Doktor Wim Wenders cz.7
Głupota Kery i trochę fantazji :D
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wim zabrał Rodneya do siebie. Wścibskie oczy sąsiadów wpatrywały już się w zrozpaczoną twarz mężczyzny. - Teraz mi powiedz dokładnie co się stało – powiedział gdy usiedli razem na kanapie. - Zupełnie nic! Przyszedłem dzisiaj bardzo późno do domu, a jej nadal nie było! Zacząłem ją szukać, ale ani w sklepie, ani w domu, który chcę wynająć jej nie ma. Pytałem jej przyjaciół. Zapadła się jak kamień w wodę.... Wim... pomóż... Po twarzy Rodneya zaczęły skapywać łzy. Wim nieprzyzwyczajony do scen czułości i mający w tym dniu już ich powyżej uszu, wstał i zaczął chodzić bezsensownie w kółko po własnym mieszkaniu. - Ty wiesz gdzie ona jest, prawda? Mogę na ciebie liczyć?! - Słuchaj Rodney. Wolałbym gdybyś teraz poszedł do domu. Możliwe, że Kera w każdym momencie może wrócić. Czekaj tam na nią. - A więc ją znajdziesz? W głosie przyjaciela słyszał nutę nadziei i pojawiającą się na powrót radość w oczach. Jeśli chodziło o jego córkę, to zawsze była na miejscu numer jeden na jego liście najdroższych mu osób. Niestety jeśli przychodziło do wychowania córki, nie radził sobie jako samotny ojciec. - Tak, znajdę. Rodney otarł słone krople z twarzy. Zrobił to tak szybko, że Wimowi skojarzyło się, że cała ta akcja z poszukiwaniem Kery była od początku zaplanowana, ale i zarówno dobrze odegrana. Pożegnał się z nim. Wyjaśnił, że Kera może być o tej godzinie jedynie w kilku miejscach. Tak naprawdę nie miał pojęcia nawet gdzie jej szukać. Mogła być dosłownie wszędzie. - A gdyby tak na plażę? – rozmyśłał. - Może zrobiła sobie wypad na nocny spacer? Eh... w klubach jej nie widzę, w ogóle mi się z nimi nie kojarzy... przecież nie poszłaby do miejsc gdzie jej nie wolno chodzić... Główkował dalej. Ubrał się w cieplejszy płaszcz i zbiegł ze schodów. Gdy miał wychodzić z klatki coś go tknęło. Obejrzał się za siebie w korytarzu. Jakaś postać czaiła się w jego rogu. Podszedł kilka kroków, aby wzrok przyzwyczaił się do ciemności. - Kera? To... Nie dokończył, jakieś zwierzę, przypominające wyglądem czarnego psa zarażonego wścieklizną, rzuciło się wprost na jego kark. Przyczepiło się zębami i nie chciało puścić. Wim nie bardzo wiedząc co ma z tym zrobić szarpnął stworzenie, ale zaraz poczuł jak część jego ciała z szyi zaczyna odchodzić. Zatrzymał się i przycisnął bestię do ściany. Zrobił to tylko raz, na swoim niewinnym kocie, ale spróbował teraz się obronić. Sięgnął po część energii, która tkwiła w jego duszy. Przelała się ona przez jego ręce wprost do ciała przeciwnika. Ten pisnął z bólu. Rozluźnił szczęki, a następnie zaczął się zginać w konwulsjach. Wim nie potrafił go zabić, nie wiedział dlaczego. Czyżby się mylił? Czyżby jego zdolnością nie była śmierć, tylko zadawanie komuś cierpienia? Na twarzy mordercy pojawił się bezkresny uśmiech, a z gardła potoczył się jadowity śmiech. Puścił bestię, ale w między czasie zdołał przyczepić jej nadajnik do karku. Usiadł pod ścianą, pod którą wcześniej ją trzymał i przypatrywał się na lokalizatorze gdzie też zniknie potwora. - Ciekawe... znikasz zaraz za następnym zakrętem w uliczce, hmm? Wstał i otrzepał się z małej ilości kurzu na płaszczu. Dojrzał, że przez dwoje drzwi ktoś go obserwuje. Postanowił nie przejmować się wścibskim wzrokiem sąsiadów. Chociaż plotki na jego temat nie zawsze należały do najprzyjemniejszych. Rana zadana przez kundla zasklepiła się szybko z niewiadomego powodu. Zastanowiło go to. Próbował sprawdzić poprzez dotyk czy w zębach potwory nie było jakiegoś składnika lokalizacyjnego, podobnego do tego, który wszczepił przeciwnikowi. Ale nic nie znalazł. Odetchnął z ulgą wychodząc na świeże powietrze. Na dworze zrobiło się chłodno. Popatrzał na swoje ręce. Ze względu na to, że miał słabe krążenie szybko było mu w nie zimno. Schował je w kieszeniach, aby trochę je rozgrzać. Wiedział, że musi znaleźć Kerę. Ale ważniejsze niż ona było teraz odnalezienie tajnego przejścia. Nie musiał go długo szukać. Zastanowiło go, że wymiar pojawił się przed nim zaraz jak do niego podszedł. Kiedyś było inaczej. Musiał powiedzieć specjalne słowa w obcym mu języku, żeby się otworzył. Słowa te usłyszał od swojego „Szefa” kiedy przechodził czasem z różnych światów do wymiarów i na odwrót. Te świetliste bramy sam nazwał wymiarem, nie miał na nie innego określenia, bardziej trafnego. - Dokąd prowadzisz? Zamyślił się. Jeśli prowadził do innego świata, z pewnością mógłby być to świat o innych zasadach, a także o innym czasie niż rzeczywistym. W momencie gdy wysunął rękę by go dotknąć coś go powstrzymało. W głowie odezwał się ostrzegający głos „Szefa,” który odradzał mu wchodzenie do różnego rodzaju takich przejść. Wyjaśniał mu, że jako niedoświadczony podróżnik, może szybko się zgubić i już nigdy nie wydostać z czasoprzestrzeni międzywymiarowej. Cofnął się o kilka kroków do tyłu aby zmniejszyć swój opór i pychę. Zamknął na wszelki wypadek oczy i udał się ulicą w dół do najbliższego klubu. Kroki same go tam zawiodły. I tam znalazł też Kerę. Córka Rodneya, czego by się nigdy nie spodziewał, siedziała przy barze z dwoma mężczyznami i dawała im popis picia wódki. Zmarszczył brwi. Nienawidził widoku pijanej kobiety, a w tym przypadku Kera wyglądała okropnie. Z wywalonymi na wierzch piersiami w obcisłej bluzce i krótkiej spódniczce mizdrzyła się do towarzyszów i pozwalała się dotykać tam, gdzie nie powinna była w ogóle na to pozwolić. Krew wzburzyła się w nim w kilka sekund. W pierwszej chwili nawet nie wiedział co ze sobą zrobić. Przypuszczał, że jeśli się nie opanuje, swoją zdolnością może komuś zrobić krzywdę. A tego bardzo nie chciał. Z nikłym więc opanowaniem, podszedł do nich. - Kera, jak miło że tu jesteś – powitał się z nią, odwracając ją krzesłem w jego stronę. W duszy swego serca modlił się by nie zrobić jakiegoś głupiego ruchu. – Widzę, że trafiłaś na niezłe towarzystwo. Może się dołączę. Nie panował już nad sobą. Jego głos miał być towarzyski i przyjazny, co najwyżej z dodatkiem ironii. Brzmiał jednak lodowato, beznamiętnie i władczo. Jego oczy przybrały przerażającą barwę. Pałała od niego złość. Obaj mężczyźni poczuli ten nieprzyjemny powiew nienawiści. - Kera, widzę, że twój .. yp.. znajomy... - Taaa... weź się z nim zabaw... Kera siedziała z czerwonymi policzkami przed Wimem. Rumieńce z początku pojawiły się z powodu wstydu, ale po krótkiej chwili pobudziły w niej inne uczucia. Pobudziły pałającą w niej namiętność do Wima. - Wim, zabierz mnie – powiedziała cicho zażenowana całą sytuacją. Jej głos podziałał na niego jak balsam. Wziął ją na ręce i okrył od razu płaszczem, który miał na sobie. Odwrócił się jeszcze na koniec w kierunku mężczyzn przy barze i zawołał do nich. - Rozumiem, że państwo stawiali! Ci pokiwali nerwowo głowami i zabrali się szybko do swojej rozmowy by nie patrzeć na Wima. - Byłeś straszny – mruknęła tak by on jej nie usłyszał. Było zimno i jeszcze mocniej się wtuliła w jego ramię. - Nigdy więcej tego nie rób. - Nie zrobię. Przyrzekam. - Mam w nosie takie obiecanki. Coś ty sobie myślała?! - Wim, nie krzycz.... wtedy jesteś.... - Jaki jestem? - Gdybym powiedziała, że straszny to jest to za małe określenie. Nawet przerażający jest nie tak... prędzej chłodny... Zacisnął wargi i spróbował wyminąć ten temat. Zawsze mówił sobie, że nie sprowadzi „pracy” do życia codziennego. Ale się mylił. Jego charakter to było coś więcej niż chęć zabijania. Był wcieleniem zła. - Kera, boisz się mnie? Nie odpowiedziała. Zadrżała tylko na ciele jakby sobie o czymś przypomniała. - Czy coś się stało Kera, o czym nie chcesz mi powiedzieć? - Może... - A więc? Prędzej czy później i tak się dowiem. Prychnęła jakby wiedziała o czym mówi. Jakby wiedziała o wszystkim. Szli w ciszy, aż do skrzyżowania. Zaraz za nim były już ich bloki. Wim przystanął więc, dając tym samym Kerze czas do przemyślenia niektórych rzeczy. Aby miała odwagę powiedzieć mu o sprawach, których on nie wie. - Wim? – zaczęła w końcu po kwadransie. - Słucham cię. - Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy? Tak, pamiętał. Nie należał on do najlepszych wspomnień. - Przecież się zmieniłem. - Też tak myślałam. Aż do dzisiaj. Aż do chwili kiedy weszłam do twojego pokoju. Wim chciał się chwycić za głowę, ze względu na swoją głupotę, że nie zamknął za sobą drzwi, gdy wychodził, niestety trzymał Kerę. Jedyne na co go było stać to wypowiedzenie przez zęby, czegoś w rodzaju „grrr”. - Rozumiem, że już za późno na wyjaśnienia. To dlatego tam byłaś, chciałaś zapomnieć? - A co cię to obchodzi? Zaczęła się śmiać, ale był to szaleńczy śmiech. Niezdrowy. Wim postawił ją więc na ziemi i pocałował mocno by z tych ust nie wypłynęła żadna nuta szaleństwa. Nie dała się, była na tyle trzeźwa, że jeszcze oberwał w twarz. Żeby poczuł się jak kompletny idiota rozdarty pomiędzy młotem, a kowadłem z jej twarzy polała się struga łez. - Błagam nie płacz – odparł poirytowany. – Nie płacz. Pogłaskał ją po ramionach chcąc dać trochę ciepła i otuchy. Zrozumiał w końcu, że ostatnia osoba z jego otoczenia, na której mu zależało, właśnie odchodzi. Złamał wszelkie granice zaufania. Nie pozostało nic. - Kera.... - Chcę do domu....do domu.... Nie przestawała płakać więc zabrał ją za rękę i zaprowadził w stronę jednego z bloków. Bał się ją oddać w takim stanie Rodneyowi, ale ich relacje nie należały w tej chwili do najlepszych więc nie mógł jej dać nawet ubrań zastępczych. Na klatce schodowej podarował jej płaszcz i szczelnie ją nim okrył. Otarł zaschnięte łzy z twarzy. Chusteczką starł ostry makijaż. Nie mając więcej śladów zbrodni do zakrycia podszedł do drzwi państwa Rayato. Stanął przed nimi gotowy do naciśnięcia dzwonka. - Nie dzwoń. Jego dłoń zatrzymała się w połowie. Opuścił ją i czekał na kolejne słowa. - Nie mogę się tak pokazać ojcu.... nie mogę – powiedziała szeptem. Bez zbędnych słów zawrócili do jego apartamentu. Szła tuż obok niego. Jej twarz pozostała bez wyrazu, choć po oczach można było poznać, że jest głęboko zamyślona. Szła tak, jakby nie widziała schodów. Wim co chwilę musiał ją podtrzymywać. Dochodziła godzina czwarta rano, a sąsiedzi nadal stali na czatach, jakby każdy wiedział po kim jest zmiana. Mężczyzna spodziewał się, że teraz jego reputacja legnie w gruzach. - Już jesteśmy – powiedział do Kery na wypadek gdyby traciła już kontakt ze światem. – Spróbuję ci znaleźć jakieś porządne ubranie na jutro. Na razie dam ci jakąś koszulę na noc. Przytaknęła głową nie bardzo kontaktując. Przyszła dopiero do siebie, gdy Wim zaraz po przygotowaniu zastępczej piżamy przyszykował jej ubranie na następny dzień. Była to śliczna słonecznikowa sukienka na cienkich ramiączkach, z falbaną u dołu. Jej ulubiony krój. - Andrei ma dobry gust. - Tak. Zawsze mi coś dobrego wybierze. Oczywiście chodzi mi o męs..kie... ubrania... Obrócił się w jej kierunku kiedy właśnie wchodziła do łazienki. Przez całe życie utrzymywał swoje brudy w swoim domu. To on zgrywał najbardziej tajemniczego faceta, nikt nie miał tajemnic przed nim. Czuł, że coś się zmienia. Teraz nawet nie wiedział skąd Kera dowiedziała się o jego znajomości z Andrei. Rozejrzał się po swoim pokoju. Nadal panował w nim nieład. Nie miał nawet sił by go wysprzątać. Działo się zbyt wiele. Podejrzewał już, że dzień, w którym dołączy do „Szefa” nadejdzie szybciej niż myślał. Ostatnie dni na Ziemi miną mu jak z bicza strzelił. Położył się na sofie. Zaczęła go boleć głowa, a Kera jak na złość jeszcze nie wychodziła i nie miał okazji z nią porozmawiać. Przyniósł sobie jedną poduszkę z łóżka, tak aby wygodniej mu było spać. Rozmyślał długo o ostatnich wydarzeniach. O rupieciarni, Andrei, swoim przyszłym życiu u boku „Szefa”, o zdolności, którą nie tylko on posiadał oraz o Kerze, której już nie potrafił pomóc. Zamknął oczy, ale już tego poranka ich nie otworzył. Zamknął się w świecie marzeń sennych.
Kera powoli wykonywała każdy ruch. Nogi po szpilkach bolały ją niemiłosiernie. Rada była z tego, że przez połowę drogi Wim nosił ją na rękach. Na samą myśl o nim zaczęła drżeć. Już nie była do końca pewna z jakiego dokładnego to powodu. Rozebrała się przyglądając w lustrze swojemu ciału. Na szyi pozostały ślady po niechcianych pocałunkach. Pozwoliła by tam pozostały bo była zła. „Byłam taka głupia” Z początku myślała o prysznicu, ale wydał się jej zbyt krótki. Zbyt szybko musiałaby przejść do rozmowy z Wimem. Czy też po prostu czekałby na nią jego wzrok, tak zimny i przejmujący. Znała ten wzrok bardzo dobrze. Nienawidziła go z całego serca. Wzięła długą kąpiel. Czuła, jak powoli wszystkie brudy tej nocy schodzą z jej ciała. Gdy woda zaczęła się robić zimna wyszła w końcu. Koszulę, którą wcześniej powiesiła na wieszaku przytuliła teraz mocno do piersi czując zapach Wima. „Czas wyjść i spojrzeć prawdzie w oczy” Z tą myślą nacisnęła klamkę. Otworzyła drzwi szeroko z nadzieją, że Wim popatrzy na nią. Ale tak się nie stało. Przestraszyła się, bo w pierwszej chwili go nie zauważyła. Dojrzała go jednak szybko na kanapie i jej serce przestało bić jak oszalałe. Podeszła do niego. Wiedziała już, że śpi. Zdała sobie sprawę, że musiał być bardzo zmęczony, a także przyszła kolejna myśl mówiąca jak idiotycznie postąpiła.. - Przepraszam Wim, pewnie się martwiłeś. Poprawiła mu poduszkę i przykryła kocem. Nie mogła pozwolić by zmarzł przez resztę nocy, a raczej już poranka. Na koniec pocałowała go delikatnie w policzek. Przypomniała sobie od razu jakim namiętnym pocałunkiem ją obdarował. Zaczerwieniła się ponownie na twarzy. Bojąc się, że ją zobaczy wskoczyła szybko do jego łóżka. Nie minęła chwila jak połączyła się swoim snem ze snem Wima.
Stał na środku pomieszczenia zajętego mgłą. Zamrugał kilkakrotnie powiekami, ale krajobraz nie zmienił się. Kilka kroków dalej rozpościerała się ścieżka z samych płatków róż. „Ciekawe dokąd prowadzi?” Sprawdził więc. Ledwie jednak położył na nich stopę, poczuł ból. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ma bose stopy, a na sobie jedynie lekki podkoszulek i długie, białe spodnie. Cofnął się z drogi i spojrzał na swoją nogę. Leciała mu krew z powodu powbijanych kilku kolców. „W takim razie którędy?” Jakby ktoś czytał mu w myślach…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Fenris
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…