Dziwy - Rusałka
Pierwsze opowiadanie z nowej serii "Dziwy" opowiadającej o różnorakich stworach, demonach i duchach, w jakie wierzyli nasi (i nie tylko nasi) przodkowie na ziemiach słowian, ale i nie tylko.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Było pochmurne, letnie popołudnie. Choć dochodziła zaledwie siedemnasta zdawało się, jak gdyby niedługo w pobliskim kościele mieli już trąbić na Apel Jasnogórski. Polną drogą, żwawym krokiem szedł przed siebie młody chłopak, Ubrany w białe sportowe buty, jasne jeansy i błękitną koszulkę z kolorowym nadrukiem. Jak każdego dnia w wakacje, wracał do domu na późny obiad, po tym jak bujał się z kumplami po miasteczku. Oglądanie samochodów, rozmowy o dziewczynach i nielegalnie - ze względu na wiek - spożywane piwo, w pobliskim parku były tym na czym upłynęły mu ostatnie godziny. Wszechobecną ciszę, mąconą jedynie brzęczeniem pszczół i innych owadów latających, przerwał nagle rockowy riff. - Taa..? - Mruknął młodzian do telefonu, który właśnie odebrał. - Kiedy będziesz? - Zapytała niecierpliwie kobieta w słuchawce. - Bo ziemniaki już stygną! - Spokojnie mamo, już jestem w drodze. Za pięć... góra dziesięć minut będę. - Odparł powoli. - No ja mam nadzieję! - Rzuciła zdenerwowana matka. - Proszę cię, Marek, że jak już nie chcesz jeść posiłków z nami, w rodzinnym gronie, to chociaż jedz o jakiejś uczciwej porze! - Dodałą z wyrzutem. - No już, wystarczy mamo. - Przerwał wywód. - Przecież zaraz będę. Pojedynczy dzwoneczek w słuchawce oznajmił, że rozmówczyni rozłączyła się. Marek westchnął ciężko i wepchnął komórkę do kieszeni. Miał nadzieję zdążyć w te dziesięć minut dojść do domu, toteż - w miarę możliwości - przyspieszył jeszcze kroku, ze zdziwieniem stwierdzając, że poczuł mocną woń fiołków. Niejako krzyżując jego plany, zza zakrętu wyłoniła się niewielka postać. Chłopakowi aż zaparło dech. Była to niewypowiedzianie piękna dziewczyna. Szła boso, a ubrana była jedynie w zwiewną zieloną sukienkę. Twarz miała jasną, bladą wręcz. Usta różowe, a oczy tak intensywnie błękitne, że Marek czuł jak powabne dziewczę spogląda mu prosto w głąb duszy. Lekko zadarty nosek i cienkie brwi dopełniały obrazu anielskiej twarzy. Najdziwniejsze jednak były jej włosy. Długie, aż za łopatki loki, kręciły się bajecznie, mieniąc odcieniami... zieleni. Dziewczyna zatrzymała się, już z daleka wtapiając swe błękitne spojrzenie w twarz chłopaka. - Cześć... - Mruknął niepewnie młody. Głos lekko mu zadrżał, a ciepło, które nagle wystąpiło mu na twarz, uzewnętrzniło się w krwistych rumieńcach. Piękna nieznajoma uśmiechnęła się delikatnie. Nabrała powietrza, jakby miała mu odpowiedzieć, przez co sukienka opięła się na jej krągłych piersiach. Marek oczywiście zauważył to natychmiast i jeszcze bardziej się zaczerwienił. Dziewczyna wypuściła bezdźwięcznie powietrze. - Jak masz na imię? - Rzekł w końcu chłopak, zebrawszy się na odwagę, jednak nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego nieznajoma przygryzła lekko wargę i mrugnęła kilka razy. Marek poczuł jak coś go chwyta za serce, a podbrzusze wypełnia się gorącem. Przy okazji zrozumiał co miała na myśli matka, mówiąc o motylkach w brzuchu, gdy zagadnął ją o to jak poznała się z ojcem. - Ty.. - zawahał się. - Ty nie umiesz mówić prawda? Młódka skinęła lekko głową. - Ja... - Zająknął się po raz kolejny. - Ja muszę iść do domu, bo martwią się już o mnie. Ale wrócę tu jutro, w południe. - Oblizał spierzchnięte nagle usta. - Będziesz? Spotkamy się? Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej. Pokiwała głową twierdząco i bez słowa odwróciła się ruszywszy w dalszą drogę. Marek, oczarowany aurą, jaką rozsiewała wokół siebie piękna nieznajoma, również podjął marsz. Odwrócił się, by spojrzeć jeszcze raz na młode dziewczę. Na drodze nie było nikogo poza nim samym. Dobre dziesięć minut później chłopak był już w domu. Dokładnie tak jak się spodziewał musiał wysłuchać kazania matki na temat swojej nieodpowiedzialności, niezdrowego trybu życia i tego, że najpewniej szybko umrze jeśli go nie zmieni... dokładnie tak jak się spodziewał znalazł oparcie w swoim dziadku, który zarzucił matce, że "zapomniał wół jak cielęciem był", a że rodzicielka Marka była raczej przy kości, obraziła się za porównanie do wołu i wyszła. - Cóżeś się chłopcze tak spóźnił? - Zagadnął dziadek siadając naprzeciwko wnuka. - Poniekąd Magda - twoja mama, znaczy się - miała rację. - Dodał. - Och i tak mi starzyku nie dacie wiary. - Uśmiechnął się młodzian i nachylił się nad talerzem. - Tylem już w życiu widział, że spróbuj mnie, Mareczku, zaskoczyć. - Odpowiedział mężczyzna i zachichotał. - Poznałem pewną dziewczynę... - Rzekł w końcu Marek. - To znaczy nie do końca, nie wiem jak ma na imię, bo ona niestety nie umie mówić. - No zdarza się, chłopcze. Ale spodobała ci się, co? - Domyślił się dziadek. - Bardzo, starzyku. - Przyznał młody, zabierając się za jedzenie. - To i dobrze. Poniekąd, dziwilim się z babcią, żeś jeszcze kole żadnej dziewuszki się nie zakręcił. - Zachichotał znów starszy mężczyzna. - Powiedz jeno.. jako wygląda twoja ukochana? - Oj tam, zaraz ukochana! - Zaczerwienił się Marek. - Przeca widzę. - Odparł spokojnie starzyk. - Starym jest i wielem, jakem rzekł, rzeczy już w życiu widział. Mnie nie zmylisz. - No dobra... - Mruknął chłopak. - Nie była zbyt wysoka... szczuplutka, a buzia jak anioł! Oczy jak ocean, głębokie i niebieskie i, starzyku, jak Boga kocham, że zielone włosy miała! Dziadek odchylił się w krześle i zbladł lekko. - Gdzieś ją spotkał? - Zapytał chłodno. Marek niemalże zakrztusił się ziemniakami słysząc nagłą zmianę w głosie dziadka. - Na polnej drodze, koło Pierchowic. Tam gdzie są trzy stawy, za laskiem. - Wyjaśnił niepewnym, drżącym głosem. Nagle poczuł się mały i osaczony, choć nie wiedział dlaczego. Dziadek spochmurniał. - Zjedz obiad i idź do siebie. Pogadamy jeszcze wieczorem, dobrze? - Mówił spokojniej. O wiele spokojniej. Jednakże wciąż dosyć sucho i chłodno. Marek stracił jakoś apetyt. Zjadł obiad, ale zupełnie nie czuł już smaku. Wiedział, że coś się stało, ale zupełnie nie miał odwagi zapytać o co chodzi. Takiego dziadka nie widział jeszcze nigdy. Wstał od stołu i poszedł do swojego pokoju. Siedział na swoim krześle, przy biurku i wpatrując się w okno, bez wyrazu, próbował zrozumieć.
*
Dionizy siedział w swoim gabinecie. Fotel poskrzypywał z cicha, gdy starszy mężczyzna wiercił się w nim. Myślał. Gorączkowo myślał, czy zasłyszana od wnuka historia nie brzmiała nazbyt znajomo. Miał złe, fatalne wręcz przeczucie. Ręce mu drętwiały i włosy na karku stawały dęba. Strach. Irracjonalny strach zdejmował go jak gdyby był małym dzieckiem, które jest świadkiem danse macabre odgrywanego przez liście i gałęzie drzew, w świetle księżyca rzucające roztańczone cienie na ściany sypialni. Skąd ja to znam? No skąd?! - Zastanawiał się. I nagle go olśniło. Poderwał się z fotela. Podbiegł do biblioteczki i zaczął szukać pomiędzy tomami maści wszelakiej. Był tam między innymi "Dekameron" Giovanniego Boccaccia, oryginalne wydanie "The Tragical History of Doctor Faustus" Christophera Marlowe, czy "Jądro Ciemności" Josepha Conrada, ale gdzieś tam za nimi, wciśnięta w głąb półki była średniej wielkości książka oprawiona w skórę i ogólnie sprawiająca wrażenie starszej niż pradziad Dionizego, Albert, który to książkę tę nabył, niby to przypadkiem na jarmarku. Dionizy podjął nieduże formatem, acz spore objętościowo tomisko i jął kartkować, uważnie obserwując co napisano na kartach, aż natrafił na stronę, przy której zbielał tak samo jak wcześniej przy stole, gdy rozmawiał z wnukiem...
Jeśliby zdarzyło się - a czasem i takie fatum zstępuje na ludzi - że niewiasta ducha wyzionęła nim za mąż wyjść zdążyła, duże jest prawdopodobieństwo, że stanie się jej dusza strapiona powodem nieszczęść wielu, dla jej dawnych znajomych, sąsiadów i wszelakich ludzi bydlących w bliskości miejsca, gdzie spędziła ona swój żywot krótki. Przyjmie ona tedy ciało nowe, piękniejsze i mocniejsze niźli to, w które przyodziana była za życia. Kusić będzie swym wdziękiem, bladym licem, a włosy pięknemi, których kolor przeznaczon przez Stwórcę był dla traw, a liści i wszelakiej roślinności. Kusić zaś będzie młodych chłopców i mężczyzn, z którymi szczęścia nie dane jej było zaznać. Jednakowóż szczęścia tego dać im ona nie może, kędy demonem się stała i jej istnienie nie miłe stało się Bogu. Dlatego też dobry Bóg, w Swej mądrości pozbawił złego ducha mowy, by choć nią nie mamił biednych przechodniów. Strzeżcie się, co by nikt nie dał urokiem się zwieść, bo niechybnie przepadnie po nim ślad wszelaki i słuch wszelki zaginie. Przeto jest ona Brzeginią, Rusałką podstępną, która choć smutna i godna żałowania jej złego losu, odpędzona musi być przez egzorcystę wprawnego, czy innego guślarza, w obrządku oczyszczającym obeznanego.
Na Bóg miły! - Pomyślał Dionizy, upuszczając rzadki egzemplarz Bestiarium i spoglądając w okno. "Zachowaj tę książkę Dionizy" mawiał kiedyś ojciec, "Powiadam ci, że i mnie, i dziadowi, i nawet pradziadowi twojemu, nie jeden raz zadziwienie, ale i ratunek przyniosła".
*
Nie wiem, o co mogło iść - pomyślał chłopak - ale mam ochotę ją spotkać. Choć raz, jeszcze raz. Ten jedyny... ale czekać do jutra? Nie wytrzymam... może ona tutejsza? Jeśli tak to przecież musi wrócić z miasta! Marek wstał i podszedł do okna. Dziadek nie wypuściłby mnie tak bez słowa wyjaśnienia, a coś mu się nie podoba. Hm... No to mu nie powiem - zdecydował i otwarł okno. Jego pokój mieścił się na pierwszym piętrze, toteż musiał się nagimnastykować, by cicho zejść po daszku nad werandą i zeskoczyć, nie zabijając się, do ogródka. Potem jeszcze tylko sus przez płot i już biegł w kierunku lasu.
*
Las był jakiś inny. Było trochę po dziewiętnastej, a jednak drzewa skąpały się już w zupełnym
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Shayn
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…