Wróć do katalogu

Elene

„Życie jest tylko przechodnim półcieniem, Nędznym aktorem, który swoją rolę Przez parę godzin wygrawszy na scenie W nicość przepada – powieścią idioty, Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą." — Makbet (Akt V, Scena V)

lukwis101, opublikowano , 23 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jej imię brzmiało Elene, przypominało wiecznie kwitnący kwiat owiany przyjemną bryzą. Pierwszy raz zobaczyłem Ją podczas zabawy karnawałowej. Przyznaję, był to niesamowity zbieg okoliczności. Nie wyszedłbym na zabawę, ale przekonał mnie mój przyjaciel, który uważał, że ostatnio za bardzo poświęcam się nauce. Cóż mogę powiedzieć na swoją obronę? Wprost nienawidzę grupowych zabaw - marnotrawienie czasu, podczas którego można zrobić coś praktycznego, na przykład uratować życie, stworzyć nowy wynalazek, dokonać odkrycia dla wyższego dobra.

Schodzę jednak z tematu... Gdy wtedy ją ujrzałem, wydawała się nierealna, zbyt niesamowita by istnieć. Jednakże odrzucała tą „przyjemność“ tańca, krzyków i zabaw. Stała z boku, próbując uniknąć tłumu tańczących, pijanych i gapiów. Ja nie mogłem oderwać wzroku, nikt zaś Jej nie zwracał na nią uwagi. Chyba wtedy uwierzyłem w te miłosne bajki - chwila głupiej słabości? - poczułem coś głęboko ukrytego w sobie. Brakowało mi jednak pewności - co to było? Pożądanie, miłość, a może szaleństwo? Na koniec i tak odkrywasz, że wszystko jest z sobą zszyste, niczym złotymi nitkami z jedwabiu, lekko pociągniesz, a zniszczysz wszystko. Chciałem do niej podejść, lecz zabrakło mi odwagi. Patrzyłem i patrzyłem, a los chciał, podchodziła w moją stronę. Skamieniałem całkowicie, gdy podniosła wzrok. Czy to ja byłem dla niej niewidzialny? Była krok ode mnie. Wpatrywała się, z wyrazem zdziwienia, po chwili uśmiechnęła się. Ten uśmiech zostanie na zawsze w mojej pamięci. Te piękne, czerwone usta, szczera, niewinna twarz i wisiorek ze szmaragdem opadający na dekolt. Jej oczy zaś... idealne pod każdym względem, szlachetne w barwie i charakterystyczne, a jednak niemożliwe do opisania, nadanie jakiegokolwiek słowa dla tego koloru byłyby obrazą i bluźnierstwem.

Mimo mego wcześniejszego oszołomienia, zdołałem się przed nią ukłonić i przedstawić. Wtedy usłyszałem jej wspaniały, czysty głos, niczym syreni śpiew. To nawiedzające mnie każdej nocy imię „ELENE“, wypowiadane przez anioła i wywołujące u mnie gęsią skórkę. Podała mi rękę, ucałowałem. Byłem pod jej urokiem, bez szansy na jakikolwiek ratunek. Zastanawiam się do dziś jednej rzeczy - czy ona też poczuła to samo? Czy może zwykła niezręczność zmusiła ją do rozmowy? Czymże innym był więc owy przypadek, jeśli nie przeznaczeniem?

Przejęła inicjatywę w naszej rozmowie - była artystką z zamożnej rodziny. Przybyła na karnawał, by posłuchać grajków ulicznych i obejrzeć przedstawienia. Żyła, wraz ze swoją rodziną, u swojego wuja, hrabiego. O swych korzeniach więcej powiedzieć nie chciała, byłem pewien jednak, że jej ród ma długą i bogatą historię. Udało mi się zaś podyskutować o muzyce. Znała wielu geniuszy, umiała grać na każdym instrumencie, jaki mógł wyśnić człowiek. Kochała muzykę, jak ja kochałem moją naukę i badania. Postanowiłem zaprosić ją w cichsze miejsce, z dala od tego całego chaosu i niewiele myśląc, zaprosiłem ją na wzgórze poza miastem. Wtedy nie obchodziło mnie, czy to było odpowiednie, teraz uznałbym to za głupotę. Zachowałem się nieodpowiednio z miłosnej gorączki. Ona jednak, zaskoczona, przyjęła moje zaproszenie.

Ten wieczór był początkiem. Nasze ręce były splecione, a my siedzieliśmy na trawie, wpatrując się w odległe gwiazdy, podziwiając ich potęgę i magię. Siedzieliśmy w ciszy, słysząc tylko odległe okrzyki zabawy i szum liści. Nie przeszkadzało nam to. Żałowałem tylko, że nie poznałem jej wcześniej, spędzając całe dnie z nosem w księgach, starając się zapomnieć o reszcie świata i bojąc się życia, miałem nadzieję, że wszystko samo się ułoży. Siedzieliśmy razem bardzo długo, lecz w końcu przeprosiła mnie i zostawiła, nie mogła zostać dłużej, nie chciała, aby jej rodzina się martwiła. Ku memu zaskoczeniu, musnęła swoimi ustami mój policzek, najpiękniejsze pożegnanie w moim życiu. Niesamowite, jak bardzo można się zmienić w ciągu jednej nocy, stając się kimś tak zranionym z powodu zakochania. Nie wiedziałem, co robię, ale chciałem poczuć to „coś“ jeszcze raz, chociaż przez chwilę.

Znałem tylko jej imię, bałem się, że już nigdy jej nie spotkam. Gdy mnie zostawilła, poczułem osamotnienie, smutek, strach... Czy nadciągał mój koniec? Możliwe. Umierałem, gniłem w tym mieście, mając nadzieję znowu ją spotkać, czułem ból, gdy niespodziewanie po paru dniach dostałem tajemniczy list z zaproszeniem na przedstawienie w operze. Oczywiste, kto to wysłał. Miłośniczka muzyki i sztuki, boska Elene! Świat znów odzyskał kolor, światło, szczęście. Jak śmieszna jest zmienność i prostota ludzkiego nastroju. Jeden przypadek, a człowiek jest wszechmocny, kolejny - a planuje swój pogrzeb. Następnego dnia stałem już od rana pod operą. Nigdzie nie było po niej śladu, uznałem, że musiałem ją przegapić. Wszedłem do wspaniałego, monumentalnego budynku i tam zobaczyłem ją po raz drugi.

Stała na scenie. Doskonała w każdym calu, jej śpiew był jeszcze bardziej idealny i zadziwiający niż jej wygląd. Nigdy nie słyszałem czegoś tak wspaniałego. Trafiłem do nieba, a była tam ze mną tylko ona, razem cierpieliśmy i razem trwaliśmy. Po przedstawieniu udało mi się z nią spotkać. Tym razem rzuciliśmy się na siebie, objęliśmy rękami. Byliśmy zakochani do szaleństwa. Kochała mnie i nie mogła przetrwać ostatnich paru dni, niepewna tak jak ja.

Przez następne lata byliśmy nierozłączni. Odwiedzaliśmy teatry, muzea, opery, podróżowaliśmy po świecie. Odkryliśmy wtedy wiele - najwięcej zaś o sobie nawzajem. Nic jednak nie mogło zmienić naszych uczuć. Miłość jest ślepa. Kto jednak miał pewność, że nie można zmienić ustalonej i wydeptanej drogi prowadzącej do czerni?

Osiedliliśmy się razem w rezydencji w pewnej małej wsi, której nazwa nie jest ważna. Wśród ogrodów białych i czerwonych róż złożyliśmy przysięgę. Nie było wielkiego wesela. Nie było niczyich protestów. Prosta, cicha i spokojna uroczystość, zamiast głośnych i hucznych hulanek, które byłyby dla nas męczące. Ogród ten jednak został dla nas wiecznym, ważnym miejscem - było piękne, zadbane, kolorowe, żywe, mieliśmy tu wspólne wspomnienia - należało do nas.

Od kiedy się wprowadziliśmy, rzadko opuszczaliśmy nasze ognisko domowe, większość koniecznych prac wykonywali służący. Czasem odwiedzaliśmy starych przyjaciół, czasami to oni odwiedzali nas. My wciąż byliśmy nierozłączni. W tamtym okresie ćwiczyła malowanie - a muszę przyznać, miała talent do tej sztuki nie mniejszy niż do śpiewania - ja zaś spędzałem dużo czasu zajmując się naszymi finansami. Z pewnością nie byliśmy biedni, jednak ktoś musiał wykonywać całą biurokrację... Czasem także kontynuowałem studia ksiąg medycznych, dotykających tematów plag i chorób. Przebywaliśmy prawie cały czas w jednym pokoju, jedliśmy razem, wieczorem odpoczywaliśmy wtuleni w siebie przed kominkiem. Można uznać, że wpadliśmy w rutynę, lecz czy istnieje coś większego, wspanialszego i bardziej ambitnego od rodziny, która trwa i jest szczęśliwa?

Żyliśmy szczęśliwie z daleka od męczącego miasta przez parę lat. Wciąż byliśmy w sobie zakochani bez opamiętania. Póki mieliśmy siebie, każdy dzień był wypełniony śmiechem, ciepłem i szczerością. Później jednak plaga zawitała na całą prowincję, na ową zarazę nie istniało jeszcze lekarstwo. Cudowna Elene była jedną z ofiar. Czy to miała być kara? Dowód na to, że nie można wierzyć w wesołą codzienność? A może skazano mnie za mą chęć wiedzy, na którą brutalny nasz Bóg nie pozwala? Nie mogłem się z tym pogodzić. Do naszego domu przyjeżdżało wiele osób - lekarzy, znachorów, a byłem nawet tak zdesperowany, by sięgać po pomoc szarlatanów. Czasem wpadała w stan euforii, odzyskują siły tylko po to, by powrócić do łoża w stanie gorszym niż zwykle, czasami wpadała na długi czas w stan przypominający śpiączkę.

Traciłem ją. Wiedziałem o tym, ona także. Jej ciało poddawało się, a jej motyla delikatność doprowadziła ją do zmian zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Jej włosy straciły blask. Oczy straciły swoją szlachetną magię. Schudła, wprost malała w oczach. Dla mnie wciąż była doskonała. Pewnego razu, gdy udało jej się na chwilę zachować trzeźwość umysłu, krzyknęła: „Jeśli wolą nieba zabrać tę dziewkę szczęśliwą, niech tak będzie! Niech tylko weźmie na swe barki rozpacz i cierpienie - zostawione po zakochanych!“. Zaniedbywałem swoje obowiązki, szukałem leku, przestałem zważać na finanse, byle tylko osiągnąć swój cel. Czytałem, badałem, testowałem... Musiałem przenieść ją do pomieszczenia pracowni, nie chcąc, by była sama. Walka trwała - śmierć kontra życie. Razem stanęliśmy mężnie do wyzwania, jej stan stale się pogarszał, a ja w tym czasie byłem o krok od remedium - czegoś jednak brakowało, mimo zmniejszenia cierpień odczuwanych przez moją Elene, Jej piękne, blade ciało nie dawało rady, cały czas marniała w oczach.

Traciłem nadzieję, przyjmowałem wszystkich chcących pomóc. Jedną z osób, która chciała pomóc, był chudy i wysoki mężczyzna. Nie pamiętam, jak się przedstawił, choć jestem pewny, że imię i nazwisko były zmyślone. Zwracał uwagę - nosił ubranie niczym wyjęte z innej epoki, jego wzrok był bystry, groźny i trochę nienaturalny, a gdy wpuściłem go do rezydencji, czuć było specyficzny fetor - z wyglądu był jednak czysty i schludny. Gdy znaleźliśmy się sami w salonie, złożył mi propozycję, na którą przygnębiony, zmęczony i starający się zrobić wszystko dla ukochanej żony, zgodziłem się bez pytań. Uznał on, że potrafi poradzić sobie z każdą chorobą. Stwierdził, że sam był chory i wytestował swój lek i nie nastąpił żaden efekt uboczny. Jednak w zamian miałem spełnić dla niego przysługę. Chodziło o miejscowego, samotnego bogacza, który zdecydował się przetrwać każdą katastrofę, każdą wojnę, każdy problem, chowając się w swoim mieszkaniu. Kolejny „szlachetnie urodzony arogancki człowieczek“. Moim zadaniem było morderstwo.

Zgodziłem się. Zrobiłbym wszystko dla Niej, nie dopuszczałem myśli, że umrze, nigdy nawet nie przyszedł mi ten pomysł do głowy. Nadzieja potrafi zmotywować do działania i uciszyć wszystkie własne wątpliwości. W zasadzie to nie był nawet wybór, a powinność każdego mężczyzny kochającego swoją żonę.

Gdy księżyc pojawił się na widnokręgu, zostawiłem moją ukochaną samą. Wyrwałem się z jej objęć, nie mówiąc nikomu o swoich zamiarach. Nie chciałem przede wszystkim, by Ona wiedziała, niech Bóg się zlituje nad moją biedną duszą chociaż za ten grzech. Ubrany w ciemny strój godny sługi, dotarłem do mieszkania bogacza. A raczej posiadłości, przerażającej, starej, widocznie skorodowanej upływającym czasem.

Drzwi zastałem otwarte. W środku było ciemno i nie dało się słyszeć żadnego dźwięku, poza grą wiatru wpadającego przez nieszczelne okna. Mogłoby się wydawać, że budynek jest całkowicie opuszczony. Na ścianiach były pozrywane, nadgniłe tapety, drewniane meble były pogryzione przez termity i były bliskie rozpadnięcia się na kawałki. W niektórych miejscach były widoczne pajęczyny, nadając wnętrzu upiorny charakter. Powoli przesuwałem się naprzód przez ten ponury korytarz. Po mojej prawej stronie dostrzegłem drzwi - okazało się, że jest tam kuchnia. Tam dostrzegłem narzędzie nadchodzącej zbrodni, narzędzie,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych