Wróć do katalogu

Dziewczyna bez imienia

Co się zdarzyło pewnej wiosny

pawelel, opublikowano , 23 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zachodzące już słońce świeciło na tyle mocno, że musiałem mrużyć oczy chcąc dalej patrzeć w jego kierunku. Siedziałem w starym, sfatygowanym fotelu, stojącym pod ścianą pokoju, który wówczas zamieszkiwałem. Wszystko, co się wtedy w nim znajdowało, przybrało kolory z ciemnoczerwonej palety. Krążący w moich żyłach alkohol potęgował ich odbiór. Czułem się trochę jak w powojennym filmie, nakręconym w sepii. Zrobiło się jakoś dziwnie. Normalnie w pomieszczeniu, którego nie opuściłem od wielu tygodni, panowała całkowita niemal ciemność. Warstwa kurzu, pokrywająca dwa małe okienka po bokach i jedno większe, na środku, którym wyjść można było na mały balkon, tworzyła nieprzepuszczalną masę. Wystarczyło jednak otworzyć to ostatnie, ażeby zrobiło się trochę przyjemniej. Od jakiegoś już czasu przestałem zwracać uwagę na upływający czas. Liczyły się tylko okresy od otwarcia nowej butelki, do utraty przytomności. I tak w kółko. Minęło już kilka miesięcy, od kiedy rozstałem się z żoną. Właściwie sam nie wiem, dlaczego byłem z nią tak długo. Kiedyś wesoła, pełna energii, tryskająca ochotą do życia, zmieniła się w szarą postać przemykającą sporadycznie przed moimi oczyma, ślepo zapatrzoną w swoją karierę businesswoman. Mieszkaliśmy razem, ale płaszczyzny naszych egzystencji nie przecinały się już w żadnych punktach. Nie zdziwiłem się więc zbytnio, kiedy w któreś niedzielne popołudnie wręczyła mi, okalając to oczywiście kwiecistą przemową, wniosek rozwodowy. Podpisałem bez wahania, nie odezwawszy się przy tym ani słowem. Z podziałem majątku nie było problemów, ponieważ to ona zarobiła na wszystko co mieliśmy. Moja ostatnia książka nie przynosiła prawie w ogóle zysków, a prawa do poprzednich przejął mój były agent. Wykorzystał sukinsyn moment mojej niedyspozycji, wynikłej z przedawkowania alkoholu (swoją drogą, zawsze miałem ku temu tendencje) i podsunął mi do podpisania jakiś świstek. Nigdy nie ciągnęło mnie do pieniądza, także nie przejąłem się zbytnio tym faktem. Nie próbowałem nawet tego odkręcić. Słońce opuściło właśnie mały prostokącik drzwi balkonowych. Odcienie brązu powoli traciły intensywność, ażeby w końcu całkowicie zmienić się w różnego tonu szarości. Skończyła mi się whisky. Plan był prosty. Kuchnia, butelka, lód, fotel. Nie poszło jednak tak łatwo. Nogi odmówiły posłuszeństwa już w trakcie realizacji pierwszego etapu założonej trasy. Przysiadłem na chwilę na małym, włochatym dywaniku na środku podłogi w kuchni. Nigdy go nie lubiłem. Można rzec nawet, że nie raz przyprawił mnie o przypływ agresji. Umieściła go tam pewnie babka, od której wynajmowałem tych kilka metrów. W każdym bądź razie, pod wpływem pochłoniętych wcześniej promieni słonecznych, do głowy zaczęły przychodzić mi dziwne myśli. Zachciało mi się kobiety. W cielesny, pierwotny, iście atawistyczny sposób. Nigdy nie stroniłem od kobiet. One ode mnie również. Ostatnimi czasy nie czułem sie jednak na siłach odbycia podrywowego rytuału tylko po to, ażeby zaspokoić podstawowe potrzeby każdego faceta. Chciałem rozegrać to najprościej. Byłem zbyt pijany żeby iść na pieszo. Na odwiedziny w burdelu nie pozawalały mi fundusze. Trzeba było zgarnąć którąś z Pań, stojących pod latarnią w jednej z tych wąskich, ciasnych uliczek, przesiąkniętych zapachem brudu, fajek i wymiocin. Auto pożyczyłem od sąsiada z dołu. Czasem miałem wrażenie, że opuściły go już wszelakie ludzkie uczucia. Był jeszcze dość młody. Zawsze, kiedy wpadałem do niego po kluczyki do jego rzęcha, ubrany był tak samo. Krótkie, granatowe spodenki, z jakiegoś zwiewnego materiału, przetartego w wielu miejscach i przyciasna, zapięta po ostatni guzik, zielona koszula. Jego lico nigdy nie zdradzało żadnych emocji. Zupełnie tak, jak gdyby mięśnie na jego twarzy przestały istnieć. Na dodatek te puste oczy, którymi zawsze spoglądał jakby gdzieś obok mnie. Potrafił tylko potakiwać głową, w geście zgody na moje prośby. Tym razem nie było inaczej. Jeździłem po mieście przez dłuższą chwilę, zanim zorientowałem się gdzie jestem. Miałem dziwny nawyk kompletnej obojętności w wyborze trasy. Wyjeżdżałem z uliczki, przy której znajdowała się moja kamienica, skręcałem ślepo raz w lewo, to raz w prawo, ażeby po kilkunastu minutach takiej jazdy gubić się całkowicie. Poczułem, że z moją koordynacją jest już jakby trochę lepiej. Zdecydowałem się więc na spacer. Próbując zaparkować na poboczu drogi, uderzyłem prawą częścią przedniego zderzaka w małe drzewo. Wielkości wszystkich małych drzew, rosnących przy ulicach w centrum dużych miast. Zapaliłem papierosa. Szedłem przed siebie. Nie wiem, ile dokładnie trwała ta przechadzka. W głowie mam tylko urywki tej części wieczora. Widocznie nie byłem wcale tak trzeźwy. Zaczęło padać. Zawsze lubiłem gdy padało. Czułem wtedy spokój. Od dziecka miałem słabą odporność i przebywanie na dworze w trakcie deszczu za każdym razem kończyło się dla mnie przeziębieniem. W najlepszym wypadku. Miałem to jednak gdzieś. Minąłem już wiele przecznic od czasu wyjścia z auta. Przechodziłem właśnie przez jakiś skwer. Przysiadłem na ławce. Krople deszczowej wody spływały korowodem liści, scalając się i, będąc już ogromnymi, spadały prosto na moją głowę. Czułem się dobrze, swobodnie. Pierwszy raz od bardzo dawna. Przysnąłem na moment. A może po prostu tak głęboko zapuściłem się w swoje, nareszcie przyjazne, myśli. W międzyczasie zauważyłem kobietę, siedzącą na ławce kilkanaście metrów ode mnie. Ubrana była w stary, ciemny płaszcz z grubej dzianiny z wielkim kołnierzem, okalającym jej ramiona i zasłaniającym szyję. Głowę, schowaną niemal całkowicie pod nisko opuszczonym parasolem w kolorze jaśminu, przykrywał zniszczony beret. Na nogi naciągnięte miała czarne rajstopy z widocznymi, nawet z tak daleka, pojedynczymi dziurami. Do tego zgrabne kozaczki po kostkę, z wysokim dość obcasem. Wyjątkowo szpetna kompozycja garderoby samotnej kobiety po czterdziestce. Siedziała skulona, zasłaniając twarz luźnym rękawem od płaszcza. Początkowo nie zwracałem na nią uwagi. Pogrążyłem się w relaksacji. Kompletnie zapomniałem już o wcześniejszych planach. Minęło trochę czasu. Znów spojrzałem w kierunku nieznajomej. Ciągle tam była. Wciąż w tej samej pozycji. Wstałem i ruszyłem chwiejnym krokiem ścieżką prowadzącą ku niej. Usiadłem na drugim końcu parkowego mebla. Odwróciła głowę w moim kierunku i, nic przy tym nie mówiąc, wlepiła we mnie swe ogromne ślepia. Była strasznie młoda. Miała delikatną twarz, przesłoniętą połowicznie mokrymi włosami. Wpatrywałem się w nią dłuższą chwilę. Jej oczy zdawały się oddawać wielki smutek. Dygotała z zimna. Chciałem coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi. Musiało to wyglądać przekomicznie. Jak pierwsze podloty dzieciaków w przedszkolu, którzy zachwyceni urodą wybranki nie potrafią wydusić z siebie słowa. Uśmiechnęła się nieśmiało. Spuściła wzrok, ażeby za chwilę znów wlepić go w moje lico z grymasem na twarzy. Chwiejnym, kapryśnym głosem zapytała, czy mam ochotę się z nią upić. Skinąłem tylko. Wstaliśmy z ławki. Zaprosiłem ją do siebie, mimo że kompletnie nie wiedziałem gdzie się znajdujemy. Szliśmy przed siebie, w ciszy, wstępując co jakiś czas do sklepu po kolejną butelkę wina. Czytałem kiedyś teorię na temat upijania się ludzi. Mianowicie, wg niej, chodzi tu o nutkę hazardu, przemycaną w tym zjawisku. Zaaplikowawszy sobie uprzednio dawkę alkoholu można przeżyć najlepsze momenty życia, albo skończyć na dnie. Nigdy nie wiesz do końca, co się wydarzy. Właściwie nie mam zdania na temat tej koncepcji. W każdym razie, nie cierpię momentów, kiedy po przebudzeniu nie pamiętam kompletnie kilku ostatnich godzin z okresu przed położeniem się spać. Tym razem było podobnie. Podniosłem głowę i rozejrzałem się po pokoju. Byłem we własnym mieszkaniu. Siedziałem w fotelu, z którego kilka godzin temu wyruszyłem. Mocny ból głowy niemal nie pozwalał otworzyć mi oczu. Starając się przypomnieć sobie cokolwiek z ostatniej nocy, zacząłem rozglądać się po pokoju. Pomieszczenie rozświetlało światło księżyca, świecącego bardzo intensywnie tej nocy. Wpadało przez otwarte okno, którego zapomniałem zamknąć przed wyjściem. Od razu zwróciłem uwagę na łóżko, stojące na środku pokoju. Leżała na nim dziewczyna z parku. Spała. Przyjęła jakąś dziwną, lekko niezdarną, pozycję, wykręcając się w różne strony. Miała na sobie czarną sukienkę do kolan, ukrytą wcześniej pod płaszczem, ozdabianą żółtymi elementami i dwoma wielkimi guzikami w kolorze kanarkowym, zapinającymi ramiączka. Wyglądała w niej bardzo zgrabnie. Wstałem z fotela i podszedłem bliżej. Na tyle, żeby dostrzec jej oświetloną twarz, na której zalegał, rozmazany deszczem, makijaż. Cerę miała liliowo śniadą, jedwabnej gładkości. Nadzwyczaj subtelne rysy, duże, pełne usta, zgrabny, pełen wdzięku nosek i ślicznie zarysowane brwi. Jej pofalowane, kasztanowe włosy średniej długości, ułożyły się do tyłu, odsłaniając smukłą szyję i delikatnie obnażone, filigranowe ramiona. Mając w pamięci jej ciemnobrązowe oczy, o przenikliwym, rozbrajającym spojrzeniu, nad wyraz duże, łagodne, szczere, jednoznacznie stwierdziłem, że właśnie w tej chwili jest mi dane przyglądać się najbardziej fascynującej kobiecie, jaką mogła stworzyć wyobraźnia. Brudna, potargana, niezgrabnie walająca się po wyrku, kipiała wręcz seksapilem, a jednocześnie emanowała dziewczęcością i intrygowała niewinnością. Przysiadłem na podłodze, opierając dłonie na kolanach. Nie spuszczałem wzoru z tej olśniewającej istoty. Starałem się być możliwie cicho, ażeby przypadkiem nie wytrącić jej ze snu. Tak jakby całe piękno tego świata, cała jego dobroć, cnotliwość, powab i urok, skupiły się właśnie w niej tej nocy. Olśniony czarem jej wdzięku chciałem wydłużyć ten moment w nieskończoność, mimo, że nie miałem pojęcia jak się tu znalazła. Ludzkie potrzeby okazały się jednak silniejsze aniżeli emocjonalne uniesienia. Przysnąłem. Obudził mnie mocny wiatr, towarzyszący słonecznemu porankowi. Wpadał do pomieszczenia przez niedomknięte drzwiczki okna, delikatnie świszcząc. Natychmiast zwróciłem spojrzenie ku łóżku, kompletnie nie myśląc o dręczących mnie dolegliwościach, które w normalnych warunkach nie pozwoliłby podnieść mi się z posłania przez cały dzień. Chciałem upewnić się, że ciągle tam jest. Była. Wyglądała jeszcze bardziej zniewalająco, choć na jej twarzy mocno zarysowało się już zmęczenie i grymas kaca. Wciąż spała, lecz w bardziej już ułożonym położeniu. Leżała na boku. Obie, delikatnie kruche dłonie, podłożone miała pod głowę, co nadawało jej dziecięcego uroku. Poczułem w sobie impuls czynu. Poszedłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic i ogoliłem się. Wygrzebałem spod wanny resztki, dawno zapomnianych, środków czystości. Nie mając pomysłu, skąd wziąć szmatę do zmywania, wyjąłem z przeładowanej pralki (za zrobienie prania zabierałem się od czasu odejścia żony) starą koszulę. Począłem sprzątać. Szło mi to wyjątkowo nieudolnie. Brak wprawy, doświadczenia, pomysłu. Ale pełen dobrych chęci. Zmyłem podłogę, wyszorowałem okna (na szczęście moja kawalerka liczyła sobie tylko jeden pokój). Pozbierałem naczynia, ażeby następnie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych