Wróć do katalogu

Doktor Wim Wenders cz.9

Ostatnia część z pierwszego opowiadania o Wimie. Życzę udanej lektury i oczekuję komentarzy ;)

Fenris, opublikowano , 42 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Wim, przykro mi. Chciałem pokazać Ci drugą część Twojego sektora, ale mam pewne problemy, które muszą być jak najszybciej rozwiązane. Blady i pokryty potem Gorger stał przed mężczyzną tłumacząc się jak nigdy dotąd. - Innym razem... – powiedział załamującym się głosem. - Może mógłbym pomóc? – zaproponował Wim widząc jak zależało Gorgerowi, aby mógł zostać dłużej w Lobberze. - Nie, Wim. Idź do domu. Na razie nie możesz pomóc. Nie dając mu żadnego wyboru otworzył wymiar prowadzący na Ziemię. Świecił tym razem innym blaskiem niż ten poprzedni. Jakby ktoś rzucał promieniami spod tafli wody. - Spotkamy się wkrótce – odparł Gorger popychając Wima do przejścia. Mężczyzna pokiwał głową, że się zgadza. Bardziej niż powrót do domu, martwił go stan jego nowego przyjaciela, którego jeszcze niedawno traktował jak „Szefa”. - Postaraj się żebym mógł tu wrócić – powiedział na pożegnanie wskakując w fale odmętu. Ponownie przelała się przez jego ciało zimna woda, ale on nadal pozostawał suchy. Nie chciał pokazywać swojej twarzy Gorgerowi. Był tak samo przejęty jak on. Niewiedza targała nim wewnętrznie przez co czuł się coraz bardziej poirytowany. Rozejrzał się po miejscu w którym wylądował. Ze zdumieniem spojrzał na opuszczony dom, który pokazała mu niedawno Kera. Nie wiedział dlaczego wymiar znajduje się akurat w takim położeniu. Na dodatek nie wyglądał tak jak te przez które przechodził poprzednio Gorger. - Pewnie jesteś ważniejszy niż myślałem – powiedział na głos myśląc o tajemniczym budynku. Skierował swe kroki do drzwi budowli. W momencie gdy przechodził obok zapadniętej ściany, spostrzegł, że w pokoju na górze pali się światło. - Niemożliwe... Pobiegł przed siebie nie mogąc opanować nagłego bicia serca. Po drodze prawie wpadł na starszą panią. Zatrzymał się w ostatniej chwili. Chciał ją minąć, ale coś go powstrzymało. Jego serce uspokoiło się, jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Kobieta, która na niego spoglądała była tą samą, którą spotkał zanim wywieziono go do szpitala. Rozpoznał jej ostre rysy twarzy i jej zawzięty wzrok. - To pani... – wypowiedział te słowa powoli przyglądając się jej teraz z bliska. Była niższa od niego. Nie mierzyła więcej niż 170 centymetrów wzrostu. Jej siwe, długie włosy spięte były w ogonek. Spływały jej po ramionach jak fontanna. Czujny, przenikliwy wzrok obdarzony był dodatkowo diabolicznym blaskiem. Nie miała ludzkich oczu. Przynajmniej Wim nigdy w swoim życiu nie widział osoby, których naturalny odcień byłby czerwień. - Witaj młodzieńcze. Miałam nadzieję, że jeszcze się tu zjawisz – powiedziała chrapliwym, wyniszczonym głosem. - O, miała pani nadzieję... – zdziwił się Wim jej odpowiedzią. Miał nadzieję, że go nie zapamiętała. - Chodź ze mną. Nie mówiła dużo. Pewnie dlatego, że za każdym razem gdy wypowiadała słowa, jej gardło musiało cierpieć katusze. W chwili gdy weszli do rozklekotanego mieszkania jej postać zaczęła się zmieniać. Z siwej, pomarszczonej staruszki przybierała postać młodej, pięknej kobiety – jaką zapewne kiedyś była. Odzyskała chód i szła teraz szybciej. Mężczyźnie zdawało się, że ma zwidy. Ale ona stała przed nim realna, jak sam dom, w którym się znajdował. - Jak to się stało? – zapytał wciąż oszołomiony jej zmianą. Jej siwe włosy były teraz ciemno kasztanowe. Twarz wcześniej pokryta olbrzymią ilością zmarszczek, złagodniała i przybrała kształt czterdziestoletniej kobiety. Jej ostre rysy jeszcze bardziej się uwydatniły. - Proszę, chodźmy do pokoju gościnnego. - Jesteś duchem? - Nie. Jestem człowiekiem z mocą. - To wszystko wyjaśnia – odparł z ironią w głosie przypominając sobie te same słowa wypowiadane wcześniej przez Artura. Weszli do niemałego pomieszczenia. Było osadzone dużą ilością kurzu, ale stare lampy jeszcze działały. Zapalone rzucały trochę światła. Wystarczająco dużo, aby Wim mógł widzieć kobietę, która bez większych ceregieli usiadła na ledwo trzymającej się sofie, wznoszącej wokół siebie dużo pyłu. Zaraz jednak zamieniła się ona w całkiem nową, podobnie zresztą jak pozostałe przedmioty w pomieszczeniu, przez co nie byli zmuszeni do siedzenia w zabrudzonym pokoju. - Usiądziesz? - Tak, oczywiście – odpowiedział przysiadając się do niej. Nie wiedział jak zacząć rozmowę. - Jestem Renee. Pochodzę z innego wymiaru. - Wim Wenders. Jestem z Ziemi.... nie wiem skąd pochodzę. Zaśmiała się słodko. Nie oczekiwała od niego, by powiedział jej o swoich korzeniach. - Dlaczego tu przyszedłeś Wim? - Moja przyjaciółka mnie tu zaprowadziła. Chciała się podzielić swoimi wrażeniami. Miała nadzieję, że zauważę to samo co ona. - I miała rację... Wiesz co ona chce teraz zrobić z tym miejscem? - Z tego co wiem to nic. Chce zostawić je tak jak jest. Zmarszczyła brwi jakby była to odpowiedź, której nie chciała usłyszeć. - Wim, wiesz kim jest Kera? Był zaskoczony. Najpierw Gorger, teraz Renee pytała się go kim dokładnie jest Kera. Jeśli miałby odpowiedzieć zgodnie z prawdą pewnie by oznajmił wszem i wobec, że jest jedną z osób znajdujących się blisko jego serca. Z pewnością nie pomyślał nigdy, aby ta niewinna dziewczyna mogła coś przed nim ukrywać. - Chciałbym się raczej dowiedzieć czegoś więcej o tym miejscu. - Pytaj – odparła zrezygnowanym tonem. Myślała, że Wim powie jej coś więcej o tej kobiecie. Nie mogła jednak wymagać, że znał jej wszystkie sekrety. Były także rzeczy i w jej życiu, których nie wypowiedziała nigdy na głos. - Masz moc, więc wiesz może co wydarzyło się w tym budynku? Z tego co wiem to torturowano tu mężczyznę. - Tak, mojego przyjaciela – odpowiedziała krótko i rzeczowo. - Możesz mi o tym opowiedzieć? Zwinęła dłonie w piąstki. Dotąd była opanowana, ale Wim dostrzegł, że była to tylko gra pozorów. Tak naprawdę dom skrywał tajemnicę, która musiała rozrywać klatkę piersiową kobiety od wewnątrz. - On... nie zasłużył na taką śmierć. W ogóle na nią nie zasłużył!! – krzyknęła nagle, jakby mówiła właśnie do niego i chciała żeby ją usłyszał. Zacisnęła wargi. Jakiś ból przejął jej ciało. - Nie mogę ci więcej wyznać, Wim. Przykro mi... tak się starałam... Zasapała się, a przecież nie wypowiedziała za wiele słów. Mężczyzna sprawdził jej puls, który jak się okazało był w ogóle nie wyczuwalny. Jeśli miałby wystawić diagnozę, to Renee musiałaby już być martwa od kilku minut. - Czy wolno pani wchodzić do tego budynku? – zapytał powoli i wyraźnie. Pokiwała głową, że nie. Zaraz zakrztusiła się własną śliną. Wim nie miał wyboru, jak zabrać ją na zewnątrz. Poza budynkiem było chłodno i wiał przyjemny wiatr. Słońce zdążyło się już schować za zachodem. Renne przybrała swoją prawdziwą postać. Z jakiegoś powodu pewnie tylko ten budynek ją odmładzał. - Czuje się już pani lepiej? - Tak, całkiem dobrze... – odpowiedziała ze stoickim spokojem. – Chciałam ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym. Bardzo ważnym.... - Ktoś ci nie pozwala? - Nie. Raczej coś... to potężna pieczęć. Ta sama, która więzi mojego przyjaciela w tym budynku. Mnie nie wolno otwierać ust, a on jest skazany na wieczne cierpienie..... – mówiła szybko, ale zaraz dodała wyciszonym głosem. - Musi się bardzo nudzić. Wykonał takie piękne malowidła. Wim przypomniał sobie rysunki wykonane z krwi, a także części ciała mężczyzny, o których mówiła Renee. Dostał dreszczy emocji na samą myśl co dzieje się tam każdego dnia. Wolał jednak nie przywoływać myśli, co zrobił więzień budynku, kiedy Kera zabrała jego części ciała do swojego domu. - To dlatego masz taki głos? Próbowałaś mówić, ale Tobie nie wolno. Pokiwała głową ucieszona, że ktoś ją zrozumiał, a nie uważa ją za starą wariatkę. - Nic nie można zrobić – odparła z zawiedzeniem. - A Kera może? Spojrzała na niego przerażona. Jakby samo jej imię było przeklęte. - Dlaczego tak reagujesz? Co jest złego w Kerze? – powiedział z oburzeniem. - Nie zbliżaj się do niej. Już pierwszego dnia gdy ją zobaczyłam to wiedziałam, że ona jest samym złem. Sprowadzi na ciebie poważne kłopoty. Nadal nie potrafił pojąć. Renee nie podała mu żadnej konkretnej informacji dla jakiej musiałby zmienić swoje zdanie na temat Kery. Cała ta gadanina wyglądała jakby kobieta już całkiem zdziczała przez lata, które nie mogła wymówić prawdy. - Ja jej ufam. Nie wierzę żeby zrobiła coś złego – odparł poważnym tonem. Staruszka pokręciła głową nie dowierzając w wypowiedziane przez mężczyznę słowa. - Ona jest więźniem swoich myśli – powiedziała złowrogo. Wim chciał coś dodać do rozmowy ale nagle kobieta znikła. Jakby w ogóle jej nie było. Spojrzał na okna rupieciarni. Były zgaszone. A on sam na lodowatym wietrze z burzą myśli. Nie wrócił na noc do domu. Zamiast tego zaczerpnął świeżego powietrza z morza. Nic bardziej nie mogło go uspokoić. Przemarznięty do szpiku kości spędził na plaży całą noc.

- Wim! Tata cię wołał! – zawołała do niego Kera w momencie, gdy wszedł do ich skromnego sklepu. - Cześć – przywitał się. Miał podkrążone oczy. Trochę zapuchnięte od zimnego wiatru. Spodnie u dołu były całkowicie przemoknięte. Buty wydawały chlupoczący dźwięk kiedy szedł. - Wim, gdzie byłeś wczoraj wieczorem? Nie było cię w domu – powiedziała do niego dziewczyna zmartwionym tonem widząc jego stan. Podeszła do niego i otrzepała go z drobin piasku, których nie zauważył i nie zdążył się pozbyć zanim przyszedł do gospodarstwa Rayato. - Miałem dziwny dzień... – odparł od niechcenia. Zaraz potem ściszył głos aby sprawdzić jak zareaguje na jego najświeższe informacje. – Byłem w rupieciarni... dowiedziałem się czegoś nowego. Kerze rozbłysły oczy z podniecenia. Wimowi wydało się, że zauważył tam coś jeszcze. Ale skorygował siebie za swoje głupie podejrzenia, które były wręcz bezpodstawne. Wytłumaczył się tym, że musiały się w nim pojawić zaraz po rozmowie z Renee. - Wiesz co tym razem chce Rodney? - Nie mam zielonego pojęcia – odparła wzruszając ramionami. Wyglądała tego dnia wyjątkowo pięknie. Z włosami spiętymi w ogonek. W sino różowej sukience doskonale wpasowującej się w jej talię. Na dole była postrzępiona. Ramiona odkryte, ledwo przysłonięte przez czarne wiązania. - Ślicznie dzisiaj wyglądasz. Ta sukienka dodaje ci uroku – powiedział w momencie gdy z zaplecza wyjrzał Rodney. - Że co?! – zagrzmiał z daleka jego głos. Kera i Wim podskoczyli zaskoczeni jakby zrobili coś zakazanego. Mężczyzna wiedział aby być ostrożnym w stosunku do ojca Kery. Rodney był przewrażliwiony na jakikolwiek komplement jaki otrzymywała jego kochana, najdroższa, najulubieńsza i co najważniejsze, jedyna córka. Nie pozwalał aby wręcz żaden mężczyzna się do niej zbliżał, tym bardziej jego pracownicy. - Wim! Do mnie! Wymienili spojrzenia zanim znalazł się sam na sam ze swoim pracodawcą. - Nie musisz prawić jej takich komplementów, Wim – odparł Rodney zakłopotany. - Chciałem tylko... - Jasne, jasne – powiedział ostrzej jakby podkreślając, że nie życzy sobie aby Wim kontynuował ten temat. - Co dla mnie masz? – zapytał zadając podstawowe pytanie. - Właściwie nic. Chciałem żebyś odebrał swoje wszelkie „narzędzia”. - Zwalniasz mnie? – zdziwił się, ponieważ było to wręcz niemożliwe. - Tak, Wim. Dostałem dzisiaj przeniesienie do innego oddziału. Tutaj już nie jestem bezpieczny, nie ma też tutaj odpowiedniej kadry, która mogłaby zająć się Kerą i obserwować ją przez całą dobę. Muszę wynająć do tego zadania specjalnych agentów... więc wiesz... W Wimie jakby coś pękło. To samo uczucie zaskoczyło go, gdy Andrei zadebiutowała ze swoją pierwszą piosenką. Zdał sobie sprawę, że bez Kery i Rodneya, nie pozostanie mu już w mieście żaden zaufany przyjaciel. Złapał się za serce. Wzbierał się w nim kolejny atak. „Wszystko przez te zakichane emocje i uczucia” – oburzył się sam w sobie. – „Cholera, gdyby się ich pozbyć zupełnie...” Osunął się na podłogę. Nie zwracał uwagi na Rodneya, który przestraszony stanem kumpla nie wiedział co zrobić. - Powiedz Kerze żeby tu przyszła.... Rodney kiwnął głową szybko i chaotycznie. Gdyby nie ruszył się z miejsca, pewnie nie było by wiadomo co tak naprawdę chciał tym ruchem przekazać. Wim siedział półprzytomny w zapleczu. Nie potrafił się ruszyć. Gdyby tylko pozwolił swoim myślom robić co chcą, pewnie ucierpiałaby przez niego niewinne osoby. Trzymając się za klatkę piersiową liczył wdechy i wydechy. Mierząc sobie puls powracał do siebie. Opanowywał się z minuty na minutę. Nie spieszył się. Jednak coś zupełnie innego nie dawało mu spokoju. Był pewien, że Kera już dawno powinna była zjawić się przy nim, wraz z jej ojcem. Ich nieobecność wydłużała się z chwilą jak skracało się cierpienie Wima. Gdy poczuł się lepiej, wstał i zaszedł z powrotem do sklepu. Miał jednak problem z otwarciem drzwi. Coś je blokowało. Używając zwiększonej siły wyważył je. Zaraz za nimi poleciała w dół szafka z produktami spożywczymi. Niektóre przedmioty porozrywane, walały się po podłodze. Ściany podziurawione przez jakąś broń, którą Wim doskonale znał pod nazwą karabin maszynowy. Ten jednak musiał być bezszelestny, ponieważ nie doszedł do jego uszu żaden dźwięk wystrzału. Sklep był pusty. Na podłodze przy wejściu pozostała jedynie czerwona plama. Była to jedyna oznaka pozostawiona Wimowi. Krew była rozmazana w taki sposób, że tworzyła jakiś eso-floresowy symbol. Nie był pewien przez kogo pozostawiony, ale najważniejszym priorytetem było odczytanie zawartego w nim kodu. Tylko w ten sposób mógł odnaleźć porwane ciała. - Dlatego chciał się wyprowadzić – mruknął do siebie z przekąsem. – Pewnie szukali już ciebie od tygodni. A ty nic...! – wrzasnął. Uderzył pięścią w podłogę. Nie przyniosło mu to żadnej ulgi, ale za to krzyk tak. Wyzwolił z siebie ostatnie emocje i z morderczą energią w dłoni postanowił wykończyć każdego kto zrani jego przyjaciół. Gdy wstawał poczuł się nagle bardzo lekki. W umyśle rozjaśniło mu się wszystko i poukładało. Spojrzał przelotnie jeszcze raz na znak. Rozwiązał go natychmiast. - Kera... jesteś genialna – odparł śmiejąc się do siebie. Nie potrzebował zaglądać do pomieszczenia z narzędziami. To co wychodziło z jego serca było o wiele potężniejsze od jakiejkolwiek innej broni. Wyszedł spokojnym krokiem kierując się w stronę rupieciarni. Czekało go niemiłe spotkanie. Sklep pozostał ogłuszony swoją pustością. Pozostałości krwi, świadczyły o obecności kogoś w tym chaotycznym miejscu. Ułożone w odcisk palca, koło i połówki serca.

Miał wrażenie, że nogi odrywają mu się od podłoża. Szedł szybko. Dłonie zapieczętowane w pięści. Mocno zaciśnięte, aż było widać białe knykcie. Jednak tylko ta część jego ciała pokazywała zdenerwowanie. Twarz bez emocji. W granatowych oczach, śmierć, cierpienie. Zmieszanie wszelkich złych uczuć, których nie było widać, a można było odczuć. Każdy przechodzeń spoglądał na niego przejęty, odejmowało innym mowę, a jeszcze inni reagowali trudnością złapania oddechu. Nie przejmował się niczym. Nie widział też nikogo i niczego poza swoim celem. Mieli szczęście ci, którzy nie zaczepili go po drodze. Nie był w humorze do rozmów. Sam obawiał się w głębi duszy, że jeśli wypowie jakieś słowa to one będą mordercze i niepotrzebne. Dlatego z zaciśniętymi pięściami brnął naprzód. Nie mylił się, że jego przyjaciół porwano do rupieciarni. Zatrzymał się za zakrętem przypatrując się jak wprowadzają do budynku jakiś ciężki sprzęt. Nie wyglądało na to, aby w skrzyniach jakie przenosili mogło zmieścić się ciało. Były płaskie i kwadratowe. Bardziej przypuszczał, że trzymali tam nową broń jaką zamawiał zawsze Rodney. Wyszedł z ukrycia. Nie kierował się emocjami. Nie prowadziły nim też żadne namiętności. W momencie kiedy wychynął zza kryjówki, pozbył się zbędnego balastu, który zawsze obciążał jego serce. - Panie, to teren prywatny! – zawołał jeden z przemytników. Wim nie zwrócił na niego uwagi. Przeszedł obok niego, jakby w ogóle go tam nie było. Drugi pracownik wziął mężczyznę za ramię próbując odciągnąć go na bok. Musieli załatwić swoje sprawy jak najszybciej. Czekała ich potem długa droga. - Gdzie jest państwo Rayato? – zapytał Wim stojąc w miejscu pomimo że napastnik chciał go przewrócić. - Co do ... – zagrzmiał kolejny przemytnik. Rzucili się na niego w trójkę. Wim z wdzięcznym uśmiechem na twarzy, jakby tego oczekiwał, podniósł prawą dłoń do góry. Z niej wydobył się nieprzyjemny, przejmujący chłód. Nie był to mróz jaki przynosi ze sobą zima, czy też wiatr. To uczucie przypominało zbliżanie się śmierci. Nikt nie wiedział jak wygląda śmierć, ani też nigdy się z nią nie spotkał. Ale to właśnie było TO uczucie. Każdy kto się z nim spotkał, nie musiał się dwa razy zastanawiać nad jego znaczeniem. Pracowników spowił mrok przeraźliwego cierpienia. Niekończącej się udręki. Pierwsi dwaj popełnili samobójstwo nie mogąc znieść tego beznadziejnego uczucia. Natomiast ostatni wił się na ziemi próbując przetrwać. Wim podniósł brwi nie mogąc wyjść z podziwu. Ból, który przekazał temu człowiekowi był anormalny. Nic nie mogło się z nim równać, a jednak on nie dawał za wygraną. - Masz czyste serce – pomyślał Wim zostawiając biedaka jednocześnie przerywając jego cierpienie. „A więc są na tym świecie ludzie, którzy nie są egoistami” – pomyślał uśmiechając się nieznacznie. Zaraz jednak usta przybrały normalny kształt. Powolnym krokiem skierował się do rupieciarni. Otworzył rozklekotane drzwi. Z dołu usłyszał dźwięki wydobywające się z górnego piętra. Pomyślał, że jest to pomieszczenie, w którym przesiadywał „przyjaciel” Renee. Nie wahał się jednak. Stanowczym krokiem poszedł naprzód. Schody skrzypiały pod jego krokami. Nie mógł na to nic poradzić. Wyłącznie ninja przedostałby się nimi bezszelestnie. On był zwykłym mordercą. Odgłosy z pokoju robiły się z każdym jego krokiem wyraźniejsze. Niebawem ujrzał jedną z najnieprzyjemniejszych scen w jego życiu. Otwierając drzwi pomieszczenia jego oczom stanęła Kera. Ledwo rozświetlona przez blask latarki. W swej pięknej sukience okryta krwią. Jednak nie swoją. Trzymała w ręku podłużny sztylet. Pod jej stopami spoczywało ciało Rodneya. Z martwego ciała, otwartego brzucha wychynęły wnętrzności. Poskręcane jelita i coś, co musiało kilka minut temu być płucami. Kera odwróciła się w stronę Wima. Po twarzy spływały krople krwi wymieszane z jej łzami. Zaczęły jej drżeć dłonie. - Wim... to nie ja – powiedziała cicho. Jej oczy mówiły, jej ciało i jej gesty potwierdzały ten fakt. Mężczyzna wierzył tym słowom. Chciał wierzyć. Poza nią w pokoju były jeszcze trzy osoby. Dwie wyglądający na niepozornych rzezimieszków, natomiast w trzecim Wim od razu rozpoznał wyćwiczonego mordercę. - Jak się tu dostałeś?!- zagrzmiał jeden podnosząc broń. Nie mógł pozwolić aby jakikolwiek świadek pozostał przy życiu. Nie przy jego akcji. Załadował magazynek i odbezpieczył go. Wycelował w serce mężczyzny. - Co tym chcesz zrobić? – zapytał się go Wim. - Czy to nie oczywiste? – zapytał wypuszczając z broni zabójczy ładunek. Wim zaśmiał się szyderczo przyjmując atak na siebie. Nie upadł, ani nie skrzywił przy otrzymaniu pocisku w samo serce. - Przecież go trafiłem! - Ty ośle! – wrzasnął drugi strzelając Wimowi prosto w głowę. Kolejny strzał okazał się nietrafny. Żadnych śladów po krwi. Żadnego zadraśnięcia. - Czym ty jesteś? – zapytali zaskoczeni, a zarazem przerażeni faktem, że istnieją takie istoty na tym świcie, których kule od pistoletu się nie imają. - Człowiekiem z mocą – odparł Wim nagle zdając sobie sprawę, jaką potężną siłę mają te słowa. Nie obawiał się broni palnej. Kule nawet przez niego nie przechodziły. Zdążył je w tym czasie przenieść w inne miejsce. Wszystkim kierował za pomocą umysłu. Gdyby nie powstrzymał emocji, pewnie nigdy nie udałoby mu się użyć tej okrutnej energii. Był gotowy do dalszej walki. Z zamachem rzucił w obu mężczyzn przejmującym wiatrem. Tym samym jakim obezwładnił przemytników. Powaleni tym atakiem wili się jak żmije po ziemi. Został tylko morderca i Kera. Tylko oni. - Gorger wybrał sobie dobrego następcę – przyznał jego przeciwnik. - Skąd znasz mojego „Szefa”? - Pracowałem dla jego przyjaciela przez spory okres czasu. Przyznam, że jak na nowicjusza jesteś całkiem spokojny. - Nie zachowuję spokoju, a równowagę – poprawił go Wim rzucając w nim częścią swej energii. Ten jednak atak nie zadziałał tak szybko jak na pozostałych. Został odrzucony. Natomiast Wim poleciał na ścianę otrzymując wielką szramę na klatce piersiowej. Z rany zaczęły spływać czarne krople. Z pewnością nie przypominające żadnego roztworu chemicznego jakiego Wim znał z Ziemi. Było to coś pozawymiarowego. Nagle jednak jego rany ustawały czemuś. Jego wzrok przystał na beznamiętnym wzroku Kery. Jej dłoń paliła się nieznanym blaskiem. Wokół palców jarzyły się maleńkie płomyki, przypominający płomień świecy. Zrozumiał, że posiada podobną zdolność co Andrei. Wstał z łatwością nie przejmując się swoimi ranami. Miał kogoś, kto o niego zadba, kto będzie je uleczał w czasie jego walki. Musiał się teraz „zatroszczyć” o inną osobę. Wezbrał więc w sobie siły. Kierował się samym rozumem. Żadnych uczuć. Nie mógł pozwolić im wyjść. Gdyby tylko zawładnęły nim na nowo straciłby panowanie nad swoją zdolnością. - A więc się nie poddajesz? – zaśmiał się morderca nie zastanawiając się dlaczego Wim uleczył swoje rany. - Nie mam zamiaru – odparł.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych