Wróć do katalogu

Dzielnica Samobójców cz. I

opowiadanie sf i smutna wizja niedalekiej przyszlosci. niedoszly samobojca, nowa rasa podludzi, walka o przetrwanie... itd...;)

dominik, opublikowano , 28 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dochodziła druga w nocy. Już od prawie godziny tkwił na krawędzi wieżowca, planując rzucić się w dół. Nie potrafił. Bał się lotu, przedśmiertnej paniki spadania. Czuł do siebie złość. Nawet tego nie umiał zrobić dobrze. Palił papierosa za papierosa, aż do pojawienia się zawrotów głowy. „Może chociaż spadnę”, myślał. Dym krążył w jego czaszce, torując sobie drogę pośród myśli. Miał swoje powody. A najważniejszym spośród nich było znudzenie i brak celu. Tyle razy próbował wmówić sobie, że cel nie istnieje. Że trzeba nauczyć się żyć bez niego, jednak nie umiał. Ciągle czuł, że marnuje czas dany mu przez otoczenie na swoje bzdurne życiowe rozterki rozpieszczonego gówniarza. Próbował zejść na ziemię. Dosłownie. Też jednak nie umiał. Dorywcze prace, których się podejmował i desperackie próby skończenia studiów na prestiżowym Uniwersytecie Oblężonego Miasta, skończyły się fiaskiem. Zostało tylko czekać. Na coś. Jednak nic się nie pojawiło. Już trzydziesty czwarty rok mijał od Mutacji. Jego rodzice to przeżyli, udało się im stanąć na nogi i dojść do czegoś w życiu. Naturalne było więc to, że i on do czegoś dojdzie. Czuł na sobie presję, której nie miał ochoty dźwigać. Nie chciał też wyjechać, zacząć od nowa. Chciał skończyć. Zniknąć. Skoczyć. Ale nie potrafił. Po raz kolejny spojrzał w dół. Kotłował się nad nim tłum trupów, stworzeń, które niczym inny gatunek, kolejne, wsteczne jednak stadium ewolucji wdarło się w szczęśliwą cywilizację ludzi, niwecząc jej świetlaną przyszłość. W rzeczywistości te stworzenia, symbol degradacji rodzaju ludzkiego, były jak najbardziej żywe. Zbyt żywe. Ich martwy, nierozumny wzrok przypominał tylko zombie ze starych filmów. Poza tym uszkodzenie mózgu, spowodowane Mutacją, doprowadziło do zmian psychicznych i do ograniczenia sprawności fizycznej. Poruszali się dość wolno, mniej sprawnie od ludzi. Stąd nazywano ich „żywymi trupami”. Jednak rzeczywistość dalece odbiegała od filmu. Ta część miasta należała do nich. Dlaczego chciał umrzeć tam? Sam nie był pewien. Wiedział, że wyświadczy im przysługę, wręcz „spadnie z nieba”, rzucając się pod nogi głodny stworzeń. One też miały ciężko. Zima nigdy im nie sprzyjała, zwierząt nie było, ptaki odleciały. A żywi już od lat nie zapuszczali się w Dzielnicę Samobójców. No tak – nazwa bardzo wdzięczna i właściwa. Był jeszcze jeden powód jego obecności. Jego rodzina nigdy nie będzie szukać go w tym miejscu. Władze nie prowadziły tu poszukiwań, twierdząc, że to zbyt ryzykowne. Słusznie. Ci, którzy z własnej woli tu przychodzili, i tak chcieli umrzeć. Nie było sensu narażać tych, którzy chcieli żyć dla jednostek zepsutych, zblazowanych, bez woli życia. Władze Oblężonego Miasta całe lata temu zamknęły tę dzielnicę, broniąc dostępu do niej. Nie można było wejść do Dzielnicy, trupy nie mogły z niej wyjść. Tak to było urządzone. Reszta miasta żyła swoim rytmem, wmawiając sobie, że to możliwe. Twierdza stwarzała pozory normalnej egzystencji, chociaż cywilizacja zdawała się nie mieć przed sobą przyszłości. Poza miastem był tylko las – las trupów. Wszelkie próby kolonizacji, powiększania obszaru miasta, kończyły się kolejnymi masakrami osadników. Nikt nie chciał mieszkać na obrzeżach. Poza tymi milionami, które nie miały innego wyjścia. Tak tworzyły się slumsy. Tak powstawał trzeci gatunek złych, zagubionych, bez środków do życia. Tak wzrastały grona gniewu. Jego rodzice pochodzili z Holandii. Matka w zasadzie była Polką. Teraz jednak nie miało to żadnego znaczenia. Wszyscy mówili jednym, uniwersalnym językiem, językiem oblężonego miasta-państwa. Takich metropolii było kilka. Wysp na martwym oceanie. Z kilkoma utrzymywany był stały, radiowy kontakt. Inne były tylko legendami, a na mapach oznaczano je specjalnym – zielonym kolorem. Złudnym kolorem nadziei. Osobiście nie wierzył, by ktoś tam jeszcze żył. W zasadzie było mu wszystko jedno. Dorianowi Saymanowi było wszystko jedno. Spoglądał zamyślony w kłębowisko „nowych”, jak ich pieszczotliwie nazywano w propagandowych filmach, wyświetlanych w kinach. W zasadzie innych nie kręcono. Nadzieja w tych trudnych czasach sprzedawała się najlepiej. Określenie „Nowi” sugerowało kolejny gatunek, istotę obok której trzeba żyć, z którą któregoś dnia da się może współistnieć. Jednak doświadczenie i wieloletnie badania nie wróżyły takiego rozwiązania. Niezmiennie wysoki poziom agresji, niezwykle niska inteligencja, żywotność, mimo wyraźnego fizycznego upośledzenia i wysoka rozrodczość – to nie dawało nadziei na symbiozę. Nie można się było z nimi porozumieć, oswoić ich – można było ich tylko zabić. Organizowali się w małe grupki, szukające jedzenia, by potem pozabijać się wzajemnie przy pierwszej znalezionej ofierze. Tak, jakby ich wszelkie próby stworzenia podstaw jakiejkolwiek społeczności, kończyły się fiaskiem. Najwyraźniej do umowy społecznej było im jeszcze daleko. Poza tym - zjadali naszych. Wręcz polowali, byliśmy ich przysmakiem. To przerażało najbardziej. Ich zwierzęca przewaga nad cywilizacją. Nasze książki i technologia przeciw ich naturalnej, zwierzęcej woli przetrwania i głodowi. Niestety rozmnażali się. Pieprzyli się i rodzili jak króliki. Dane statystyczne, z pewnością zaniżone, wskazywały na dziesięć procent przyrostu ich populacji w ciągu dwudziestu pięciu lat. Dużo. Zdawało się, że ludzkość, z całą swoją mądrością, wiedzą i osiągnięciami, zostanie skazana na zejście do drugiej ligi. Już nie jesteśmy panami świata, pomyślał. I to właśnie boli nas najbardziej. Stąd filmy o potędze, pieśni o nadziei, powieści o powrocie do zasłużonej dominacji nad światem. Właśnie tego szumu miał już dość. Miał dosyć ludzi, cywilizacji upokorzenia, ciągłych złudzeń. Zresztą już nieważne. Przedostatni papieros dogasał mu w dłoni. Skaczemy, stwierdził, i po raz kolejny tego wieczora wychylił się niebezpiecznie za barierkę.

Szarpnięcie za włosy pociągnęło go w tył. Krzyknął z bólu, papieros poleciał trzydzieści pięter w dół. Upadł na ziemię i poczuł, bardziej niż usłyszał, kroki - wszędzie wokół. Odwrócił się w przerażeniu, omiatając wzrokiem powierzchnię placu, lecz mrok oświetlały tylko odległe światła spokojnych, smutnych dzielnic ludzi. W półmroku widział rozległą powierzchnię dachu. Płaską i pustą. Wyjął swój pistolet, najnowszą zdobycz techniki, w którą zaopatrzył go ojciec – „na wszelki wypadek”. Wycelował go w mrok, ślepo mierząc gdzie popadnie. Obracał się nerwowo, by nie dać się zajść od tyłu. Czuł jednak, że broń drży mu w dłoni. Wyślizguje się z niej, spoconej i zimnej. Jego chwyt nie był pewny. On o tym wie, pomyślał. Przeciwnik musiał czuć jego strach. Niepewność czaiła się w każdym nerwowym geście chłopaka. Co gorsza, przeciwnika nie było. Plac był pusty. Żadnego dźwięku, ruchu. Daleko w dole zwierzęce odgłosy trupów. Zwykle nie wchodzą na dachy. Jednak ktoś musiał tam być. Chwycił go za włosy i rzucił na ziemię. Dym papierosowy wciąż krążył po jego głowie. Dekoncentrowało go to, dodatkowo odbierało pewność siebie. Przecież mam broń, kurwa... Mam broń! - Pokaż się, śmieciu – syknął przez zaciśnięte zęby w ciemność, w nagłym przypływie wątpliwej odwagi. Nadal nic. Może to coś jest za nim, przewieszone gdzieś przez barierkę. Chciał sprawdzić. Przerażała go świadomość, że coś może być tuż za nim. Wielokrotnie wyobrażał sobie sytuację, w której staje oko w oko z „nowym”. Kilkakrotnie widział ich z odległości kilku metrów. W ogólniaku wybierali się często na sadystyczne polowania – trupy, bez broni, uzbrojone tylko we wrodzoną agresję, były doskonałym sposobem na wyładowanie młodzieńczej agresji. Przestali, gdy jeden z jego kolegów stracił rękę. Zastrzelił się dwa dni później. To był ostatni kontakt Doriana z tymi stworzeniami, a teraz wszystko wskazywało, że jemu nie będzie dane popełnić samobójstwa. Dostał się do Dzielnicy kanałami. Ich nikt nie pilnował. Potem, przemykając wśród opuszczonych sklepów, powybijanych witryn i rozbitych samochodów dotarł do drabiny wiodącej na dach jednego z budynków. Cholernie bał się wysokości, jednak korzystanie z windy było wysoce niewskazane. Pocieszał się, że jeśli spadnie, to samobójstwo będzie miał z głowy. Myślał nawet żeby puścić drabinę już w połowie drogi – bezsensem wydawała się męcząca wspinaczka kiedy i tak miała skończyć się lotem w dół. Jednak mimo wszystko chciał to zrobić z klasą. Jednak teraz to było co innego. Po drodze do śmierci miał być strach, ból, krew, wściekłe warczenie oprawcy i odgłos pękających żył ofiary. Starał się jednak o tym nie myśleć. Zabiję jednego skurwysyna w prezencie dla mojego własnego, popierdolonego plemienia. A potem oddam im swoje ciało. Nie wcześniej. W końcu zdecydował się spojrzeć przez barierkę. Powoli zaczął się odwracać, gdy kątem czujnego oka dojrzał coś. Leżało na powierzchni dachu, płasko. Dlatego wcześniej tego nie dojrzał. Wycelował, lecz napastnik zaczęła się podnosić. Został zdemaskowany, jednak czuł się na tyle pewnie by wstać i zbliżyć się do chłopaka. Czuł strach Doriana i to dodawało mu pewności siebie. Nie wiedział, czym jest broń, nie mógł wiedzieć, że zabija na odległość. Było jeszcze coś. Gdy napastnik wstał, niedoszły samobójca z niedowierzaniem stwierdził, że to kobieta. Samica. Wszystko jedno. - Zabiję cię, suko – syknął. Jednak odpowiedział mu tylko cichy jęk, niemal miauczenie. Postać skuliła się i zaczęła pełzać po zimnej powierzchni dachu. Zdawało mu się, że słyszy cichy chichot. Bawiła się mną? A może tak naprawdę nie chciała mnie zabić. Zwątpił. Była już niecałe dwa metry od niego. Wydział ją już wyraźnie, w świetle ulicznej latarni. Władze miasta utrzymywały oświetlenie w Dzielnicy Samobójców po to, by patrolując ją z helikopterów, poznawać zwyczaje odszczepieńców. Czasem zrzucano zatrute mięso, ale szybko nauczyli się go nie jeść. Społeczność Oblężonego Miasta nie chciała zgodzić się na bombardowania. Niska skuteczność i duże straty, a nadzieja na powrót do jednej z najpiękniejszych niegdyś i nadal jednej z największych dzielnic metropolii nie pozwała podjąć zdecydowanych działań. Został sporadyczny odstrzał, jednak zwykle chowali się słysząc odgłos nadlatujących helikopterów. Nie było skutecznego rozwiązania. Pat. Wstała. Poraził go jej wzrok. Dziki ale jakby rozumny. Nadal jednak nieprzenikniony. Wielkie, błękitne oczy wpatrywały się w niego, a na brudnej twarzy pojawił się uśmiech, którym zapewne uwodziła dziesiątki, setki mężczyzn, dzikich mieszkańców Miasta. Jej ciało było bardzo młode, oceniał ją na najwyżej szesnaście lat, jednak większość dziewczyn z jego gatunku mogła pozazdrościć jej kształtów i jędrności. Jej zwierzęcość, naturalna siła objawiała się w każdym ruchu i najmniejszym geście. Wiedział jednak, że to już nie jego gatunek. [Słyszał opowieści o ludziach, którzy łapali samice „nowych” i gwałcili. Wydawało mu się to obrzydliwe. Społecznie potępiane, poniżej ludzkiej godności. Cholerna odmiana zoofilii.] Czuł różnicę. Trudno było stwierdzić czy bardziej psychiczną czy fizyczną, jednak był świadomy tego, jak wiele dzieli tego trupa i jego. Dziesiątki tysięcy lat rozwoju i fizyczność. On był słabszy. Gorszy. Mniej zwinny. Mniej – zwierzęcy. Miała na sobie poszarpane, obcisłe spodenki. Oni często nosi „ludzkie” ubrania. Mieli to ułatwienie. Ludzkość nosiła mamucie skóry, a oni dostali, niejako w spadku, spodnie levisa i koszulki benetona. Miała też obcisłą, podartą i oblepioną jakąś cieczą bluzkę. Jednak dodawała ona tylko uroku idealnym piersiom. Była bosa. Na jej stopach widać było pęcherze i odciski, spędziła tak prawdopodobnie całe życie. Musiała należeć do drugiego pokolenia, nie tych, którzy przeszli mutację a ich dzieci. Te były podobno silniejsze, naturalne. Pierwotne. Co ja tu robię. Miałem się zabić, a teraz staje mi na widok zwierzęcia. Biała skóra jej nóg, pokryta strupami, podrapana i brudna, przykuwała jego wzrok. Włosy pozlepiane w pukle wielomiesięcznym brudem, przypominała dredy. Jednak uśmiech odkrywał w niej kobietę. Gdybyś tylko była kobietą, pomyślał. Paznokcie. Długie i brudne, jednak zapewne ostre jak brzytwa. Musiał się opanować. To zwierze chciało go zabić. Pewniej chwycił broń. Poprawił palec, naciskający powoli na spust. Celował w jej głowę. Między te olbrzymie, dzikie oczy.

Wtedy zrozumiał. Ja wiem, że nie mogę jej tknąć. Ale ona nie wie, że jestem obcy. Chce, żebym zrobił z nią to, co każdy przedstawiciel jej gatunku. Nie było większego odstępstwa od normalności w świecie Oblężonego Miasta. Takie przypadki podobno miały miejsce, jednak wiązały się z potępieniem i wysokimi wyrokami Sądu Ludzi, drugiej po Partii Nadziei najwyższej władzy w mieście. Zaczęła przytulać się do jego nóg. Miała w tym wprawę. Pomyślał, że musiała być jedną z miejscowych kobiet użyteczności publicznej. Wtuliła się między jego nogi. Głową pocierała o widoczne wybrzuszenie w jego spodniach, powoli, potem coraz szybciej. Znów zaczęła cicho miauczeć. Jego nie obowiązywało już żadne prawo. Byłoby to piękne zakończenie mojej nędznej egzystencji. Ale czy mogę upaść aż tak nisko? Wtedy poczuł, że otwiera się przed nim nowy, nieznany wcześniej obszar bytu. Chciał upaść jeszcze niżej, skoro nic już nie miało sensu i wartości, pięcie się w górę było tym samym co upadek na dno. Ale po drodze na dno można więcej odkryć. Chciał wejść w to zwierze, stracić resztki swego człowieczeństwa. Stosunek z nią byłby prawie tym samym, co śmierć. Utratą samego siebie. Jednak po wiele przyjemniejszą. A potem skok. Kolejny skok w dół. To uczucie było dla niego zupełnie nowe, trochę przerażające. Jednak nie potrafił się oprzeć. Podobało mu się to. Schylił się i chwycił ją za szyję. Powoli, jednak mało delikatnie pociągnął do góry. Ich twarzy były teraz tylko kilka centymetrów od siebie. Była od niego o jakieś dwadzieścia centymetrów niższa. Czuł od niej zapach potu. Woń zakazanego miasta, ze wszystkimi swoimi rynsztokami, piwnicami i brudem. Nigdy wcześniej nie czuł się tak niemoralnie. Jednak to właśnie pociągało go w tym najbardziej, mimo strachu,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych