Dziennik narkomana
Opis poszczególnych dni z okresu początków mojej terapii
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PRZECZYTAJ ZE ZROZUMIENIEM
Bóg może wszystko Jest on w naszych sercach Uwierz w to Uwierz w siebie Wierząc w siebie wierzysz w Boga Wiara w siebie czyni cuda „Jesteś Bogiem” – możesz wszystko
Nasz dom jest w naszych sercach Kościół tak samo, Bóg jest w nas To tajemnica, która skrywa wszechświat To odpowiedź na odwieczne pytanie Zrozum by uwierzyć – uwierz by zrozumieć – AMEN
4-12-13
Bardzo mi przykro, że straciłem kontrolę nad swoim życiem. Przez ostatnie dwa lata regularnie wyrządzałem krzywdę zarówno sobie, jak i najbliższym. Liczyło się tylko, żeby zapalić wąsa, a potem następnego i jeszcze jednego, i tak aż się towar nie skończył, a jak się skończył, to cały czas i myśli poświęcone były temu by zdobyć kolejną dawkę i znowu na moment odpłynąć. To przerażające co narkotyk potrafi zrobić z człowieka. Nie ma znaczenie, czy to koks, alkohol, czy trawa, znaczenie ma tylko, jak bardzo uzależniony jesteś i ile jesteś w stanie poświęcić, by zdobyć kolejną dawkę. Jeśli chodzi o mnie, to kompletnie mnie to przerosło. Zanim zacząłem barć miałem naprawdę duże perspektywy, wielu znajomych, grono przyjaciół, kochającą dziewczynę i spore zaufanie, którym darzyli mnie rodzice. Byłem młodym dobrze zapowiadającym się, szczęśliwym człowiekiem, któremu nigdy niczego nie brakowało. Coś jednak musiało spowodować to, że wpadłem w ten narkotykowy trans. Długo myślałem co było tak naprawdę przyczyną tego wszystkiego i kiedy straciłem nad tym wszystkim kontrolę. Byłem twardy, miałem swoje zdanie, a wysoki iloraz inteligencji nie pozwalał mi nigdy zostać przez nikogo podpuszczonym. Gdy coś robiłem, robiłem to, bo tego chciałem. Dlatego w pełni biorę odpowiedzialność za swój upadek. Zanim jednak uzależniłem się od narkotyków, zdążyłem uzależnić się od czegoś jeszcze innego, a raczej od kogoś jeszcze. Mianowicie mówię tu o mojej byłej dziewczynie. Byłem z nią tak szczęśliwy, że ja pierdolę. Kochałem ją całym sercem, nie chciałem nic innego oprócz jej uśmiechu na twarzy. Miłość jest piękna, ale zarazem bywa niebezpieczna, zwłaszcza kiedy stawiamy tą drugą osobę na pierwszym miejscu ponad samych siebie. Ja naprawdę poszedłbym za nią w ogień, nawet gdyby prosiła, bym szedł przodem. Im dłużej z nią byłem, tym więcej byłem gotów dla niej zrobić, tym więcej byłem w stanie poświęcić, bo czułem, że przy niej staję się lepszy. Wszystko to było bardzo budujące, chciałem jej imponować na każdej płaszczyźnie, czy to szkoła, czy relacje z rodzicami, albo odpowiedzialność. Problem pojawił się wtedy, kiedy to (z mojej winy) mój cały świat, moja cała miłość postanowiła odejść, a ja zostałem sam i nie za bardzo wiedziałem co dalej. Jej uśmiech i obecność były moją siłą i motywacją, a gdy tego zabrakło nie widziałem już sensu w czymkolwiek. Najzwyczajniej psychicznie nie byłem gotów do tego związku, a co dopiero do rozstania. Myślę, że właśnie wtedy coś musiało we mnie pęknąć. Miłość zmieniła się w obsesję od której chciałem uciec, niestety obrałem zły kierunek. Przypalałem już wcześniej, ale wtedy czułem, że mam kontrolę, a raczej nie czułem, że ją tracę. Jednak po rozstaniu częstotliwość palenia stawała się coraz większa, a to dlatego, że powodów było więcej: imprezy, spotkania z kumplami, czy drobne niepowodzenia. Z czasem nawet zwykły spacer z psem stał się wystarczającym powodem, by się zjarać. Najgorsze jest to, że w ciągłym haju świat staje się taką iluzją, że chcąc nie chcąc sam siebie zaczynasz sukcesywnie okłamywać i nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jeżeli nie znajdziesz siły by się podnieść i żyć godnie bez nałogu, to każdy następny dzień będzie odbierał ci coraz więcej. Wiem to, bo sam straciłem prawie wszystko. Nie mam już z kim pogadać, zostali tylko ci, którzy siedzą w tym gównie tak samo jak ja i nie mogą wyjść. Nie jestem w stanie odpokutować krzywd, które wyrządziłem moim rodzicom. Cały czas miałem ich za „wrogów”, podczas gdy jedyni zostali by o mnie walczyć. To oni na nowo dali mi siłę, odwagę i wiarę bym mógł stanąć do walki o swoje życie. W walce z narkomanią niezbędne jest wsparcie bliskich, jeśli się ich jeszcze nie potraciło. Próbowałem rzucić to tutaj w Poznaniu, jednak graniczy to z cudem ze względu na środowisko i wysoką dostępność narkotyków, dlatego postanowiłem udać się na odwyk do ośrodka stacjonarnego. Mam nadzieję, że to pomoże mi zacząć na nowo i przeżyć resztę życia w szczęściu i zdrowiu.
15-12-13 Minęło już kilka dni od mojego przyjazdu do Jordanowa. Przebywam teraz na oddziale kwalifikacji, gdzie spędza się pierwszy miesiąc terapii. Tutejszym celem jest oswoić nas z zasadami, których bezwzględnie trzeba przestrzegać, jeśli nie chce się stąd wylecieć. Są tutaj przeróżni ludzie, od komputerowców, po kryminalistów z prawdziwego świata przestępczego, którzy nie cofnęliby się przed niczym, by dostać czego chcą. Jednak ośrodek traktuje nas wszystkich równo i wymaga byśmy sami siebie nawzajem też traktowali jak równych sobie, niezależnie kim byliśmy wcześniej. Staram się być miły i uczynny, a swoje obowiązki wykonuję z dużą starannością, by życie tutaj było choć trochę przyjemniejsze. Mieszkam w pokoju z 30-letnim Tomkiem, którego męczą koszmary senne związane z jego kryminalną przeszłością i 52-letnim profesorem fizyki, biologii i psychologii, który gdzieś zbłądził i zaczął pić na umór. Nie wiem jakie kto tutaj ma intencje, cały czas trzeba mieć się na baczności, nie wchodzić w toksyczne rozmowy, układy i nie wychylać się z szeregu. Najlepiej jest słuchać i obserwować, a odzywać się tylko wtedy, kiedy ktoś zada bezpośrednio do ciebie pytanie. Każdy dzień tutaj to ciężka walka ze swoimi słabościami. Okres kwalifikacji ponoć jest najtrudniejszy ze względu na to, że każdy jest tu prawie nowy, i każdy ma tu inne motywacje. Są tacy jak ja, którzy przyjechali się tu leczyć, inni nie mają gdzie mieszkać i tak naprawdę są tu tylko po to by przezimować. Dla jeszcze innych Jordanowo to jedyna droga ucieczki przed wieloma ciążącymi wyrokami. Sam pobyt tutaj nic człowiekowi nie pomoże. To samemu trzeba zrozumieć, słuchać i chcieć się zmienić. Jeśli faktycznie tak jest, to ośrodek i terapeuci pomogą ci dostrzec sens tam, gdzie wcześniej go nie było. Przykładowo nie byłem u spowiedzi świętej od wielu lat, bo nie widziałem sensu dlaczego jakiś obcy gość miałby wiedzieć o moich występkach i dlaczego miałbym w ogóle mu o czymkolwiek mówić. Teraz już wiem, że spowiedź ma sens, a jej celem nie jest sama pokuta. Celem jest zrzucić ciążące nam na sercu brzemię. To logiczne, że kiedy się komuś wygadamy jest nam lżej. Ośrodek jest jak zakon, szkoła i więzienie w jednym. To takie miejsce, w którym człowiek dostaje czas, by przeanalizować swoje dotychczasowe życie. Nie należy się tu śpieszyć, w końcu właśnie po to się tu przyjechało, by uciec od pędu życia, przez który się pogubiliśmy. Uczę się tu jak żyć od podstaw. Każdy z nas traktowany jest jak dziecko, o wszystko trzeba się pytać! Codziennie przydzielane są tzw. rejony, za których czystość jesteśmy odpowiedzialni i rozliczani. Trzeba sprzątać po każdym posiłku, dodatkowo przed każdym posiłkiem należy sprzątnąć pokój. Tak więc sprzątam sześć razy dziennie, codziennie. Nie mam telefonu, ani MP3, a pieniądze moje trzyma dyżurny, kiedy chcę z nich skorzystać, muszę zapisać się dzień wcześniej na listę, tak samo z telefonem społecznym, trzeba wpisać się dzień wcześniej na listę, by następnego dnia móc porozmawiać z kimś maksymalnie 3 minuty i ani sekundy dłużej. Pierwszego dnia byłem przerażony, śmiałem się z tego, nie wiedziałem po co to wszystko. Jednak czas pomaga mi to zrozumieć. Wszystko to jest niezbędne, by leczenie mogło dobiec końca. W końcu są tu najlepsi krętacze i manipulatorzy z całej Polski, których normy życiowe zostały tak bardzo rozregulowane, że tylko tak surowe zasady mogą pomóc nam to wszystko uporządkować. Tworzymy tutaj 30-osobową społeczność. Codziennie spotykamy się na stołówce i omawiamy nasze zachowania przy terapeutach, którzy wprowadzają korekty i mówią co mamy zrobić, by zmienić się na lepsze. Jeżeli mamy zastrzeżenia co do czyjegoś zachowania, możemy pójść do dyżurnego i założyć delikwentowi sprawę, która potem na forum grupy będzie omawiana. Nie ma tu tajemnic, szeptów, czy układów, bo od razu zakładana jest sprawa. W ten sposób mamy nauczyć się mówić prawdę, nie kłamać, a problemy rozwiązywać, nie omijać. Wszystko ma tu swój powód i ma znaczenie. Na początku się tego nie dostrzega i nie rozumie. Na przykład już drugiego dnia Kowalski założył mi sprawę, ponieważ zobaczył mnie palącego papierosa na dworze w krótkich spodenkach. Jak się dowiedziałem, w mojej głowie rozpętała się burza myśli, a emocje zaczęły szaleć. Krótko mówiąc chciałem pójść i mu nakopać za to, że założył sprawę o taką błahostkę. W końcu to moja sprawa jak chodzę ubrany i czy mi ciepło. Wtedy tego nie rozumiałem, jednak czas i koledzy pomogli mi to zrozumieć. Mogłem przecież się rozchorować, zarazić kogoś, czy spowodować epidemię grypy. Do epidemii nie doszło, jednak ja sam nabawiłem się kataru i kaszlu. Teraz w pełni rozumiem postawę Kowalskiego. Trzeba dbać o swoje zdrowie. Nie ćpać to za mało. Postanowiłem, że nie będę palić wcale i wezmę się za treningi. Codziennie przed snem odmawiam modlitwę, w której dziękuję Bogu za siłę i wytrwałość w moich postanowieniach i proszę o wsparcie na następny dzień.
17-12-13
Minęły już dwa dni od mojego ostatniego wpisu. Wczoraj miałem tak zwaną samoobsługę co znaczy że zwolniony byłem z obowiązku sprzątania pokoju i rejonu. Nie znaczy to jednak że mój dzień był luźniejszy. Do obowiązków samoobsługi należy przygotowanie śniadania obiadu i kolacji dla 30-osobowej grupy oraz posprzątania po nich. Do tego dochodzi wiele innych czynności które wymagają siły i czasu. Tak więc musiałem wstać wcześniej o 6 rano i do 21 nie miałem chwili by odetchnąć. Skutki były takie że modlitwa, prośba o siłę na kolejny dzień poszła w niepamięć, a ja jak niemowlę o 22 już spałem. Dziś ewidentnie mam gorszy dzień i zastanawiam się czy może być to następstwem nie odmówionej modlitwy. Nie wiem, jednak dziś choćby nie wiem co modlitwa zostanie odmówiona. Boję się swoich myśli mogą być zdradliwe, mówią mi że już tyle zrozumiałem i że przecież warto byłoby wrócić do Poznania i spróbować żyć tak jak żyje tutaj przez ostatnich kilka dni. Pokładam niesamowitą wiarę w to że dałbym radę, tym bardziej że nie jestem sam, mam kochających rodziców na których zawsze mogłem liczyć i którzy na pewno by mnie wsparli. Nie sądziłem że to ich będzie mi tu brakowało najbardziej. Od początku pobytu tutaj rozmawiałem z nimi tylko raz i to bardzo krótko. Wiele razy chciałem do nich zadzwonić ale jak na razie stoją na drodze same przeszkody. Przykro mi było, brakuje mi ich jak nigdy. Ja mimo wielu starań zadzwonić nie mogę jednak wiem, że w drugą stronę to tak nie działa, dlatego każdego wieczoru gdy w dyżurce dzwoni telefon, biegnę z nadzieją, że to właśnie do mnie. Jednak póki co zawsze wracałem z opuszczoną głową. Dopiero dziś na grupie kamień spadł mi z serca, kiedy terapeuta Artur powiedział mi że wczoraj moja mama dzwoniła do niego by sprawdzić co u mnie. Na początku się zdziwiłem dlaczego dzwoni do niego, nie do mnie. Jednak czas pozwala wszystko zrozumieć. Moi rodzice na pewno zostali poinformowani o tym, że każda nasza rozmowa paradoksalnie zamiast dawać to odbiera mi siły. To prawda terapia polega na wyciszeniu i samokontroli, a emocje wywołane taką rozmową nie pomagają. Chore, ale to rozumiem, wiem że na pewno jest im równie ciężko jak mi i bardzo dziękuje im za to poświecenie. Najważniejsze jest by nie poddawać się emocją, które wiążą się ze wspomnieniami. To wszystko to tylko teoria, w praktyce to dużo trudniejsze, ponieważ może je wywołać dosłownie wszystko! Muzyka, zdjęcia, zapach a nawet widok pełni księżyca…
18-12-13
Wczoraj myślałem że miałem myśli wyjazdowe. Jednak to dziś odczułem co to tak na prawdę znaczy. Ciężko mi pisać, bo chyba jeszcze do końca nie ochłonąłem, a moje myśli są nie poukładane. Wszystko było dobrze do momentu kiedy przyszedł czas na moją „przyjęciówkę”, która polega na przedstawieniu grupie co się z nami działo zanim tu trafiliśmy. Mamy dwóch terapeutów na grupie. Artura, który jest opanowany i spokojny oraz Piotra, jego dosłowne przeciwieństwo. Trochę jak motyw z dobrym i złym gliną. Wszyscy mnie ostrzegali przed Piotrem. Podobno strasznie prowokuje, przerywa i wprowadza ciągłe korekty. Sam byłem świadkiem, jak na „przyjęciówce” Tomka przerwał mu po pierwszym zdaniu. Wprowadził korektę, którą omawialiśmy przez resztę grupy i powiedział, że ma to przemyśleć i napisać jeszcze raz. Postanowiłem przeczytać jako moją „przyjęciówkę” moje przemyślenia z dnia 4-12-13. Zacząłem czytać : „ Bardzo mi przykro, że straciłem kontrolę nad swoim życiem”. Piotr jak to miał w zwyczaju wybuchnął śmiechem i powiedział : „ Naprawdę kurwa?! Gratuluje!” Trochę mnie to wybiło z rytmu jednak czytałem dalej. Ku mojemu zdziwieniu więcej razy mi nie przerwano. Byłem chyba tu pierwszą taką osobą na oddziale. Nawet zebrałem aplauz! Poczułem się wtedy naprawdę dobrze, zwłaszcza że zadano mi pytanie czy jestem po studiach humanistycznych. Nikt nie chciał uwierzyć kiedy powiedziałem, że czwarty rok siedzę w liceum i jestem w połowie drugiej klasy. Jednak nie długo dane mi było cieszyć się tą chwilą. Wystarczyła jedna osoba ze społeczności która stwierdziła, że to co napisałem to są jakieś jaja, i od razu wszyscy zaczęli czepiać się wszystkiego. Uznali, że tak epickie wypracowanie nijak ma się co do mojej luźnej osoby. Nie mogłem już nic zrobić. Pozostało mi tylko przyjmować do świadomości informacje którymi karmili mnie koledzy z zespołu. Narastał we mnie gniew i przekonanie, że tu nie pasuje. Miałem milion myśli i pomysłów na samodzielne ukończenie terapii w Poznaniu. Czułem się bardzo pewny siebie, jednak zachowałem resztki rozsądku i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil raptor94
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…