Dracula 2007
Jeśli ktoś nie wie jak wytłumaczyć dzieciom dlaczego Święty Mikołaj nie istnieje, to zapraszam do lektury =:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„DRACULA 2007”
Laponia, 22 grudnia 2007 roku. Odległość dzieląca sanie od pnia ogromnego drzewa malała nieuchronnie. Staruszek w czerwonym kożuchu dopił flaszkę pryty i ściągnął do siebie lejce. - W prawo Rudolfie! W prawo Łaciaty! W praw… No skręcajcie skurwysyny! Sanie powoli brały zakręt, płozy niczym szable ścięły z pobocza drogi małe choinki. Pojazd z trudem przemknął pomiędzy wiekowymi drzewami. W powietrzu coś pisknęło. Woźnica spojrzał niepewnie w górę. Czarny punkcik przez chwilę krążył w powietrzu, zniżył lot, odbił się od kilku choin i zarył w chałde śniegu. - Nietoperz! – zdziwił się woźnica i zatrzymał sanie. Z ortalionowego worka wydobył plastikowy szpadelek. Może cholerstwo jest wściekłe? – pomyślał. Lepiej wezmę gumowe rękawiczki. - Pan na północ? W stronę Espoo? – usłyszał. Na drodze stał jakiś chuderlak. - Tak, przejazdem… Podwieźć? Nieznajomy tylko kiwnął potakująco głową i wgramolił się na miejsce dla pasażera. Był jakiś dziwny. Nos orli, teraz chyba złamany, gębę miał bladą i podrapaną. Żałosny wygląd dopełniała brudna, koronkowa koszula i czarny, postrzępiony płaszcz. Dziwak, pomyślał starzec. Pewnie mu zimno… - Masz, napij się, blady jakiś jesteś – podał chudemu bidon z cuchnącą cieczą. Przybysz wychylił łyk i zaraz się zakrztusił. Model, zastanowił się staruszek lustrując smukłe, kredobiałego koloru dłonie pasażera. Palce miał długie, zakończone czarnymi paznokciami. Rózgę dam temu Arcadiusowi! Żeby tak cholera swoich modeli ubierać! - Pan jest może z wybiegu mody? - Nie, jestem tu w interesach. Szukam Świętego Mikołaja. Hrabia Drakula z tej strony, dla przyjaciół Władek. - Święty Mikołaj – podał hrabiemu dłoń. - Eee, ale ja na serio jestem Drakula, Wlad Palownik… I szukam Świętego Mikołaja. - No toś znalazł mordeczko! Hrabia przyjrzał się uważnie Świętemu, ukradkiem porównując jego sylwetkę z postacią uwiecznioną na wymiętej pocztówce. Długa broda, siwe włosy i piwny brzuch niby się zgadzały. Czerwony strój, renifery i sanie też były takie jak trzeba, ale to była Laponia, a ten tu wesoły dziadek, dziwnie się ślinił i śmierdział gorzelnią. Nie wierzy mi chuda małpa, zezłościł się Mikołaj. - Ho ho ho! – zahuczał . Sanie przez chwilę lewitowały nad ziemią i z hukiem opadły w dół. Na Drakuli nie zrobiło to żadnego wrażenia. Kutas, pomyślał starzec wyciągnąwszy ortalionowy worek. - Dobra, czego sobie życzysz? - I to ma zadziałać? – w oczach hrabiego pojawił się dziwny błysk. - Wystarczy do środka włożyć rękę i pomyśleć czego się pragnie. Drakula przez chwilę poczochrał się po kruczoczarnych włosach. - Na przykład zestaw do golfa? - Golf, w Laponii? Czemu nie… Poszperał chwilę w worku i wyciągnął markowy kij z całym asortymentem. Wampir zlustrował kij w ręku i krzywo się uśmiechnął. - Wesołych Świąt! – krzyknął Święty. - Wesołych Świąt! – odparł hrabia i uślicznił Mikołaja kijem po mordzie… Polska. Gmina Padoły Bonowskie, 23 grudnia 2007 roku.
Paweł Toporek stał przy obórce swojego zachodzącego w ruinę gospodarstwa. Śnieg pod jego stopami barwił się powoli na ciemnożółty kolor. Nazwa jego ulubionej partii politycznej była już prawie gotowa. Jak na złość, przy słowie „ Samoo..” skończył mu się wkład. Zaklął szpetnie i podreptał w stronę drewutni z zamiarem narąbania drwa na opał. - Hej, masz chwilę? – zza płotu wychyliła się sylwetka Maciejasa. - Jasne, co nowego? Stary hipis wskazał na gazetę. „ Hieny cmentarne profanują groby.” – Paweł rozszyfrował napis. – „Nieznani sprawcy znów pojawili się na terenie Tomaszowa Lubelskiego. 22 grudnia, stróż miejskiego cmentarza przyłapał trzech bliżej nieznanych mężczyzn na bezczeszczeniu świętego miejsca. Policja zabezpieczyła dwa rozkopane groby, ponad pięćdziesiąt osikowych kołków i dwie zardzewiałe kusze. Ponadto w pobliżu znaleziono plik kartek z napisem: „Łowcy Głów Nieczystych, sp. z. o. o.” Naczelnik policji Tomaszowa Lubelskiego nie potwierdza plotek dotyczących desakracji ciał zmarłych…” - Niezła reklama – ucieszył się Paweł. Nie wiadomo kiedy, litery z brukowca zaczęły zmieniać kształty; rozbiegły się po kątach by znów zbić w całość pośrodku kartki. Z dwóch stronic powstała mała czcionka liter. Maciejas przeczytał na głos: - Depesza priorytetowa. STOP. Drużyny Łowców proszone o niezwłoczne przybycie. STOP. Spotkanie dziś dwunastej w nocy. STOP. Miejsce wiadome. STOP. Paweł Orlikowski. STOP. Wiadomość zamajaczyła przez moment, litery straciły swój pierwotny kształt rozpływając się jak po wzburzonej tafli wody, i znikły. - Co jest Paweł? Od tylu lat nie było żadnych spotkań, a teraz taka schadzka? Maciejas miał rację. Niegdyś, co miesiąc miały miejsca spotkania łowców ze wszystkich województw. Omawiano najpilniejsze sprawy, uzupełniano nabór do drużyn. W końcu radę ubili ruscy po tym jak polscy łowcy sprzeciwiły się polityce Kremla dążącego do badań nad potworami. Zwyczaje upadły, pozostały jednak granice województw które lubią się zmieniać. I tak rodziły się konflikty; a głównie wchodzenie sobie w drogę. A teraz ta cała hołota wrogich sobie zabijaków zebrać się miała w jednym miejscu. Toporka aż przeszły dreszcze. - Dobra, idziemy do Mikołaja. - W te zaspy ze trzygodzinny nam to zajmie… - Cholera, u mnie ciągnik zamarzł… Nagle na twarzy gospodarza wymalował się szeroki uśmiech. Kumplowi niezbyt się to spodobało. Fakt że Paweł się uśmiechał nie musiał wróżyć niczego dobrego, przynajmniej dla postronnych. - Mikołaj ma jeszcze za stodołą kibel? - Nie wiem. A po co ci… Nie! Człowieku, raz to może się udało, sam mówiłeś że cudem… - Nie płakaj tylko wyłaź. Brnąc w śniegu przeszli pod oparty o oborę wychodek i weszli do środka. Toporek wydukał wyuczoną formułkę zaklęć. Pokryty śniegiem dach wygódki rozświetlił się żółtym blaskiem, biały puch stopił się w miejscu gdzie przed paroma laty gospodarz wysmarował kurzą posoką pentagram. Kibel zatrząsł się, ze szpar poleciał biały dym. Huknęło! Drzwi wyleciały z gwizdem uderzając o ścianę chałupy. Sracz stał pusty. Na zewnętrznej stronie urwanych drzwi majaczył żarzący się na czerwono napis: Teleporter nr II. A potem i on znikł… …
Mikołaj nie pamiętał momentu gdy na dworze coś pieprznęło, ani też chwili gdy pocisk nieznanego kalibru przebił się przez ścianę i znikł w eksplodującym różnokolorowymi iskrami telewizorze. Gospodarz zerknął w rozerwane bebechy kineskopu. Gówno, chyba zamarznięte – zidentyfikował odłamek pocisku. - Skurwysyny! – zawył. Zza łóżka wydobył starą tetetkę, łokciem wyperswadował szybę z okna i puścił serię w stronę stodoły skąd dolatywał dym. Ktoś skradał się przy ogrodzeniu. Kuszenko wymierzył, lekko nacisnął na spust ścinając krzywy rząd sztachet. Coś świsnęło i uderzyło w futrynę okna. Była to toporkowa siekierka. - Chłopaki? Co wy tam robicie? – wykrzyczał gdy dwie usmarowane fekaliami postacie wychyliły się zza resztek ogrodzenia. - He, misję w czasie! – odparł Maciejas. – Dawaj do stodoły, ciekawie dziś będzie! Weszli. Wierzeje zamknęli za sobą. Mikołaj, poinformowany o zaistniałej sytuacji odgarnął widłami trochę słomy i otworzył małe drzwiczki do komory pod stertą siana. Zeszli schodami w dół i znaleźli się w niewielkiej pakamerze głęboko pod klepiskiem stodoły. Maciejas zapalił światło. Pięć jarzeniówek rozbłysło migotliwym światłem. Pośrodku kryjówki stała opancerzona nyska, obok, bliżej wejścia stały trzy pohitlerowskie motory z naczepką. Ściany zajmowały półki z kuszami na kołki, wisiały nasmarowane karabiny na srebrne kule , po klepisku walały się różnorakie skrzynie z amunicją. Resztę wolnej przestrzeni zajmowały cztery zapadnięte fotele i metalowe rupiecie pieczołowicie chomikowane przez Maciejasa. Czasem lubił pomajsterkować. Wsiedli do furgonu. Mikołaj wypowiedział zaklęcie; ziemia za stodołą drgnęła, śnieg wybrzuszył się i zamaskowane wrota otwarły się ze zgrzytem na boki przed wyjeżdżającą ze środka nyską, poczym zamknęły za nimi powoli. Spomiędzy drzew wyłonił się Pielgrzym. Motor załadował na tył samochodu i usiadł na pryczy obok Pawła. - Znów akcja? – spytał. - Wkrótce się dowiemy – odpowiedział znachor. Zaczynało sypać.
. . .
Okolice Ostrowca Świętokrzyskiego. 23 grudnia 2007 roku. Godzina 11. w nocy…
Stary bróg na siano otoczony był kawalkadą aut. W większości przeważały żuki, nyski, syrenki oraz starsze modele mercedesów. Czwórka łowców zaparkowała tuż przy wejściu. - To tu? – Paweł rozejrzał się wokół. - Tak mówi ta mapa… - powiedział hipis. – Wypas miejscówka. Idziemy? Kuszenko wyskoczył z wozu, przez pierś przewiesił sznurek z kuszą. Już od progu widać było że użyto tu magii; środek szopy był znacznie pojemniejszy niż wyglądało to z zewnątrz. Przedarli się między rzędami krzeseł. Paskudne oblicza obecnych tu łowców z uwagą śledziło każdy ruch grupy Kuszenki. Paru się uśmiechnęło, kilku na ich widok splunęło z odrazą, nieliczni woleli spuścić wzrok. - He, jest i drużyna z dawnego chełmskiego! – zauważył Maciejas. - Czyli nasza konkurencja – westchnął znachor. – Chodźmy dalej, tam widzę kilka wolnych miejsc. - Kurna, nawet ekipa z dolnośląskiego! Myślałem że trzebią wilkołaki na Węgrzech… - Ciszej… chyba się zaczyna – szepnął Toporek. Kilku mężczyzn wniosło na scenę mikrofon ale poza tym nie wydarzyło się nic szczególnego. Przyjezdni gadali o wszystkim i o niczym, śmiali się, wspominali dawne czasy. Kuszenko znużony sytuacją wyciągnął się na krześle i zapadł w drzemkę. - Tak, to Wlad Palownik! Drakula! – głos z głośnika obudził znachora. – Jest to pewna wiadomość wprost od watykańskich informatorów! - Gówno prawda! – odkrzyknął ktoś z obecnych na sali. – Drakulę ubito pięćdziesiąt lat temu! - Prawdę mówi! A w ogóle to po co my tu? - Chłopaki! – grzmiał z mównicy długowłosy facet. Mikołaj rozpoznał w nim dowódcę komanda z województwa bydgoskiego, Kamila Marczaka. Mimo siedemdziesiątki na karku trzymał się całkiem nieźle. - Dajcie mu dokończyć! – krzyknął stojący obok niego Paweł Andrzejewicz, telepata i łowca z świętokrzyskiego. Sala uspokoiła się na moment. - Drakula ożył! Wczoraj rano naszego czasu, wampir uprowadził w nieznanym celu Świętego Mikołaja. Prawdopodobnie podaje się teraz za niego i poluje na swoje ofiary. Jak na razie nie zanotowano żadnych wzmianek o pogryzieniach,ale to się zacznie. Mikołajowe elfy już wyznaczyły nagrodę… - I co z tego? – odkrzyknął ktoś. – A niech no tylko sukinsyn pokaże się w Polsce! To my jak zwykle, kto pierwszy ten lepszy! Krzyki poparcia dla krzykacza zagłuszyły na chwilę Andrzejewicza który starał się cos powiedzieć. - Wampir już jest w Polsce! – cedził powoli słowa. – Miał awarię i nie mamy pojęcia gdzie wylądował! I wszyscy łowcy wampirów z Watykanu już tu do nas ciągną! - O kurwa… - wypsnęło się komuś. - Współdziałajmy! – odezwał się Marczak. – mamy mało czasu, ale zdołamy wyprzedzić konkurencję. Wasz wybór! Albo działamy razem i dzielimy się nagrodą, albo każdy na swoją łapę. Lecz wtedy nie jeden z was zginie! - A ile za niego dają? Andrzejewicz wyłożył długą litanię cyfr zakończoną unijną walutą. Zapadło głuche milczenie. - Uznaję tę ciszę za obopólną zgodę! – ucieszył się Marczak. – A więc zaplanujemy to tak… . . .
- A my zrobimy to całkiem inaczej – powiedział Mikołaj gdy spotkanie uznano wreszcie za skończone. - He. Co proponujesz? – Maciejas odpalił silnik nyski. - To samo co oni, tylko że po naszemu. Słuchajcie, obstawimy jedną z chałup we wsi i problem z Drakulą sam się rozwiąże. Udaje Mikołaja, więc na pewno odwiedzi gospodarstwa. Bo jeśli się mylę to po kiego mu ten cały cyrk z tym przebraniem? - Chłopaki idą obstawić szpital w Lublinie… - wtrącił Maciejas. – Jeśli tam przyleci najpierw? - Drakula to pedant aż miło! A to krew nie taka, a to HIV można złapać… Tym
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Depciu
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…