Wróć do katalogu

Drugie Życie

Dużo sentymentalizmu i trochę własnej, życiowej filozofii. Czy można naprawić swoje błędy? Może los czasem nie jest tak okrutny jak nam się wydaje.

andrew000, opublikowano , 21 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zaczęło się od krótkiego i ledwo wyczuwalnego szarpnięcia. Krótkiego błysku przed oczami. Nic więcej. Od tej pory czas zmniejszył swoje tempo, jak w zwolnionym filmie, dostrzegalny był każdy szczegół tej sytuacji. Cała gama uczuć i myśli dzieliła dwie chwile jakby to była cała wieczność. Jakbym odwiedził swoje myśli na krótką pogawędkę z nimi przy kawce w pokoiku gościnnym mojego umysłu. Tak po prostu, pogadać o pierdołach. Jak się macie? Jakie plany? U mnie dobrze. Nie, nie trzeba. Nie jadam słodyczy. Długa rozmowa. Można by pomyśleć, że zechciałem zostać na noc nadal rozmawiając i pijąc tą samą filiżankę kawy. Ciekawe, czy napełnia się sama? A może jestem tak zaangażowany w rozmowę, aż tak mocno, że nawet nie wiem, kiedy któreś z moich uczyć podchodzi i dolewa kawy. Po prostu długa rozmowa. Po szarpnięciu pojawia się mrowienie. Jakby tysiące niewidzialnych igieł kłuło cię w to jedno, już zszarpane miejsce. Upierdliwe! Aż chciałbyś je wszystkie strząsnąć i ze wściekłości podeptać. Może sprawiłoby to, choć troszkę satysfakcji jako taka mała kara za to całe kłucie. Sorry chłopcy. Jednocześnie coś w środku zaczyna piec, jakbyś Miał tysiącwatowy grzejnik ustawiony na maksymalną moc. A może to tylko żelazko próbujące wyprasować Cię z lewej strony? Mrowienie, żar. A co potem? Później to wszystko zaczyna się mieszać w przeraźliwy i dokuczliwy ból, który krzyczy z rozpaczy że musi tu być. Bije Cię po wszystkim, co wpadnie mu pod bezlitosne pięści. Przestajesz rozróżniać poszczególne odczucia. Igły, żelazko i zszarpane ciało. Nie! Teraz wszystko przeszło na dalszy plan, jakby zostało zrzucone z podium na drugą pozycję w jakiejś groteskowej parodii wyścigu „Kto zada większe cierpienie”. Zwycięzca już znany, rywali zostawił daleko. Złoty medal dla ogromnego i niedocenionego dotąd bólu, którego nie potrafisz wytrzymać. Rozdziera cię od wewnątrz, od zewnątrz. Jest wszechobecny. Ty próbujesz z nim walczyć, ale On rozprzestrzenia się. Milimetr po milimetrze, bijąc, kopiąc, gryząc wszystko, co zastanie na swojej drodze. A ty dalej spadasz jak w zwolnionym filmie. Widzisz siebie zawieszonego jak na nitkach, jak jakaś kukiełka, pacynka, powoli spadająca w dół. Lecisz niczym ptak kierujący się ku własnej zagładzie. Wiesz o tym, ale nie potrafisz zareagować, bo myślisz tylko o bólu, który powoli rośnie w siłę. Nie ruszasz ręką, bo wiesz że sprawisz sobie więcej cierpienia. Nie starasz się nawet zmienić pozycji, bo zdajesz sobie sprawę że to nie poprawi twojego stanu. Więc spadasz dalej, szybujesz ku ziemi, myśląc i odczuwając to wszystko co cię otacza. Starasz się to zinterpretować w jakiś racjonalny sposób i nagle, całkiem niespodziewanie jest wielkie BUUM. Zadajesz sobie pytania. Dlaczego akurat JA? Dlaczego akurat TERAZ? I dochodzisz do prostej jak budowa cepa i oczywistej jak to, że słońce jest za dnia, a księżyc nocą konkluzji. Znalazłeś się w złym miejscu i złym czasie chłopie. Oni od ciebie niczego nie chcieli. Ścigali kogoś a ty akurat oberwałeś. Stanąłeś im nieświadomie na drodze. To nic, zdarza się. Mogłeś iść tędy później. Mogłeś iść inną drogą. A najgorsze jest to, że się jeszcze sam dobijasz, sprawiasz sobie sam dodatkowy ból. Silniejszy, bo niematerialny. Przyznajesz rację swojemu mętnemu umysłowi i naiwnej logiki myślenia, która po dziecięcemu stawia sprawę jasno. Wszystko spartoliłeś. Twoja wina i tyle. Do widzenia Ślepa Gienia, jak mawiał mój stary kumpel z dzieciństwa. Teraz nie wrócisz do domu. Teraz już nie ujrzysz jej więcej. Pewnie na początku stwierdzi, że siedzisz jeszcze z kumplami w barze, mimo że tego nie robisz często. Może zostałeś dłużej w pracy, bo o nadgodzinach mówiłeś już od dawna. Potem zacznie się martwić "co z tobą jest"? Dawno powinieneś wrócić a tu echo. Aż wreszcie zadzwonią ze szpitala albo przyjdzie jakiś gliniarz. Zabierze ją na komendę, wytłumaczy sprawę. Powoli spadam, aż uderzę o zimną ziemię. Gruchnę i zaoram kawałek chodnika obijając dodatkowo swoje sfatygowane ciało. To jednak nie ma żadnego znaczenia. Pierwsze miejsce zdobył BÓL, który w parze z resztą nieprzyjemności z każdym uderzeniem serca, z każdym ułamkiem sekundy narasta. Jak się spodziewałem, tak się stało. Szybując w tył, opadając o twardy beton pierwsze spadły nogi. Najpierw jedna. Odbiła się lekko wracając po chwili na swoje miejsce w dole, druga poszybowała za pierwszą robiąc podobny wiraż. Potem prawa ręka. Łopatki uderzyły w ścianę za mną, przy dźwięku łamanych kości. Potem głowa, którą zamroczyło. Na końcu jako symbol upadłego feniksa lewa ręka. Jako ostatni znak lotu, który przeminął. Nagle czas przyśpiesza. Ruchy ludzi nie są spowolnione, dźwięk nie wydaje się przytłumiony. Wszystko wraca do normy. Druga chwila, dzieląca pierwszą, od której się to zaczęło, całą wieczność. Zimny beton, który czuję pod sobą wydaję się być surrealistyczny. Gdzieś z oddali słychać nierealistyczne krzyki. Jakby wydobywały się ze starego, zniszczonego głośnika leżącego kilometry stąd. Widzę przebiegających obok mnie ludzi. Nie zwrócili na mnie uwagi, nie interesują się mną. Byłem tu przechodniem, przypadkową osobą bez imienia. Nie skierowali na mnie wzroku, nie wymienili żadnych uwag, nie raczyli mnie zapytać o cokolwiek. Pobiegli dalej. Gonią za kimś innym. Spojrzałem na swój brzuch. Ubranie całe nasiąkło i zmieniło barwę. Darmowe farbowanie tkanin na czerwono. Krzykliwy i wyróżniający się. Jestem oryginalny, co nie? Kolor nigdy nie wyblaknie. Nie da się go uprać. Nie potrzebujesz specjalnie proszku do koloru. Razem z krwią czuję, że wycieka ze mnie życie. Wycieka siła i chęć do wszystkiego. Dopada mnie rozpacz, że już jej nigdy nie ujrzę. Nigdy nie powiem Kocham, Nigdy nie przytulę. Nie pocałuję jej delikatnych ust. Nie usłyszę jej słodkiego głosu. Nie będę mógł dotknąć jej jedwabistych włosów. Nie zobaczę błysku radości w jej brązowych, lśniących oczach. Nie zapytam: Jak minął dzień w pracy, Skarbie? Nie będę mógł usłyszeć ciepłego słowa. Nigdy więcej. Wszystko spaprałem. Powoli zaczynałem się zapadać w głąb nicości. Nastała ciemność, której nie potrafiłem ogarnąć. Jakby zgaszona została oświetlająca świat niewidzialna lampka. Jakby zrzucono na mnie niematerialny, czarny aksamit. Głosy ucichły. Cichy szmer wiatru zrezygnował z gwizdania mi w ucho. Ptaki gdzieś odleciały nie racząc mnie swoją melodią. Wszystko ucichło. Nie czułem ciepłej krwi na swoim ciele. Nie było mokrej koszuli klejącej się do piersi. Nie było już nic. Wisiałem w tej pustce, zawieszony miedzy wszechświatami. Odpłynąłem.

-Cześć. Adam jestem. – Odezwałem się wtedy, tamtego pięknego grudniowego dnia. Muzyka lekko zagłuszała moje słowa. Gwar ludzi dobiegający zewsząd był troszkę większym zakłóceniem. – Jak masz na imię? Stała przy barze w jakimś młodzieżowym pubie. Kupowała właśnie coś do picia. Podobno przyszła z przyjaciółmi. Od razu ją zauważyłem. Bałem się wcześniej podchodzić. Wyglądała jak Anioł, który przybrał ludzką postać. Ciemne włosy i słodki wyraz twarzy przypominający bajki o kopciuszku z lat dziecięcych. Spojrzała na mnie swoimi przenikliwymi, brązowymi oczami i po raz pierwszy w życiu usłyszałem jej "różany" głos. -Iza. Na imię mam Iza. Nie wiedziałem, co myśleć? Podobała mi się jak diabli. Co mogłem zrobić. Mów coś myślałem. No mów COŚ. A byłem tylko zdolny wpatrywać się w jej twarz. Miała na sobie ciemną bluzkę na jednym ramiączku. Już wtedy wyobrażałem sobie jak delikatne i jedwabiście gładkie mogą być jej ramiona. Myślałem o cieple, jakie roztacza wokół siebie nadal wpatrzony w jej piękne i namiętne oczy. Lekko podniosła lewą brew. Jej twarz przybrała wyraz uprzejmie zaskoczonej sytuacją. -Eem. –Zacząłem. Pewnie niezbyt sprawnie, ale jak dzisiaj o tym pomyślę to wiedziałem tylko jedno. Moja pewność siebie nagle wyparowała. Znikła jak człowiek pod peleryną niewidką. –Jesteś z koleżankami? Kiwnęła głową nie spuszczając ze mnie wzroku. Wydawało mi się, że ujrzałem tam czające się zainteresowanie, ale nie byłem tego do końca pewny. Nigdy o to nie zapytałem. Sam nie wiem czemu? -Słuchaj. Jeżeli masz ochotę, to się przysiądź do nas. W duchu dziękowałem losowi za taki obrót sprawy, bo ja nie byłem w stanie słowa wydusić. Zatkało mnie jak się zatyka wannę. -Jasne. Dzięki. Spojrzała na mnie kokieteryjnie. Wzięła kilka napojów wyskokowych i poprowadziła mnie do stolika umiejscowionego w głębi pubu. Przedstawiła mnie znajomym w śród których grzał miejsce jeden kolega. Oczywiście nie obyło się bez haseł typu: "Kogo to poderwałaś" albo "Jaki fajny towar". Ogólnie było zabawnie. Pomyślałem, że zostałem zaakceptowany, co dodawało mi otuchy. Rozmowa kleiła się od początku jakbyśmy się rozumieli i porozumiewali na zupełnie innym szczeblu percepcji. Nie czułem się już taki zagubiony jak to zwykle ze mną bywało. Nie czułem się też opuszczony, chociaż to uczucie także nie było mi obce. Zauważyłem, że ma niesamowite poczucie humoru. W pewnych chwilach nawet myślałem, że jej domeną jest humor angielski. Inteligentna i wrażliwa z dużą wiedzą. Wszyscy byli ogólnie zainteresowani praktycznie każdym tematem. Z czasem jak wieczór mijał stając się nocą rozmawialiśmy na coraz to poważniejsze tematy. Czas uciekał jakby wcale nie istniał. W końcu Ben Jochnson mawiał „Czas to łysy oszust”. A wszyscy wiedzą jak z oszustami bywa. Kiedy chcemy by czas zwolnił, nawet nie wiemy, kiedy ucieka. Po prostu przelewa się jak wodospad. Natomiast, kiedy chcielibyśmy, aby przyśpieszył, ten jak na złość zwalnia i ciągnie się niezmiernie jak przeżuta guma. Tak. Czas to stary łysy oszust, który śmieje się i drwi z nas, bo wie że nie możemy stanąć z nim twarzą w twarz i zrobić tego samego. Piernik jeden. Pod koniec spotkania zaproponowałem krótki spacer. Bałem się, że nie zechce, że odmówi i znajdzie jakąś bezsensowną i niewiarygodną wymówkę. Jednak tak się nie stało. Miło zaskoczony ubierałem swoją kurtkę. -Ale krótki. –Stwierdziła nakładając swoją, kremową –Do najbliższej latarni. –Dodała żartując. Wychodzi mistrzostwo w angielskim humorze. Wtedy właśnie zwróciłem uwagę jak ślicznie i słodko się uśmiecha. Nie można tego do niczego porównać. Za każdym razem ile się razy uśmiechnie, jest mi mało. Zapamiętałem go na wieki.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych