Dogrywka
Małe opowiadanko o tym, że piłka nożna to nie wszystko, a w życiu trzeba być czasem nawet twardszym, niż na boisku...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Dogrywka”
1. - No chodź, nie rób z siebie ofiary losu.- Jonas zebrał swoje rzeczy i stanął w drzwiach szatni. – Idziesz, czy będziesz tu czekał, aż dadzą za wygraną? - Nie będą czekać wiecznie. Tym razem nie jestem bohaterem wieczoru. Jestem tylko takim małym akcentem, na zakończenie sezonu.- uśmiechnąłem się ironicznie. - Aha, przyzwyczaiłeś się być w centrum zainteresowania. - Wiesz, że nie o to mi chodzi! - Wiem… Nigdy ci o to nie chodziło, tylko tak jakoś samo… -zbyt dobrze go znałem, żeby uwierzyć, że jest zazdrosny. Powiedział to z kpiną w głosie, sam z mikrofonem pod nosem czuł się jak ryba w wodzie. - Słuchaj, Rado… Ja nie chcę, żebyś potem żałował. Rób jak uważasz, ale jesteś im coś winien. - Dziennikarzom?! - Nie! Chłopakom, ludziom… Oni byli z tobą. Jeśli odejdziesz bez słowa, zachowasz się wobec nich nie fair. Jonas należał do tych nielicznych, którzy zawsze mieli rację, nie będąc przy tym irytującymi. Wyciągnąłem rękę, żeby pomógł mi wstać. - Ale jak zaczną zadawać głupie pytania, przestanę być miły! - Jasne. Bo zazwyczaj jesteś dla nich słodki, jak miód…
Byłbym nieskromny sądząc, że wszyscy ci dziennikarze przyszli tu dla mnie, ale chyba jednak byłem gwoździem programu, wywiad ze mną był ostatnim punktem konferencji i mogli spokojnie wyjść wcześniej... Niestety musiałem odpowiedzieć na niezbyt mądre pytania. Prowadzący konferencję rzecznik prasowy klubu chwilami nie panował nad tym bałaganem. - Decyzja o zakończeniu sportowej kariery jest zwykle bardzo trudna. Jak to wyglądało w pańskim przypadku?- pierwszy przebił się niski blondynek. Nie znałem go. Ale inteligencją nie błysnął. Bałwan- myśli, że co- wstałem sobie pewnego pięknego dnia rano i stwierdziłem „Znudziła mi się ta robota, nie pójdę więcej na trening”. - Musi pan zapytać lekarzy, którzy ją podjęli, czy było im ciężko! - No dobrze, ale kiedy ją pan usłyszał… Co pan czuł? Co pan sobie pomyślał? Co sobie pomyślałem? - Wolałbym usłyszeć wyrok śmierci. To akurat była prawda, ale blondynek chyba zdolność empatii, jeśli w ogóle kiedyś posiadał, stracił całkowicie w wyścigu szczurów, bo najwyraźniej nie był tego w stanie pojąć. - Pan żartuje? Jak mam to rozumieć? Gdybym chciał wyjaśniać ludziom rzeczy oczywiste, zostałbym nauczycielem, tak jak mój ojciec, przynajmniej nie poszedłbym na przymusową emeryturę w wieku trzydziestu dwóch lat. Ale trudno, oświecę go, może się odczepi: - Od wyroku można się odwołać, a i tak na jego wykonanie czeka się latami! Facet trawił moje słowa- widać było, że myślenie przychodzi mu z trudem, więc do głosu doszedł następny. - Zostawmy może ten bolesny temat… Co zamierza pan teraz robić? - Jak tylko zaspokoję państwa ciekawość, odkuśtykam do domu, wezmę coś, żeby ta cholerna noga mniej bolała… - Chodziło mi o to, co zamierza pan robić dalej? Jak widzi pan swoją przyszłość, pożegnawszy się z futbolem? Doskonale wiedziałem, o co mu chodziło, ale skoro nie pozwolił mi wybrnąć dyplomatycznie… - Na to pytanie nie odpowiedziałem jeszcze sam sobie, więc i panu nie odpowiem. - Myśli pan o pozostaniu przy sporcie… - Następne pytanie.- Umiem tylko grać w piłkę, ale nie musi o tym wiedzieć cały świat. - Chciałbym wrócić do pańskiej bogatej kariery… - Ja też. - Słucham? - Też chciałbym wrócić do mojej kariery. Ale lekarz uważa, że to niemożliwe!- byłem złośliwy. Miałem prawo przynajmniej do tego. - No tak… Ja chciałbym porozmawiać o pańskim najważniejszym meczu. Czy teraz, patrząc na to jak na zamknięty rozdział, wspomina pan jakiś mecz szczególnie i dlaczego właśnie ten? - Nie. - Nie co? - Żadnego nie wspominam szczególnie.- cierpliwość jest szlachetną cnotą. - Wszystkie są dla pana równie ważne? - Równie nieważne. To już było, panie redaktorze, minęło. Nie wracajmy do historii.- Zawsze najważniejszy był dla mnie ten następny mecz. I zawsze powtarzałem sobie, że jeszcze nie zagrałem tego najlepszego. No to już nie zagram. - Wiele lat był pan jednym z najlepszych zawodników na swojej pozycji w kraju. Jak to się stało, że nie grał pan w reprezentacji? Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś o to zapyta. Mieli ostatnią okazję, żeby to ze mnie wyciągnąć. Ale nie, panowie, ode mnie tego nie usłyszycie. - Po pierwsze, ma pan nieprecyzyjne informacje. Nie przygotował się pan.- Pozwoliłem sobie mu to wytknąć, niech sobie nie wyobraża, że jest Bóg wie, kim. Zaczerwienił się i spuścił głowę, kiedy jego koledzy wybuchnęli śmiechem. Mogłem mieć satysfakcję. – Pięć lat temu wyszedłem w podstawowym składzie i grałem 75 minut w spotkaniu z reprezentacją Walii. Był to oficjalny mecz towarzyski i fakt, że oba zespoły zagrały mocno osłabione, ani tego nie zmienia, ani nie usprawiedliwia pańskiej niewiedzy.- Nic więcej nie miałem do dodania. To, co zaszło potem w szatni, nie było ich sprawą.- Wiem, że chce pan wiedzieć, dlaczego tylko ten jeden mecz… - Właśnie… - I wiem, że dziennikarze mają swoją własną sensacyjną teorię na ten temat- (bliską prawdy)- ale wygląda to trochę inaczej. Powiedział pan… dziękuję za komplement…, że jestem jednym z najlepszych bramkarzy w kraju. Cóż ciężko trafić do kadry, nawet będąc najlepszym w dość przeciętnej lidze, kiedy są zawodnicy, występujący w najlepszych klubach Europy. Podejrzewam, że selekcjoner jest po prostu podobnego zdania. - Pan miał wiele propozycji z takich klubów… - Owszem. - Ale nigdy żadnej pan nie przyjął. - Zgadza się. - Dlaczego? Nigdy byście tego nie zrozumieli. Tak, jak nie mógł tego pojąć mój menedżer, władze klubu, nawet większość chłopaków. Co roku próbowali wszystkiego, żeby mnie sprzedać. Muszę przyznać, że kiedy byłem młodszy, taki wyjazd naprawdę kusił. Ale ryzyko, że się nie uda, było na tyle duże, że nie próbowałem go podejmować. - Było mi tu dobrze. Nie widziałem powodu, żeby się stąd ruszać. - A pieniądze? - Dobrze zarabiałem, panie redaktorze. Starczało na życie, o przyszłość też nie muszę się martwić. - Grałby pan z najlepszymi i przeciw najlepszym piłkarzom na świecie. - Tym, z którymi grałem tutaj też niczego nie brakuje.- Skończmy ten temat. Skończmy tę konferencję!- Wie pan, gdyby powiedziano mi wyraźnie, że jestem tu niepotrzebny, gdyby ktoś, czyje zdanie w tej sprawie jest istotne, dał mi do zrozumienia, że nie ma dla mnie w klubie miejsca, wyjechałbym natychmiast.- Nie raz widziałem, z jaką ulgą prezes przyjmował moją odmowę. - Miejsce zawsze było, prawda? To oczywiste. Jest pan żywą legendą. - Pan to powiedział. „Legendą!” Legendą, człowieku, jest Pele, Platini, van Basten… - Nie łatwo byłoby też znaleźć kogoś na pana miejsce. - Robert nigdy nie ustępował mi umiejętnościami, co chyba doskonale udowodnił w ostatnich tygodniach!- przyznałem to niechętnie. Delikatnie szturchnąłem rzecznika, żeby odebrał temu pajacowi głos. Kiwnął głową. - Następne pytanie. - Czy kiedy jako chłopiec zaczynał pan swoją przygodę z piłką, marzył pan, że zajdzie tak daleko?- młoda kobieta uśmiechnęła się tak rozbrajająco, że darowałem sobie ironię: - Gdy byłem mały, gra w piłkę była tylko zabawą, ale prawdę mówiąc już wtedy wiedziałem, że to będzie mój zawód.- Ile mnie kosztowało, żeby do tego przekonać rodziców… Mama załamywała ręce, piorąc wiecznie brudne od trawy ubrania, a ojciec wpadał w furię, kiedy biegłem na boisko, zamiast odrabiać lekcje. Na pewno nie cieszyło go, że na oczach całej klasy musiał stawiać dwóje własnemu synowi. - Ja chciałbym się dowiedzieć, jak pana zdaniem poradzą sobie pańscy koledzy w nowym sezonie. Powiedzmy sobie szczerze, że ten zakończyli… zakończyliście poniżej oczekiwań. Dzięki za zmianę tematu. - Rzeczywiście. Jesteśmy winni kibicom przeprosiny, zwłaszcza za te ostatnie spotkania. - Pan już w nich nie uczestniczył. - Owszem, ale jako członek drużyny także czuję się za nie odpowiedzialny. Co do nowego sezonu… Chyba za wcześnie o tym mówić. Ale jestem przekonany, że będzie lepiej. Na pewno drużynę wzmocnią nowi zawodnicy i myślę, że będziemy znowu walczyć o mistrzostwo.- Nawet, gdybym uważał inaczej, nie mógłbym tego powiedzieć, ale naprawdę było nas stać na więcej. To, co się stało w ostatnich kolejkach, było czymś niewiarygodnym. Nie byłem tego świadkiem i nie rozumiałem, jak mogliśmy przegrać tytuł. Rozejrzałem się po sali z nadzieją, że dadzą mi na dzisiaj spokój. Napotkałem wzrok Jonasa. Wydawał się być rozbawiony moim wystąpieniem, ale trochę nieobecny. Pewnie był wykończony. Ten mecz był wyjątkowo ciężki, potem oficjalne podziękowanie i pożegnanie z kibicami. Teraz z mediami. Czekał, żeby mnie odwieźć do domu. - Jak skomentuje pan dające się słyszeć w środowisku plotki, że decydujące spotkanie zostało przez was celowo… że się tak wyrażę „odpuszczone”? - Słucham?- nic o tym nie wiedziałem, nie sądziłem, że były jakieś wątpliwości co do uczciwości tamtej konfrontacji. Miała się rozstrzygnąć sprawa pierwszego miejsca w lidze, rozstrzygnęła się zresztą, tylko na naszą niekorzyść, nie możliwe, żeby ktoś się podłożył… - Klub wydał już oficjalny komunikat, ustosunkował się do tych insynuacji kilku niepoważnych ludzi i nie mamy nic więcej do dodania.- wtrącił się prowadzący. Reporter próbował protestować, coś dodać, więc nasz rzecznik zdecydował się, ku mojej radości zakończyć konferencje. Starałem się przetrawić ostatnie rewelacje. - Na dziś to wszystko, dziękujemy państwu.- odwrócił się w kierunku ziewających z nudów trenera, prezesów i kilku piłkarzy, którzy udzielali wywiadów przede mną i pewnie dawno chcieli iść do domu, jak najszybciej zapomnieć o minionym sezonie i zacząć przygotowania do urlopu.- Czy panowie chcieliby cos dodać na zakończenie? Ja chciałem. Trzeba korzystać z okazji, za miesiąc nikt nie będzie o mnie pamiętał, kogo będzie obchodziło, co mam do powiedzenia? - Panie Novak? - Ze swojej strony także dziękuję wszystkim. A szczególnie dziękuję moim kolegom, działaczom i kibicom za zgotowane mi pożegnanie. Kiedy dziś po meczu wszedłem do szatni, czekało na mnie prawdziwe przyjęcie. Potem drugie urządzili mi fani. To było naprawdę niesamowite. Nigdy tego nie zapomnę.- Wyjąłem koszulkę, którą dostałem od kibiców.- Tę koszulkę z dumą nosiłem przez ponad piętnaście lat. Wy byliście moją rodziną, ten stadion był moim domem.- Dużo później zdałem sobie sprawę, jak patetycznie brzmiała ta „przemowa”. Ale tak właśnie czułem. Wzruszenie ściskało mi gardło. Chciałem powiedzieć coś jeszcze, przeprosić za wszystkie zawalone bramki, głupio stracone punkty. Żeby nie wspominali mnie źle. Ale dodałem tylko:- Będzie mi tego cholernie brakowało. I koniec. Po wszystkim. Jeśli tu wrócę, to tylko jako widz. Mogę wyrzucić korki, rękawice. Nie muszę rano wstawać na trening…
Czułem się potwornie. Wcale nie przez kolano. W drodze Jonas parę razy próbował zacząć rozmowę, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć mu choćby słowem. W końcu dał spokój i prowadził w milczeniu. Nie zrozumiesz tego, stary.
2. Musiałem się spakować. Doktor Anders zadzwonił z samego rana, nie obudził mnie- i tak całą noc nie spałem, i powiedział, że załatwił mi miejsce w znakomitym ośrodku rehabilitacyjnym. Wierzył, że wyjazd, zmiana otoczenia, dobrze mi zrobi. Ale nie chciałem się nigdzie ruszać. Chciałem leżeć na kanapie i gapić się w sufit do końca świata. Może się zawali… Sufit, świat, albo jedno i drugie… Takie pragnienia towarzyszyły mi od tamtego dnia. Leżałem już dłuższy czas w brudnobeżowym szpitalnym pokoju i ponieważ znudziło mi się podziwianie konstrukcji czyniącej z mojej nogi nowoczesna rzeźbę, rozkoszowałem się widokiem z okna. Niestety, z pozycji horyzontalnej było widać tylko szare, zachmurzone niebo, co niezbyt podnosiło na duchu. Przyszedł lekarz i z całą delikatnością, na jaką mógł się zdobyć po dniu ciężkiej pracy, oznajmił, że nigdy nie wrócę na boisko. Przyjąłem to spokojnie. Byłem nafaszerowany środkami przeciwbólowymi i równie spokojnie przyjąłbym wiadomość o konieczności amputowania mi nogi… nawet wszystkich kończyn. Nie łudziłem się, że będę grał w piłkę do końca życia. Wielu moich kolegów zakończyło karierę, niektórzy, jak ja, przedwcześnie. Żyją i maja się dobrze. Nie użalają się nad sobą, cieszą się, że mają więcej czasu dla rodziny, robią coś innego, a futbol wspominają jak miłą przygodę… Myślałem, że kiedy mnie to spotka, będę umiał się podobnie odnaleźć. Najbardziej bałem się „piłkarskiej emerytury” w jakimś trzecioligowym klubie. Chciałem sam sobie powiedzieć „stop”, w momencie, kiedy uznam, że osiągnąłem wszystko, co mogłem. Ale ten moment jeszcze nie nadszedł. Nie mam żadnych planów i nadal nie wyobrażam sobie życia innego, niż do tej pory. Czasem chodziłem wieczorami na małe boisko, na którym się wychowałem. Zawsze znalazł się jakiś dzieciak, który zamiast pędzić do domu na kolację, wolał spróbować strzelić gola samemu Rado Novakowi. Stawałem w bramce a on kopał piłkę z całej siły tyle razy, aż udało mu się trafić. Dawałem z siebie wszystko, jakby to były karne decydujące o mistrzostwie świata. Byłoby mu przykro, gdybym wpuścił coś celowo. To była kwestia honoru.Tęskniłem za takim odpoczynkiem. Przydałby się, jak nigdy. Najlepszy sposób, żeby zapomnieć na chwilę o problemach. Teraz to boisko, chociaż znajdowało się dwie ulice stąd, równie dobrze mogłoby być w Portugalii. Im więcej łykałem różnych leków przeciwbólowych, tym noga dawała mi się bardziej we znaki. Ból z kolana promieniował na całe ciało. Kiedy zapominałem się i odruchowo na niej stawałem, przeszywał mnie tak, że przez moment nie wiedziałem, gdzie jestem. Bez kul nie uszedłbym nawet metra. Ale teraz nie miałem nawet, co wziąć. W nocy wyrzuciłem do muszli wszystkie farmaceutyki, jaki znalazłem w domu. Nawet aspirynę i syrop na gardło. Za bardzo kusiły… Oczywiście, gdybym naprawdę chciał to zrobić, narzędzie by się znalazło. Miałem w domu nawet pistolet. Co prawda w mojej sytuacji nieosiągalny, bo schowany na strychu, do którego wchodziło się po drabinie… W każdym razie tej nocy nie poddałem się. W końcu pokuśtykałem do łazienki po szczoteczkę do zębów i wyjąłem z szafy na chybił trafił trochę ubrań. Klinika, w której chciał mnie umieścić doktor Anders słynęła nie tylko z doskonałej opieki medycznej. Jej pacjentami byli bogacze, którzy połamali sobie nogi czy ręce spadając z konia, albo szusując na nartach w Alpach. Nie wypada w takim towarzystwie pokazać się w szlafroku. Zastanawiałem się nawet, czy nie wziąć jakiegoś elegantszego garnituru… Zapomniałem, że jeszcze ją mam. Leżała zmięta na dnie, w kącie. Byłem przekonany, że cisnąłem ją do kosza zaraz po powrocie ze zgrupowania. Moja reprezentacyjna koszulka… Z krótkim rękawem- to był bardzo ciepły dzień, z jedynką na plecach. W klubie grałem z numerem 22. Stałem na środku boiska, słuchałem hymnu, który echem odbijał się po wielkim, prawie pustym stadionie i starałem się wyobrazić sobie, że wypełnia go rozentuzjazmowany tłum. Mecz był, biorąc pod uwagę oprawę i stawkę, czy raczej ich brak, niezły. Wygraliśmy 2:1. Bramkę wpuścił mój zmiennik, ja miałem bodaj trzy interwencje i sporo roboty na przedpolu. Walijczycy grali dość ostro. Myślę, że trener mógł być zadowolony. Wszyscy „nowi” chcieli się pokazać, więc walczyli z ogromnym zaangażowaniem. Po spotkaniu, w szatni, złamałem nos Janowi Zachsowi. Nikt nie miał do mnie żalu. Docenili fakt, że powstrzymywałem się, żeby nie zrobić tego na murawie, na oczach dziennikarzy. To było głupie, niepotrzebne, a przede wszystkim niewarte konsekwencji, z których najbardziej dotkliwą, a nie jedyną, była dotrzymana przez selekcjonera obietnica, że tej koszulki więcej nie założę. Zachs również, ale to marna pociecha.
Trener Zanierew wyrwał mnie ze wspomnień. Spodziewałem się tej wizyty. Wczoraj nie zaszczycił mnie nawet powitaniem, wcześniej nie zajrzał do szpitala. Wytłumaczył się od razu na wstępie, widać go to gryzło. - Chciałem wpaść, ale stchórzyłem. Nie wiedziałbym, co powiedzieć- Rozumiałem. Trener znał mnie długo. Był moim przyjacielem jeszcze zanim został moim szkoleniowcem. - Nie szkodzi. I tak nie byłem wtedy w nastroju do towarzyskich pogawędek. Napijesz się czegoś? - Wody- odparł odruchowo, ale widząc, jak z grymasem bólu sięgam po kule, gestem kazał mi zostać na miejscu.- Sam sobie wezmę. Nie było go kilka minut. - Czerpałeś tę wodę ze studni?- zdziwiłem się. - Nie miałeś ani jednej czystej szklanki.- uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał.- Przyszedłem tu nie tylko zapytać o twoje samopoczucie, chociaż widzę, że nie jest najlepsze. - Nic mi nie będzie, trenerze, mogę grać.- zażartowałem. - Wiem, Rado, że twarda z ciebie sztuka. Jakoś to będzie. - Też tak myślę…- westchnąłem.- Tylko martwię się, jak sobie beze mnie poradzicie. - Niech cię o to głowa nie boli. Trener wszystko poukłada i drużyna znowu będzie chodzić jak szwajcarski zegarek! - Co do tego nigdy nie miałem wątpliwości, ale po mojej kontuzji ten zegarek jakby się rozregulował.- Nagle przypomniała mi się wczorajsza konferencja.- O co chodziło z tym meczem? Naprawdę coś było nie tak? - Nie wiem, Rado. Chciałbym wierzyć, że po prostu byliśmy słabsi. Nie złapałem nikogo za rękę, muszę mieć zaufanie do moich chłopców. Ale przegraliśmy u siebie, prowadząc 2:0 i ponad pół spotkania grając z przewaga jednego zawodnika. To się raczej rzadko zdarza. - Raczej tak. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Nie martwił się porażką, ani straconym tytułem. Nie dawała mu spokoju świadomość, że ktoś z „jego chłopców” zawiódł. Sięgnął po wodę, wypił duszkiem pół szklanki i podniósł się. - Muszę jechać do klubu. - Późno. Myślałem, że raczej stamtąd wracasz. - Nie, przełożyłem zajęcia na dwunastą. I tak nikomu się nie chce wstawać rano, żeby biegać wkoło boiska, skoro zaraz wakacje. - Ja bym pobiegał… Ale miałeś jakąś sprawę. - Tak. Myślę, że powinieneś porozmawiać z Jonasem. Przyślę go do ciebie. - Z Jonasem? - Powiem mu, żeby wpadł po południu. - Ale o co chodzi?!- krzyknąłem, bo trener był już w korytarzu. Wrócił: - Pogadaj z nim. Jesteście przyjaciółmi.
- Zanierew prosił, żebym do ciebie zajrzał- wytłumaczył się Jonas na wstępie, pewnie żebym sobie nie wyobrażał, że odwiedził mnie dla przyjemności. Rozejrzał się i zobaczył torbę podróżną. Zaskoczony zapytał:- Wyjeżdżasz? - Wyjeżdżam- potwierdziłem, bo to nie była żadna tajemnica, ale widząc, że Jonas nie ma ochoty na żarty, szybko wyjaśniłem, gdzie i po co. - To dobrze.- westchnął.- Na długo? - Nie wiem, najmarniej na miesiąc. Przyślę ci kartkę. Może wejdziesz?- zaproponowałem w końcu, bo ciągle staliśmy w zastawionym korytarzu. - Ja w zasadzie na moment, ale dzięki. Usiedliśmy, ja z westchnieniem ulgi, on jakoś niechętnie. - Cos nie tak? Wyglądasz niewyraźnie.- Prawdę powiedziawszy wyglądał jak żywy trup, ale nie byłem zwolennikiem szafowania komplementami. - Czuję się niespecjalnie- uśmiechnął się blado.- Wczoraj oblewaliśmy koniec sezonu. - Miło, że zaprosiliście staruszka Rado. - Przepraszam. Tak jakoś wyszło, kiedy już cię odwiozłem. - Nie szkodzi, i tak marzyłem tylko o tym, żeby się położyć. - Ale mogłem zadzwonić i zapytać. Swoja drogą też nie jesteś w formie, co? - Skąd, jestem świeży i rześki jak wiosenny poranek. - To szczęściarz z ciebie. Mnie głowa boli tak, że odstrzeliłbym ją sobie, gdybym wiedział, że to pomoże. - Przy okazji mógłbyś też odstrzelić moją nogę. - Dałbyś jakieś tabletki. - Przykro mi. Nie mam. - Jak to? Chyba bierzesz cos na tę nogę. - Wyrzuciłem. Wytrzymasz bez tego? - Nie, no jasne, tak tylko sobie pomyślałem… - A doktor Anders dałby ci za branie jakichś leków bez jego wiedzy! Słuchaj, o co chodziło trenerowi, chciał, żebym z tobą pogadał. - Nie mam pojęcia.- Dziwne, ale wyglądał, jakby wiedział doskonale. - Cos się stało, ale nie chcesz tym mówić. - Nie, niezupełnie. Mam problem… - Stary, możesz na mnie liczyć. - Z tym muszę się sam uporać. - Ale co jest grane? To poważna sprawa? - Nie, to nic. Po prostu… Przerwał mu dzwonek do drzwi. - Otwórz- poprosiłem. Doktor Anders, nasz klubowy lekarz, był tak hałaśliwym człowiekiem, że od razu wiedziałem, kto przyszedł. - Rado, Rado, Rado, zbieraj się chłopcze, nie będę jeździł po nocy.- grzmiał od progu. Gestem kazał Jonasowi zanieść bagaż do samochodu.- Nie masz nic więcej?- zdziwił się.- Nie zabieram cię na wakacje, gdzie wystarczą ci kąpielówki i okulary przeciwsłoneczne. - Wziąłem wszystko. Jeśli mają pralnię, to mogą mnie tam trzymać do Bożego Narodzenia. - Czy mają pralnię? Chłopcze, pielęgniarki o figurach, jakie ci się nie śniły przyniosą ci wszystko czyściutkie i pachnące twoim ulubionym płynem do płukania nawet o północy, jeśli sobie zażyczysz! No chodź już, może zdążysz na kolację! To było bardzo miłe ze strony doktora, że nie tylko załatwił mi tę klinikę, ale i zaofiarował się, że sam mnie tam zawiezie. Nie wiedziałem tylko, jak wytrzymam trzy godziny drogi w jego głośnym towarzystwie. Szybko pożegnałem się z Jonasem. Dałem mu klucze: - Zajrzyj czasem, czy wszystko w porządku. Przy okazji masz lokal, gdybyś chciał w tajemnicy przed Leną spotkać się z jakąś miłą panią.- Skrzywił się na ten żart. Wiedziałem, ze kocha swoja piękną żonę nad życie.- Jakby co, to zadzwoń. Pogadamy, jak wrócę. Nawet, gdybym o czymś zapomniał, było za późno. Renault doktora już wiózł nas w góry.
3. To było chyba najpiękniejsze miejsce, w jakim byłem, a przecież zjechałem niemal całą Europę. Kiedy tam dotarliśmy, właśnie zachodziło słońce. Odbijało się w jeziorze i malowało złotem szczyty. Krajobraz jak na najbardziej kiczowatej pocztówce, tylko że prawdziwy. Szpital wyglądał tak z zewnątrz, jak i w środku jak luksusowy hotel. Miał oddział ortopedyczny dla sportowców, o czym informowała jedna z dyskretnych tabliczek, ale doktor, dla mojego dobra- „przyda ci się chłopcze trochę spokoju”- umieścił mnie na innym. Przypominał dom spokojnej starości, bo nie spotkałem na nim pacjenta, który byłby młodszy od mojego ojca. Jak przekonałem się następnego dnia, zapewniano też rozrywki z kategorii +60. Dziadkowie grali w szachy, w Chińczyka, albo wygrzewali się w słońcu na tarasie. Ponieważ moja aktywność również była ograniczona, szybko się przyzwyczaiłem. Po tygodniu czułem się jak u siebie. Zabiegi były co prawda bolesne i uciążliwe, a za wcześnie było, żeby myśleć o poprawie, ale kiedy nie znęcano się nad moim nieszczęsnym kolanem, naprawdę odpoczywałem. Od razu znalazłem wspólny język z panem Astridem, z którym dzieliłem stolik przy posiłkach, a który okazał się hodowcą sznaucerów olbrzymów z zawodu i kibicem z zamiłowania, oraz z panem Walerym, artystą malarzem. Z pierwszym wieczorami dyskutowaliśmy o piłce, z drugim regularnie, po obiedzie, przegrywałem partyjkę szachów. - Tak- zaczął pewnego popołudnia pan Walery- pan jest prawdziwym sportowcem. Mój świętej pamięci dziadek mówił, że w sporcie tak jak w życiu trzeba umieć przegrywać. Uśmiechnąłem się uprzejmie. - Obawiam się, że w życiu nie zawsze mi to przychodziło tak łatwo. - O tak, to nie jest proste.- westchnął staruszek, szachując mnie przy okazji.- A w sporcie? Desperacko uciekłem z zasięgu jego skoczka. - Porażka jest niejako wkalkulowana w ten zawód. Ale czasem ciężko się z nią pogodzić. - Zwłaszcza jak się przegrywa na własne życzenie- pan Astrid dosiadł się do nas i włączył do rozmowy.- Pana gra świetnie ilustruje powiedzenie „z deszczu pod rynnę”. Jeśli ruszy pan tę wieżę, to po zabawie. - Ma pan rację. - Czy ta kontuzja jest dla pana życiową porażką?- Zapytał malarz. - Nawet klęską. - Ale przecież to niezależne od pana. - Trochę tak. Gdybym wcześniej poddał się operacji, mogłem jej uniknąć. - Dlaczego więc? Dlaczego? Gdybym był jasnowidzem i wiedział, że kolano nie wytrzyma do końca sezonu, zaryzykowałbym te parę miesięcy przerwy. Ale nie zostałem obdarzony szóstym zmysłem… A za to oślim uporem. - Przepraszam, pewnie nie chce pan o tym mówić.- wycofał się pan Walery, widząc, że milczę. Otrząsnąłem się z zamyślenia. - Nie, dlaczego. Nie pan pierwszy o to pyta. - Więc?- pan Astrid też był zainteresowany. - Po prostu chciałem grać. Pomóc kolegom, nie zawieść kibiców… Staruszkowie mieli trochę niepewne miny. Chyba nie do końca rozumieli, o co mi chodzi. - No, ale to przecież nie koniec świata. Szach i mat. - Tak pan myśli? Dla mnie to chyba był koniec świata. Jak czułby się pan, gdyby nie mógł malować? - Gdybym nie mógł malować? - Gdyby pan na przykład stracił w jakimś wypadku ręce- podpowiedział pan Astrid. - Nauczyłbym się malować stopami, albo ustami. Wielu ludzi tak robi. Zastanowiłem się. - A gdyby stracił pan wzrok? - Rzeźbiłbym.- Zaśmiał się artysta. - A jedno i drugie?- Nie dawał za wygraną drugi staruszek. - I ręce i oczy? - Chyba nie dałby pan rady rzeźbić nogami. - No tak. Szczerze, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji… - Właśnie tak się czuję. Nigdy już nie będę robił tego, co kocham. - Ale może pan robić wiele innych rzeczy.- Wolno mówił pan Walery.- Ślepy, bezręki, byłbym kaleką. Nie mógłbym nic robić, nie tylko malować. Pan tylko nie może kopać piłki. Proszę wierzyć staremu człowiekowi, to NIE JEST koniec świata. - Ale ja nic innego nie potrafię… - Teraz się panu tak wydaje. Rozmowa schodziła na poważne tematy, ale do tej pory toczyliśmy ją z humorem. Pan Astrid, który, jak twierdził, leczył tutaj nie tylko obolałe biodro, ale i nadwerężone nerwy, zaczął wyliczać różne zawody, w których mógłbym się specjalizować, a pan Walery układał figury na szachownicy, od czasu do czasu dorzucał swoją propozycję i głęboko się nad czymś zastanawiał. - Pan nie ma dzieci?- Zapytał nagle. - Nie. - Ani żony?- upewnił się. Nie było to chyba powodem do wstydu. - To bardzo niedobrze. Znalazł się pan na bardzo ostrym, że się tak wyrażę, zakręcie życiowym i niedobrze, że nie ma przy panu nikogo, kto by pana wspierał, ani kogoś, dla kogo chciałoby się panu żyć… - Daję sobie radę.- odpowiedziałem trochę za ostro. - O tak, jest pan silny, w to nie wątpię. Ale była tylko jedna rzecz, na której panu zależało, a teraz pan ją stracił. Silniejsi od pana się załamywali, jeśli byli sami. Proszę to przemyśleć.- Podniósł się i przeprosił:- Mam zabiegi, panowie wybaczą. Jego słowa poruszyły także drugiego staruszka. - My z żoną nie mogliśmy mieć dzieci. Nasze psy traktujemy jak dzieci. Powinien pan sobie kupić psa- westchnął głośno po czym podniósł czarnego króla i zaczął mu się dokładnie przyglądać.- Może partyjkę? Nie jestem tak dobrym szachistą… - Znakomicie.- ucieszyłem się zarówno tej wiadomości, jak i ze zmiany tematu.- Wygrana podniosłaby mnie na duchu.
Rehabilitacja trwała dłużej, niż się spodziewałem. Lekarka zapewniała mnie, że wszystko idzie świetnie i nie miałem powodu, żeby jej nie wierzyć, ale wyglądało na to, że spędzę w klinice więcej czasu. Nikt mnie nie odwiedzał, doktor Anders zadzwonił parę razy, a ja próbowałem skontaktować się z Jonasem, ale piękne pielęgniarki patrzyły spode łba (co nie ujmowało im urody) na każdego, kto prosił o telefon. Oczywiście telefony komórkowe, jako że mogły zakłócać pracę urządzeń medycznych, rekwirowały na wstępie. Mimo to nie brakowało mi wiadomości ze „świata zewnętrznego”. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy w jeden słoneczny poniedziałek, który spędzałem nad jeziorem na lekturze sportowej prasy, oznajmiono mi, że mam gości. Jeszcze bardziej zdziwiłem się na ich widok, gdyż żadnego z dwóch mężczyzn nie znałem. To wyjaśniło się, jak tylko się przedstawili, wymieniając nazwiska i stopnie. Do dziś miałem tyle szczęścia, żeby nie mieć do czynienia z policją. Chwilę trwało, zanim dotarł do mnie powód ich wizyty. Zapewne też nie byłem oryginalny w swojej reakcji: - To niemożliwe.-powiedziałem.- Niemożliwe. Ale starszy z policjantów nie grzeszył taktem, bo nie pozwolił mi się z tym oswoić. - Czy pan jest właścicielem…-tu podał skomplikowaną nazwę i typ broni. Wcale nie byłem pewien, czy chodzi mu o pistolet mojego wuja, leżący sobie od niepamiętnych czasów na strychu i nikomu nieprzeszkadzający. Wuj zresztą też już nikomu nie wadził, bo od równie dawna, równie spokojnie leżał na cmentarzu. - Mam pistolet- przyznałem się na wszelki wypadek, bo chociaż wciąż byłem w szoku, nie miałem powodów, żeby kłamać stróżom prawa.- Chce pan powiedzieć, że ktoś nim zabił Jonasa?! –Znalazłem się w niemiłej sytuacji. W jednej chwili miałem się pogodzić ze śmiercią przyjaciela, z faktem, że ktoś go zabił, że użył do tego mojej…- Myśli pan, że to ja? Obaj popatrzyli na mnie dziwnie, jakby to przeszło im przez myśl, ale dopiero teraz. - A gdzie pan był i co robił wczoraj, około dziewiątej wieczorem? - Jak to „gdzie byłem”. Tutaj. Siedzę tu od miesiąca. - Nie był pan przypadkiem na małej wycieczce, powiedzmy… w ośrodku sportowym niedaleko Mediolanu? We Włoszech- wyjaśnił natychmiast, nie podejrzewając mnie, tępego piłkarza, najwyraźniej o znajomość geografii. Znałem ten ośrodek, bo zwykle tam przygotowywaliśmy się do sezonu. Jonasa zabito na obozie… - Oczywiście. Do Włoch mam dwa kroki, wymknąłem się na godzinkę, żeby zabić kumpla. Po raz pierwszy odezwał się młodszy. Chyba nie wyłapał ironii. - Mógł pan pojechać samochodem, nawet polecieć samolotem. Gdyby pan chciał… - Proszę pana, pan zapewne nie zwrócił uwagi, jak wchodziłem, może zademonstruję panu…- zdenerwowałem się i chciałem wstać, ale jego kolega mnie powstrzymał. - Rozumiem, do czego pan zmierza. Nie jest pan w chwili obecnej, powiedzmy… mobilny... - Nie jestem. A nawet, gdybym był w tym stanie prowadzić samochód, czego nie wykluczam, to biorę leki, po których… - Proszę się uspokoić. Wiemy o tym. Nie musi pan też dodawać, jak daleko stąd jest najbliższe lotnisko. Ustalmy od razu jedno: nie jest pan o nic podejrzany. - To dlaczego… - Kolegę poniosło. Jesteśmy niemal przekonani, choć śledztwo trwa, że pan Jonas Jager popełnił samobójstwo. Użył w tym celu zabytkowej broni, będącej w pańskim posiadaniu, zupełnie legalnie zresztą, i tylko dlatego tu jesteśmy. No i może, jako jego bliski przyjaciel- tak mi powiedziano- mógłby pan nam pomóc w dojściu przyczyn, jakie kierowały panem Jagerem… Niestety nie znaleźliśmy żadnego listu pożegnalnego… - Jonas popełnił samobójstwo? To niemożliwe.- To było niemożliwe. Znałem go kilkanaście lat i był ostatnią osobą, po której bym się tego spodziewał. Tryskał optymizmem, zawsze potrafił znaleźć rozwiązanie każdego problemu…- To musiało być morderstwo! - Na razie nic na to nie wskazuje. Nie ma podejrzanych. - Może mi pan opowiedzieć, jak to się stało? Jak wykazały „wstępne wyniki śledztwa”, przed dwoma dniami Jonas przebywał wraz z kolegami z drużyny, sztabem medycznym, szkoleniowym oraz kierownictwem drużyny na obozie przygotowawczym. Jego zachowanie nie wzbudziło niczyich podejrzeń, chociaż kilku świadków zeznało, że od dłuższego czasu sprawiał wrażenie przygnębionego. W każdym razie cały, zdrowy, i bez wątpienia żywy odbył z drużyną popołudniowy trening, zjadł ze wszystkimi kolację, po której wszyscy mieli wolne i wraz z większością zawodników oglądał w świetlicy film sensacyjny ze Stevenem Seagalem. Około godziny dwudziestej zaproponował Adamowi Robertowi, bramkarzowi, wieczorny trening stałych fragmentów gry, na co ten się zgodził, więc udali się na pobliskie boisko treningowe. Robert oświadczył, że ćwiczyli wspólnie jakieś pół godziny- czterdzieści minut, po czym wrócił do ośrodka, co potwierdzają świadkowie, którzy widzieli go tam mniej więcej za kwadrans dziewiąta. Na pytanie, dlaczego Jonas z nim nie wrócił, odpowiedział, że ten chciał się jeszcze przejść. Parę minut po dziewiątej przebywający w ośrodku usłyszeli wystrzał, a chwilę potem przybiegł stróż z tragiczna wiadomością, że na boisku leży zastrzelony mężczyzna. Kiedy stróż telefonował po policję, lekarz klubowy, dr Stefan Anders oraz większość obecnych tym czasie w świetlicy natychmiast udała się na miejsce wypadku (czy tez zbrodni), ale leżący w kałuży krwi Jonas był już martwy, co potwierdził lekarz. Pogotowie i policja przybyły po około kwadransie. Natychmiast rozpoczęto dochodzenie. Wszyscy obecni na terenie ośrodka mają alibi, bez wiedzy stróża i dyżurującego przy bramie portiera nikt się tam nie dostanie. Obaj panowie co prawda mogliby zamordować Jonasa, ale policja szybko wyłączyła ich z grona podejrzanych. Bezpośrednią przyczyną zgonu buł strzał w głowę oddany ze znalezionego przy martwym pistoletu należącego do byłego zawodnika klubu, znajomego ofiary i większości świadków, Radomira Novaka, czyli mnie. Wyjaśniłem policji, jak broń, pamiątka jeszcze z I. wojny znalazła się w moim posiadaniu oraz skąd wiedzieli o niej koledzy. Zgadzało się to z posiadanymi przez policję informacjami. - Może nie powinien pan jej
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…