Wróć do katalogu

Do sprzedania

opowiadanie o dość nietypowej, współczesnej, młodej miłości...

irma, opublikowano , 2 godz. 35 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Daleko jeszcze? – zapytałam Keiry - Nie wiem. Pierwszy raz tu jesteśmy. Skąd mam to wiedzieć? - Miałam nadzieję, że trochę wiesz. Idąc tutaj mówiłaś, że było fajnie rok temu, więc... Jak mi to wytłumaczysz? - Normalnie! Szłam, ale innym szlakiem... Szłam niebieskim, a to jest żółty szlak! Widzisz – pokazała na żółty znak namalowany na drzewie. - Widzę. Ale jak myślisz? Daleko? - Nie wiem! Nie mam zielonego pojęcia, czerwonego też nie! Czy nie rozumiesz tego? - No rozumiem, ale ile czasu zajęło ci wchodzenie niebieskim szlakiem? - Szliśmy ponad 5 godzin. My mamy za sobą dopiero 3, więc... Myślę, że niedługo powinnyśmy dojść na sam szczyt. - To dobrze. Szłyśmy później w ciszy przez jakieś piętnaście minut. Ani ja, ani Keira nie miałyśmy ochoty rozmawiać. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właśnie z nią zachciało mi się iść w góry. Przecież mogłam każdą inną osobę wziąć! Keira jest dość dziwna. Szczerze mówiąc wolałabym iść z Eremią, ale ona nie miała czasu. Znowu miała się spotkać z przyjaciółmi z klasy, wiec wolałam się nie wtrącać. Keira jest dziwną osobą. Najgorsze jest to, że wszystkim chwali się swoim nowym chłopakiem. Najlepsze jest to, że nikt go jeszcze nie spotkał. Nikt, w związku z tym, jej nie wierzy. Nagle poczułam jak tracę równowagę i upadam na nogę. Poczułam niesamowity ból. Nie mogłam wstać a poza tym zaczęłam czuć osłabienie. Przed oczami miałam lekką mgłę. - Keira! Keira! – zaczęłam ją wołać, a ona się odwróciła. Leżałam na ziemi, bez sił, całkowicie wyczerpana. - Irma, co się stało? – Keira podbiegła do mnie i zaczęła się wypytywać – Co ci jest? - Noga... - Boże! Złamałaś nogę! Musisz jechać do szpitala! - No coś Ty, to zwykłe stłuczenie! A poza tym ja nic nie muszę! Zostaję tutaj! Zaraz wstanę i zobaczysz, że nic mi nie jest i nie będzie! Rozumiesz, czy mam ci powtórzyć? - Idę zawołać pomoc! Czekaj tutaj na mnie! - Uważaj bo ucieknę... - Nawet nie próbuj! Wiem! Zadzwonię do Treya! - O nie! Ty znowu o nim. Przecież on mieszka w mieście, a my jesteśmy w górach. - Owszem tak, ale... – Keira dodzwoniła się do swojego chłopaka – No cześć Kochanie!... No... Słuchaj bo mamy tutaj mały wypadek... Moja kumpela złamała nogę... Naprawdę? To super! Ok. To czekamy. Yyy... Wiesz, tam gdzie się pierwszy raz zobaczyliśmy. Czekamy. Pa! - I co? - Trey przyjdzie ze swoją “drużyną” za 20 minut. Kochany no nie? - Po co zwalasz jemu mnie na głowę? - Nie zwalam. On przyjdzie z kumplami, więc... On się zajmie mną, a ciebie poniosą jego kumple. - Dzięki sama sobie poradzę! – mówiąc to czułam niesamowitą złość. Co ona sobie wyobraża? – pomyślałam – Przecież nie będę się narzucała jakimś typkom, jeszcze kumplom jej “wymyślonego” chłopaka. To idiotyzm. Ale ja bym teraz chciała wstać i pójść w drugą stronę. Dlaczego nie mogę? Po co skręciłam tą głupią nogę?! Dlaczego dziś? Dlaczego tutaj? Dlaczego z nią? Czy są tego dobre strony? - Irma... Muszę ci coś powiedzieć – Keira przerwała mi w rozmyślaniach. - Co znowu? - Trey nie jest normalnym facetem, jego kumple również. Są zabawni, dowcipni, ale też całkowicie różni. Zwłaszcza taki jeden. Niby się z nimi przyjaźni, ale jednak jest bardzo ostry. Chcę cię przed nim ostrzec. Ma na imię Ren i radzę ci nie zbliżaj się do niego. Nigdy nie miał nikogo bliskiego. Ma strasznie trudny charakter, ale mimo to ma przyjaciół. I ma świetne ciało! Natomiast Yoh... Jest taki sympatyczny, że od razu znajdziesz z nim wspólny język! Mówię ci. Ten chłopak to chodząca dobroć! Jest świetny. Nie wspominając o tym, że jest chudziutki. Ale to chyba ci nie przeszkadza, co? - Nie znam tych dwóch, a tym bardziej nie mam ochoty na randkę w ciemno. Po co mi o nich mówisz tyle? Jakbyś chciała... - No tak. Ja i Trey chcieliśmy znaleźć chłopakom dziewczyny. Oni są tacy samotni. - Nie są! Mają siebie, a to wiele! Nie rozumiem ciebie w tej kwestii. Czy mogłabyś czasem nie mieszać ludziom w życiu własnymi zachciankami? To, że ty chcesz dobrze, nie znaczy, że lepiej będzie innym! Zrozum to wreszcie! Nie wszyscy ludzie są... – w tym momencie Keira się uśmiechnęła i wstała – szczęśliwi gdy są z kimś. Wiesz o co mi chodzi. Mi jest dobrze samej, nie widzę potrzeby wiązania się z... - Jakąś inną osobą, co? – usłyszałam męski głos i od razu odwróciłam głowę. Mówił to jakiś dziwny chłopak. Jego oczy były duże i jasne. Usta grubsze, delikatne rysy twarzy, a jego ciało było umięśnione. Włosy miał ciemnogranatowe, krótkie i trochę dziwnie poukładane. Mimo to wyglądał ładnie. Był zadbany i czysty. - Nie twoja sprawa – powiedziałam szybko - Irma przedstawię ci teraz chłopaka, co odmienił moje życie – w tym momencie miałam nadzieję, że nie będzie to ten, który się wtrącił – to jest Trey! Wskazała palcem na jasnowłosego chłopaka, z opaską na włosach. Miał brązowe oczy i był bardzo wesoły. Widać było, że miał olbrzymie poczucie humoru. - Hej! Miło mi! – powiedział Trey wyciągając do mnie swoją dłoń - Witaj – odpowiedziałam i ścisnęłam jego dłoń - A to moi najlepsi przyjaciele! Od prawej... – uśmiechnął się – To jest Yoh, któremu naprawdę wiele zawdzięczam, dalej jest Morty, a na końcu to Ren. Chyba zdążyłaś już go trochę poznać. Wiesz, on lubi się wtrącać... - Wcale nie! Po prostu dokończyłem za panią, która ma na imię... – popatrzył w moją stronę oczekując odpowiedzi, ale ja nie miałam ochoty się odzywać dlatego... - To Irma... – powiedziała Keira uśmiechając się. Często jest tak, że robi, co ja chcę. Oczywiście ja jej o to nie proszę. Raczej jej każę w myślach. O dziwo dobrze mi to wychodzi. - To mówcie, co się stało? – powiedział w końcu Trey - No więc słuchajcie... Keira zaczęła opowiadać chłopakom swoją wersję zdarzeń. Oczywiście nie ominęło w nim jej bohaterskich czynów względem mojej osoby, a raczej mojej nogi. Podczas gdy sobie razem usiedli i rozmawiali, ja siedziałam na ziemi i zaczęłam się rozglądać wokoło. Zdziwił mnie fakt, że nie szli tędy inni ludzie. Przecież jest idealna pogoda, wakacje, piękne miejsce... Każdy marzy, żeby w takiej sytuacji znaleźć się właśnie tutaj, w pięknych górach. Stwierdziłam, że najwyższa pora ruszyć tyłek z tego miejsca i próbowałam się podnieść. Niestety z marnym skutkiem. Zauważyłam obok mnie ławeczkę i poczołgałam się do niej. Gdy byłam już blisko, podparłam się ręką i próbowałam wstać, lecz nim mi się udało utrzymać równowagę, poczułam jak lecę, lecę i... się zatrzymałam. I to nie na ziemi! Cholera co się dzieje. Zobaczyłam czyjeś ręce trzymające mnie za ramiona. Wystraszyłam się, a ten ktoś mi pomógł i usiadłam na ławce. Odwróciłam się, a był to Yoh. - Hej! To ja, Yoh! Pamiętasz mnie jeszcze? - No. A co? - No nic. Mogłaś już zapomnieć, że się tu poznaliśmy. - Co ty tu robiłeś? Czemu nie siedzisz z przyjaciółmi? - Chcę poszerzyć grono przyjaciół... – uśmiechnął się bardzo słodko – Dlatego nie jestem zawsze z nimi. Chcę pomagać innym... - Ale nie musisz! Nie potrzebnie mi pomagałeś. Sama bym sobie dała radę! Przecież wiesz... - Wiem, że byś upadła, a wtedy mogłoby być tylko gorzej... - Nie sądzę! Znam swoje możliwości, Yoh. W przeciwieństwie do ciebie. - Nie znam cię jeszcze, ale widzę, że masz dziś zły humor. Dlaczego? - Dlaczego? Po co się pytasz? - Chcę ci tylko pomóc... Pozwolisz? - Nie znam cię... - Właśnie poznałaś - Ale nie znam twojego wnętrza! Nie znam twoich potrzeb, zalet, wad, przyzwyczajeń... Nic o tobie nie wiem! Dlatego moje zwierzenia są nie na miejscu i nie na czasie! - Spoko. Wiesz, przypominasz mi Rena. Też był taki na początku. Zamknięty, skryty, ale się otworzył i od tamtej pory jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. - Ren? Niemożliwe. Wydaje się być taki twardy, ale w duszy widać, że jest miękki... - Nawet nie wiesz jak bardzo! Strasznie często się czerwieni, a wtedy wszyscy się z niego śmieją... - Biedaczek. Nie znoszę takich sytuacji. - O... Ktoś się troszczy o naszego Rena. Może się nim zaopiekujesz, co? - Nie dzięki. Wolę innych facetów... - Jakich? - Innych. To ci powinno wystarczyć. A jeżeli ta odpowiedź cię nie satysfakcjonuje, to już nie moja sprawa. - Trudno. Widzę, że musimy sobie, kiedy indziej pogadać, bo dziś nie damy rady. Chyba coś nie chce abyśmy dziś się dogadali... Po tej krótkiej rozmowie z Yoh, zauważyłam, że jest strasznie miły i przyjazny. Miał bardzo sympatyczny i szczery uśmiech, który często malował się na jego twarzy. Włosy miał ciemnobrązowe, dość długie i nosił słuchawki za uszami. Faktycznie był bardzo chudy, ale za to oryginalnie się ubierał. - Znowu się zamyśliłaś? Widzę, że to twoje najbardziej czasochłonne zajęcie... O czym tak rozmyślasz? - To moja rozrywka, więc nie przerywaj. - Rozrywka? Też muszę kiedyś spróbować... - Jeżeli ci to wyjdzie, a to ciężkie zajęcie... - Mi najlepiej wychodzi spanie. Jestem w tym mistrzem – zaśmiał się Yoh - Z pewnością! Ja jestem mistrzem w leżeniu u nic nie robieniu... - Tak też można. To gratuluję! Wiedziałem, że każdy ma swoje... - O! Jak miło sobie rozmawiacie! – przybiegła Keira wtrącając się w tą jakże niezmiernie, ciekawą rozmowę – Wiesz Yoh, Irma jest bardzo dziwna, ale za to otwarta na ludzi. Chcesz jej numer? Ona mogłaby się trochę wstydzić i krępować. Albo wiem! Poniesiesz ją? Wtedy sobie pogadacie na osobności... To ustalone, świetnie! Idziemy! Keira poszła w stronę Treya, jakby nigdy nic! Nie dość, że przeszkodziła i gadała o jakiś pierdołach to mówi Yoh, że ma mnie ponieść! Co ona sobie wyobraża?! Za kogo się ma? Kiedyś jej utnę ten głupi łeb, z którego nie ma w ogóle pożytku! - Chyba nie jesteś zła na Keirę? – wtrącił Yoh - Ja? Ależ skąd! – odpowiedziałam z nutką ironii – Sorry za nią. Nigdy się tak nie zachowywała. W ogóle ona jest... inna. Nie rozumiem jej toku myślenia... - Nie musisz za nią przepraszać! To ona będzie się wstydziła swoich słów. A jeżeli chodzi o swat, który prowadzi z Treyem, to przecież nie damy im satysfakcji, nie? – uśmiechnął się szeroko i cichutko zachichotał. - No ba! – uśmiechnęłam się – Nikt nie będzie nam rozkazywał - To wskakuj... królewno na barana – Yoh uśmiechnął się ponownie - Już skaczę! – popatrzyłam na Yoh bokiem, a on się nade mną zlitował i wziął mnie na „barana” Szliśmy w tyle. Oczywiście nikt się nie zorientował, czy jesteśmy za nimi, czy nie. Pochłonęła mnie rozmowa z Yoh. Była szczególna. Czułam się świetnie! Zero spięcia, zero wyznań! Po prostu zwykła gadka! To świetnie się sprawdzało. Gdy sobie tak gadaliśmy poczułam, że Yoh się zatrzymuje i pochyla do tyłu. Nie wiedziałam, że chce mnie zrzucić! Nawet mi do to głowy nie przyszło! Wydaje się być miły, a tu ja czuję, że już lecę, bo mnie puszcza. Przecież nie uczepię się jego włosów?! Nie? A może... Nie, nie dam rady! Gdy tak spadałam... Poczułam, że jednak nie spadłam! Byłam zdziwiona, ale zadowolona, póki nie zauważyłam, kto mnie niesie. Był to... Ren! Po co on się pcha?! Przecież nikt go tu nie prosił. Owszem, może i jestem ciężka, ale Yoh mógł mnie uprzedzić, że mnie „oddaje” jemu... Właśnie jemu... - Sorry Irma, ale trochę mnie już plecy bolą. Muszę trochę odpocząć. Wybaczysz mi? – uśmiechnął się słodko - Oczywiście, ale mogłeś mnieee... W tym momencie Ren zaczął skakać, a ja musiałam się go kurczowo trzymać, bo inaczej bym spadła. - ...uprzedzić. – dokończyłam – Ren, nie skacz już! Uspokój się! Nie masz pięciu lat! - Taki już jestem, mam ochotę skakać i poskaczę! Nic ci do tego! - To mnie zostaw tutaj! Sama sobie dojdę! - Tak? – jego głos brzmiał dziwnie, tak jakbym usłyszała tam ironię, razem z rozczarowaniem – a co ja z tego będę miał? Wiesz, mogę wykorzystać sytuację... Więc lepiej nie podskakuj... - Z tego, co wiem, nie mogę sobie pozwolić na skakanie... I co to za szantaż? Grozisz mi? - Ja? Nic podobnego... - Słuchajcie! – podbiegł do nas Yoh – Jeszcze kilka minut i będziemy na miejscu! Bądźcie cierpliwi i się nie kłóćcie, bo idziemy do kawiarni! Nie ma sprzeciwu? To super! Biegnę do tych z przodu! Przez te kilka minut szliśmy w kompletnej ciszy. Ren nic nie mówił, ja też nie. Rozmowy z nim były bardzo dziwne. Taka wymiana zdań, która mogła różnie się potoczyć. W sumie polubiłam go, ale nie tak bardzo. Może i jest fajną osobą, ale nie chcę tego sprawdzać, póki co. On jest suchy i nie okazuje tego, co czuje. Nosi maskę. Nawet nie wiem, co znajduje się w jego oczach, bo zasłania je włosami. Można by powiedzieć, że się czegoś boi, ale czego? To pytanie zostanie póki, co bez odpowiedzi. Gdy dotarliśmy do kawiarni, zaczęła się dość luźna rozmowa. Było super. Niestety, czas mijał bardzo szybko, dlatego nim spojrzeliśmy na zegarki był już wieczór. Chłopaki podwieźli mnie pod dom i nawet dostarczyli pod same drzwi. Moja mama, która jest lekarzem, powiedziała, że moja noga nadaje się tylko do gipsu. Dlatego uświadomiła mnie z uśmiechem, że przez te dwa tygodnie, posiedzę sobie w domku. Koszmar! Po tej informacji poszłam wziąć prysznic i pojechałyśmy na pogotowie. Tam w ciągu pięciu minut byłam już gotowa do powrotu. Mama jeszcze chwilkę porozmawiała z koleżanką z pogotowia, a potem przyniosła mi kule do samochodu i wróciłyśmy do domu. Gdy przyjechałyśmy, przebrałam się w ulubioną piżamę i położyłam się na łóżku. W zasięgu wzroku widziałam okno, przez które idealnie mogłam zobaczyć księżyc i gwiazdy. Wymarzony widok przed zaśnięciem. Gdy już zasypiałam usłyszałam coś. To był... Mój telefon komórkowy. Dostałam smsa. Niestety nie wiedziałam, od kogo, ale treść miał miłą: „Mam nadzieję, że lepiej z nogą. Dobranoc”. Szkoda, że nie znałam tego kogoś, bo bym podziękowała, ale trudno. Może to mój wielbiciel. Myśląc o niebieskich migdałach zasnęłam.

Następnego dnia nie działo się nic szczególnego. Poza tym, że Eremia mnie odwiedziła. Przeprowadziłyśmy dość nietypową rozmowę... Zaczęłam się mnie wypytywać o... - Wiesz Irma... – zaczęła rozmowę Eremia – Co byś zrobiła, gdybyś spotkała faceta i zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia? - Co masz dokładnie na myśli? - Czy dla faceta jesteś w stanie rzucić wszystko? Zapomnieć o życiu i iść z nim w ciemno? - Sądzę, że jeżeli bym się zakochała tak by było. Ale nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia... To raczej mało prawdopodobne. No nie? - Wiesz... Wiara czyni cuda... – odpowiedziała nie patrząc mi w oczy - Eri! Coś kręcisz! Gadaj mi tu, co to za facet! – powiedziałam patrząc Eremi głęboko w oczy - No dobra... Poznałam kogoś. Mówię ci, on jest boski! A najlepsze jest to, że oboje przypadliśmy sobie do gustu... – zarumieniła się delikatnie na policzkach – a teraz jesteśmy parą... – jak wymawiała słowo „para” zrobiła się czerwona jak burak - No pięknie! A ja nic o tym nie wiem, tak? Kiedyś cię zabiję! Kiedy go poznam? - Poznasz go jak nie będziesz miała gipsu! Zobaczysz, jaki jest fajny... - A mogę się, chociaż dowiedzieć jak ma na imię ten szczęśliwiec...? - Nie powiem! Jego przyjaciele też nie wiedzą, że on jest zajęty... - A... To dobrze, że ma przyjaciół – uśmiechnęłam się szeroko – Mam nadzieję, że są to przystojni przyjaciele... - Jeżeli są podobni do niego, to będą chudzi...Ale za to cudowni – Eri zaczęła marzyć na moim łóżku, podczas gdy ja się głupio uśmiechałam sama do siebie - Szkoda... Ja wolałabym umięśnionego. Lecz jak będą fajni jego przyjaciele, to będę zadowolona. W końcu liczy się wnętrze człowieka, no nie? - Owszem. Na tej zasadzie wybrałam jego... Dobra Iri, ja już muszę uciekać. Mama mówiła, że będzie obiad, więc muszę się ruszać. Wiesz, od razu mi lepiej jak powiedziałam ci o... nim... – uśmiechnęła się – To ciao laska! - Ciao Amore! – krzyknęłam Gdy Eremia wyszła, zaczęłam się zastanawiać czy znam, tego jej nowego chłopaka. W sumie, nie wiedziałam, kim on może być, dlatego musiałam zakończyć moje rozmyślenia. Nagle zauważyłam, że tak szybko minął mi dzień. W sumie sama nie wiedziałam, gdzie uciekło mi kilka godzin, ale było mi to obojętne. Nie musiałam się martwić co zrobić z czasem. Tylko leżałam i nic nie robiłam. Po prostu...

- Wstawaj Irma! Zejdź na dół, a pozbędziesz się swojego najgorszego koszmaru. - Co? Mamo, o czym mówisz? Jest 7 rano! Daj mi spać! - Nie śpiochu! Wstawaj i leć do Eremi! - Już, tylko się ubiorę! Wyjdź z pokoju! - Dobrze, ale zejdź szybko na dół, bo chcę ci gips ściągnąć. Musiałam szybko wstać z łóżka i się ubrać, bo mamusia kazała. Och! Jak ja tego nie znoszę. Ciągle mi tylko chcą rozkazywać... A ja mam wakacje i chcę się cieszyć wolnością, póki mogę! Podczas gdy się ubierałam dostałam smsa: „Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. Miłego dnia”. Znowu nieznany numer. Jak ja tego nie cierpię! Jakieś głupie gierki! Dobra, lecę ściągać gips! - Irma – mówiła mama ściągając mi gips – dziś nie ma nas cały dzień i noc w domu. Dlatego będzie tutaj spała Eremia. Rozmawiałam z jej mamą i się zgodziła. Nawet się ucieszyła, że będzie miała problem z głowy. Jeżeli coś się będzie działo, to znasz nasze numery? - Tak, znam. - Mimo to na wszelki wypadek zapisałam na karteczce obok telefonu numer policji, pogotowia ratunkowego i straży pożarnej. A na drugiej karteczce masz numery naszych komórek. - Mamo! Nie mam pięciu lat! A właściwie to, dlaczego mam iść do Eremi? Teraz z rana? - Nie ważne. Po prostu idź! Muszę z twoim ojcem porozmawiać – mama trochę posmutniała – ale nie martw się. Nic się nie dzieje – uśmiechnęła się, ale nie był to jej prawdziwy uśmiech - Na pewno nic złego się nie dzieje? - Tak. Idź już. - Dobrze, już mnie nie ma. A kiedy mogę przyjść do domu? - Przyjdź za godzinę, a nas już nie będzie. No, idź kochanie. Pa – mama mi pomachała i się uśmiechnęła - To pa! Miłego dnia – odmachałam mamie. Świetnie! Z własnego domu mnie wyganiają! Normalnie cudownie! Jeszcze niedługo na noc mnie komuś pożyczą. Super! Dobrze, że Eremia mieszka tak blisko. Co ja bym bez niej zrobiła. - Cześć Irma! Czekałam na ciebie! Dziś ten dzień – uśmiechnęła się szeroko, szczerząc ząbki - Ee... Jaki dzień? – zmieszała mnie tym tekstem - Dziś poznasz mojego... chłopaka. Przyjdzie ze swoim przyjacielem. Powiedziałam mu, żeby wziął kogoś dla ciebie. Zgodził się i poznasz dziś przyjaciela mojego chłopaka. Wiesz, nie mogę się przyzwyczaić do mówienia na niego „mój chłopak”. To tak jakbym mówiła „bliski mojemu sercu”... - Zgadzam się. Ale dlaczego nie możemy spotkać się w trójkę? Po co mi jego kolega? - Wiesz, mam prośbę... - O nie! Co znowu? - Ja i on będziemy chcieli pobyć trochę sami... Ale to tak około godzinki! Tylko jedna godzinka, proszę! - Przecież nie mam wyjścia Amore! Pogadam z tym jego przyjacielem. - Dziękuję! Jesteś kochana – Eremia rzuciła mi się na szyję i dała buziaka w policzek – i jeszcze jedno. Zaprosiłam ich do ciebie do domu na wieczór... - O nie! Jeszcze tego brakowało! Co my tam będziemy robić? - Nie wiem... Wypożyczyłam filmy, a do jedzenia kupimy pizzę i jakieś soki. Proszę! Będziemy grzeczni... - Czego się nie robi dla Eri... Dla ciebie wszystko – puściłam do niej oczko - Kocham cię, wiesz? – uśmiechnęła się uwodzicielsko - Wiem, inaczej bym tego nie robiła – pokazałam Eremi język Cały dzień trwały przygotowania do „wielkiego” spotkania. Eremia była taka szczęśliwa, że wręcz latała zamiast sprzątać. Ja przygotowałam kanapki i napoje. Gdy skończyłyśmy porządki i jedzenie była 19. - Oni już powinni być! Może coś się stało? Jak myślisz? - Nie... Wydaje mi się, że za szybko chodzi ci zegarek... - Faktycznie. Zapomniałam, że spieszy się o kilkanaście minut. Oznacza to tylko jedno, szybko się wyrobiłyśmy, czyli... - ...jest czas na leniuchowanie! – wykrzyknęłam Razem z Eremią wiedziałyśmy dobrze, co oznacza słowo „leniuchować”. Ja pobiegłam wyłączyć światło, a Eri wzięła dwie świeczki i zapaliła. Potem ja szybko pobiegłam zapalić w kominku. Położyłyśmy się na dywanie, wpatrując w ogień palący się w kominku. Była idealna cisza... Tak idealna, że... zasnęłyśmy. W sumie, nie wiem jak długo to trwało, ale obudziło nas pukanie do drzwi. Obie zerwałyśmy się i stanęłyśmy na równe nogi. Eremia powiedziała, że pójdzie po kanapki i napoje, dlatego ja poszłam otworzyć drzwi. Nie myśląc o niczym uchyliłam drzwi i zobaczyłam… - Nie wierzę! To ty? Kurczę, ale fajnie! Eri wiele mi o tobie mówiła, ale nie wiedziałem, że chodzi o ciebie, Irma. Cześć! – tak, to był Yoh, który właśnie obejmował mnie na przywitanie - Proszę, co za miła niespodzianka – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem… - No to przynajmniej przedstawianie mamy za sobą. A właśnie, ja nie przyszedłem sam… Irma, tylko mnie nie zabijaj… – wskazał palcem na Rena, który stał za nim - Przecież nic nie mówię. Nie rozumiem, dlaczego miałabym cię za to zabić. Przecież Ren to twój przyjaciel… - uśmiechnęłam się do Rena i podałam mu rękę – Cześć Ren! Co tam u ciebie? Odpowiedziałam tak, ponieważ nie chciałam, aby ten wieczór już na samym początku, był stracony. Chciałam mile spędzić czas i postanowiłam sobie, że będę dziś dla wszystkich miła! Oby się mi to udało. Przynajmniej dobrze zaczęłam… - Cześć Irma. U mnie nic ciekawego – uścisnął mi dłoń i delikatnie się uśmiechnął – Możemy wejść? - Oczywiście! Proszę, rozgośćcie się i wejdźcie do salonu. Eremia powinna już na was tam czekać… - Na nas? A ty? – wtrącił Ren - Co ja? Ja też tu będę… Przecież nie ucieknę… Zwłaszcza, że to dom, w którym ja chwilowo mieszkam… - odpowiedziałam z akcentem na słowo „chwilowo” - To ok! My idziemy do salonu. A gdzie mamy dać kurtki? - Podajcie mi, ja się nimi zaopiekuje – uśmiechnęłam się – salon znajduje się zaraz przy schodach, więc wystarczy, jak będziecie cały czas szli prosto. - Dzięki! – powiedział Yoh i razem z Renem zaczęli iść w kierunku salonu. Pięknie! W co ja się pakuje? Znowu się z nimi spotykam! Po co to wszystko?! Jeszcze muszę wytrzymać tylko godzinę z Renem. Dobrze, że na razie jest miły i w miarę do zniesienia. Ale najgorsze przede mną. Będę z nim sama jak Yoh i Eremia pójdą sobie na górę. To będzie katastrofa. Postaram się z nim pogadać o muzyce… Może mi coś powie o sobie… Albo pooglądamy sobie filmy… Kurczę, żeby ten czas nam mile minął. Może Ren wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda? Przez to rozmyślanie, coraz bardziej intryguje mnie jego osoba. Może warto się z nim zaprzyjaźnić? Może warto go poznać? Może ten chłopak jest więcej wart? Może za nisko go oceniam? Może, może, może… Zobaczymy co się dzisiaj wydarzy, bo chyba od tego, będzie zależała nasza znajomość. - Irma! Chodź do nas szybko! Chłopaki opowiedzieli mi, że już ich znasz, małpo! Czemu mi nic nie mówiłaś? Chodź do nas… - krzyknęła Eremia z salonu - Chodź bo kanapki znikają! – Eremia krzyknęła ponownie, nie słysząc mojej reakcji, ona wie, że uwielbiam kanapki, dlatego szybko przyszłam do nich - Jestem już. Musiałam powiesić kurtki, no nie? - Chyba znowu się zamyśliłaś, co? – powiedział Yoh uśmiechając się do mnie i robiąc minę, pytającą mnie: „zaskoczona?” - A żebyś wiedział! Musiałam sobie parę rzeczy przemyśleć, żeby tu w ogóle przyjść. Ciesz się, że nie zabłądziłam… - Ja? No nie wiem… Cieszyć to powinien się Ren – w tym momencie Ren zaczął się czerwienić – bo to on będzie miał ciebie na większość tego wieczoru. Przynajmniej nie będzie sam… Wiesz, we dwójkę zawsze raźniej… No nie? – uśmiechnął się Yoh - To może zostawicie w końcu mnie i Rena samych, co? My musimy się sobą nacieszyć, a wy to co? Zapomnieliście gdzie macie iść, czy mam wam pomóc? Już na górę i możecie tu przyjść po północy. Wcześniej nikogo nie wpuszczamy! Prawda Ren? Powiedziałam to, a nie powinnam, tylko co na to Ren? Teraz wszystko od niego zależy! Jeżeli będzie trzymał ze mną stronę, to oboje dobrze na tym wyjdziemy. Jeżeli nie…To ja na tym wyjdę źle… Może chociaż raz Ren pokaże klasę? - Wiesz Irma. Nie wiem, czy wszystko co im powiedziałaś, było prawda, dlatego nie wiem, czy mogę się z tym zgodzić… Co? Co? Co? To niemożliwe! Jak on mógł… A już zaczynałam go lubić! Nie… Irma = totalna porażka wśród całej ludzkości, a Ren idzie na straty… -… Irma… Ile można owijać w bawełnę, co? Kiedyś i tak się dowiedzą… O czym on gada? Przecież mnie wsypał i ośmieszył przed własną przyjaciółką, jej chłopakiem w moim domu! Co on mówi?! -… Chodzi o to, że my z Irmą to wszystko zaplanowaliśmy. My prowadziliśmy waszą swatkę. Chcielibyśmy się nacieszyć naszym triumfem i pogadać trochę na osobności. Dlatego, możecie iść na górę, bo my mamy z Irmą jeszcze kilka interesów do załatwienia… On jest genialny! Uwielbiam go! Ren jest super! Jednak się nie myliłam co do niego… To całkiem miły chłopak… Może się z nim poznam bliżej… Byłby fajnym kumplem… - Co? – krzyknęła Eremia z Yoh – Jak to wy? - Nie ważne. Idźcie już, proszę… - uśmiechnął się Ren do nich - Dobra, idziemy. Ale z tobą, Ren, to się jeszcze policzę jak będziemy wracać! Chodź Kochanie! – powiedział Yoh i zniknął z Eremią na górze - Dzięki Ren - powiedziałam uśmiechając się do niego. - Nie ma za co. Czasem trzeba się na coś przydać i pożartować. - Nie wiedziałam, że umiesz żartować… Sorry, nie Obraź się, ale z tej strony cię nie znałam… - Bo ty mnie jeszcze w ogóle nie znasz. Wiesz, jak mam na imię. I tyle… - No tak… To co robimy? Jesteś głodny lub spragniony filmów? - A jakie masz filmy? - Tutaj są. Eremia dziś wypożyczała, więc mam nadzieję, że coś ciekawego… - Ee… Nie ma nic ciekawego… Uwierz mi. - To trudno. Może włączę telewizor, albo muzykę? - A jakiej słuchasz muzyki? Bo wiesz… Ja, w tej kwestii, jestem bardzo wybredny… A ty? Tak zaczęła się nasza rozmowa. Bardzo fajnie mi się z nim rozmawiało i jadło. Tematy, które poruszaliśmy były luźne. Nie wchodziliśmy w sferę prywatności i to nam ułatwiło konwersację. Śmialiśmy się do siebie. Naprawdę, fajnie się bawiłam. Zawsze myślałam, że Ren to osoba drętwa, spięta i poważna. Taki ważniak. Ale cieszę się, że byłam mile zaskoczona, jego dzisiejszym zachowaniem. Naszą rozmowę przerwało burczenie w brzuchu Rena. Oboje parsknęliśmy śmiechem, aż w końcu udało mi się coś powiedzieć. - Może zrobię coś jeszcze do jedzenia? - Mogłabyś? - Mogłabym, jak ładnie poprosisz – wystawiłam język - Czy mogłaby panienka takiemu biednemu, głodnemu, mężczyźnie zrobić kanapeczki? - Nie ma sprawy, paniczu Renie! Już idę zrobić. Wiesz co, przynieś do kuchni talerz z pozostałościami po kanapkach i te szklanki, ok? Bo ja nie zabiorę się z tym wszystkim sama. - Ok. Tylko prowadź, bo nie znam drogi do kuchni. Gdy dotarliśmy do kuchni, Ren wziął się za zmywanie naczyń, a ja szukałam w lodówce czegoś do jedzenia. Niestety, lodówka była prawie pusta! Ale były jajka, mleko, owoce, migdały, serki waniliowe, oliwa z oliwek i muesli zbożowe… Dlatego postanowiłam usmażyć nam omlety. - Muszę usmażyć omlety. Skończył się ser żółty, warzywa… Lubisz omlety? - No nie wiem. A z czym będzie? - Będzie z serem waniliowym, morelą, brzoskwinią i migdałami… - Co? – Ren prawie krzyknął - Jak ci nie pasuje, to do cholery sam sobie coś zrób! - Czekaj, czekaj! Z czym? Boże, ja uwielbiam takie jedzenie! – wtrącił Ren - Aha… - Nie musiałaś od razu na mnie najeżdżać… - Sorry, ale myślałam, ze będziesz się sprzeciwiał, a ja chciałam dobrze. Zresztą nie będę już tyle gadała, bo... – w tym momencie Rena brzuch, znowu dał nam o sobie znać – widzisz sam. Zabieram się do smażenia naszej kolacji… - Kolacji? Chyba wczesnego śniadania… Jest 2 w nocy… - Serio? – spojrzałam z niedowierzaniem na zegarek, który niestety nie kłamał – Moi rodzice wrócą do domu ok. 11 rano… Wiesz co, pójdź sprawdzić, co robi Yoh z Eremią na górze. Mieli przecież do nas zejść po 24. Ale najpierw zapukaj. Idź prosto, gdy wejdziesz na górę skręć w prawo i tam będę drzwi. To mój pokój i tam powinni być. Zejdź z nimi na dół i zjemy razem. A potem sobie pogadamy i posiedzimy do rana na dole. Ok? - Dobra, już idę. A jeżeli ich nie będzie w twoim pokoju? - Muszę być. Tylko tam było miejsce, żeby wejść. Wszędzie indziej jest bałagan. – uśmiechnęłam się do Rena a on odwzajemnił swój uśmiech - A co z twoją nogą? - Jeszcze o tym pamiętasz? Miałam gips, ale już jest wszystko ok. Mogę chodzić, i to sama! Dobra, idź już... I wracajcie szybko! Jedzenie już podaję! W ciągu kilku minut usmażyłam kilka omletów i podałam do stołu. Nalałam do dzbanka sok pomarańczowy, który sama wycisnęłam. Od zawsze lubiłam siedzieć w kuchni i coś kombinować, wymyślać jakieś potrawy. Nawet miałam ochotę upiec jakieś ciasto, ale niestety zabrakło składników. Mi najlepiej piecze się w nocy, gdy wszyscy śpią. Wtedy mam spokój i wenę. A tego mi zawsze trzeba. Po chwili przyszedł Ren, ale sam. Miał minę, która mówiła tylko jedno... - Irma! Nie zgadniesz co oni robią! - A są w moim pokoju? - Nie… Są w sypialni twoich rodziców… To znaczy tak mi się wydaje, bo jest tam, duże, dwuosobowe łóżko… - Tak, to sypialnia moich rodziców… Idę tam… - Ale bądź cicho… Cichutko… Dobrze? - Oczywiście! Dla ciebie wszystko… - powiedziałam z ironią i szybko poszłam na górę Szłam cicho po schodach, mimo że byłam wściekła. Eremia nigdy by mi tego nie zrobiła! Zawsze mi mówiła prawdę. A teraz jest z Yoh w sypialni moich rodziców! Porażka! Ja ją zabiję! Jak rodzice się dowiedzą, to mnie już na tym świecie nie będzie. Na górze drzwi do mojego pokoju były otwarte. Pewnie Ren zapomniał je zamknąć, dlatego je domknęłam. Szłam na palcach i delikatnie otworzyłam drzwi do sypialni rodziców. Tam zobaczyłam jak Yoh i Eri leżą na ziemi i … śpią! Oni zwyczajnie spali! Byłam zdziwiona, ale też uśmiechnięta. Bałam się co oni tu mogą robić, a oni słodko zasnęli. Zawsze, widok par, obściskujących się na ulicy, mnie obrzydzał, ale teraz, oni wyglądali idealnie! Naprawdę, oni są dla siebie stworzeni! Yoh leżał plackiem, a Eri na nim miała głowę. Ich ręce były złączone, byli przytuleni do siebie. Piękny widok. Ale wolałabym jednak, zobaczyć go w moim pokoju, niż tutaj. Trudno. Trzeba będzie ich obudzić, ale bardziej drastycznym sposobem. Poszłam do Rena i zaczęłam… - Mamy misję do spełnienia! Weź dwie miski z kuchni, są w górnej szafce, obok okna, i podaj mi je. Musimy ich obudzić! – chichotałam mówiąc mu o moim cudownym planie - Ale Irma… Szkoda jedzenia! Wystygnie wszystko… Najpierw zjedzmy i potem ich obudzimy. Ok? - Ok, masz rację. Też jestem głodna. No to siądźmy do jedzenia. Podeszłam do stołu. Zaczęłam odsuwać krzesło, a Ren zaczął do mnie krzyczeć - Nie! Nie dotykaj tego! Od razu odskoczyłam od tego krzesła i krzyknęłam - A co się stało? - Nic ważnego. – Ren podszedł do mnie i odsunął krzesło – teraz możesz już usiąść. - Ja cię kiedyś zabiję! Ale mimo to, dziękuję. Jedliśmy w ciszy, ale tę piękną chwilę, przerwał Ren - Gdzie nauczyłaś się tak gotować? Przecież to jest pyszne! Nigdy czegoś tak dobrego nie jadłem! - Wiesz, jestem kobietą. A kobieta z niczego, potrafi zrobić coś jadalnego i bardzo dobrego. Właśnie poznałeś moją mocną stronę – kuchnia! Uwielbiam gotować, dlatego ze mną nie zginiesz z głodu. - Właśnie widzę… To idziemy z miskami ich obudzić? - Idziemy! – powiedziałam i uśmiechnęłam się szyderczo. Ren podał mi moją miskę, napełnioną wodą i zaczęliśmy się cichutko skradać do sypialni rodziców. Szliśmy, dosłownie, na palcach. Delikatnie uchyliłam drzwi i zobaczyłam dwa gołąbeczki, nadal śpiące. Z Renem szybko weszliśmy do sypialni i na raz, dwa trzy... Wylaliśmy wody z misek na „młodych”. - Aaa...! Co się dzieje? Gdzie ja jestem? – krzyczała zaspana Eremia - O nie! Jestem cały mokry! Kto to zro... – zaczął Yoh - To my – powiedział dumnie Ren i oboje zaczęliśmy się panicznie śmiać Myślałam, że nie przestanę się śmiać! Sam fakt, że oblaliśmy ich wodą był zabawny. Ale do tego ich miny, ta złość w oczach i bezradność. Ja i Ren tarzaliśmy się na ziemi. Nie miałam już siły się śmiać, ale nie mogłam przestać. Już mnie brzuch rozbolała, a ja wciąż płakałam ze śmiechu. - To ja idę do łazienki! Muszę doprowadzić się do porządku. Idziesz Yoh? – powiedziała Eremia - Idę, idę.– nagle popatrzył na mnie i powiedział – a co tak ładnie pachnie? - To omlety z serkiem waniliowym, owocami, muesli... A czemu pytasz? - Co?! Zjedliście bez nas? - Tego to ja nie powiedziałam. Wasze omlety czekają na dole. Może jeszcze będą ciepłe... - Wybacz kochanie, ale jestem taki głodny, że najpierw pobiegnę coś zjeść. W brzuchu mi strasznie burczy... Rozumiesz, prawda? - No tak! To ja też idę zjeść. A potem razem się „wysuszymy”. Yoh z Eri poszli na dół jeść a ja z Renem zostaliśmy na górze, wciąż leżąc na podłodze. Tym razem nie śmialiśmy się... - Irma? – zapytał znienacka Ren - Tak? - Jak sądzisz, co sprawia, że Yoh i Eremia są tacy szczęśliwi? - Wiesz, nie wiem. Może to właśnie jest miłość... Tylko, że ona się różnie objawia. W ich wypadku, jest szczęściem, szaleństwem, radością. Ma same pozytywne cechy. Mi się wydaje, że miłość nie zawsze taka jest. Dlaczego pytasz? Obróciłam głowę w stronę Rena, a on obdarzył mnie swoim spojrzeniem. Bałam się zakończenia. Wystraszyłam się jego wzroku, utkwionego we mnie. Najwyraźniej dążył do czegoś. A ja, aż bałam się pomyśleć, dlaczego tak na mnie patrzy. Co tak naprawdę, ode mnie dzisiaj oczekuje. Czułam, że w jakiś sposób się zobowiązałam, względem niego. Ale nie wiedziałam, czego naprawdę oczekuje. Ja też coś chciałam... Coś... Nic wielkiego! Może jednak o za wiele proszę? Przecież nie pocałuję go! Nie! Nie! Nie! Ja... ja nie mogę... Prawda? Irma, powiedz, że tego nie zrobisz! Nie teraz... On jest taki... cudowny... - Pytam, bo zastanawiam się jak ty to widzisz. – wtrącił Ren, wymazując moje myśli, które nie szły w dobrym kierunku. – Oni znają się bardzo krótko i już są razem. Wiesz, oni naprawdę się w sobie zakochali. I to nie tak na żarty! Dlatego, myślę, czy to jest możliwe? - Jak widzisz, jest. To są silniejsze rzeczy. Tak samo jak to, że chce Ci się nagle jeść. Siła wyższa. Nagle potrzebujesz tej drugiej osoby, bez niej nie funkcjonujesz, gdy ją widzisz, twoje serce mocniej bije, a ty dostajesz euforii. Cieszysz się jak małe dziecko, krzyczysz, skaczesz z radości. Wydaje ci się, że wszystko jest możliwe. Masz różowe okulary i widzisz wszystko w pięknych barwach. Cały świat staje się piękniejszy... - Skąd to wiesz? Przeżyłaś coś takiego? - Nie, nie miałam okazji. Ja, zdaję sobie sprawę z powagi miłości. Ale wiem, że nie posiadłam nawet jednej tysięcznej wiedzy o niej, a ona jest całym życiem, jest wszystkim... Kiedyś, chciałabym ją poznać osobiście... A jak z tobą było? - Ja i miłość, to dwie sprzeczności. Ale mimo to, tak jak ty, chciałbym się z nią zetknąć. Pobyć sam na sam i móc z nią „porozmawiać”, oczywiście przez kogoś, kogo kocham... - To byłoby piękne. Czasem wydaje mi się, że miłość to tylko złudzenie. Że w moim życiu jej zabraknie, albo że ją przegapię... - A mi się wydaje, że ty masz większe szanse, na odnalezienie miłości niż ja! - A dlaczego? Jesteś człowiekiem! Dlaczego, niby miałbyś nie mieć szansy na miłość? - Bo jestem inny. Bardziej zamknięty... Nie znam się na ludziach. Boję się, że gdy się zakocham – popatrzył mi w oczy i czułam jak przeszył mnie całą, tym jednym spojrzeniem – nie będę umiał powiedzieć tego, tej drugiej osobie... - Jak nie będziesz mógł powiedzieć, to może spróbujesz jej to pokazać? Lub dać jej poczuć swoją miłość... - Ale ja nie wiem jak... – Ren odwrócił głowę i spojrzał w ciemny sufit – Nie umiem okazywać uczuć... Ja się za bardzo... - Ej, wy tam! Śpicie czy co?! Wstawać już! Czwarta nad ranem! Pobudka! – zawołała Eremia, widząc mnie i Rena wciąż na podłodze - Ja nie śpię, nie wiem jak Ren. Zjedliście już wszystko? - Ja też nie śpię... Co teraz będziemy robić? - Tak, zjedliśmy. Yoh leży na kanapie i chyba zaraz pójdzie spać. Ren, czy jego rodzice i twoi wiedzą, że tu jesteście? Że na noc zostaliście tutaj? - Moi rodzice myślą, że jestem na imprezie. A Yoh, powiedział to samo. Dlatego nie martw się. Idź do Yoh i pójdźcie spać. - A wy? - Damy sobie radę bez was. Idź już, pewnie i tak się za sobą stęskniliście. Dobrej nocy... - Dobrze. Dzięki za wyrozumiałość. Dobranoc. Pobudka o 8! Pa! - Pa! – odpowiedzieliśmy równo z Renem. Szczerze mówiąc byłam zdziwiona jego zachowaniem. Nie znałam powodu, dla którego wolał zostać ze mną, na górze. Może chciał dokończyć rozmowę? Ren, był bardzo tajemniczy i aż się prosił, żeby odkryć te wszystkie sekrety. Jego oczy były takie ogniste, skryte, mające głębie, do której nie da się dotrzeć. Może, gdyby Ren mi pomógł, udałoby się przezwyciężyć jego strach? Gdy spojrzałam na Rena, on wpatrywał się w sufit. Widziałam tylko jego profil. Zauważył, że się jemu przypatruje i dlatego spojrzał na mnie. Patrzyłam mu w oczy bardzo długo, a on nie protestował, wręcz zachęcał mnie, żebym wciąż się na niego patrzyła. Widziałam w nim ból i strach. Poczułam, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale nie mógł. Coś wewnątrz, nie pozwalało mu na to. Taka wewnętrzna kontrola. Ren delikatnie przybliżył się do mnie i powiedział - Irma, czy ja... Czy ja będę kiedyś normalny? - Według mnie jesteś... Wiesz, że miłość czyni cuda? - Może się zaraz dowiem... – Ren spojrzał na mnie i na moje usta. Przyznaję się! Bałam się, że może dojść do czegoś szczególnego, więc musiałam to przerwać. - Ren... - Tak? - Chcesz poduszkę? Idę do swojego pokoju po poduszki i koce... Ile chcesz? - Poproszę dwie. Chcesz iść spać? - Tak, zmęczona jestem... - Rozumiem. Ja też ziewam bezo pętania – uśmiechnął się i puścił do mnie oczko Przyniosłam nam rzeczy do spania i położyliśmy się spać. Ja na jednym końcu sypialni, a on na drugim. - Ren... - Tak? - Dziękuję ci za wszystko. Dobranoc. - Ja też ci dziękuję za rozmowę. Dobranoc. Chwilę później, oboje zasnęliśmy. Dopiero obudził nas budzik o 8 rano. Szybko zerwałam się na nogi, żeby go wyłączyć. Popatrzyłam w stronę Rena, a on jeszcze spał. Był obrócony w przeciwną stronę. Jego włosy były przekręcone na każdą stronę, osłaniając twarz. Pochyliłam się nad nim. Miał taki słodki i niewinny wyraz twarzy. Odsłoniłam jego włosy i zobaczyłam na policzku niewielkie przecięcie. Było dosyć świeże. Możliwe, że wczoraj coś mu się stało. Ale co? – Irma chciała dotknąć tej rany, lecz... - Czemu nade mną stoisz, co? – powiedział Ren, odwracając głowę w moją stronę - Chciałam cię obudzić, ale ty... – byłam zaskoczona, zszokowana... - ...się obudziłem. Mam nadzieję, że aż tak bardzo cię nie wystraszyłem. Od razu się obudziłem, ale nie chciało mi się wstać. To co... robimy? – mówiąc to usiadł i popatrzył mi w oczy, nasze twarze były blisko - Może śniadanie? - Może... - odpowiedział Ren wciąż wpatrując się w moje oczy - To chodźmy już – uśmiechnęłam się delikatnie i odsunęłam od Rena - A co robimy na śniadanie? - Płatki zbożowe ze świeżymi owocami i jogurtem naturalnym. Może być? Do tego sok ze świeżych pomarańczy lub grejpfrutów. - Jej, ty to jak coś wymyślisz... - To co? – wtrąciłam - To od razu mi ślinka leci! To jazda na dół robić śniadanie! Zmykamy! - No, jazda – uśmiechnęłam się i zaczęłam schodzić na dół. Gdy zeszliśmy, Eri i Yoh leżeli na kanapie, oglądali telewizję i jedli chipsy. Nie zauważyli nas, więc poszliśmy cichutko do kuchni i zrobiliśmy sobie własne, zdrowe śniadanie i poszliśmy do nich. Spojrzeli na nas bardzo dziwnym wzrokiem. Jakbyśmy my, mieli im coś do powiedzenia. Domyślałam się trochę, o co może chodzić. Ale przecież, mnie i Rena nic nie łączyło. Owszem, ten dzień, a właściwie noc, w jakiś sposób nas związała. Ciekawe, czy on też coś takiego poczuł. Może to tylko z mojej strony? W każdym razie, póki co, nie potrafiłabym się jemu zwierzyć. Ale pocałunek... Czy ja o tym marzę? Obawiam się, że tak... - Jak wam minęła noc? – uśmiechnął się Yoh i popatrzył w moim kierunku - Mi bardzo dobrze. Ale trochę się nie wyspałam. A tobie Ren? - Ja również dobrze spałem. Przyznaję, że mało, ale zdążę się jeszcze dzisiaj wyspać w domu. A ty, Yoh? - Ja? Bardzo dobrze. Było mi wygodnie i ciepło... – popatrzył na Eremię i pocałował ją w policzek - Wiesz co, Yoh... Chyba musimy już się zbierać... – powiedział Ren kończąc śniadanie - Racja Ren. Jeszcze rodzice będą mieli jakieś pretensje. - Moja już by mieli. Wystarczyłoby, żebym na noc nie wróciła do domu. Inna sprawa, gdybym spała u Eri... – wtrąciłam - To na nas już czas – wstał Yoh i popatrzył na Rena, który również wstał – Irma, podasz nam kurtki? - Tak, tak. Ja już idę, tylko jeszcze muszę... - ... Zaczekaj! – wtrącił Ren i zatrzymał mnie wzrokiem – Pójdę z tobą i ci pomogę. Jest dużo naczyń. Zaniosę je do kuchni i jeszcze wezmę kurtki. - Dobrze, skoro chcesz... To chodź mi pomóc. Najpierw zaniesiemy naczynia do kuchni, a potem pójdziemy po kurtki. Yoh, pożegnajcie się teraz, póki nas nie ma – puściłam oczko do Eri i uśmiechnęłam się Razem z Renem poszliśmy do kuchni. Wszystko odbyło się w ciszy. Można powiedzieć, że cisza zagłuszała nas... - To co? Teraz idziemy po kurtki? - Tak, tak. Idziemy. A wiesz gdzie są kurtki? - Nie wiem. Prowadź mnie... – uśmiechnął się delikatnie i wskazał na drzwi ręką - Podążaj za mną, a się nie zgubisz... Szliśmy do pokoju w ciszy, żeby nie przeszkadzać gołąbeczkom. Podałam Renowi kurtki i powiedziałam: - Ren... Zmieniłam całkowicie o tobie zdanie. Nie wiedziałam, że jesteś taki... Gdyby nie wczorajszy dzień, pewnie inaczej bym o tobie myślała. Miałam cię, za osobę drętwą, poważną... Wiesz o co chodzi... Tymczasem, okazałeś się kimś wartościowym... - Dlaczego mi to mówisz? - Chciałam, żebyś wiedział co o tobie myślę... - Muszę już iść. Yoh! – krzyknął Ren wychodząc z pokoju – Idziemy! - To cześć dziewczyny – powiedział Yoh zakładając kurtkę - Pa! Do zobaczenia! – powiedziała Eremia - Cześć... – odpowiedziałam czując, że zepsułam wszystko, co mogłoby się zdarzyć, między mną a Renem. - Wiesz, ja też się będę zbierała. Nie masz już nic do sprzątania, dlatego pójdę już. Ok? - Dobrze. Skoro musisz... - Postaram się wpaść dzisiaj. A... I jeszcze jedno, co z Renem? - Z Renem? To tylko znajomy... - Jasne! Opowiesz mi kiedy indziej. Może jeszcze dzisiaj... Masz ochotę na wieczorne zakupy? - Zależy od pogody, a wszystko wskazuje na deszcz. - No fakt. To ja jeszcze do ciebie zadzwonię, ok? - Dobrze. Będę czekała. Pa Eri! - Pa Iri – dała mi buziaka w policzek i poszła w kierunku swojego mieszkania. Teraz zostałam sama. Mam jeszcze godzinę do przyjścia rodziców. W salonie jest czysto, jeszcze tylko pozmywam naczynia. Było ich wyjątkowo mało, tylko dwie miski i łyżki. Dlatego szybko uwinęłam się ze zmywanie. W tej chwili, marzyłam tylko o jednym, żeby wziąć ciepłą kąpiel. Poszłam do łazienki, nalałam gorącej wody, wysypałam płatki róż wraz z olejkiem różanym i weszłam do wanny. Leżałam bardzo długo, aż usłyszałam dźwięk w mojej komórce. To był sms, znów od nieznanego numeru. Jego treść była ciekawa : „Wkrótce się spotkamy. Miłego dnia”. Kto to? Naprawdę, nie mam pojęcia... Nie mam pomysłów... Może znam tę osobę? Nie wiem... Wolę się nie zagłębiać... Bardziej niepokoi mnie Ren. Gdybym mu nie powiedziała tego, co dziś rano, może byśmy rozstali się, bardziej przyjaźnie... A tak... Powiedziałam za dużo! Po co mi to było? Gaduła ze mnie... Pewnie nigdy nie zobaczę Rena, chyba że Eri i Yoh będą chwili iść z „przyzwoitkami”. Mogę tylko na to liczyć, bo inaczej, pewnie go nie spotkam. Nawet nie wiem, gdzie on mieszka. Nic o nim nie wiem. No, może wiem wiele, ale nic konkretnego. Nie poruszyliśmy wczoraj poważnych tematów. Może dobrze zrobiliśmy? Bo gdybym bardziej się do niego przywiązała, byłoby gorzej... Chyba podoba mi się... Chciałabym go bliżej poznać... Może będzie kiedyś okazja? – drzwi frontowe się otworzyły i przerwały moje myśli - Irma! Jestem w domu! - Cześć Mamo! Ja jestem na górze w łazience. Zejdę za chwilkę i porozmawiamy! - Dobrze! Czekam! Gdy zeszłam na dół, mama siedziała w salonie i czytała gazetę. Spojrzała na mnie i powiedziała: - Irma, dziś wieczorem dowiesz się wielu rzeczy. Życie naszej rodziny, ulegnie całkowitej zmianie. Poczekamy, aż twój ojciec wróci z pracy i wtedy rozpoczniemy rozmowę. Nie umawiaj się z nikim na wieczór, bo będziesz potrzebna tutaj. Dobrze? - Mamo, co się dzieje? - Nic, córeczko. Dowiesz się w swoim czasie, kochanie. Idź teraz na spacer i pójdź do sklepu po parę rzeczy. W tej lodówce, nie ma nic do jedzenia! Co wy jedliście? - Wy? Czyli kto? - No Eremia, ty i dwaj, wasi koledzy. Mama Eremi mi mówiła, że zapraszacie dwóch chłopaków. Jak było? - Jedliśmy omlety, chipsy... Takie tam. A było nawet dobrze. Fajnie się bawiliśmy... - To super! Dobrze kochanie, idź proszę, na zakupy. Na stole masz kartkę, co trzeba kupić i pieniądze. Ja idę zrobić pranie. - Dobrze, już idę. Na stole, rzeczywiście, leżała kartka z pieniędzmi. Dlatego szybko poszłam po bluzkę i wyszłam z domu. Na ulicach, było niewielu ludzi. Zaczynało się już robić ciepło, dlatego wzięłam również, krótki rękawek. W sklepie, była większa kolejka. W końcu dzisiaj piątek. Wszyscy robią zakupy, przed weekendem. Gdy szłam przez sklep, zauważyłam, że... Mama dziwnie napisała te kartkę. Wszystko miałam kupić podwójnie. Np. dwa razy dżem wiśniowy, dwa razy czekolada mleczna, dwa razy 1 kg jabłek... itd. Nigdy, nie robiłam takich zakupów! Od tej pory, czułam, że ten dzień zapamiętam na zawsze, w swojej pamięci. Zrobiłam zakupy i szybko pobiegłam do domu. Chciałam, aby mama mi chociaż to, dziwne zjawisko, wytłumaczyła. Lecz, gdy wróciłam do domu, mamy nie zastałam. Zostawiła mi kartkę : „Irma, wrócę z twoim tatą. Będziemy około 21. Nigdzie nie wychodź. Wyjmij pranie z pralki i powieś na strychu. Proszę. Całusy, mama!”. Pięknie! Muszę siedzieć cały dzień w domu, aż przyjadą, super! Ciekawe o czym będzie ta rozmowa. Wreszcie razem usiądziemy i porozmawiamy. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek tak siedzieli. A co dopiero wspólne posiłki. Ojciec zawsze pracował do późna, a mama pracowała w różnych godzinach. Ale często w domu. Dziwnie brzmi to, co mama napisała. Ciekawe o co jej może chodzić... W tym czasie posprzątam sobie pokój i zrobię porządek w szafie. Akurat minie kilka godzin i rodzice nareszcie wrócą.

Gdy minęła godzina 21, siedziałam w salonie i oglądałam MTV Polska. Nie leciało nic specjalnego, dlatego poszłam do kuchni, zrobić sobie kolejne kanapki. Tym razem dodałam jeszcze ogórka i nastawiłam wodę na herbatę. Po chwili usłyszałam, jak ktoś otwiera drzwi wejściowe. To byli moi rodzice. Nie wyglądali wesoło. - Cześć Irma! Wróciliśmy. Chodź do salonu, porozmawiamy. - Dobrze! Już idę! Po głosie mojej mamy, było słychać smutek. Gdy weszłam do pokoju ich oczy spojrzały na mnie. Były przepełnione bólem i lękiem. Mama wyglądała, jakby miała się zaraz popłakać. Natomiast ojciec wyglądał bardzo marnie. Jego policzki zapadały się, oczy były podkrążone. Bardzo dużo pracował, dlatego jego wygląd czasem odstraszał pacjentów. Mój ojciec to lekarz, był ordynatorem w wojewódzkim szpitalu. Usiadłam na fotel, na przeciw rodziców i położyłam kanapki na stół. Mama zaczęła rozmowę: - Irma... To, co teraz usłyszysz jest niepodważalne. Wszystko ustaliłam z twoim tatą. Dlatego nie kłóć się i nie pytaj dlaczego, ok? - Jeżeli ta sprawa dotyczy mnie, to uważam, że ja również powinnam mieć coś do powiedzenia. Czyż nie? - Może i tak. Ale ta sprawa głównie dotyczy nas, twoich rodziców. My podjęliśmy ostateczną decyzję, a ty musisz się z nią zgodzić. Proszę, nie kłóćmy się... - Ale mamo... - Irma – wtrącił ojciec przemęczonym głosem. – Jako twój ojciec mogę ci pewnych rzeczy zabronić albo nie. Słuchaj matki. Ja z nią podejmowałem decyzje, która jest nieodwracalna... Dobrze Kochanie? Wysłuchaj nas teraz... - Dobrze, tato. Słucham... - Irma... – powiedziała mama – wyprowadzamy się stąd... – Ojciec wyciągną klucze, które były mi nieznane. - To fajnie! Wiecie, polubiłam ten dom, ale przeprowadzki też lubię. Zawsze mogę się przyzwyczaić do nowego miejsca! – uśmiechnęłam się do rodziców i kamień spadł mi z serca, bo bałam się tej rozmowy - Irma... Ale tylko my się wyprowadzamy – powiedziała ciszej mama - Co? – odpowiedziałam, byłam w szoku, nie dotarło do mnie co ona powiedziała! - Córeczko – wtrącił tata – nie będziecie mieszkać ze mną. Tu są klucze do waszego nowego mieszkania. Jutro rano się wyprowadzacie... – ojciec mówiąc to prawie uronił łzę - Ale jak to? Nie możecie? Dlaczego? O co tu chodzi? Ja... Ja nie rozumiem tego... – mówiłam w kółko płacząc. Zaczęłam bać się o naszą rodzinę... - Kochanie, nie zadawaj tyle pytań. Musimy się rozstać teraz. - Co to znaczy? Że co? Rozwód weźmiecie? Tak? A co ze mną? Ja się nie liczę? Ja chcę mieć rodzinę! Nie rozbitą, ale całą! Chcę mieć rodzinę! Zaczęłam iść w kierunku drzwi. Nie wzięłam kurtki, mimo że był straszny deszcz. Nie zależało mi na niczym. Moje łzy gubiły się z kroplami deszczu, a głośny płacz został stłumiony, przez odgłos odbijających się kropli od dachów. Paniczny strach mnie ogarnął. Czułam, że świat się zawalił, że moje życie dobiegło końca, że już nigdy, nikomu nie będę potrzebna. Nigdy, nie miałam takiej sytuacji. Zawsze, jak miałam doła, szłam do Eri, ale teraz nie potrafiłam! Nie mogła jej powiedzieć! Nie chciałam, żeby zobaczyła mnie w takim stanie. Zawsze szłam do niej jak miałam problem, a ona mi pomagała. Teraz, by mi nie pomogła. Po prostu, chcę być teraz sama. Ale nie wiem, czy sobie poradzę... Spróbuję! Biegłam przez miasto, mijając niewiele osób. Wszyscy byli albo w pubach, albo w domach. Deszcz mocno padał, dlatego ludzie dziwili się widząc mnie, bez parasola, biegnącą, na ulicy. Pomyślałam, sobie, że pobiegnę do parku, bo tam nie będzie ludzi. Gdy wbiegałam tam, faktycznie, nie było ludzi. Ucieszyła mnie ta myśl, ale i tak szlochałam. Nagle poczułam jak odbijam się od czegoś i poleciałam trochę do tyłu i na bok. Zdecydowanie, był to człowiek, który szedł nie patrząc przed siebie. Nie zwróciłam uwagi na niego i pobiegłam prosto pod duże drzewo. Jeszcze przez chwilę, wydawało mi się, że ktoś mnie woła po imieniu. Ale to było złudzenie. Złudzenie, jak całe moje życie. Usiadłam pod dużym, starym dębem. Wokół mnie było mnóstwo szumu od wiatru i kropel. Częściowo była odizolowana od kropel, przez drzewo i jego liście, ale to nie była najlepsza ochrona. Miałam podkurczone nogi, które objęłam ramionami, a głowę schowałam za włosami, które opadały i stawały się coraz cięższe. Po chwili ktoś odsunął mi włosy, podniósł głowę i otarł łzy, nieustannie spływające po mojej twarzy. Spojrzałam na tę postać. Przestraszyłam się, bo była to osoba, której się nie spodziewałam już zobaczyć, – Ren. Patrzył mi niebezpiecznie w oczy i powiedział: - Boże, Irma! Twoje oczy... One... Są takie puste... Takie chłodne... Gubię się w nich, nie wiem jak mam teraz wrócić, którędy droga? Nie byłam w stanie się odezwać. Patrzyłam na niego, a on na mnie. Ciągle płakałam... Nie potrafiłam ruszyć ustami, nie potrafiłam nic... Z trudem oddychałam... - Nie trzęś się – ściągnął kurtkę i owinął nią mnie – to trochę powinno pomóc. W twoich oczach panuje teraz burza, pewnie w twym umyśle też. Każda nowa myśl, która miesza się z panującą tam wichurę, powoduje nowe szkody. Im więcej szkód, tym więcej zmartwień i więcej bólu. Pustka w twych oczach, zwiastuje coraz to nowe problemy, kolejną burzę. Czy warto, aby tak było? Chcesz się wykończyć? Najgorsze, to stracić w oczach blask. Ty go właśnie straciłaś. Został on pochłonięty i znajduje się w otchłani. Głęboko w twoim sercu, które prosi cię, abyś przestała teraz płakać... - Ty nie wiesz, co moje serce chce. Moje serce krzyczy i płacze... Robię to, co mi każe... - Od kiedy jesteś niewolnicą własnego serca? Wydaje mi się, że twoje serce, w tej chwili, nie jest w stanie się cieszyć. Jest smutne... Ale co z twoją duszą? Czy ona, tak jak serce, każe ci płakać? Czy twoja dusza wyleciała z ciała, co spowodowało pustkę w oczach? Gdzie twoja dusza? Gdzie jesteś TY? - Tu jestem... - Jesteś tu ciałem. Twoja dusza zabłądziła i jej z tobą nie ma, tak jak ty. Może jest teraz w świecie marzeń, może w świecie wspomnień... Ale powinna być tutaj! Z tobą! Zrozum, ona jest częścią ciebie! Nie pozwól jej uciekać. Bez duszy, nie jesteś człowiekiem! Człowiek to dusza i ciało. Gdzie twoja połowa? Zawołaj ją, niech wróci... Ona ci pomoże... - Wątpię, czy cokolwiek mi pomoże... Nie rozumiesz tego! Nigdy nie zrozumiesz! Nie potrzebuję twojej pomocy... Nigdy nie potrzebowałam... Moja mama zawsze mi mówiła, że człowiek najlepiej poradzi sobie sam! Czy twoja mama nigdy ci tego nie mówiła? Jak cię wychowała? Kto ci kazał tu przyjść? Wtrącasz się w moje sprawy, a masz własne! Po co ta szopka? Gdzie była twoja mama, gdy dorastałeś, co? – byłam roztrzęsiona - Ona umarła... Chcę ci tylko pomóc... – odpowiedział Ren i spuścił głowę Jeszcze więcej łez przepłynęło przez moją twarz. Jego słowa mnie dobiły! Zachowałam się jak idiotka. Nawet nie potrafiłam powiedzieć, że przepraszam. Dusiłam się własnym płaczem i lękiem. - Irma, nie zostawię cię teraz. Trafiłaś na złą osobę – przytulił mnie mocno – ja stąd nie pójdę. Teraz się wypłacz, jeżeli tego potrzebujesz. Zrób co uważasz za słuszne. Ren usiadł obok mnie, objął mnie ramieniem i głaskał mnie po głowie. Opiekował się mną, mimo moich beznadziejnych słów, ruchów... Nie uciekł ode mnie, od moich problemów i od mojego płaczu... Chyba trafiłam na Anioła... Nie znam drugiej osoby, która by ze mną została tutaj, pod drzewem podczas deszczu. To nie mógł być przypadek, że spotkałam właśnie jego. Kto nam pomógł w tym spotkaniu? Kto go zawołał? Dziwiłam się, że Ren nic nie mówił. Minęło dużo czasu, coś około godziny, a on wciąż siedział i głaskał mnie po głowie. Moje łzy już zniknęły, wypłakałam się i dopiero teraz byłam w stanie się odzywać. - Ren? – powiedziałam cicho, prawie szeptem - Tak? – odpowiedział wciąż mnie głaskając - Dlaczego robisz to wszystko? - Nie umiałbym ciebie zostawić na pastwę losu! Chciałem ci pomóc i mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu, to się udało. Nie mógłbym przejść obojętnie obok ciebie... Jesteś kimś wyjątkowym... - Nikt, nigdy w życiu, nie pomógł mi tak bardzo, jak ty to zrobiłeś. Dziękuję ci i przepraszam, za to co powiedziałam... Ja nie... - Ciiii! Już dobrze... Chcesz jeszcze tu zostać? - Wolałabym gdzieś pójść. Ale nie wiem gdzie... - Ale ja wiem! Znam takie jedno miejsce... Idziesz? - Spójrz jak ja wyglądam... - Ślicznie jak zawsze! Nie wiedziałem, że nawet w mojej kurtce, będziesz pięknie wyglądała. No to chodź... Ren wziął moją głowę i chwycił mnie za rękę. Wstał pierwszy, a za sobą pociągnął mnie. W tej chwili, nie wiedziałam, czy robię dobrze. Nie obchodziło mnie zdanie innych. Liczył się tylko Ren. Kumpel Ren... Ale czy na pewno? Kumpel? Przez to jedne zdarzenie, nie wiedziałam co myśleć... Chciałam go bliżej poznać, porozmawiać, jeszcze raz się przytulić... - Ren... Czy mogę na ciebie liczyć? - Jeżeli uważasz, że jestem godny zaufania, to mów wszystko co chcesz, ja cię wysłucham... Jeżeli o mnie chodzi, to z moich ust, nikt się o tobie niczego nie dowie... - Dziękuję ci. Do niczego nie doszło by dzisiaj, gdyby nie rozmowa z rodzicami... Zaczęłam nieśmiało opowiadać o całym zdarzeniu. Ren słuchał mnie uważnie, mimo, że szliśmy cały czas. Momentami patrzył na mnie, przytulając mnie wzrokiem i delikatnie się uśmiechając. Opowiadając o tym zdarzeniu, łza zakręciła mi się w oku i biegła w kierunku mojego podbródka. Ren zatrzymał się i podszedł do mnie bliżej. Była to niezwykła bliskość... Serce zaczęło mocniej bić, a w oczach wciąż miałam łzy. Wytarł łzę delikatnie palcem, nie zostawiając za nią śladów. Popatrzył mi głęboko w oczy, a ja poczułam, jak wydobywa z nich szczęście. Mimo smutku, który mnie otaczał, uśmiechnęłam się w oczach. A wszystko to, za jego sprawą... - Nareszcie! Powrócił blask twój! Twoje oczy już nie są smutne, twoja dusza powróciła do ciała. Nie jesteś już sama... - I nie byłam... Ty byłeś przy mnie. Ty przywróciłeś mój blask, wysuszyłeś łzy, złamałeś smutek i odstraszyłeś ból. Czuję, jak me serce bije mocniej, czuję, że się raduje... - A właścicielka serca? Co się z nią dzieje? - Ona dochodzi do siebie, mając Anioła u boku... Ren chwycił mnie ponownie za rękę i pocałował ją. Znów zaczęliśmy iść w nieznanym mi kierunku. Byliśmy za miastem. Zostawiliśmy za sobą wszystko i wszystkich. Czułam się, jak małe dziecko, które dostało ogromny prezent. Właśnie przeżywałam przygodę! Pierwszą przygodę w moim życiu... Z chłopakiem. On jest wyjątkowy. Chyba nikt nie ma takiego daru, jaki on posiada. Nagle Ren się zatrzymał i stanął naprzeciwko mnie. - To tutaj. Obróć się. Nie miałam wyjścia. Obróciłam się... I zobaczyłam widok, na całe nasze miasto, zalane deszczem, który ciągle głośno kapał na dachy, ulice, drzewa... Piękne miejsce. Każda lampa, która się świeciła, wyglądała jak blask w ciemnej dolinie. Niektóre domy, nie były oświetlone. Spały, jak ich właściciele. Góry otaczały nasze miasto, a malutkie jezioro wypełniało niezamieszkałe tereny. Byłam w stanie nawet zobaczyć mój dom. Znajdował się on trochę na uboczu, ale było to wciąż miasto. Moi rodzice nigdy nie lubili miast, za dużo hałasu i szumu. Dlatego mamy domek na wsi, jest to jakieś 50 km od miasta. Zawsze jeździmy tam razem w weekendy lub jak mamy wolne. Tam jest cudownie! Mam tam własnego konia, na którym jeżdżę, kiedy tylko mam ochotę. Dominuje tam spokój i harmonia... Może to raj? Jeżeli tak, ja chcę tam mieszkać! Naprawdę! - Ren... Pięknie jest tutaj. Przypomniał mi się mój domek na wsi. Jest tam cudownie i spokojnie, tak jak tutaj. Z daleka od miasta... - Wiem o czym mówisz. Wieś jest piękna. Też tam czasem jeżdżę, ale niestety coraz rzadziej. Kiedy będziesz wracała do domu? Bo jest już bardzo późno... Pewnie rodzice się o ciebie martwią... - Nie mów mi nawet o nich! Jutro muszę się wyprowadzić z domu! Nawet nie wiem, gdzie będę mieszkała! A która jest godzina? - Jest 23:30... Może odprowadzę cię? - Jeżeli chcesz się mnie pozbyć, to już idę! Wystarczy powiedzieć! – powiedziałam trochę zdenerwowana, ale w sercu, chciałam, żeby Ren mnie odprowadził. - Nie chodzi o to! Rodzice martwią się o ciebie, nie ważne jest, co ty sobie o nich teraz myślisz! Twoi rodzice ciebie kochają! Ty ich też kochasz, mimo że możesz inaczej myśleć. Nie chcę ci prawić kazań, ale takie są realia! - A skąd niby ty to wiesz, co? Taki doświadczony? - Nie wiem. Ale po śmierci mojej matki, zostałem sam z ojcem. Musiałem go pocieszać, mimo że mi też nie było łatwo. On płakał przy mnie, a ja gdy zasypiałem. Brakowało mi mamy, przez całe moje życie. Teraz również mi jej brakuje. Wierzę, że opiekuje się mną i patrzy na mnie. Kocham ją, mimo iż krótko ją znałem. Kiedyś uciekłem z domu i był to mój najgłupszy wybryk. Wystraszyłem ojca, który był podłamany sytuacją finansową, a moja starsza siostra, przestraszona całą sytuacją, zaczęła histeryzować, co nie wyszło nam na dobre. Zachowałem się jak szczeniak. Jak wróciłem do domu, zrozumiałem, jak bardzo ojciec cierpiał. On nie był na mnie zły, on się martwił. Bał się, że mnie stracił na zawsze. Od tamtej pory nie robię żadnych wygłupów. Nie uciekam już od ojca. Dzięki temu, cała nasza rodzina stanęła na nogach i zaczęliśmy normalnie żyć i funkcjonować. Teraz ojciec jest szczęśliwy, siostra również, czyli ja także. Czyż nie tak powinno być od początku? Naprawdę, nasza sytuacja o wiele się poprawiła i to pozytywnie. Teraz mamy dwa domy i mieszkanie. Ja mam swoje własne, bo ojciec stwierdził, że jestem bardzo samodzielny. Nie chciałem mieszkać sam, dlatego tata kupił mi papugę. Powiedział mi, że zawsze jestem w domu mile widziany i jak mam czas, mogę tam zajrzeć. Mam klucze i jest ok. Czasem przychodzę, a czasem nie mogę, bo muszę się uczyć, rozumiesz. Ale teraz, kiedy ojciec jest na wsi, mam dalej. Dlatego przyjeżdżam tam na weekendy i czasem w tygodniu. Ale nic nie jest takie proste... Dlatego proszę cię, pozwól odprowadzić się teraz do domu. Jeżeli nie chcesz zrobić tego dla rodziców, to zrób to dla mnie... Proszę. - Dobrze. Pójdę do domu. Ale obiecaj mi coś... - Po twoich oczach widać, że nie będzie to nic banalnego... Mów... – spojrzał mi w oczy. - Wejdziesz ze mną do domu, do pokoju i pobędziesz jeszcze chwilę... - Dobrze. Ale obiecaj, że nie będziesz wściekła przy rodzicach i że już nie będziesz płakała. - Zgoda. No to chodźmy... - To idziemy... Razem z Renem obróciliśmy się w stronę miasta i szliśmy sobie wolnym tempem. Znów zapadła cisza. Tylko, że była ona bardzo wymowna. Wiedziałam, że Ren ma coś mi do powiedzenia, ale nie chciał teraz o tym mówić, dlatego nie naciskałam. Sama nie lubiłam, gdy ktoś ciągnął mnie za język. On wydawał się taki nieobecny, a mimo to czułam, że jest ze mną, że na moje słowa, on odpowie. Nagle zaczęłam rozmowę, sama nie wiem jak mi coś takiego przyszło do głowy... - Mogę się ciebie o coś zapytać? - Pytaj o co chcesz... - Lubisz mnie? - A jak myślisz? - Nie odpowiada się pytaniem na pytanie! To niegrzeczne... – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się zawadiacko - Jeżeli teraz bym ci odpowiedział, to nie byłoby potwierdzone. Czasem słowa są niczym, gdy można komuś coś udowodnić. W tym wypadku, moja odpowiedź, byłaby zwyczajna, a ja nie słynę z takich rzeczy. Poczekasz, a na pewno się jeszcze o tym przekonasz. Natomiast jeśli jesteś niecierpliwa, to współczuję. - Poczekam. Mam nadzieję, że będę umiała odczytać twoją odpowiedź, o ile będziemy mieli kontakt ze sobą... - Chyba nie narzekasz na brak przyjaciół? Z tego co wiem, Eremia jest świetna! Yoh mi o niej potrafi opowiadać dzień i noc, a ja słucham, z jaką pasją wypowiada wszystkie słowa. Strasznie się zmienił, odkąd się zakochał. I to pozytywnie! Jego oczy są pełne blasku i radości... A jak jest z Eremią? - Eri również jest zakochana po uszy. Jak u niej nocuję, to czasem w swoich opowiadaniach, umieszcza własne komentarze... - To znaczy? - Takie głupie hasła typu: „Znajdę ci faceta i będziemy chodzić w czwórkę na spacery, pizze i do restauracji. Mówię ci będzie fajnie... Albo jeszcze lepiej! Napisz ogłoszenie do gazety! Na bank ktoś się zgłosi...” i wiecznie w kółko stara się mi kogoś znaleźć. To miłe, że się o mnie troszczy. Jestem jej wdzięczna, ale... - Yoh też mi szukał dziewczyny, ale jakoś nigdy nie trafił. Najlepsze było, gdy opowiadałem mu swój sen. Wiesz, śniła mi się jakaś dziewczyna, lecz nie widziałem twarzy. Pamiętam tyle, że byliśmy cholernie szczęśliwi. Opowiedziałem o tym Yoh, a ten zaczął jej szukać. - A znalazł? - Może i znalazł. Ale nie wystarczy tylko znaleźć. Ważne jest to, żeby móc się z kimś dogadać i umieć żyć ze sobą w ciszy. To jest sztuką. - Masz rację. Cisza nie powinna być dla pary utrapieniem... - Dokładnie. Ona to moment bardzo ważny w życiu mężczyzny i kobiety. Nakłania do refleksji i ukazuje wady, zalety oraz to, czy potrafi się z tym kimś wytrzymać nawet burzę... - Trzeba odnaleźć harmonię, być i żyć ze sobą mimo przeciwności losu... – dodałam. Po tej rozmowie, zaczęłam się zastanawiać nad sensem ciszy. Ona sobie jest i nikt nam jej nie zabierze. Chociaż, gdy ktoś przeszkadza nam, to ją odbiera, ale nie na zawsze. Po jakimś czasie wraca i znów nam towarzyszy. Każdego dnia, musimy się z nią spotkać i „pogadać”. Jeżeli potrafimy wytrzymać z samym sobą w ciszy, osiągnęliśmy jakiś sukces. Może nie olbrzymi, ale zawsze sukces. Cisza jest ciekawym zjawiskiem... Ale... - Irma? – powiedział Ren wyławiając mnie z moich myśli - Tak? - Już jesteśmy na miejscu. To twój dom... Faktycznie! Nie zauważyłam własnego domu! Gdyby nie on, pewnie poszłabym gdzieś, zapominając o własnym miejscu zamieszkania. - ... Idziesz? - Tak, tak. Już idę. Ale idziesz ze mną, prawda? - Jest już późno, a ja... Nie chciałbym przeszkadzać... - Ale obiecałeś... – powiedziałam spuszczając głowę. Miałam nadzieję, że Ren mnie rozumie. W tej chwili, jednej chwili, uzmysłowił mi, że nie potrzebnie tu przyszłam. W sumie chciałam pójść do domu dla niego i z nim. Nie potrafiłam inaczej. Lecz on już postanowił. Chciał mnie zostawić mimo słów, które wypowiedział. Były one dla mnie ważne, w końcu dla nich tu przyszłam. Wydawał się być szczery, ale ja się myliłam! Nie mogłam w to uwierzyć. Wszystko nagle się zawaliło... To wszystko, co dziś zbudowałam, legło w gruzach. Zaczęłam odczuwać brak sił i moją bezradność czułam, że się rozpływam. Popatrzyłam na Rena, a on patrzył mi w oczy i podszedł do mnie, bliżej i bliżej. Wtedy poczułam jak wszystko wokół mnie się kręci, moja głowa była pękiem nerwów, a ja nagle straciłam nad wszystkim kontrolę.

Przebudziłam się i poczułam, że mam głowę na czyichś kolanach. Nie chciałam otwierać oczu, bo było mi dobrze. Ktoś głaskał mnie delikatnie po głowie i twarzy. Leżałam na czymś miękkim i czułam się wspaniale. Po kilku minutach otworzyłam oczy i odczułam ogromne zdziwienie... - Nareszcie się przebudziłaś – Ren uśmiechnął się do mnie. – Już myślałem, że nigdy tego nie zrobisz. - Co się stało? Która jest godzina? Jak się tu znalazłam? - Jest około 1:30. A stało się to, że zemdlałaś, przed wejściem do swojego domu. Wtedy wziąłem cię do twojego domu i przyniosłem do pokoju. Czekałem, aż się obudzisz... - Nie poszedłeś? Zostałeś ze mną? - Przecież obiecałem – uśmiechnął się Ren i puścił mi oczko - A co moi rodzice na to? - Tak jak przypuszczałem, martwili się o ciebie. Ale jest już dobrze. Porozmawiałem z nimi i nie są źli. Ale, niestety, wyprowadzka nadal aktualna... - Dobrze. Zrobię tak, jak rodzice postanowili. Nie mogę im kazać być ze sobą, bo chciałabym mieć rodzinę. Zrozumiałam parę spraw i czuję się już lepiej... – delikatnie się uśmiechnęłam. – Ren, możesz przynieść mi herbatę? Chciałabym się zacząć pakować... - Wiesz co, wydaje mi się, że powinnaś iść spać. Omdlenia nie biorą się, ot tak. Jesteś zmęczona i najlepszym wyjściem, będzie gdy pójdziesz się położyć. Rano się spakujesz. Ale jeżeli chcesz, herbatę ci przyniosę. - Dobry pomysł. To czekam na herbatkę... Gdy Ren poszedł, zauważyłam, że wraz z jego zniknięciem, zaczęło mi go brakować. Jakby stał się częścią mnie, mojego życia. Przez tę jedną noc, zbliżyłam się do niego. Tęskniłam, mimo iż wiedziałam, że jest na dole i zaraz tu przyjdzie. Dlatego wstałam i popatrzyłam w lustro. Szczerze mówiąc, zaczęłam żałować, że to zrobiłam. Wyglądałam okropnie! Każdy włos w innym kierunku, twarz zmęczona i oczy lekko podkrążone. Stwierdziłam, że jednak mam za mało czasu, na jakiekolwiek poprawki, a w ogóle, to Ren mnie już widział i nie uciekł! Co za odważnych chłopak. Szacunek dla niego – uśmiechnęłam się sama do siebie i nałożyłam na usta truskawkowy błyszczyk – mój ulubiony. - Już jestem. Herbata gotowa. – Ren uśmiechnął się delikatnie i położył tackę na moim biurku - Dzięki. A co to za herbata? - Owocowa z sokiem malinowym. Wiesz, na rozgrzanie... - Ale ja przecież nie powiedziałam, że jest mi zimno... - Ale miałaś nieciekawą dziś przygodę, więc stwierdziłem, że nie ma nic lepszego, jak rozgrzewająca herbatka. - Niech ci będzie... Wzięłam herbatę do ręki i zaczęłam pić. Oczywiście, musiałam sparzyć sobie język i zrobić głupią minę, bo Ren od razu się odezwał: - Co? Nie smakuje ci? - Smakuje, ale jest trochę za gorąca... - Bo przyniosłem gorącą herbatę... Uważaj trochę... I nie za szybko, bo czasem trzeba zwolnić tempo. - Do czego pijesz? - Ja? Do niczego – Ren wystawił język i poszedł po swoją herbatę - Co do szybkości... – zaczęłam – to nie mogę się z tobą zgodzić. Nie zawsze warto zwalniać... Ale są sytuacje, które tego wymagają. Życie jest przecież ryzykiem. Gdy nie ryzykujesz, możesz wiele stracić... - Dlatego miłość zawsze mnie pociągała... Te słowa dotarły do mnie po kilku minutach, jako echo. Słowo „miłość”, które przed chwilą, wypowiedziały jego usta, wysyłało pozytywne, ciepłe i radosne wibracje. Przez tę chwilę, zaczęłam w Renie zauważać mężczyznę, a nie kumpla. Owszem, już wcześniej zastanawiałam się nad jego osobą, ale nie przypuszczałam, że wypowie, w mojej obecności to ważne słowo. Może to nie jest tak wiele, może i robię z igły widły, ale dziwnie brzmi „miłość” w ustach chłopaka. Zaczął konkretnie. Nie chciałabym tylko, aby skończyło się, na kolejnym „ale”. Moje związki dotychczas wyglądały okropnie. Żaden z moich byłych, nie wypowiedział słowa „miłość” w mojej obecności, a tym bardziej przy kumplach! Ren mnie zaintrygował i poczułam, że coraz więcej nas łączy. Lecz za wcześnie o połączeniu nas... - Chyba najwyższy czas, żebym wrócił do domu – powiedział po chwili odstawiając kubek z herbatą - Zobaczymy się jeszcze? - Jeżeli los będzie łaskawy... Trzymaj się! - Pa – odpowiedziałam widząc, jak zamyka drzwi do mojego pokoju Dopiłam szybko herbatę i przebrałam się. Potem się wykąpałam i położyłam na łóżko. W moim pokoju panowała teraz cisza i niepokój. Czułam, że stanęłam, a żeby pójść dalej, muszę wybrać jedną z dróg. A mam tylko dwie do wyboru...

Gdy się obudziłam, spojrzałam na zegarek. Była już 11:00. Wiedziałam, że muszę wstać, bo czas się spakować. Żal mi było tego domu. Zwłaszcza, że Eri nic nie wiedziała. Postanowiłam, że wyślę jej smsa. Napisałam: „ Cześć Słonko! Słuchaj, przeprowadzam się dzisiaj. Nie wiem gdzie, nie wiem po co i dlaczego. Jak sytuacja się uspokoi, to napiszę Ci i się spotkamy! Pa”. Po wysłaniu wiadomości do Eri, poszłam do łazienki się umyć i ubrać. Zdziwił mnie fakt, że w domu było cicho. Poszłam sprawdzić, gdzie rodzice. Podejrzewałam, że tata śpi w pokoju gościnnym, a mama w sypialni, bo tak było gdy się pokłócili. Najpierw poszłam sprawdzić, kto śpi w dużym łóżku. Delikatnie uchyliłam drzwi i poczułam jak moje usta powoli się otwierają, a dolna warga kieruje się po podłodze... W sypialni spali moi rodzice, razem! Mama była przytulona do ojca, a on ją obejmował czule. Wyglądali tak pięknie. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta przeprowadzka, nie jest żartem... Zamknęłam cicho drzwi i poszłam na dół zrobić jakieś śniadanie. Nie miałam dziś fantazji, dlatego zrobiłam sałatkę owocową na trzy osoby. Rozdałam talerze, sztućce i zrobiłam herbatę. Włączyłam cicho radio i zaczęłam nakładać sobie sałatkę. Po kilku minutach usłyszałam czyjeś kroki. To była mama. Schodziła na dół, jeszcze zaspana, uśmiechnęła się do mnie i usiadła do stołu. - Jedz Mamuś! Specjalnie zrobiłam więcej, żeby każdemu starczyło. Chcesz herbatę? Mama skinęła głową i podała mi kubek. Wyglądała tak, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła lub nie potrafiła. Unikała mojego wzroku, tak samo jak rozmowy. Nie próbowałam nawet zaczynać coś mówić, bo czułam, że słowa nie są na miejscu. W tej chwili potrzebowała ona spokoju. Wyglądała jakby starała się zrozumieć i poukładać kilka rzeczy. Byłam ciekawa co się wydarzy, gdy tata zejdzie na dół. Przecież oni są dla siebie stworzeni! Moje myśli wędrowały wokół stołu. Nawet odechciało mi się jeść. Wstałam od stołu, lecz mama chwyciła mnie za rękę. Popatrzyłam na nią, a ona się lekko uśmiechnęła. - Irma, proszę cię. Nie idź nigdzie. Zaraz przyjdzie twój ojciec. Poczekaj jeszcze kilka minut. - Dobrze mamo, poczekam. Usiadłam na krześle i popatrzyłam znów na matkę. Jadła wciąż sałatkę popijając herbatą. Oczy miała zasłonięte kasztanowymi włosami, który opadały jej na ramiona. Po chwili usłyszałam kroki ojca. Razem z mamą spojrzałyśmy w jego stronę. Miał na sobie szlafrok, który dostał od nas w dniu swoich 45-tych urodzin. Gdy zobaczył, że siedzimy przy stole i patrzymy na niego, powiedział: - Witajcie! Piękny dziś dzień, prawda? Bardzo miło, że zrobiłaś nam śniadanie, Irmo. Kochanie, mam dla ciebie niespodziankę. Jeszcze przed przeprowadzką dostaniesz ją. - Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że niespodzianką będą słowa: „żartowaliśmy z tą przeprowadzką”. Mimo to dziękuję. Usiądziesz z nami? - Oczywiście córeczko. Dziękuję za śniadanie. Możesz zrobić mi kawę? - Tak, już idę! Z mlekiem i cukrem? - Tak jak zawsze – uśmiechnął się do mnie. Poszłam do kuchni zrobić kawę. Podczas, gdy woda się gotowała, usłyszałam jak rodzice rozmawiają przy stole. Konwersacja ta, wydawała się normalna, jakby rodzice wciąż się kochali. Ale to tylko marzenia... Weszłam do jadalni, a tata powiedział: - Domyślam się, że nie jesteś jeszcze spakowana, ale za pół godziny pójdziemy po niespodziankę, dobrze? - Tak. A mama idzie z nami? - Nie idę. Muszę skończyć pakować swoje rzeczy i trochę tobie mogę pomóc. - To ja idę się przebrać i będę za chwilkę gotowa, dobrze? - Czekam. Poszłam szybko do pokoju, z racji, że nie miałam odpowiedniego ubrania i wybrałam jakieś ciuchy z szafy. Nie miałam dużego wyboru, bo wszystko było czarne, a większość dżinsów była dziurawa. No cóż... Taki mam styl. Na zewnątrz słońce świeciło, mimo wczorajszego deszczu. Zdziwiłam się, że nie kaszlę, ani że nie mam kataru... Widocznie herbatka Rena zadziałała. On to wie trochę o życiu. A tak a propos, chciałabym go znowu zobaczyć. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Eri też muszę spotkać! Mamy wiele do omówienia! A tak poza tym dziwne, że nie odpisuje mi na smsa. Normalnie odpisywała mi od razu po wysłaniu! Czy coś się dzieje? Poszłabym do niej, ale muszę jechać z ojcem. Być może to będzie ostatnia nasza rozmowa w tym miesiącu. Ciekawe co za niespodziankę ma dla mnie i czy mama o niej wie. To się okażę za chwilę. Gdy zeszłam na dół tata już czekał gotowy, ubrany w garnitur, jak co dzień. Wskazał ręką na stół, gdzie leżały kluczyki do samochodu i uśmiechnął się. Zrozumiałam, że mam sobie iść do samochodu. Ale wiedziałam, że tata nie da mi poprowadzić. Zawsze mówi, że to jest zbyt niebezpieczne. Po wyjściu z domu wsiadłam do samochodu, oczywiście na miejscu kierowcy, i włączyłam muzykę z płyty, bo w radiu nie było ciekawych utworów. Jeżeli chodzi o muzykę, jestem bardzo wybredna. Po chwili zaczęłam się zastanawiać nad niespodzianką, którą miałam dostać od ojca. W samochodzie nie było niczego, co by mi w jakikolwiek sposób pomogło. Dlatego musiałam cierpliwie czekać na tatę. I nareszcie się doczekałam. Wszedł do auta i usiadł na miejscu pasażera. - Jesteś pewna, że chcesz prowadzić? Nawet nie wiesz dokąd jedziemy... - Jeżeli podasz mi adres, to z chęcią poprowadzę. - Dobrze. Jedź na ulicę Piastowską. - Już się robi. Wyjechałam spod domu i ruszyłam w kierunku rynku. Dziwił mnie fakt, że ojciec nic nie mówi. Zawsze miał wiele do powiedzenia. Teraz umilkł. Jakby ktoś, zabronił się mu odzywać. Może dla dobra sprawy się tak zachowuje? Może tylko to pozory? - Kochanie! Ten prezent, który dostaniesz, chciałabym, żeby przypominał ci mnie. Teraz, nie zawsze będę przy tobie. Nie będziemy mieszkać razem, ale mimo to, mam nadzieję, że nasze kontakty się nie urwą. Nie wiem, jak to wszystko teraz się potoczy. Uważam, że jesteś już na tyle dorosła, że zrozumiesz te rzeczy, lecz po pewnym czasie. Ja też potrzebowałem czasu, żeby poukładać sobie wszystko. Szczerze mówiąc do dziś, nie bardzo jestem pewny tych decyzji. Ale tak będzie najlepiej. Nie wiesz teraz o czym mówię, ale wkrótce się dowiesz. - Tato. Kocham cię, wiesz? - Tak. Wiem córeczko – położył rękę na moim ramieniu i delikatnie się uśmiechnął. – Ja ciebie też! W tej chwili wydawało mi się, że wszystko zrozumiałam. Jego słowa dotarły do najgłębszej części mojej duszy. Mimo, że nie wiedziałam o co dokładnie chodzi, poczułam, że rodzice robią słusznie. Nie chciałam ich rozstania, ale widziałam, że oni tak postanowili. Dziwnie to zabrzmi, ale wydawało mi się, że ich miłość nie wygasła. Najwyraźniej to rozstanie, przysporzy im wiele bólu. Może to nie będzie trwało długo? - To tutaj córeczko! Zatrzymaj się na tamtym parkingu. Tak jak powiedział, tak zrobiłam. Szliśmy do jakiegoś dziwnego budynku. Był to duży dom, dosyć stary. Ściany były obite, a przy budynku stała tabliczka „Schronisko”. Stwierdziłam, że to nie jest możliwe! Czyżby tata chciał spełnić, moje największe marzenie? Nie mogłam w to uwierzyć! - Wejdziemy do środka. Chyba jest tam ktoś, kogo teraz najbardziej potrzebujesz... Wskazał palcem na drzwi i je otworzył. Po chwili weszliśmy, a on zaczął rozmawiać z jakimś gościem. Czułam się nieswojo, a zarazem było mi przyjemnie. Dziwne uczucie. Po chwili oboje poszli w głąb korytarza i wzięli mnie ze sobą. Mijaliśmy kilka klatek z psami, które głośno szczekały na widok ludzi. Nie wyglądały na szczęśliwe. Najchętniej, wypuściłabym je wszystkie, ale przecież na ulicy czeka je niebezpieczeństwo, głód i śmierć. Szłam dalej, gdzie znajdowały się koty. Większość z nich spała, inne leżały i bawiły się. Miło popatrzeć, jak zwierzaki potrafią żyć w klatce. Wtedy je to tak bardzo nie męczy. Ja bym nigdy nie umiała żyć w zamknięciu. Umarłabym na klaustrofobię. Po chwili kierownik skręcił i podniósł pudło kartonowe. Otworzył je, a w nim znajdowało się cztery małe pieski. Były to szczeniaki, labradory. Wszystkie cudowne o maślanych oczkach i niewinnym wyrazem twarzy. - Znaleźliśmy je nad rzeką, w tym pudle. Mamy już kupców na część tych piesków. Są zdrowe i nadają się do rodziny. Proszę wybrać. - Dobrze. Mogą mnie panowie zostawić samą z nimi, na chwilkę? - Dobrze, już idziemy. - Dziękuję. Gdy zostałam sama, popatrzyłam na te szczeniaki. Naprawdę, były cudowne. Lecz moją uwagę zwróciło coś innego...W kącie tego ciemnego pomieszczenia, siedział malutki piesek. Postanowiłam do niego podejść. Był skulony i cichy. Nie wiedziałam czy mogę go dotknąć, lecz nie potrafiłam się powstrzymać. Obróciłam go delikatnie, a on otworzył oczka. Spojrzał na mnie czekoladowym wzrokiem a ja wiedziałam, że to było przeznaczenie. Wzięłam go delikatnie i położyłam na moich rękach. Popatrzyłam mu w oczy, a on zaczął cichutko piszczeć. Wyglądał jak mały bernardyn. Poszłam w stronę ojca i kierownika. - Chyba przeznaczenie samo mnie znalazło – uśmiechnęłam się pokazując na pieska - Nie sądzę, że to dobry wybór. Pies ten ledwo ocalał, jest malutki, wymaga ciężkiej opieki co najmniej przez miesiąc. Wie pani, to malutkie dziecko. - Biorę go. Nie pozwolę, żeby się mu coś stało. Zdrowe szczeniaki pan szybko sprzeda, ja się już zdecydowałam. - Skoro tak, to możesz już iść do samochodu, tym razem jako pasażer, ze swoim podopiecznym – uśmiechnął się tata. - Dziękuję! Do widzenia! - Do widzenia! – odpowiedziałam i wyszłam z budynku. Usiadłam w aucie i położyłam pieska na kolanach. - No, mój mały, teraz już masz nową rodzinę. Teraz tylko muszę sprawdzić jaka twoja płeć. O, jak fajnie. Mam córeczkę. A będziesz miała na imię... Clava! Pewnie nie wiesz dlaczego, co? Ja w sumie też nie. Ale powiem ci jedno. Clava to maczuga po łacinie. Wierzę, że kiedyś to zrozumiemy. – uśmiechnęłam się do psiaka – Mam nadzieję, że razem będziemy w stanie się dogadać. Teraz pojedziemy

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych