Dziewięć liter
Wspomnień nieudaczny czar, czyli antyutopia...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nie wiem już, ile czasu minęło od tych pamiętnych, choć być może i banalnych wydarzeń. Wypadków właściwie. Nazwanie tych tygodni czy miesięcy przygodą również byłoby nadużyciem. Czym więc były, czym być mogły te historie, których byłem uczestnikiem, ale nie kreatorem, przed laty. I przed iloma laty?
Co spowodowało, że te wydarzenia, nieokreślone już dziś czasowo, na powrót zawędrowały do mojej świadomości, do tej części mózgu kolekcjonującej nieudolnie wspomnienia? Mógłbym powiedzieć, że zamiłowanie do porządku, ale skłamałbym, czerwieniąc się nie tylko w myślach. Może jakaś przeprowadzka, ale ja od dawna mieszkam w tym samym zagraconym domu nieopodal torów kolejowych. Może więc jakaś osoba, jakiś przyjaciel czy antagonista z lat minionych — nie, to nie oni. Może ich nie ma… Pora więc postawić na kolejną teorię, tym razem zwaną przypadkiem. Mimo że mój racjonalny, poniekąd, umysł wyklucza udział zdarzeń losowych, to tym razem muszę zaakceptować właśnie przypadek, który to pojawił się w przerwie jakiegoś nudnego meczu piłkarskiego w bloku reklamowym. Już miałem sięgnąć po pilot, by zmienić kanał, ale zamarłem podczas reklamy, przydługiej i mało zachęcającej, jakichś plastrów oczyszczających. Pewien opalony, starszawy jegomość, z werwą i uśmiechem białej protezy, przekonywał, że dzięki owym przylepcom czuje się świetnie. Na dowód tego pokazywał lekko podniszczone pięty, i, co najważniejsze, pożółkłe plastry, których biały wcześniej kolor zmienił się pod wpływem rozmaitych toksyn uwolnionych z organizmu. Metale ciężkie, aluminium, detergenty, materiały radioaktywne — wszystko to ponoć było na skrawku samoprzylepnej gazy. Komplet toksyn raptem na kilku centymetrach kwadratowych. Już niemal sięgałem po słuchawkę telefonu, by połączyć się z numerem widniejącym na ekranie. Miałem niewiele czasu, by otrzymać gratis drugi zestaw owych cudowności. Raptem dziesięć minut. Zdążyłbym, gdyby nie… Właściwie co? Właściwie kto? Licho, kot czarny, pięciolistna koniczyna. Nie — koszulka z Buzzcocks, w którą to przystroiła się inna osoba wychwalająca cudowne właściwości szmaty na kleju. Jakiś dzieciak, zapewne wnuk „głównego bohatera” reklamówki. Co więc robiła nastoletnia przyczyna moich wspomnień w telewizji? Zachwalała plastry, które nie tylko odmieniły nudny i ciężki dotąd żywot dziadka, ale i spowodowały, że mimowolna przyczyna moich wspomnień czuła się lepiej, z wyróżnieniem kończąc gimnazjum czy inną szkołę.
Mnie zaś zaczęło mdlić, na początku pomyślałem, że dlatego, iż nie zaopatrzyłem się w plastry. Ale przyczyna była gdzie indziej i w czasie mniej lub bardziej minionym. Jeszcze nie uruchomiła się machina mózgowych połączeń łączących teraźniejszość z nieobecną przeszłością. Ale czułem, że ta koszulka, te dziewięć liter, miało znaczenie… Nie wiedziałem jeszcze jakie, nie wiedziałem też, czy to, co zaczynała przypominać, działo się naprawdę. Niewiedza, jak to i niekiedy bywa, trwała na tyle krótko, by nie utrudnić codzienności, w jakiej znalazłem się na wersalce przed telewizorem.
Zacząłem kojarzyć. Nie pamiętałem daty, pora roku też na początku wydawała się jakby nieważna. Nie traciłem nadziei, wiedziałem, że musiało być coś istotnego na tyle, żeby koszulka z Buzzcocks była, wtedy przynajmniej, czymś istotnym. Może mógłbym górnolotnie nazwać ją przyczyna albo chociaż współbohaterką tamtych wydarzeń, tamtych wspomnień.
Więc byłem żołnierzem, czy z pewnością to byłem ja? Przecież imałem się wielu mniej lub bardziej legalnych sposobów, aby nie zostać obrońcą ojczyzny. Wymyślałem teorie, choroby, ideologie — a wszystko to, by nie utkwić na kilkanaście miesięcy w koszarach z bandą tryskających testosteronem i często pryszczatych kompanów. Więc nie byłem wojakiem. Już wiem — zaczepiłem się do jakichś służb zastępczych — mogłem być sanitariuszem czy śmieciarzem i pracować za psie pieniądze, zamiast czołgania się po poligonie czy porannej musztry. Wybrałem, wybrano mnie, do bycia śmieciarzem. A jak wiadomo ta niezbyt poważana, choć wymagająca, profesja także nie może się obejść bez uniformu. Widać, my śmieciarze (już pamiętam — było nas czterech), dostaliśmy stare mundury piechoty. Na początku wydawało się, że wyglądamy dumnie. Ale, niestety, wyglądaliśmy żałośnie. Nasze cyniczne spojrzenia, fantazyjnie uczesane włosy, nieogolone policzki jakoś nie pasowały do wizerunku sołdata. Co poniektórzy starają się wmawiać, że nie szata zdobi człowieka. Gdy jeden taki kiedyś powiedział mi to pod sklepem, gdzie piliśmy upalnym latem zimne piwo, to spytałem go, co więc zdobi nasze ciało, naszą próżność? Nie uzyskałem odpowiedzi. Bo splunięcie pod moje buty i słowa „spierdalaj kretynie” nie były wartościową repliką, a i ripostą co najwyżej marnego sortu.
Może nawet staliśmy pod sklepem podczas przerwy w pracy. Może stałem tam kilka dni temu…
Śmierdziało nieco — dziwny to był fetor. Nie przypominał niczego znanego mnie i moim trzem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil borsukoff
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…