Dziewczyna z autobusu. Rozdział 1.
Lekka historia romantyczna, ale inna* niż wszystkie. Z niespodzianką w tle. * mam nadzieję, że inna.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dziewczyna z autobusu. Rozdział 1:
Nie miałem ochoty jechać. Lubiłem Warszawę. Lubiłem swoje malutkie mieszkanko do którego wracałem zwykle dopiero pod wieczór. Lubiłem chodzić po pracy do biblioteki. Lubiłem pójść w niedzielę do kościoła, jak co tydzień, na 10:00, potem na samotny spacer do Łazienek. Ktoś mógłby powiedzieć, ze moje życie jest samotne, nudne i do bólu przewidywalne. Mi jednak ten układ odpowiadał. Robiłem już zdecydowanie za dużo ciekawych rzeczy w życiu, a większość z nich odbiła mi się czkawką. Już od pewnego czasu wszystko co mogło zburzyć spokój i przewidywalność dnia codziennego było w moim życiu niemile widziane. Poza tym najeździłem się już dość, żeby cieszyć się służbowym wyjazdem do Zieleńca.
Szkolenie miało trwać 4 dni. Przyjazd we czwartek wieczorem. Piątek i sobota zajęcia. W niedzielę leczenie kaca i powrót. Na wieczór mielibyśmy być w domu. Zajęcia od rana do 18:00, z przerwą na obiad. Potem kolacja, a po kolacji codziennie impreza. Pierwsza oczywiście już we czwartek - integracyjna, zaraz po przyjeździe. Na szkoleniu miało być około 30 osób, pół na pół panie i panowie. Impreza zapowiadała się więc ciekawie.
Ja nie piję. Nie imprezuję. Po prostu mnie to już nie kręci. Na dzisiejszej imprezie integracyjnej pojawiać się więc nie planowałem. Na żadnej z kolejnych zresztą też nie. Pamiętam zresztą te z ubiegłego roku. Było grubo. Ludzie schlali się niemiłosiernie. Kilka lasek tańczyło na stole. Potem jeszcze przez kilka tygodni krążyły plotki kto, gdzie i z kim się puścił. W tym roku powziąłem więc solidne postanowienie wyplątania się z jakże zaszczytnego przywileju uczestniczenia w tego typu rozrywkach.
Szkolenie też nie zapowiadało się za ciekawie. Zaproszona i opłacona pewnie za ciężkie pieniądze pani psycholog miała nas uczyć zarządzać sobą w czasie, być asertywnym, walczyć ze stresem i przede wszystkim motywować siebie i pracowników. Na samą myśl robiło mi się słabo. No ale cóż było robić. Praca w korporacji tak właśnie wygląda. Odbębniasz szkolenie, dostajesz certyfikat – znaczy masz kwalifikacje. Dałbym sobie rękę obciąć, że tydzień po szkoleniu połowa ludzi nie będzie potrafiła powtórzyć tego co było mówione. Szczególnie tego materiału omawianego rano, kiedy kac trzyma najmocniej. Ale dałbym sobie też rękę obciąć, że nikomu z managementu nie będzie to przeszkadzać.
Jedyna miła perspektywa jaka wiązała się z wyjazdem, to nowa książka którą zakupiłem przedwczoraj. Może wreszcie będę miał chwilę czasu, aby spokojnie poczytać. W podróży – na pewno. W czasie szkolenia – jest szansa. Przynajmniej wieczorami. Plan był bardzo prosty. Ulotnię się dyskretnie zaraz po kolacji, wezmę prysznic, wskoczę do łóżka i będę się delektował Księgą Umarłych Filozofów. Podobno rewelacyjna, choć trochę specyficzna. A może uda mi się też przemycić książkę na zajęcia?
Podróż zapowiadała się długa. Miałem jechać najpierw pociągiem do Wrocławia. Pociąg porządny. Ekspres. Firma się szarpnęła, nie ma co. Na bogato. Potem przesiadka na PKS do Zieleńca. Tam już pewnie będzie mniej ciekawie, ale za to tylko dwie godziny. Jakoś się przemęczę.
* * *
Podróż pociągiem minęła spokojnie. Nawet działała klimatyzacja. Pomysł kupienia miejscówki w środku okazał się też rewelacyjny. Te miejsca schodzą jako ostatnie. Dzięki temu, nikt nie siedział na przeciw mnie i mogłem spokojnie wyprostować nogi. No i moja książka. Okazała się naprawdę interesująca. Nie pamiętałem już kiedy po raz ostatni miałem czas, aby usiąść i czytać przez cztery godziny ciurkiem.
Szedłem teraz przez hol dworca głównego we Wrocławiu. PKS miałem za pół godziny. Czasu mało, a należało jeszcze kupić bilet i przed dalszą podróżą, zaatakować jakiś kibelek. Ciekawe czy autobus przyjedzie planowo i jak będzie wyglądał. Na klimę nie liczyłem, ale żeby się chociaż otwierało jakieś okno. Profilaktycznie wziąłem aviomarin.
* * *
Siedziałem już w autobusie. Ludzi było sporo, ale były jeszcze wolne miejsca. Zaczynałem odczuwać senność. Siedziałem przy oknie, a miejsce obok mnie było cały czas wolne. W duchu liczyłem, że nikt na nim nie usiądzie, a jeśli już, to chociaż nie będzie to postawna osoba. Zamknąłem oczy i poczułem, że zapadam w drzemkę.
* * *
- Przepraszam, można? - Z drzemki wyrwał mnie cichy kobiecy głos. Przede mną stała lekko zakłopotana dziewczyna. Blond włosy, na oko trochę po trzydziestce. - Proszę – odpowiedziałem pół przez sen, pół świadomie i kiwnąłem głową. Nie byłem zadowolony, ze ktoś koło mnie usiądzie. Jednak z dwojga złego, filigranowa postać mojej nowej towarzyszki podróży dawała nadzieję, że będę mógł w miarę wygodnie się usadowić. Dziewczyna usiadała a ja przysunąłem się bliżej okna, Ułożyłem się na ciasnym siedzeniu jak mogłem najwygodniej i znów zamknąłem oczy.
* * *
Gdy się obudziłem, dziewczyna drzemała. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przytuliła się do mnie i oparła głowę na moim ramieniu. Tak jakbym był jej mężem. Co najmniej od 10 lat. Albo chociaż chłopakiem. Trochę mnie ta poufałość zdziwiła, trochę zirytowała. Ale też połechtała moją męską dumę. - Przepraszam, ale czuję się trochę niekomfortowo – powiedziałem do dziewczyny, starając się być uprzejmym. Dziewczyna nie zareagowała. Nawet nie drgnęła. - Halo, proszę pani – powiedziałem głośniej. Dalej nic. Dziewczyna nie reagowała. Czarne myśli od razu przeszły mi przez głowę. Może coś jej się stało? Może ma cukrzycę i straciła przytomność. Może... . Kurcze. Chyba powinienem jakoś zareagować. - Proszę Pani, Dobrze się Pani czuje? - Powiedziałem jeszcze odrobinę głośniej. Ale nie za głośno. Nie chciałem krzyczeć na cały autobus, żeby nie narobić zamieszania. Dotknąłem delikatnie jej ramienia. Dziewczyna momentalnie drgnęła. Podniosła głowę. Popatrzyła na mnie lekko przestraszona. - Przpszszm – powiedziała coś bardzo cicho. Nie bardzo…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil panstanislaw
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…