Dzieci robotów
Właśnie się wynurzył, by dokonać nawrotu i przepłynąć kolejną długość, gdy poczuł uścisk na barkach. Lodowate dłonie robotów, zacisnęły się na jego ramionach i został wyłowiony, niczym drewniana kukiełka. Dwie olbrzymie maszyny – roboty strażni
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Atanazy czuł silny ucisk w brzuchu niespowodowany żadnymi dolegliwościami natury zdrowotnej. Był po prostu zdenerwowany. Czekał go wyjątkowy dzień, najważniejsza chwila w życiu każdego dwunastoletniego chłopca – spotkanie z rodzicami. Co prawda widział ich przez pierwsze kilka dni po narodzinach, ale przecież nic z tamtego okresu nie mógł zapamiętać. Wiedział, że go kochają, wiedział także, że i on powinien ich kochać, ale czuł strach przed tym, że nie zachowa się tak jak go nauczono, zapomni o instrukcjach, które mu wpajano. Kiedy pomyślał, że przez nieuzasadniony stres, jakąś głupią pomyłkę, może stracić jeden dzień pobytu na basenie lub lot wirtualnym statkiem kosmicznym, denerwował się jeszcze bardziej. Niestety, to byli jego rodzice, nie miał wyboru, musiał się z nimi spotkać, przecież go kochali. - Witaj Taziu – przywitał się niezwykle wysoki, jak się zdawało chłopcu, mężczyzna. – Wiesz kim jestem? - Moim ojcem – odparł Atanazy i uśmiechnął się grzecznie. Ojciec i bardzo chuda kobieta, odpowiedzieli równie sztucznymi uśmiechami. - A ja jestem twoją matką – kobieta odezwała się nadzwyczaj piskliwym głosem. Nie widział dotąd dorosłych ludzi, wydali mu się bardzo dziwni i gdyby ta sytuacja nie była tak piekielnie stresująca, może pomyślałby, że są zabawni. - Będziemy cię od tej chwili regularnie odwiedzać, gdyż winniśmy zbudować rodzinne więzi – zapowiedział przesadnie miłym tonem ojciec. Chłopcu zrobiło się niedobrze, ale opanował się i odparł: - Jestem szczęśliwy z tego powodu. Ojcze, matko, dziękuję, że mnie odwiedziliście, będę niecierpliwie czekał na kolejne spotkanie, a teraz musimy się pożegnać – wyrecytował bez zająknięcia. Pożegnali go w równie oficjalny, lecz także dość serdeczny sposób i zniknęli za taflą płynnych drzwi. Atanazy nie ruszając się z miejsca niecierpliwie czekał. Najgorsze było za nim. Nie było wcale tak źle jak przewidywał. Doliczył w myślach do dwustu czterdziestu, kiedy z gładkiej łososiowej podłogi, wysunął się biały walec, przewyższający chłopca o około pięć centymetrów – odkąd pamiętał, zawsze górował nad nim z tą niewielką przewagą. Na walcu wyświetlił się obraz, składający się z kilku linii, który miał symbolizować ludzką twarz. - Spisałeś się przyzwoicie – bez ogródek przemówił robot prowadzący. – Jednakże nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Chłopiec poczuł w sercu ukłucie. - Czy mógłbym zapytać, jakie popełniłem błędy? – Atanazy starał się mówić maksymalnie pokornie. Linia przedstawiając usta, wykrzywiła się wyraźnie. - Gdyby było inaczej nie zaczynałbym tej wypowiedzi – mówił pozbawionym emocji głosem. Jednak chłopcu zdawało się, a może jednak było tak w rzeczywistości, że w dźwięku emitowanym przez maszynę drga nuta irytacji. - Wyraźnie poinformowałem cię, że powinieneś wykazać się większym entuzjazmem i serdecznością. Zdaję sobie sprawę, że miewasz problemy interpretacją emocji i uczuć, ale to było niezwykle proste zadanie. Mogłeś wziąć przykład z rodziców, zachowywali się nienagannie. Czy zdajesz sobie sprawę, że teraz może być im przykro? - Wątpię, zresztą brałem z nich przykład – odburknął. Linie przedstawiające brwi ustawiły się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, najwyżej ustawionymi punktami do zewnątrz, usta zmieniły się w idealnie poziomą kreskę. Pseudotwarz robota wskazywała na niezadowolenie. - Miałeś zostać ukarany tygodniowym zakazem wstępu na basen, ale twoja krnąbrna wypowiedź zmusiła mnie do podjęcia decyzji zakazującej ci także wstępu do wirtualnej komory gier. Atanazy nie odparł nic, tylko patrzył chłodno na maszynę. Poczuł jakąś ogromną siłę, która – jak mniemał – pozwoliłaby mu roztrzaskać tego pyszałkowatego robota, a w tym momencie pomagała zachować całkowitą zewnętrzną obojętność. To było nowe uczucie, znane tylko jemu. Postanowił zachować to w absolutnej tajemnicy.
Tydzień kary ciągnął się w nieskończoność, ale kiedy minął ostatni dzień, zdawało mu się, że to była chwila. Gdy usiadł za sterami wirtualnego myśliwca, pędząc z misją zbombardowania marsjańskich rebeliantów, przechodził go dreszcz ekscytacji. Każde zbombardowane zabudowanie było niczym zniszczenie robota nauczyciela. Gasił swoje mordercze żądze, niszcząc ukrytą bazę w wojskowej symulacji, stworzonej dla młodych odbiorców. Nie mógł się zemścić w rzeczywistym świecie, robił to więc w świecie stworzonym przez komputery. Poza tym bawił się świetnie. Niestety, zdawał sobie doskonale sprawę, że życie jest sumą powinności przeplataną, jedynie od czasu do czasu, przyjemnościami. Zbliżał się czas kolejnego przykrego obowiązku. Gdy ponownie ujrzał rodziców był znacznie pewniejszy, oswoił się z widokiem pary wysokich i chudych ludzi. Pragnął tylko jednego – odbębnić cały rytuał i wrócić do codziennych czynności. Atanazy nienawidził zmian. Kiedy raz na kwartał spotykał się z innymi chłopcami i mogli rozmawiać bez robotów kontrolnych, dziwił się jak bardzo się od nich różni. Może nie od wszystkich w podobnym stopniu, jednakże przerażała go dziecięca ciekawość rówieśników. Łaknęli tych spotkań, wymiany informacji, szukali najdrobniejszych różnic, drżeli na myśl o jakimś nowym wydarzeniu, które mogło nastąpić w świecie zaprogramowanym przez komputery. On chciał tylko uczyć się, grać w gry wirtualne i uprawiać sport.
- Taziu mamy dla ciebie niespodziankę – powiedział ojciec, gdy zakończyli wstępne powitania – pewnie jeszcze nie widziałeś czegoś podobnego, to będzie dla ciebie wielkie zaskoczenie. Atanazy ledwo ukrył irytację. - Jestem taki podekscytowany – odparł z ironią w głosie. Rodzice jednak jakby nie zauważali tej zgryźliwości. Uśmiechali się nadal, szczerząc białe i proste zęby. Ojciec wyjął z kieszeni komunikator i skierował wyświetlacz na podłogę. Ukazał się trójwymiarowy hologram przedstawiający kobietę. Z tym, że była to kobieta bardzo młoda, właściwie wyglądała na młodszą od Atanazego. - To dziewczynka – zawyrokował chłopiec. - Dokładnie. Czy widziałeś kiedyś dziewczynkę? – zapytała matka. - Nie. Nie widziałem nawet wirtualnego obrazu. Dlaczego mi ją pokazujecie? – Atanazy zapomniał całkowicie o grzecznym tonie. Matka uśmiechnęła się nieznacznie. - To twoja młodsza siostra. Atanazy spojrzał na hologram, później na rodziców, zmarszczył czoło i odparł: - Dziękuję serdecznie, że mi ją pokazaliście. Jestem szczęśliwy, że mam siostrę. Rodzice spojrzeli na chłopca bez wyrazu, ale ten brak mimiki w jakiś sposób wydawał mu się nader wymowny. Czuł, że ich spokój, wyraża nie opanowanie, lecz zdziwienie. - Cieszy nas bardzo twoja reakcja, synku – stwierdził ojciec. – Obawialiśmy się, że możesz być niezadowolony. - Dlaczego? Przecież to moja siostra – odparł spokojnie. - Cóż, to było błędne przeczucie. Mamy nadzieję, że niebawem ją poznasz. Atanazy uśmiechnął się szczerze. Gdy się wreszcie pożegnali i chłopiec wracał do swojej kabiny, szedł spokojnie, a na jego twarzy malowało się rozluźnienie. Robot prowadzący nie mógł mieć zastrzeżeń do jego zachowania. Atanazy jednak czuł gniew. Wściekłość paliła jego serce. Chciał, aby wszystko wróciło do normy.
***
Doktor Herbart odsunął się od wyświetlacza i westchnął głęboko. Coś go niepokoiło. Nie martwiło go, że koledzy z Instytutu Wychowania Dzieci, znów będą kpić z jego teorii. Nie martwił się, że dyrektor kolejny raz będzie go przekonywał, że czas zakończyć projekt z braku wyraźnych rezultatów. Martwiło go zachowanie obiektu, ten pozorny spokój. Bowiem doktor Herbart był przekonany, że chłopiec nie jest zdrowy. Dlaczego więc instrumenty nie wskazywały żadnych istotnych reakcji emocjonalnych, gdy pokazano Atanazemu siostrę? Wziął kubek z kawą, gdy przez drzwi do gabinetu przeniknął wysoki, chudy i bardzo blady mężczyzna - Witam profesorze! Rozumiem, że obserwował pan obiekt, czy może chciał się pan po prostu przywitać? – zapytał Harbert. Profesor von Kohler uśmiechnął się ciepło. - W rzeczy samej – odparł. Herbart spojrzał pytająco. - W rzeczy samej, chciałem się z panem przywitać doktorze, ale także chciałem porozmawiać o pana pracy. - Domyślam się, co chce pan powiedzieć – smutno stwierdził doktor. - Myli się pan. - Tak? – Herbart wyraźnie się zaciekawił. – Czyżby zmienił pan zdanie co do mojej teorii odnośnie obiektu? Widział pan, profesorze, zachowanie Atanazego, kilka razy okazał lekką irytację, ale wszystko wskazuje, że metody robota prowadzącego zaczynają przynosić efekty. - Doktorze – Zachichotał Von Kohler. – Nie potrafi pan udawać. Słyszę wyraźną ironię w pana głosie. Wiem, że zauważył pan to co ja. Nie bez powodu przekonałem dyrektora, aby zatrudnił pana w instytucie. Zachowanie obiektu było dziś nadzwyczaj niepokojące. - Tak pan sądzi? – zainteresował się Herbart. - Przejdźmy do mojego gabinetu – polecił profesor. – Napijemy się szkockiej, mam nową butelkę, rocznik dwa tysiące trzydziesty trzeci. Gabinet profesora w niczym nie przypominał innych pomieszczeń instytutu – brakowało w nim sterylności. Jednak dyrektor Chojnacki musiał się zgadzać na wszystkie zachcianki von Kohlera. Siostra profesora była żoną ministra socjalizacji, a poza tym naukowiec przyjaźnił się z większością wyższych urzędników. Gdy Herbart pierwszy raz ujrzał to pomieszczenie, ledwo się powstrzymał by nie wykrzyknąć ze zdziwienia. Wygląd mebli, książki na drewnianych półkach, tablica na ścianie, otwór imitujący okno, za którym wyświetlacz ukazywał drzewa, ławki i jakieś archaiczne chodniki – wszystko to kojarzyło się doktorowi z wycieczką do muzeum, albo z filmami, które musiał oglądać na historii psychologii w czasie studiów. Nie był fanem tego typu inscenizacji, więc zaraz po pierwszych odwiedzinach, przejrzał sieć w poszukiwaniu informacji na ten temat. Okazało się, że profesor to miłośnik początków dwudziestego wieku. Herbart postanowił to wykorzystać. Dokładnie przestudiował tamten okres, uczył się słów, nazw mebli i narzędzi, aby w rozmowie z profesorem nie być zaskoczonym, a czasem wręcz móc samemu zaskakiwać przełożonego. Von Kohler połknął haczyk i szybko polubił młodego doktora. Dzięki temu Herbart mógł ryzykować, prowadząc swoje śmiałe eksperymenty. Gdy usiedli w głębokich fotelach rozkoszując się smakiem i zapachem trzydziestoletniej szkockiej, profesor przeszedł do rzeczy: - Doktorze, zaczynam skłaniać się ku temu, aby przyznać panu rację. Doktor uważnie przyglądał się Kohlerowi, jednak nie próbował nic wyczytać z jego twarzy. - Jest pan pewien? – Zdziwił się Herbart. – Pamiętam, że nie odnosił się pan z entuzjazmem wobec mojej metody selekcji. Profesor uśmiechnął się półgębkiem. - Nie powiedziałem, że się zgadzam z pańską metodą, zgadzam się co do obiektu. Wydaj mi się, że miał pan po prostu szczęście. - Myśli pan, że przypadkiem wytypowałem odpowiednie dziecko? - W istocie, ale kto wie, może metoda selekcji jest słuszna. Dość powiedzieć, że jeśli obiekt okaże się odpowiedni – ciągnął profesor – otrzyma pan zgodę na kontynuowanie dalszych badań nad dziećmi. Może okaże się wtedy, że ma pan rację. - Profesorze, nie rozumiem pańskich motywów. Nadal nie wierząc w moją teorię, popiera pan eksperyment, który prowadzę? Von Kohler zaśmiał się głośno, doktor pierwszy raz widział tak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Obłuda.T
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…