Emancypacja
Ech te baby...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
EMANCYPACJA
Dwa zdezelowane motocykle raźno pruły przez osińskie pola. Odziani w ubłocone płaszcze i pohitlerowskie hełmy staruszkowie z niemałym trudem starali się zapanować nad grzęznącymi w gliniastej breji maszynami. Mikołaj, lekko przygarbiony siedział w koszu. W jego rękach lśniła śmiercionośna kusza wycelowana w terenowy gazik mknący wzdłuż zieleniejącego się kartofliska, które kończyło się na rozległym polu kukurydzy. Józef Roczek mógł być z siebie dumny. Jego niewielka uprawa prezentowała się znakomicie. W porównaniu do sąsiedniej uprawy prywaciarzy, tu kolby rosły duże i piękne. W oddali coś zabuczało. Ciekawskie, wiejskie oczka zamrugały zza zaśniedziałej szyby wladymirka wypatrując prowodyra odgłosów. Był jednak sam po środku drogi, a do najbliższej szosy miał ponad kilometr. Coś świsnęło. Przelatujący przez pozbawioną drzwi kabinę pocisk uświadomił Józefa, że nie jest jednak sam. Kołek, pomyślał, gdy drugi pocisk wwiercił się maskę ciągnika. Szybkim ruchem ręki zwolnił ręczny hamulec i odpalił silnik ruszając ostro do przodu. Po paru metrach zatrzymał pojazd. Gdy ciekawość wyżarła z mózgu resztki zdrowego rozsądku, wyjrzał ostrożnie na zewnątrz. Poprzez szerokość traktu, w miejscu gdzie stał wcześniej Roczek, przemknął żółty gazik i zaraz znikł w gąszczu kukurydzy. Zaraz za nim, nie mniej efektownie pognał rozklekotany motor z dwoma wyjącymi staruszkami, z których, jeden wywijał kuszą. Jeśli takie dziadostwo się tu panoszy, pomyślał, to naprawdę trza stąd spieprzać. Nie ujechał daleko, gdy zabłąkany bełt upitolił mu połowę czaszki… …
- Ale dopiernicza, co Mikołaj? – krzyknął Maciejas prowadząc wyjącą maszynę przez gąszcz kukurydzy. Kuszenko nie odpowiedział. Kuszę umieścił w koszu i puszczał teraz serię z pepeszy, na oślep. Uwalone błotem gogle i gęste sitowie kukurydzy znacznie psuły widoczność. Minąwszy w polu ruski ciągnik, odłożył z niechęcią i tę broń. Nie chciał trafić kogoś niepotrzebnie… - Zwolnijcie! – krzyknął po chwili. - Prawie go mamy! – odkrzyknął Toporek . - Sam się załatwi! Zobaczycie! Po niedługim czasie, oczom Łowców ukazała się połyskująca w słońcu szosa i wyschnięty rów. W rowie dymił złom. Obok, nad zwłokami kierowcy terenówki stał Samotny Pielgrzym. - To nie wampirzyca… - wskazał na trupa. - Prawda – zgodził się Paweł, - nawet nie spaliła się w słońcu. - Sympatyczka – westchnął Kuszenko. – Znów nas wyrolowali… Dobra, zwijajmy się zanim ktoś nadjedzie. - Co ona miała na szyi? – spytał Maciejas gdy mknęli w stronę wsi. – Nigdy nie widziałem podobnego tatuażu. Myślisz, że to nowy ród w okolicy? - Chyba nawet i gorzej… …
A tymczasem, w remizie strażackiej w Padołach Bonowskich…
- Posłuchajcie baby! Dość już męskiego szowinizmu! Dość już męskiej władzy! Dosyć tego gówna! - Brawo! Brawo! – owacje padolskich mieszkanek nie miały końca. Janina Maślakowa zlazła z zaimprowizowanej z krzeseł mównicy. Jej miejsce zajęła szczupła, ubrana w gustowny garnitur blond włosa kobieta. Swym wyglądem i zachowaniem budziła podziw i szacunek. - Jako wysoka urzędniczka do spraw równouprawnień kobiet w krajach Unii Europejskiej, obiecuję wam szybką poprawę waszego życia. Poprawę, którą odczuły niemal wszystkie kobiety wolnej Europy. To już koniec wszechobecnego panowania mężczyzn! - Niby jak?- ze środkowego rzędu wstała otyła kobieta. – Mój stary cały dzień się byczy. Nawet ściera nie pomaga! - Właśnie! Jak trza im do roboty to mówią że głowa boli! Od wódy boli! - Są na to sposoby – odrzekła spokojnie przybyszka. - Wałek z paralizatorem na 40 000 wolt? - Nie. Bardziej… Humanitarne sposoby. Proszę o włączenie filmu! W przygotowanym odbiorniku można było ujrzeć mieszkanie. Kamera skupiła się na wnętrzu kuchni, gdzie przy zlewozmywaku zawalonym garami stał mężczyzna szorujący zawzięcie przypaloną patelnię. Kobietom zebranym w Sali ze zdziwienia poopadały i powypadały szczęki. - Komedia jakaś! – krzyknęła któraś. Mężczyzna osuszył ręce papierowym ręcznikiem, podał siedzącej przy stole kobiecie filiżankę kawy. Twarz miał bladą, pozbawioną wszelkich emocji, obojętną. - Co to za reklama? Pierdoły jakieś! - To magia vudu! – odpowiedziała spokojnie blondyna. - Co to je vu… - Vudu to magia afrykańskich plemion. Pozwala ożywić zmarłych i kierować umysłem i ciałem żywych! - Eee! Spieprzamy baby! – krzyknęła któraś odważnie. Zwarte szeregi feministek w jednej chwili zaczęły rzednąć. Jedna rzucała obelgi, inna groziła pięścią. Któraś śmiała się lub wychodziła w milczeniu. - Jutro same się o tym przekonacie! – oczy przewodniczącej zaiskrzyły żółcią. Niewidzialna siła wkradła się w umysły wieśniaczek, które stanęły w bezładzie wpatrzone gdzieś przed siebie. - Pójdziecie teraz do domów. Rano znajdziecie coś, czego się nie spodziewacie, a co przyjmiecie z radością! Wieczorem zawitacie na uroczysko. Wszystkie! A teraz, wynocha! - Chcę być pierwsza, Bleamiro - rzekła Maślakowa. – Daj mi to teraz… Bleamira wyjęła z aktówki słomianą laleczkę i małą broszurkę z instrukcją obsługi. - Przyodziej ją w rzeczy swej ofiary i wymów zaklęcie. Reszta zależy już od twej wyobraźni. Uradowana Maślakowa pobiegła w podskokach do wyjścia. Czas zemsty za wiekowe krzywdy był naprawdę bliski… . . .
Wstawał świt. Mikołaj Kuszenko klął jak szewc przerzucając rzeczy w komodzie. Szukał już wszędzie. Pod stołem, pod wyrkiem i na wyrku. Zorientowawszy się, że wieczorem, w pobliskim potoczku robił pranie, wylazł pospiesznie na dwór. Spojrzał na ciągnący się od ściany budynku do wraku milicyjnego żuka sznur od prania. Wisiały na nim flanelowe koszule, kufajka i trzy wełniane swetry. Była też i zguba, niestety tylko jedna. - Ktoś mnie podpieprzył onucę! – wydedukował znachor idąc w pół boso przez błotniste podwórko. – Trza będzie włożyć buty… Na samą myśl Kuszenkę przeszły dreszcze. Co jak co, ale za obuwiem nie przepadał odkąd w czasach młodości w gumiaki wpełzło mu kilka żmij. Oczywiście gady zdechły od nieprzyjaznej atmosfery, jednak niechęć do kolejnej takiej hecy Mikołajowi już pozostała. Idąc i rozmyślając, a sytuacja wymagała zastanowienia, dojrzał w błocie odciśnięte ślady obuwia z wyraźnym odciskiem damskiego obcasa prowadzące w stronę kilku chałup, na tak zwanych Kusych Kępkach. Zaopatrzywszy się w poręczną sztachetę ruszył pospiesznie przez pola klnąc pod nosem siarczyste obelgi. Trop urwał się wśród świeżo skoszonej trawy. Mikołaj wiedział już gdzie przebywa złodziej. - Maślakowa! Oddawaj onucę, cholero! - Gospodyni wparowała na werandę, grubym dupskiem oparła się o belkę podpierającą dach i założyła obie ręce na piersi krzywiąc usta w paskudnym uśmiechu. - Onuca! Migiem! Albo rozpieprzę ten burdel! - Wała! Nie mam! Znachor wyczuwał złe moce. Chłonął je całym ciałem. Usłyszał nikły szept zaklęcia, i nagle zrozumiał. Było już jednak za późno. Janina szybkim ruchem wydobyła zza pleców słomianą laleczkę i ścisnęła mocno jej nogi śmiejąc się szyderczo. W głowie Mikołaja rozbłysło, nogi odmówiły posłuszeństwa, niesamowity ból powalił go na ziemię. Uniósł się z trudem, iść jednak nie zdołał. Ręce opadły wzdłuż tułowia, tracił nad nimi kontrolę. Mimo własnej woli dłonie chwyciły upuszczoną sztachetę i zaczęły wymierzać ostre razy celując prosto w głowę zaskoczonego łowcy. Ocknął się, gdy słońce było już wysoko na niebie. Przetarł powoli oczy i ostrożnie dotknął pulsującej bólem skroni. - A cholera. W łeb mi dali a potem okradli… - spojrzał na bosą stopę. – Nie, to nie tak… Usiadł na trawie, dłonie przycisnął do twarzy mamrocząc zaklęcia. Drobinki mocy, która opanowała jego umysł, tliły się nadal toteż oczyszczanie organizmu trwało kilka minut. W końcu zebrany bród zebrał w garści i wyrzucił za siebie. Nie mógł widzieć jak dwa kilometry dalej kukła Maślakowej spopieliła się w kieszeni fartucha… . . .
Barbara Michalska stała w kuchni, nad zlewem, gdy jej mąż Heniu wdrapywał się po drabinie na dach stodoły. W głowie gospodyni odezwał się głos: „Już czas!”. Odłożyła więc porządki na później, z szafki wydobyła niewielkie zawiniątko. Rzuciła okiem za okno. Heniu akurat sypał kurwami nad pękniętym eternitem. Otworzyła broszurkę kartkując ją przelotnie. Rozdziały typu „Humanitarne łamanie kości” czy „Zabawy męskim przyrodzeniem” nie zbyt przypadły jej do gustu. W końcu uchodziła we wsi za osobę opanowaną i brzydzącą się przemocą. Schowała do szuflady poradnik i dołączoną doń szpilę. Z pudełka wydobyła glinianą laleczkę przystrojoną w fermentującą już skarpetkę gospodarza, w druga dłoń chwyciła zdobiące wazon bażancie pióro muskając nim gdzie popadnie małą imitacje małżonka. Efekt był natychmiastowy. Pobudzony nagłym przypływem łaskotek Michalski zaczął drżeć, po czym nagle wybuchł szaleńczym śmiechem tarzając się po nadgryzionym przez czas eternicie. Łamliwy materiał w końcu nie wytrzymał i zsunął się wraz z delikwentem. Pięć metrów niżej, Heniowi wesołość minęła całkowicie… Umysłem Michalskiej znów zawładnęła tajemnicza moc. „SIEKIERKI!”, rozkazał głos w jej głowie. Nim do końca poddała się magii, zdążyła jeszcze wykręcić numer pogotowia… . . .
Duży fiat wolno sunął przez most rzucony nad Wieprzem. Klatka umieszczona w przyczepce była pusta. Skup żywca na ryckim targu przebiegł całkiem pomyślnie. Leon Klęczak zaparkował w leśnym trakcie. Nie był sam, na bocznym siedzeniu towarzystwa dotrzymywała mu farbowana blondyna, pieszczotliwie nazywana Jgodziarką… - Jesteś żonaty? – spytała zalotnie, wyciągając ptaszka klienta. – Wiesz, rajcują mnie mało doświadczeni… - Jestem prawiczkiem – wysapał ukradkiem ściągając z palca obrączkę. I nagle jęknął. Kuśka wydłużyła się nagle i pacnęła o dach auta. - A ty co? Pinokio?! – zawyła tirówka. Klęczak nie odpowiedział. Z penisem owiniętym wokół szyi łapał ostatni oddech. Odpływał… . . .
Znach
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Depciu
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…