siebie, nie potrafimy sobie zaufać, wciąż nachodzą nas lęki, paranoje i obsesje. Jak ty byś odpowiedział na to pytanie patrząc na świat przez pryzmat samobójczej śmierci i codziennie sprawiając sobie niebezpieczną „zabawkę”, którą mógłbyś unicestwić nie tylko samego siebie, ale i innych. Jak byś się czuł, gdyby blask słońca sprawiał ci fizyczny ból, a piękno nocy przygarniało twój zmęczony umysł pozwalając na chwilę zapomnieć o koszmarze dnia? Co byś zrobił, gdybyś nie mógł znaleźć oparcia w rodzinie. Gdzie byś poszedł, gdybyś nie miał domu? Właśnie. Bardzo chciałbym mieć dom... W takiej właśnie atmosferze upłynęły święta. Mimo wszystko były to jedne z najszczęśliwszych chwil mojego życia. Porównywałem te święta do wcześniej wspomnianego „urlopu”. Nie bez powodu. Tam, wtedy podobny nastrój opanował nasze serca i umysły i o tym samym myśleliśmy płacząc w tamtą wyjątkową noc- TRZYNASTEGO KWIETNIA. Wtedy mogłem powiedzieć bez żadnego wyrzutu sumienia, że ją kocham i kochać będę , dopóki będzie istniała moja dusza. Co zaś się tyczy mojego sumienia- mam je, choć wydawać by się mogło, że człowiek, który odebrał życie innemu człowiekowi, który chce uśmiercić swoja matkę, który kłamał i okradał innych z uczuć, nie może mieć sumienia. Wprawdzie tym człowiekiem jestem ja- ale odzyskałem sumienie i coś jeszcze- głębokie uczucie, będące dla mnie motorem działań i kierunkowskazem. Gdy nareszcie toksyny przestały rządzić moim umysłem, powiedziałem Jej, że Ją kocham. Najgorsze są leki- trucizny zżerające twój mózg. Wtedy byłem od nich wolny i wolny jestem nadal. Mijały dni. Spotykaliśmy się wieczorami, czasem zostawałem u niej na noc. Coraz częściej i z coraz większą natarczywością wracały myśli o samobójstwie. Niby nic nowego, ale ja się ich bałem. Bałem się , że jedna z tych myśli przerodzi się w czyn i będzie już za późno. Raz niewiele brakowało, ale o tym kiedy indziej.. Najgorsza jest cisza. Cisza , która zostaje, gdy odchodzi w cień twoja Dobra Strona, a Zła jeszcze nie zdążyła tobą zawładnąć. Powoli zaczyna w twoich żyłach wzbierać agresja nie tylko do siebie, ale i do świata. Tłumisz ją ,ale wiesz, że już jest za późno. Wtedy zaczyna kiełkować plan i zwątpienie we wszystko. Czasami to mija. Czasami... Chcąc nie chcąc poznałem też siostrę moje ukochanej. Ależ z niej egoistka- istny Narcyz! Wmówiła sobie chyba, że jest pępkiem świata i że wszyscy powinni oddawać jej hołd. Z wyglądu niczego sobie, choć według mnie powinna zrzucić parę kilo. Wprawdzie na samym początku, jak jeszcze nie kochałem Mojej Księżniczki, obmacywaliśmy się w knajpie, ale to już zamierzchłe czasy. Teraz wiem, dlaczego tego chciała, powiedziałem jej nawet , że uważam ją za dziwkę. Tak, użyłem wtedy łagodniejszego słowa, ale to mocniejsze miałem na myśli. Uważam, że jest kurwą, która daje za darmo na prawo i lewo, bo jej się tak podoba. Znajome jej siostry również są dziwne, skłonny nawet jestem twierdzić, że sa nienormalne, ale nie w ten sposób , co my. One są zupełnie inaczej nienormalne. Jedna z tych panienek jest gruba i ma blond włosy i okulary, a do tego jest maksymalnym pasożytem, ale cóż, takie też się zdarzają. Inna zaś jest delikatnie mówiąc nawiedzona na punkcie wulgarnych zachowań. Zachwyca się bąkami, kupami i innymi tego typu rzeczami. Dodam jeszcze, że spotyka się z moim współlokatorem. Boże, ale jest z niej potwór! Ma wielki biust, twarz jak jakiś pies i ogromną brodawę na nosie. Jak się później dowiedziałem nie goli się na nogach, ani pod pachami , a to rzecz nienormalna u kobiety cywilizowanej. Ale czego można się spodziewać po panience, którą fetysze zachwycają? Osobiście nie widziałem jej matki, ani brata, ale ci , którzy mieli okazję ich oglądać , stwierdzają , że matka jest jak wojownik sumo, a brat... no cóż, brat zachowuje się trochę „inaczej”. Ta znajoma jej siostry jest jak wielki kaszalot, który zbłąkał się w mieście i szuka pomocy wykorzystując wszystkich. Kiedyś nawet wspólnie z przyjaciółką mojej Miłości i z Jej aprobatą , przygotowaliśmy dowcip, cały jego plan został uwieczniony na taśmie magnetofonowej. Niestety w trakcie jego realizacji dopadły nas nasze paranoje, myśleliśmy, że cała intryga obraca się przeciwko nam. Z grubsza to wyglądało tak, że wieloryb miał uwierzyć, że nie jestem już z moją ukochaną, tylko z jej przyjaciółką. Zarówno ja , jak i ta przyjaciółka mieliśmy zajmować się mrocznymi interesami , tak by zszokować mojego współlokatora ( który jak wspomniałem jest facetem wielorybicy). Czas trwania tego dowcipu miał być nieograniczony, ale w końcu zamknął się w tygodniu. Tylko w tygodniu i aż w tygodniu. Narodziły się też wtedy plany innych kawałów. Jeden z nich dotyczył siostry mojej ukochanej. Wtedy Jej siostra myślała i mówiła, że bardzo kocha jakiegoś tam kolesia, którego notabene poznała na którejś z imprez u nas. Jako, że on za nią niezbyt przepadał, poprosiła nas, abyśmy uciekając się do sił nadprzyrodzonych , zainspirowali owego gościa jej osobą. Obmyśliliśmy cały efektowny wizualnie rytuał, który by miała odprawić w tym celu, ale jak się okazało, nie zdążyliśmy tego zrealizować. Po prostu jej siostra , szybciej niż przewidywaliśmy , odkochała się. No cóż, zdarza się. Inna intryga dotyczyła zbliżającego się półmetka studiów mojej Lubej. Z tej okazji miała być zorganizowana zabawa. Mieliśmy dodać do piwa czy też kawy pewnych specyfików, tzn. afrodyzjaków , żeby było ciekawiej. Chcieliśmy też popodrzucać nekrologi paru osobistościom. Ale nic z tego nie wyszło. Wtedy, gdy mieliśmy taką dobrą passę do hec, chodziliśmy jeszcze do knajp. Teraz to zaniedbaliśmy, ale wtedy to było to! Pewnego razu, podczas jednej z takich wizyt, wymieniliśmy się podkoszulkami. Później, gdy wychodziłem z owego lokalu w damskiej bluzeczce na ramiączkach, moja ukochana wskazywała na mnie palcem i krzyczała : „zboczeniec!” Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. Pewnego razu, również w tej samej knajpie, upiliśmy jedną z Jej koleżanek. Biedactwo, zaliczyło zgon po kilku piwach i jak się później dowiedziałem, zasnęła w łazience u Mojego Diamencika , z głową w toalecie. Zaiste, dziwna z niej była koleżanka, podobnie jak i jej koleżanki, które zarazem były koleżankami mojego Bursztynka. One także były dziwne. Teraz na szczęście już ich nie widujemy. Jakie one były grubiańskie! Przed zjazdami zawsze nocowały u Mojej Jedynej. To co wyrabiały, można nazwać tylko chamstwem. Bez umiaru namaszczały się kosmetykami mojego Szafirka, wyżerały całą lodówkę, itp. Co jak co, ale takich rzeczy się nie robi. Co zaś się tyczy naszego pierwszego dowcipu i jego zakończenia, to już mówię. Koniec był dziwny, zamiast słów typu :”zabiję cię!”, usłyszałem : „zgwałcę cię!”, od mojego współlokatora, który niemalże zabrał się do tego czynu. Z pianą na ustach rzucił się na mnie i zaczął tarmosić mnie po łóżku. No cóż... A ten wieloryb miał minę, niczym skazaniec przed śmiercią. He , he, oj bardzo byli zdziwieni! Koniec końców finał wypadł wspaniale, choć trochę nieoczekiwanie. Ten kaszalot, który twierdził, że jest przyjaciółką Mej Lubej, podczas trwania tej psychodramy mówił, że nie ma czasu aby się z nią spotkać. Powiedziała, że może wyjdą razem do knajpy może, może, może.... Ona od początku wiedziała, że nam się nie uda, czas pokazał, że nie tylko ona tak twierdziła. Ach, ten ludzki optymizm! W tamtym czasie moja Ukochana miała trudności ze snem, znaczy się mogła zasnąć, ale się bała, bo męczyły ją straszne koszmary. Gdybyście wiedzieli ile nocy myśmy nie przespali! Co ja długo będę mówił, prawie każdy nasz sen jest horrorem. Zdarza nam się mieć podobne sny. Nie ufam snom, one są niedobre. Czasami w ogóle się zastanawiam po co są sny? One zawsze mnie przerażają,... Szczególnie tamte... Rzadko mnie nawiedzają, ale wtedy miałem je co noc.... Bałem się zasnąć. Czasami wiedziałem o czym śniła Ona. Ot tak, po prostu. Budziłem się i wiedziałem, jaki sen miała. Przerażające wizje... Powraca do mnie jeden sen , on zawsze zwiastuje nieszczęście. Dom, w którym jest pełno korytarzy , ściany są wyłożone kafelkami. Światło wypełniające ten dom jest zielone. Powywracane stoły, woda zmieszana z krwią na podłogach. I ten kolor, wszystko zielone, ale nie takie jak trawa, jaśniejsze. Nieco ciemniejsze od seledynowego. W tym śnie pojawiają się znajome twarze, ale jako dzieci. Te dzieci chcą mi zrobić krzywdę. Dużo, dużo krwi i ta zielona mgła... Szukam dzieci, aby je zabić. Boję się ich, ale jednak szukam. Ten dom nigdy się nie zmienia. Nie byłem w nim realnie, ale go znam. Czasami dzieci mnie szukają , wtedy to ja jestem zwierzyną, a one myśliwymi. Przeważnie jednak to ja poluję. Szukając dzieci wybiegam po schodach, te schody się zmieniają pod moimi stopami. Przeszukuję wszystkie pokoje zabijając kolejne dzieci. Aż zostaje to jedno. Z tym pozostałym , bez twarzy, uciekamy przez okno. Rozbijając szybę upadamy w ogródku. Dziecko przeżywa, ja umieram. Przez mgłę śmierci widzę, jak ono oddala się zerkając na mnie od czasu do czasu. Nastaje ciemność. Inny sen przepowiadający jakieś złe wydarzenia ma następujący przebieg: uciekam po dobrze znanych mi miejscach , goniony przez cień . Nie wiem czy to mój cień, ale wydaje się znajomy, bliski. Pokonując różne przeszkody dogania mnie i zabija. Znów nastaje ciemność. Cały ten pościg odbywa się w nocy, ale widać wszystko jak za dnia, tylko na czarno- biało. Właściwie to wszystko jest szare. Raz przyśniło mi się , że wspinałem się na górę z grupą ludzi. Niektórzy wyprzedzali mnie, niektórych wyprzedzałem ja. Ni stąd ni zowąd zjawia się nagle okno, za którym znajduje się coś, co mnie fascynuje. Nie mogę się temu oprzeć. To mnie pociąga, wabi do siebie, uwodząc tym czymś... W końcu rozbijam ręką szybę sięgając po to. Szkło dostaje się do mojej krwi, gdzie zaczyna pęcznieć i rozsadzać żyły. Zaczynam tym szkłem wymiotować, wszędzie jest krew .Ludzie nie zwracają na mnie uwagi wspinając się dalej. Tylko jedna osoba ze znajomą twarzą próbuje mi pomóc, wesprzeć mnie. Ale jest już za późno. Umieram. I znowu nastaje ciemność. Boję się snów. Ostatnio zaczęły pojawiać się nocami wspomnienia z przeszłości. To, co robiłem wcześniej. Nienawidzę tego. Chciałbym, żeby było jak dawniej. Dawniej nie miałem snów...
Właściwie to za bardzo nie znam rodziców mojej Ukochanej. Słyszałem tylko o nich. Podobnie mało znam Jej koleżanki, ot parę razy widzieliśmy się. Raz nawet jedną z nich pocieszałem, kiedy jej facet nie przyszedł na imprezę. Niby nic wielkiego, ale kobieta się załamała, a nikt nie miał ochoty jej pomóc, więc padło na mnie. Nie powiem, trochę mi się wówczas nudziło i to z nudów z nią porozmawiałem. Jak się później dowiedziałem, pomogło. Podziękowała mi, a ja w sumie nic wielkiego nie zrobiłem, ale to było miłe. Bardzo miłe. Prawdę mówiąc ta moja pomoc była tylko hipokryzją. Wszyscy twierdzili od dawien dawna, że mam talent do słuchania, więc wysłuchałem jej i powiedziałem parę głupich rzeczy , tak od niechcenia. Jestem złym człowiekiem. Co zaś się tyczy mojego współlokatora, to nie wiem co się z nim stało. Od pewnego momentu przestał się do mnie odzywać i zaczął traktować mnie jak powietrze. Od tamtego czasu nie lubię go. Zacząłem myśleć nad wyprowadzeniem się stamtąd. Kiedyś, gdy postanowiłem przestać pić, bo to była choroba mojego ciała, było mi bardzo źle. Byłem bliski załamania się. Postanowiłem więc sięgnąć do metod, które wcześniej praktykowałem, jak miałem z czymś problem. Nie , nie pomodliłem się, nic z tych rzeczy. Moja Ukochana nie pozwoliła mi to zrobić samemu, więc po długich naleganiach pozwoliłem Jej pójść ze mną. Udaliśmy się do mojego mieszkania. Tam właśnie odprawiłem pewien rytuał, który troszkę mi pomógł. Nie powiem do kogo się zwracałem. Wiem tylko, że nie chciałem już do tych rzeczy wracać. Wtedy też postanowiłem pozbyć się jedynej rzeczy, która łączyła mnie z takimi sprawami. Był to mój miecz- a właściwie trochę przydługi sztylet. Byłem z nim bardzo mocno związany, towarzyszył mi ponad sześć lat. Jeszcze raz wszystko przemyślałem i postanowiłem, że skończę ze sobą. Zostawiłem mój sztylet w pobliżu kościoła, niech spoczywa w spokoju i maltretuje dusze wszystkich w pobliżu. Teraz mnie korci, żeby go odzyskać, ale nie dam mu się, przynajmniej raz w życiu będę konsekwentny. W dniu, w którym zakwitł plan mojego samounicestwienia się i w którym pożegnałem się z mieczykiem, postanowiłem uregulować wszystkie sprawy. Popłaciłem rachunki, odwołałem spotkania i tym podobne rzeczy. Następnego ranka poszedłem do mojej Ukochanej i zapytałem się, czy odda kasetę do wypożyczalni., czy mam to zrobić. Powiedziała, że sama to załatwi, więc wyszedłem. Miała to być nasza ostatnia rozmowa. Poszedłem na opuszczony wieżowiec zabierając ze sobą dużo nalewki- dokładnie Kielich Okocimski i 250 ml wódki, oraz igłę i strzykawkę. Mój kuzyn- lekarz mówił mi, że na studiach podawali sobie alkohol dożylnie, wtedy szybciej się upijało. Chciałem wówczas sam to przetestować. Wiedziałem, że jak się raz napiję , to wrócę do dalszego chlania, ale mało mnie to obchodziło. Wtedy chciałem ostatni raz poczuć to, co mi najbardziej smakowało. Z całym tym bagażem wszedłem prawie na sam szczyt opustoszałego budynku. Wypiłem te dwie nalewki i już miałem podać sobie wódkę, gdy usłyszałem szczekanie psa i krzyk strażnika. Szybko docisnąłem tłoczek strzykawki i moje żyły zapłonęły żywym ogniem. Strażnik zdążył podbiec do mnie i odrzucił mnie z całej siły od krawędzi, która dzieliła mnie od wolności. Byłem trochę pijany i zachciało mi się gadać. Przekonałem go, żeby nie dzwonił na policję , tylko mnie wysłuchał. No i pozwolił mi się wyżalić. Zeszliśmy w końcu na dół . Trochę się później pokręciłem to tu ,to tam, w końcu poszedłem do mojej kochanej księżniczki. Wyciągnęła ze mnie wszystko, ze szczegółami, a potem zaczęła płakać. W sumie to nie wiem po co, przecież nadal żyję. Zacząłem coraz częściej nocować u niej, jej siostra nie była z tego powodu zachwycona, wszystko jej przeszkadzało. Moja pani miała ciągle wysoką gorączkę. Pewnego dnia umyła sobie włosy i miała mokre. Nagle okazało się , że musi coś iść załatwić. Nie mogłem jej wyręczyć, ale mogła to zrobić jej siostra. Stwierdziła, że nie chce się jej. Mój Bursztynek musiał iść. Poszedłem razem z Nią. Nie chciałbym mieć takiej siostry jak ona- skończonej egoistki. Mogła chociaż raz się poświęcić. Obecnie planuję jak ją zamordować. Wracając do dowcipów, ostatnio nadszedł interesujący finał jednego z nich. Koleżanki mojej Pani postanowiły jak zwykle przenocować u niej w mieszkaniu. Oczywiście zgodziliśmy się na to i powiedzieliśmy, że idziemy na koncert, bo mamy już bilety i możemy się z nimi gdzieś spotkać wieczorem. Nie spotkaliśmy się. Ich rzeczy pozostawione u nas czekały. Dla żartu zostawiliśmy karteczki, pod jakimi numerami można nas szukać. Nie znalazły. Po jakimś czasie jedna z tych koleżanek postanowiła odebrać swoje rzeczy. Było rano, mój Kwiatuszek spał, a ja smażyłem jej grzanki na śniadanie. Nie wyobrażacie sobie, jaką ona miała minę, w jej oczach ujrzałem zazdrość. Był to wspaniały widok. Odeszła cierpiąc w milczeniu. Delektowałem się tą chwilą. Niech ma za swoje, ta koleżanka, co wstydu nie zna! No i wprowadziłem się do mojej Ukochanej. Zamieszkaliśmy w końcu razem. Nie wiem kiedy to się stało, ale wyszło bardzo niespodziewanie. Jakoś przed tym drugim dowcipem. Mniej więcej w tym samym czasie wyniosła się od niej jej siostra. Postanowiła zamieszkać z rodzicami, parę ulic dalej. Wkrótce po tym zjawiła się u mojej ukochanej jej kolejna przyjaciółka. Jejku, jaki jest z niej potwór- nawet podobny do tego wieloryba. Ona również ma chore ciało, ale nie tak bardzo jak moja Pani. Była u nas przez jakiś czas. Pewnego dnia postanowiliśmy sobie odpocząć, udając się za miasto. Właściwie to wycieczka byłaby udana, gdyby nie panował na niej dziwny, pochmurny nastrój. Przez większą część czasu nie rozmawialiśmy ze sobą, a ja i mój Kwiatuszek odczuwaliśmy niepokój. Krążyły nad nami myśli samobójcze. Na dodatek wokół było pełno ludzi, co utrudniało wypoczynek. Zarówno droga tam, jak i powrót okazały się męczące. Tuż przed tą wycieczką było z nami bardzo źle, wtedy to wyrzuciliśmy wszystkie leki i alkohol, które mogłyby nam zaszkodzić. Kolejny raz postanowiliśmy walczyć o życie. Odkryliśmy, że jest jedna fajna piosenka, która powinna nam towarzyszyć w trudnych chwilach. Wówczas także szukaliśmy mojego znajomego z dawnych dziejów, który pomógłby nam załatwić dobrą muzykę. Pokręciliśmy się trochę po znanych mi akademikach. Pewnego dnia poszliśmy na uczelnie mojej Pani. Znaleźliśmy tam ciekawy plakat i ulotkę. Cytat z tej ulotki po dziś dzień wisi na naszej ścianie. Brzmi następująco :” Wszystkim wydawało, że tego nie da się zrobić, że to niemożliwe- wtedy przyszedł ten, który nie wiedział, że to niemożliwe i to zrobił” (A. Einstein). Co zaś się tyczy ściany i tego co na niej wisi, to po naszych spacerach postanowiliśmy zmienić jej wystrój. Porobiliśmy trochę fajnych zdjęć , m. In. Pożar traw koło stacji benzynowej. Ozdobiliśmy ścianę tymi fotkami, a także naszymi rysunkami i ciekawymi tekstami. Teraz kuchnia jest przytulna. Wracając do tej przyjaciółki, z ktorą wyjechaliśmy za miasto, to jak się później dowiedziałem , nie wierzyła we mnie, ani w nasz związek. No cóż, sama ma nieciekawą historię. Mieszka sobie samotnie z rodzicami , wychowując dwójkę dzieci. Właściwie ciężko nazwać je dziećmi, to rozkrzyczane , rozkapryszona bachory. Myślę, że ta kobieta powinna mieć więcej optymizmu, zarówno dla nas , jak i dla siebie. Ale nie ma. Trudno. Nie będę płakał z tego powodu, ale co ma powiedzieć kobieta, która swoim wyglądem przyciąga amatorów starych, puszystych bab. Myślę, że ona pozbawiona jest jakichkolwiek perspektyw. Pozostało jej już tylko narzekanie. Nie lubię jej. Nie tak dawno temu z moją ukochaną rozpoczęliśmy współżycie. Heh, nigdy z żadną kobietą nie było mi tak dobrze. W dniu, w którym to się rozpoczęło, kochaliśmy się parę razy. Zawsze było tak samo- cudownie. Wieczorem musiałem wyjechać do rodziny. Całą drogę myślami byłem z Nią. Strasznie Ją kocham. Po moim powrocie przez kilka dni kochaliśmy się cały czas. Później przyszły ciężkie dni dla naszych umysłów. Szukaliśmy śmierci, całe szczęście nie znaleźliśmy jej. Dla mojego dobra chciała zakończyć nasz związek i wrócić do tego, co robiła wcześniej. Prawie dopięła swego. Szukanie śmierci zajęło nam parę dni. Pod koniec niewiele brakowało, abyśmy ją znaleźli. Jak wcześniej wspominałem sam Jej wtedy w tym pomagałem. Udałem się do swoich znajomych i ich poprosiłem , by ją nam sprzedali. Cena trochę mnie zaskoczyła, ale no cóż, tak bywa, że ludzie z tej branży nie ufają sobie, szczególnie, gdy ktoś z niej dobrowolnie odszedł. Koniec końców wszystko skończyło się dobrze. No prawie. Zawarliśmy wtedy kolejny układ. Właściwie ciężko to nazwać układem. Połączyliśmy nasze drogi poprzez krew. Heh, no cóż. Nastąpiło pewne ryzyko, że zachoruję na to samo, na co cierpi moja Pani. Nie martwię się tym , choć później zdenerwowałem ją jednym pytaniem. Chciałem wiedzieć, czy kiedy robiła to wiele lat temu z kimś innym, czy była wtedy też chora? Było to zupełnie nieświadome z mojej strony , nie chciałem jej go zadać. Nie mogę mieć pewności czy jestem zdrowy. Nigdy nie będę jej miał, no może za jakiś czas. Właściwie, gdy pierwszy raz usłyszałem o jej chorobie, nie uwierzyłem w to. Pocieszałem ją , że o dla mnie nic strasznego, że się tym nie przejmuję. Bardzo chciałbym, żeby była zdrowa. Znajdę lekarstwo , choć wiem, że nikomu wcześniej się to nie udało. Bardzo ją kocham i znajdę. Chodziłem z nią do przychodni. Nie jest tam przyjemnie. Jest to miejsce pełne dziwnych ludzi. To dla mnie inny świat. Nie miałem pewności, czy mój współlokator wiedział, że ona jest chora. Może wieloryb go uświadomił, dlatego mnie unika. Właściwie to odizolowałem się od niego zupełnie. Dawno, dawno temu byłem innym człowiekiem. Wtedy nie oglądałem się na innych. Teraz mam przed oczyma tylko Ją . Moje i Jej światło nadal płonie. Czasami ono przygasa, ale nie sądzę, że zgaśnie. Kiedy jeszcze nie mieszkałem u mojej Pani, odwiedziła nas wraz z tą drugą, tzn. z tym wielorybem. Wtedy właśnie upewniłem się kolejny raz , czy aby na pewno chce ze mną być. W tamtym czasie byłem skurwielem, teraz już taki nie jestem. Zmieniłem się, chciałem się zmienić. Kiedyś postawiła mi ultimatum. Będziemy razem, albo ja sam , ze swoją chorobą. Wybrałem nas. Czasami jednak ta decyzja uciekała mi sprzed oczu. Kiedy to następowało nie byłem sobą. Kiedyś miała ciężkie dni. Brała leki, które miały koszmarne skutki uboczne. Nagle zamilkła i nie chciała powiedzieć ani słowa. Wtedy Ją skrzywdziłem. Do końca życia zapamiętam, co mi potem powiedziała i nigdy sobie tego nie wybaczę. Znowu straciłem wiarę i nadzieję. Zrobiłem Jej fizyczną krzywdę. Mam nawet pamiątkę tamtego wieczoru. Jeśli bym miał cofnąć czas, nie uczyniłbym tego. Niestety , nie potrafię tego dokonać. Moja ukochana odwiedziła nas ponownie. Właściwie nie nas, tylko mnie. Byliśmy sami w mieszkaniu. Miło wspominam tamtą Jej wizytę, chociaż zmartwiłem się , że zapomniała wziąć leków. Później dowiedziałem się , że miała je cały czas przy sobie. Swojego czasu musiała przygotować się do egzaminu. Uczyłem się razem z nią. Było jej ciężko, bo brała nadal te leki i miała cały czas wysoką gorączkę. Streściłem dla niej parę wykładów, zresztą zrobiłbym dla niej wszystko. Egzaminu nie zdała, w ogóle do niego nie podeszła. Postanowiła wziąć urlop na uczelni. Oczywiście żadna z jej koleżanek tym się nie przejęła. Pomagałem jej więc ja. Nie znam efektów moich wysiłków, ale wierzę, że będzie dobrze. Byłem nawet w jej imieniu u dziekana. Poszedł jej na rękę, ale nie wykorzystała tego. Kiedyś byłem wziąć jej wpis do indeksu, bo sama się bała, gdyż nie chodziła na wykłady. Rozumiem to, ale nie popieram. Zbieranie wpisów to najprzyjemniejsza rzecz na studiach. Zawsze towarzyszyłem jej, gdziekolwiek tylko szła. Chciałem i chcę chodzić z nią wszędzie. Może to zabrzmi idiotycznie, ale czuję się bezpiecznie, kiedy ona jest przy mnie. Kiedyś, gdy rzadziej się widywaliśmy, poprosiłem ją, by obdarowała mnie swoim zdjęciem. Jak czułem się opuszczony przez wszystkich, rozmawiałem z tym zdjęciem. Pokazywałem go nawet moim braciom, zdziwili się troszeczkę. Jak sama stwierdziła, źle na nim wygląda. Dla mnie zawsze jest piękna. Dawno temu pojechaliśmy wcześnie rano na pewną uroczystość do moich braci. Poznała moich rodziców. Ojciec był Nią zachwycony, a matka... cóż, traktuje ją jak wyrocznię, ufa Jej i Ją podziwia. Zresztą wówczas nie tylko rodzice mieli Ją okazję poznać, ale również przyjaciele rodziny. Później się dowiedziałem, że nie szczędzili komplementów na Jej temat. Jestem z tego powodu zadowolony. Ona chyba nie bardzo, ale na Jej miejscu cieszyłbym się. Wyjazd ten uważam za bardzo udany. W końcu doigrałem się także i ja. Poznałem Jej matkę. Tyle o niej słyszałem, a teraz miałem okazję przekonać się, jaka ona jest. No cóż, groźnie nie wygląda, aczkolwiek jest irytująca, ciągle się krząta po mieszkaniu, cały czas coś sprząta i ściera. Właściwie nie mam nic przeciwko, ale przestawiając różne przedmioty, mogłaby się zapytać o pozwolenie, bo potem ciężko cokolwiek znaleźć. Nie pyta, zachowuje się, jakby mieszkanie mojej Księżniczki należało do niej. Pewnego razu koleżanka mojej Pani wylądowała w szpitalu. Choruje na to samo, co mój Kwiatuszek. Właśnie ona była moją udawaną partnerką przy pierwszym dowcipie. Dziewczyna strasznie źle się czuje w tym szpitalu. Leży sobie zupełnie sama na sali i sakramencko jej się nudzi. Nie dziwię jej się, ale myślę, że ten pobyt tam źle dla niej się skończy, chociaż może się mylę. Parę razy odwiedziliśmy z moją Lubą miejsce, gdzie ona chwilowo mieszka. Jest to prawie pustelnia, przebywają tam ludzie chorzy jak ona. Moja Pani kiedyś też tam była. Czasami opowiadała mi o tamtym miejscu, miała nawet sen, że ją tam zaniosłem. Przyznaję, niewiele brakowało, by tak się stało, na szczęście wyszło inaczej. Oj, dziwni są tam ludzie. Niektórzy nadmiernie otwierają się do świata, inni manifestują swoją odmienność. Dawno, dawno temu moja Księżniczka przebywała w jeszcze gorszym miejscu. Bardzo niemile wspomina ten pobyt. To coś w rodzaju legalnego obozu koncentracyjnego, czynili tam z ludzi niewolników, zabierali im to, co mieli najcenniejsze- godność i wolność. Tutaj jest zupełnie inaczej. Podopieczni tej pustelni trochę ten dom zaniedbali. Moja Pani twierdzi, że od czasu jej tam pobytu , nic się nie zmieniło. Wracając do tej koleżanki to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MaJah
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…