Wróć do katalogu

Etiuda Pierwszej Miłości

Opowiadanie o chłopaku dzięki któremu możemy zobaczyć taką etiudę. Tym trzem: Ewelinie Świątczak, Joannie Dyląg i Katarzynie Niemczuk.

Validus, opublikowano , 2 godz. 15 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nigdy nie byłem zazdrosny przechodząc obok pary zakochanych całujących i przytulających się do siebie, zaś uczucie to często widziałem u innych, którzy patrzyli tak jak tylko jeszcze potrafią spoglądać kobiety widzące ładniejszą od siebie, lepiej ubraną, z lepszym makijażem czy uczesaniem włosów kobietę. Często się zastanawiałem czy powinienem to czuć. Przecież tak doskonale zdaję sobie sprawę jacy oni właśnie teraz są beztroscy. Właśnie w tym momencie poczucia bliskości drugiej osoby znika dla nich cały świat, by stać się całkiem innym miejscem. Jest to miejsce za którym każdy tęskni. Bardzo przypomina krainę z dzieciństwa. Znajdują się gdzieś, gdzie wszystko jest bardziej kolorowe, a życie beztroskie i tak przyjemne jak zajadanie się łakociami na które się miało tak długo ochotę, lecz były poza zasięgiem naszego portfela. Życie z tą drugą stroną jest na tyle fantastyczne, że rekompensuje wszystkie problemy nie tylko z nią związane. Gdy my przechodzimy koło nich po tym brudnym i szarym świecie oni nawet nie zauważają naszego istnienia. Są pogrążeni w słodkim letargu, którego nie śmiałbym im zakłócać. Czym jesteśmy bez miłości? Ostatnio często zadawałem sobie to pytanie. Wydaje mi się, że istotami które nie mogą zacząć żyć prawdziwym życiem - cieszyć się nim całkowicie. Nie możemy też z różnych powodów popełnić samobójstwa - czy to oznaka jacy jesteśmy słabi? Jesteśmy w stanie tylko płakać w samotności i czekać... Jest nas przecież tak wielu. Czemu tak trudno jest nam się zakochać? A czy gdy już się zakochamy będzie to miłość odwzajemniona? Czy tak ciężko jest znaleźć tą drugą osobę? Czemu jesteśmy tak wybredni szukając tej jedynej postaci; tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi? Właśnie za to nienawidzę "Sztukę Życia". Rozmyślałem nad tym stojąc na światłach i nawet nie zauważyłem jak zaczęło lać. Poczułem, że każda kropla, która leci w moją stronę trafia w to jedno miejsce, które mnie tak bolało.. ...Było nim moje serce. Zdałem sobie wtedy sprawę, że czekam na kogoś nie mogąc się wycofać i nie mając miejsca do którego mógłbym pójść. Usłyszałem krzyki, jakby z oddali. * * * Obudziłem się zlany potem. Gdy zacząłem się mimowolnie rozglądać ciężko oddychając zauważyłem w jak obcym mi miejscu się znalazłem. Leżałem w szarym prześcieradle osłonięty tego samego koloru kotarą. Poczułem osłabienie, a obraz przede mną zaczął się stapiać w jedną jasną plamę. - Kochanie? Słyszysz mnie? - Usłyszałem gdzieś z daleka czując przy tym jak moje powieki z wielkim wysiłkiem się podnoszą. - Skarbie rozumiesz co do ciebie mówię? - Lekko pokiwałem w odpowiedzi głową nie mogąc wydobyć z siebie głosu. - Leż spokojnie, bo spałeś prawie 20 godzin. - Gdzie ja jestem mamo? - Powiedziałem przełykając suchą ślinę i podnosząc się trochę. - W szpitalu. Możliwe, że już dziś stąd wyjdziesz ale będzie trzeba zrobić kilka rutynowych badań kontrolnych. Gdy już byłem w domu rozejrzałem się szybko po mieszkaniu, które nic a nic się nie zmieniło. Ot zwykła kuchnia, łazienka i dwa pokoje. Wszedłszy do kuchni ujrzałem gotującego ojca. Gdy mnie zobaczył niespodziewanie do mnie podszedł i przytulił - nigdy tego nie robił, więc oprócz tego, że mnie zdziwił sam poczułem się inaczej. - Dobrze, że już wróciłeś synu. No to może by to uczcić? Napijemy się piwa? - Zapytał. - Pewnie. On dopiero wyszedł ze szpitala, a ty już chcesz go alkoholem poić. - Powiedziała matka. - Oj odrobinka mu na pewno nie zaszkodzi. - Nie i tyle. Nawet się ze mną nie kłuć. - Dobra już dobra. A wiesz? Matka od razu pierwsze co powiedziała lekarzowi to "niech pan mu pobierze krew, bo na pewno czegoś się szczeniak naćpał". - Własne dziecko powinno się podejrzewać nawet o najgorsze – usprawiedliwiała się matka. - Wy tu sobie dyskutujcie, a ja w tym czasie pójdę zobaczyć co słychać u Mychy i Adama. Pierwszą osobą, którą poszedłem odwiedzić był Adaś. Znaliśmy się od naprawdę dawna. Był on zawsze człowiekiem, który życie traktował jako jedną wielką przygodę. Gdy byliśmy szczeniakami, tuż po śmierci jego rodziców, założył się z pewnym znajomym, że przejdzie przez autostradę na odcinku z ostrym zakrętem mając zawiązane oczy. Chciałem mu to wybić z głowy, ale ten uparciuch zrobił swoje i o dziwo udało mu się. Niech żałuje ten kto nie widział miny przegranego. Nigdy nie miał łatwego życia ponieważ jedyną jego rodziną była babka, która mieszkała prawie na drugim końcu Polski. Sam mawiał kiedyś, że nie boi się śmierci, bo nie ma osób, które by go opłakiwały. Kiedyś poszliśmy obić kilka mord chłopakom z paru podwórek dalej, bo nigdy nie mieliśmy do siebie sentymentu, a oni zawsze traktowali nas jak gorszych. Byli w prawie dziesięcioosobowej grupce, a nas tylko sześciu. Adam powiedział, abyśmy chwilę postali w oddali i gdy zaczną go bić mamy się dołączyć, ale tylko wtedy, gdy się na niego żuci więcej niż jeden. Podszedł do nich, klepnął odwróconego do niego plecami znacznie wyższego i o wiele bardziej postawnego chłopaka od niego i gdy ten się odwrócił przyłożył mu z dyni. Widzieliśmy z tych kilkunastu metrów jak uderzonemu poleciała jucha z nosa, poczym padł jak długi na ziemię. Inni tylko patrzyli przestraszeni i niezdecydowani do końca co robić. Adaś coś powiedział i wszyscy zaczęli uciekać. Gdy zaczął wracać w naszą stronę nikt się nie odzywał. Po tym jak już doszedł do nas po prostu w milczeniu zaczęliśmy wracać na naszą parafię. Od tamtej pory nikt nie odważył się nas zaczepić w okolicy. Po kilku tygodniach gdy łowiliśmy we dwójkę ryby zapytałem się co im powiedział: - Po prostu zapytałem czy jeszcze któryś ma ochotę spróbować – usłyszałem w odpowiedzi poczym zaczęliśmy się najzwyczajniej w świecie śmiać i muszę przyznać, że był to jeden z tych szczerych śmiechów, których nie miałem w życiu wielu. * * * Mieszkał on w przedwojennej kamienicy, gdzie nawet nie było wszędzie panującego w naszym mieście domofonu. Po wejściu na to nieszczęsne drugie piętro zapukałem i po chwili otworzył mi drzwi średniego wzrostu, krótko ścięty brunet o tej typowo marchewkowej budowie. Od razu dało się zauważyć błysk wesołości w jego ciemnych jak studnia oczach. - Twoi rodzice mówili, że jesteś w szpitalu. Mieliśmy zamiar cię dzisiaj wieczorem odwiedzić, ale widzę że to już nieaktualne. - Jeśli wpadniecie wszyscy, to może postaram się tam wrócić na jakiś czas - odpowiedziałem nie mogąc powstrzymać uśmiechu. -Przestań pieprzyć - mówiąc to podszedł do mnie i objęliśmy się klepiąc po plecach. Była to jedna z cech które w nim naprawdę ceniłem. Adaś był człowiekiem, który nigdy nie bał się ukrywać swoich uczuć. Dosłownie tak jakby zdawał sobie sprawę, że pięć minut później może być za późno na powiedzenie czegoś z powodu jakiegoś wypadku. Gdy miał ochotę komuś coś dać do zrozumienia po prostu to robił. Czasami się zastanawiałem czy przypadkiem nie widzę w nim wad z powodu tak długiej znajomości z nim, bo może po prostu już zdążyłem się przyzwyczaić. - Wychodź stary to pójdziemy po młodą i resztę – powiedziałem. - Zaczekaj tylko się ubiorę. Po chwili wyszliśmy z jego bramy i skierowaliśmy się w stronę naszej wspólnej przyjaciółki Mychy. Nasza trójka tworzyła podstawowy skład na podwórku. My byliśmy na nim zawsze, a tylko w koło nas zmieniało się towarzystwo. Jedni się z różnych powodów wykruszali, inni zaś dochodzili, nawet jeśli mieszkali w innych dzielnicach. Zawsze słysząc czyjąś wypowiedź na temat przyjaźni z kobietą i mężczyzną przychodzi do głowy myśl o nas. Mówię wtedy, że ja mam przyjaciółkę z którą żyję na stopie koleżeńskiej i gdy słyszę odpowiedź „Między facetem, a kobietą nie ma mowy o przyjaźni ponieważ musi być coś więcej" zastanawiam się, jak to jest z nami. Żadne z nas nie przekroczyło tej właśnie granicy i czy jeśli by ona - dziewczyna, którą traktuje jak siostrę - chciała być ze mną, to co wtedy bym zrobił? Jak zareagował? * * * Gdy usłyszała jego głos przez domofon dało się słyszeć coraz bliższe skrzypienie schodów z powodu jej zbiegania na dół. Otworzyły się drzwi z których wybiegła ta kochana krótko ścięta brunetka o pięknych piwnych oczach. Po tym jak rzuciła mu się na szyję powiedział: - No skoro mnie tak wszyscy witają po chwili nieobecności, to chyba częściej będę leżał w szpitalach. - Nawet nie próbuj tak myśleć łosiu. Nawet nie wiesz jak się martwiłam. - Tylko mi się tu nie rozpłaczcie - dogryzł Adaś, czym wywołał uśmiech na wszystkich twarzach. Poszli jak zwykle na ławkę., którą nazywali „swoją miejscówką” i tam właśnie spędzali większość czasu w roku. Niezależnie czy jest zimno, czy ciepło zawsze w tym samym miejscu jak jakieś trzy posągi. Stała ona na środku piaszczystego podwórka umiejscowionego między połączonymi ze sobą w kwadrat starymi blokami. - Słyszeliśmy, że zemdlałeś - rozpoczęła rozmowę Mycha. - Tak - odpowiedział nie chcąc o tym rozmawiać. - I tylko tyle masz do powiedzenia? Krótkie "Tak"? - Dopytywała Mycha. - Tak - powtórzył. - Dobra nie chcesz gadać to nie będę cię zmuszać. Z tych nowinek to tylko taka, że Serek ma nową dziewczynę. - No co ty? Jakaś fajna? - Widziałam ją tylko chwilę, ale wydaje mi się miła. Wiesz jak to my kobiety - pierwsze wrażenie często przesądza o tym czy kogoś lubimy czy nie. - Ta. A co najlepsze to gdy się was zostawi sam na sam to o dziwo zawsze macie o czym gadać - dodałem z uśmiechem. - Idziesz pierwszego na grób Czarnego? - Zapytał niespodziewanie Adaś. - Chyba tak. Będę musiał się wykręcić rodzicom, gdyż będą chcieli jechać poza miasto do rodziny, ale myślę że zrozumieją. Nastała chwila ciszy i żadne z nich jej nie zakłócało. Nie byli ludźmi, którzy na gwałt znajdują jakiś temat do rozmowy. Pomyślał, że czasami nawet fajnie było przyjść sobie na tę ławkę, siąść w upalne lato z zimnym piwkiem w ręce i rozmyślać. Nie odzywali się wtedy do siebie jakieś pół godziny i nikomu to nie przeszkadzało. Patrzyli na biegające beztrosko dzieci lub na chmury mówiąc co kto w nich widzi. Myślał wtedy o różnych sprawach, i ludziach takich jak jego przyjaciele czy też o zwyczajnych znajomych jak Serek czy też Czarny. Czarny mieszkał sam ponieważ miał sytuację podobną do tej co ma teraz Adam i żył na pełnym luzie, a przynajmniej tak się zawsze wydawało, bo mimo że nie miał kasy był szczęśliwy. Tylko nieliczni znali go tak naprawdę i ci właśnie widzieli jego cierpienie i ból życia. Pewnego dnia poszedł po niego aby wyszedł. Drzwi po zapukaniu w nie rozchyliły się lekko ze złowieszczym skrzypnięciem. Od razu stwierdził, że coś jest nie tak, ale pomyślał że ktoś się włamał. Wszedł do przedpokoju i ruszył do jego pokoju. Rozchylając drzwi zobaczył Czarnego. I doskonale wiedział, że nie zapomni tego widoku do końca życia... Złożyli się wtedy na trumnę dla niego. Zawsze mówił, że gdy zginie chce być przy rodzicach, więc tam też spoczął. - Wiecie? - Bardziej stwierdził niż zapytał - Brakowało mi tego. - Tak jak nam ciebie... - Oznajmiła Mycha. * * * Na następny dzień trzeba było iść do szkoły. Budynek ten wydawał się być całkiem obcy. Był dla mnie tym czym dla chrześcijanina kościół tylko, że ja przebywałem w nim aż pięć dni w tygodniu. Moja klasa z którą chodziłem na zajęcia już trzeci rok była mi całkowicie nieznana. Na pewno było w tym wiele mojej winy, ale ja po prostu nie chciałem z nimi przebywać. Gdy nastał koniec środowych lekcji jak zwykle wsiadłem do tramwaju podjeżdżającego pod sam dom. Stanąłem na środku wagonu patrząc przez szybę, a chwilę później po lewej zauważyłem siedzącą nieopodal piękną brunetkę. Zmierzyłem ją szybko wzrokiem i gdy zauważyłem, że zobaczyła moje spojrzenie szybko zwróciłem swój wzrok z powrotem za szybę. Próbowałem nie spoglądać na nią więcej, ale musiałem zerknąć na pięknie rysujące się ciało za białą koszulą, zgrabne nogi okrywane przez piękne czarne rajstopy i sukienkę do kolan z lekkim rozcięciem z boku. Jednak najczęściej patrzyłem w jej oczy. Jej lekko koci wzrok powędrował znowu w moją stronę i znów zobaczyłem wyraźnie głębię jej oczu. Były jak dwie studnie do których gdy się zajrzało to już nie było jak się z nich wydostać. Usłyszałem po chwili jak mówi do stojącej nad nią koleżanki: - Tamten chłopak ciągle się na mnie patrzy. - Który? - Ten przystojny szatyn - usłyszałem ledwo powstrzymując wypieki na mojej twarzy i widząc kątem oka jak kiwa głową w moją stronę. Gdy parę przystanków dalej wsiadła większa ilość starszych osób ona wstała i ustąpiła miejsca, co jeszcze bardziej mi się spodobało, bo lubię wychowane dziewczyny. Oceniłem ją raz jeszcze by zobaczyć jej ładne trochę niższe ode mnie ciało. Stała akurat tak, że widać było połowę jej przodu, a reszta była zakryta przez jej koleżankę odwróconą do mnie plecami. - On znowu się tu patrzy - usłyszałem ponownie. - To może podejdź do niego? - Nie no co ty zgłupiałaś? A tak w ogóle to gdzie my jesteśmy? Czy to tu? -Zadała serię pytań. - No miało to być gdzieś koło jakiegoś kasyna. - I przy kinie Wobler. Odwróciłem się w ich stronę i gdy jej spojrzenie spotkało się z moim zapytałem: - Szukacie kina Wobler? - Eee,yyyy, khem. Nie, ale chcemy trafić na plac Czerwony - odpowiedziała brunetka strasznie zmieszana. Wiedziałem, że to właśnie na tym przystanku na którym stoimy, ale zastanawiałem się czy przypadkiem im tego nie powiedzieć. Jednak zdecydowałem się na oznajmienie prawdy i po sekundzie zobaczyłem jak ledwo udaje im się wysiąść z tramwaju, który zamykał właśnie drzwi by ruszyć dalej. * * * Kilka dni później, gdy zobaczyłem ją ponownie w miejskiej bibliotece byłem strasznie zdziwiony, bo w końcu rzadko zdarza się zobaczyć kogoś nieznanego w tak dużym mieście. Miała na sobie okulary, które dodawały jej inteligentnego wyglądu. Robiła pilnie jakieś notatki czasem zaglądając do książki. Na początku pokręciłem się koło niej myśląc, że może sama mnie zauważy, ale jak zwykle z moim szczęściem (które wzięło sobie chyba od początku mojego życia dłuższy urlop) nie zauważyła mnie. Nie mogłem liczyć na spontaniczną rozmowę rozpoczętą przez nią, więc wyszło na to, iż trza wziąć los w swoje ręce. Podszedłem do niej czując przypływ adrenaliny,, która dała mi w tym momencie większego kopa, niż niejedna kawa. Siadłem na przeciwko niej i zacząłem nie widząc reakcji z jej strony oraz uważając, że nawet mnie nie widzi: - Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? - Powiedziałem nie wiedząc co mi głupiego palnęło do głowy by to mówić. - Nie - odpowiedziała nadal nie podnosząc wzroku. - Ja też, ale widząc po raz drugi taką piękność byłbym głupcem nie próbując jej poznać - oznajmiłem dziwiąc się nadal temu co ja wygaduje. - Zawsze taki szarmancki? - Zapytała o dziwo nadal nie podnosząc wzroku znad notatek i skrobiąc coś w nich. - W sumie to nie, ale wierząc w przeznaczenie czuję, że jestem skazany na rozmowę z tobą. - A jeśli przeznaczenie zdecydowało, że dostaniesz kosza? - Dopytywała dalej. - Nie mam zamiaru się narzucać. Po prostu raz cię widziałem w tramwaju i pomyślałem, że mógłbym spróbować swoich sił. Spojrzała w końcu na mnie i po chwili wydawało mi się, że wypłynął jej na twarzy rumieniec tak jak gruby, wcześniej wciągnięty pod wodę, czerwony spławik wynurzający się na powierzchnię. Zaczęła się szybko pakować i na koniec napisała coś na kartce. Wyrwała zapisany kawałek i dała mi mówiąc: - Zadzwoń jeśli będziesz chciał się umówić. Na kartce był napisany numer telefonu, a pod tym imię Ewcia. Wziąłem ją i włożyłem do portfela. Z niezwykle ucieszoną michą zacząłem szukać książek, które mnie interesują. Po wyjściu z biblioteki udałem się do Adama. * * * - I tak to się wszystko potoczyło – powiedział. - No to teraz masz problem – oznajmił Adam - Mianowicie? - No jak to mianowicie? Stary, zarywasz do fajnej laski, masz dwa wyjścia - przegrana lub wygrana. - E tam pieprzenie. - Jeszcze sam zobaczysz jakie to stwarza problemy. Będziesz się zastanawiał gdzie, jak, kiedy, a już po spotkaniu myślał co chciała powiedzieć przez tamto i siamto, bla, bla, bla... - Skoro tak mówisz - odparł z ironią. - Chodź idziemy na piwo, bądź winko zależnie od uzbieranych pieniędzy. Gdy zrobili zakupy siedli na ławce i zaczęli pić. Z przejścia pomiędzy blokami wynurzył się Maciek, który był według ich obu bardzo inteligentny, ale jednocześnie wiedzieli jak bardzo lubi się bawić. Po przywitaniu się z nim zaczęliśmy jak to zwykle: - No chyba nie powiesz, że się z nami nie napijesz? - Czemu ja nigdy nie potrafię wam odmówić? - Odparł pytaniem na pytanie i zaczął pić duszkiem lekko przechylając plecy do tyłu. - No, od razu widać, że wyjdziesz na ludzi - zażartował Adam. - Ba, on będzie zarządzał firmami, a my zostaniemy dozorcami sprzątającymi jego gabinet - skwitował wcześniejszą wypowiedź o Maćku. - Kto wie, kto wie – powiedział Adaś. - A co? Masz jakiś plan na przyszłość? – Zapytał Maciek. - Po prostu chcę dać radę w tym gównianym bagnie. - Ja cieszyć się życiem jak tylko mogę, a przy tym uczyć się systematycznie, bo wiem, że później zobaczę wyniki. - To nieprawda. Przeznaczenie ci może tak dokopać, że nawet nie wiesz w którym momencie narośnie ci cała masa problemów. - Tak, ale wierzę, że jeśli zawzięcie się czemuś poświęcę, i gdy będę zajmował się tym wiedząc doskonale, iż wy tu siedzicie i pijecie wina dobrze się przy tym bawiąc, to mimo wszystko uzyskam to czego pragnę. Po wysłuchaniu wymiany zdań między Adamem i Maćkiem zapytał sam siebie czego pragnie. Chciał być kochany i kochać jednocześnie. Chciał czuć ciepło drugiej osoby. Chciał wyczuwać jej szybsze tętno, gdy pieścił jej pierś. Chciał zatopić się w pięknie miłości i utonąć z jej powodu. Jego marzeniem nie było być bogatym, mieć świetny samochód i piękny dom. Byłby spełniony gdyby miał tą jedną jedyną. Wystarczyło tego mocnego uczucia. Jak mało było potrzebne człowiekowi? Jednak czemu tak mało jest czymś tak ciężkim do zdobycia? Znowu taki natłok pytań. Nienawidził się za to - za dużo problemów gnieździło się w jego głowie i za mało było rozwiązań. - Niczego nie pragnę – wydobyło się z jego ust i zdał sobie sprawę, że skłamał tak jakby sam sobie chciał wmówić, że to prawda. -No to masz niesamowitego pecha – powiedział Maciek - Nie widzieć celu w swoim życiu to tak jakby się uczyć nie wiedząc kim chce się być. Nie zależy ci na tym, bo nie wiesz po co to robisz. Człowiek musi mieć cel, aby móc się jemu całkowicie poświęcić. - Napijmy się zamiast gadać o takich bzdurach – skwitował wiedząc, że ma racje. * * * Nastała kolejna noc. Nienawidziłem ich ponieważ kładąc się do łóżka wiele rozmyślałem. Nie lubiłem tego, bo zazwyczaj wychodziły wtedy wcześniej trapiące mnie problemy, lecz zbyt ukryte za dnia by je zauważać tak jakby za dnia przeszły na cień, który po schowaniu się daje z kolei mi do przechowania te trapiące skarby. Adaś miał zapewne racje co do tej dziewczyny. Powinienem do niej zadzwonić, ale jak zagadać by nie rozłożyć się jak członkowie "Wielkiego Marszu" Kinga? Jak się przedstawić? Jeśli mnie nie skojarzy to chyba z nerwów odłożę słuchawkę. Niby powinienem być naturalny, lecz jednocześnie nie wiem czy uda mi się wykrzesać iskierkę z tego jaki jestem. Zawsze należy być sobą lecz to czasami jest takie ciężkie. Doskonale pamiętam jak kiedyś próbowałem poderwać jedną dziewczynę, która strasznie mi się podobała. Choć starałem się z całych sił to ona całkowicie mnie ignorowała. Moje serce tak głośno wtedy krzyczało: - Choć może jestem trochę zamknięty w sobie i nie uważam się za przystojnego, to czy zawsze powinnaś odwracać się plecami do mnie i uważać za stukniętego z powodu samego złego pierwszego wrażenia? To nie moja wina, że gdy podchodzę do Ciebie bije jak szalone ta część ciała, która boli, gdy cię nie ma. Ale głos nie zawsze chcę wydobyć, to co podpowiada serce. Nie chciałem spieprzyć tego telefonu do niej... Na następny dzień podszedłem do budki telefonicznej położonej w spokojnym miejscu, bym mógł się skupić na rozmowie i wykręciłem jej numer. Usłyszałem kobiecy aksamitny głos, który chyba należał do niej, ale nie byłem pewien dlatego zapytałem: - Dzień dobry, jest Ewa? - Tak to ja. - Cześć, z tej strony chłopak któremu zostawiłaś numer w bibliotece. - Miałam wielką nadzieję, że zadzwonisz wczoraj, ale jak to mówią lepiej późno niż wcale. - Przepraszam, lecz nie odważyłem się, bo niczego nie chciałem spieprzyć - odparłem w pełni naturalnie mając nadzieję, że to doceni. Nie lubiłem tej obłudy i fałszywości, która zazwyczaj kryła się w każdym człowieku, lecz nie każdy ją dostrzegał. - To oznaka, że ci na mnie zależy. - Jakby mi mogło nie zależeć na tak ślicznej dziewczynie? - próbowałem komplementu. - Ja nie uważam się za ładną. - Czemu? - Bo widzę się w lustrze. - No nie powiesz mi chyba, że pęka? A zresztą jeśli tak, to zapewne z powodu twojej pięknej figury - dodałem. - Skoro tak uważasz... - Ja nie uważam, ja jestem tego pewien...- powiedziałem w pół zdania i czując, że się rumieni oraz nie wie co powiedzieć dokończyłem - Może się gdzieś umówimy? - Pewnie. - Pasuje tobie piątek o 18? - Tak. - To bądź o tej pod pręgierzem. - O.K. - No to do zobaczenia. - Papa. Odkładając słuchawkę poczułem się jak uczeń dowiadujący się, że zdał poprawkę z nie zaliczonego przedmiotu. Jak człowiek oświadczający się kobiecie i słyszący w odpowiedzi "tak". Mógłbym przenosić góry. Jednak szczęście nie może trwać wiecznie, gdy wróciłem do domu od razu zaczęły się kłótnie. * * * - Synu kim chcesz być? - zaczął ojciec. - Nie wiem. - O czym marzysz? - pytał dalej. - Nie wiem. - Jak to nie wiesz? - A czego ode mnie oczekujesz? Kim chcesz żebym był? - Ja niczego. Ale jak każdy ojciec chciałbym abyś wyszedł na ludzi. - Tato, ja nie wiem...Po prostu nie wiem... - Człowieku, czujesz że żyjesz? - Czemu mnie atakujesz?! Do kurwy nędzy staram się nie widzisz?! Staram się do cholery! No ja pierdolę mam tego dość! Czy mam się powiesić jak mój kumpel, bo nie widzę celu w życiu?! Czy to moja wina, że każdy mój krok do przodu jest dla ciebie kolejnym błędem?! Nie widzisz jak bardzo mnie krzywdzisz trzymając jak motyla zamkniętego w ciasnej klatce nie mogącego rozwinąć skrzydeł. Do cholery, powinieneś popierać każdy mój krok, a nie co chwila krytykować - na koniec założył ledwie zdjęte buty i wyszedł z domu. Poszedł przed siebie i gdy stanął koło niego autobus wsiadł razem z innym ludźmi czekającymi na niego. Po minięciu trzydziestu minut zajechał poza rejony swojego miasta i zaczął oglądać okolice, których w życiu nie widział. Gdy oglądał te typowo polskie, stare, drewniane domy stwierdził, że nie mógłby tak mieszkać. Nie wiedziałby co ze sobą zrobić. Uważał, że zanudziłby się w takim miejscu z powodu nadmiaru czasu, którego gdy przebywa się w mieście zawsze wydawało się tak mało. Gdy był z powrotem w swojej okolicy postanowił wysiąść kilka przystanków wcześniej. Po tym jak deszcz rozpanoszył się na dobre przeklął siebie w myślach za nie zabranie ze sobą kurtki. Przechodząc po moście położonym nad rzeką zauważył zgarbioną postać siedzącą na murku i nogami przewieszonymi przez barierkę. Podszedł do niej samemu nie wiedząc co nim kieruje. Później uznał, że to było przeznaczenie. - To jakiś cowieczorny rytuał? - próbował rozpocząć rozmowę żartobliwie. - Nie - usłyszał kobiecy głos, a w wypowiedzi nie doszukał się żadnego uczucia. - To co w takim razie robisz? - Nie widzisz? Chcę się zabić. - A czemu? - pytał dalej, czując się jak negocjator i po chwili ledwo powstrzymując śmiech z powodu wyobrażenia siebie w roli głównego bohatera o tymże tytule. - Bo mam tego dość. Dość życia na tym padole, który powoduje tyle bólu w moim sercu. Nie widzę powodu by tutaj spędzać to życie, wolę być gdzie indziej. - To najzwyczajniejsza ucieczka. - Nazywaj to jak chcesz. Nie jesteś w stanie tego zrozumieć bo... - Uwierz mi, że jestem. Nawet nie wiesz jak doskonale cię rozumiem. - urwał jej - Wstawać rano i nie czuć radości z powodu nastania nowego dnia, zasypiać lecz przed zaśnięciem myśleć o tysiącach przykrych rzeczy i spraw, które nas dotyczą. Przebywać z ludźmi, którzy są twoimi przyjaciółmi, a tak naprawdę to większości z nich cię w ogóle nie zna... - A jednak wiesz co mnie boli - z kolei ona mu przerwała - to czemu ze mną nie skoczysz? - Mówisz tak jakby była to przechadzka po parku. Nie zrobię tego, bo wtedy bym zachował się jak tchórz. To życie na świecie, który uważasz za ludzki padół jest dla mnie sprawdzeniem siebie. Dać radę i zdobyć, to czego się pragnie oznaczać będzie, że z nim wygrałem. Wtedy będę mógł się zabić. Po prostu jeszcze nie nadeszła na mnie pora. - Czego pragniesz? - Niestety nie wiem. - Zauważyłeś, że trochę sam sobie przeczysz? - Tak, ale to trochę ciężko wytłumaczyć. Choć na razie nie wiem czego chcę, kim chcę być i co osiągnąć, to nie przejmuję się tym. Może jutro lub pojutrze będę wiedział, bo mnie nagle oświeci. - Chyba masz rację. Po czym stanęła koło niego i ściągnęła kaptur. Zamurowało go na widok trochę niższej od niego rudowłosej dziewczyny o strasznie zgrabnej figurze. Jednak stwierdził od razu, iż jej prawie czerwone oczy były najładniejsze. Po chwili zmieszania wykrztusił: - Gdy tak patrzę na ciebie to jestem pewien jednego. - Mianowicie? - Na pewno nie chciałaś skoczyć z braku adoracji płci przeciwnej. Zauważył jak się uśmiecha, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Jeśli miałby sobie wyobrazić anioła, to wyglądałby właśnie tak. - Faktycznie akurat z tym nie mam problemów. Poprosił w ciszy Boga, o ile tak naprawdę istniał, aby spojrzał na niego i spowodował żeby nie stał jak kamień. Jak ona marszczy brwi, piękno jej ciała... Nie rób mi tego – skarcił się w duchu - nie w tej chwili. Spraw abym coś z siebie wykrztusił. - Może chcesz abym cię odprowadził? - Skoro proponujesz. Szli tak w kompletnej ciszy i o dziwo nie czuł się z tego powodu głupio. Dochodząc do skrzyżowania ona dała mu niespodziewanie całusa w policzek i powiedziała: - Wolałabym byśmy się tutaj rozstali. - Jesteś tego pewna? Jeśli chcesz, to odprowadzę cię pod same drzwi. - Nie. Poradzę sobie sama. Wypowiadając ostatnie słowa poszła i po zniknięciu mu z oczu nie zdając sobie do końca z tego sprawy przyłożył rękę do policzka oraz zamknął na chwilę oczy. Dopiero po chwili przeklął drugi raz w ciągu dnia swoją głupotę, bo nie zapytał ją o imię, ani numer telefonu, czy adres zamieszkania. Pomyślał, że sam z tego powodu powinien skoczyć z mostu. Wrócił do domu i unikając rodziców udał się do siebie do pokoju darując sobie cowieczorne mycie twarzy i zębów. Walnął się na łóżko trzymając ręce pod głową i patrząc w sufit. Wiedział, że znowu zaczyna się ten proces przebiegania jego myśli. Czasami dziwił się o jak wielu rzeczach udawało mu się pomyśleć. "Zapierdalały"- to słowo idealnie pasowało, aby opisać ich prędkość. Często starał się śmiać z toku swojego rozumowania, który z łatwością potrafił przejść z wina do starego radia, zahaczając o bigos, cmentarz, babcię, klocki lego i wiele, wiele innych bzdurnych rzeczy. Przewrócił się na bok i zasnął. * * * W niedzielę rano, gdy wracałem z giełdy przechodziłem obok kościoła, w którym właśnie odbywała się msza na której zapewne była Mycha. Wszedłem na posesje i poczułem żwir który mnie zawsze denerwował ponieważ wszyscy ludzie stojący koło otwartych drzwi do kościoła oglądali się, by zobaczyć kto idzie. Msza trwała już dobre pół godziny i ksiądz bankowo dawał kazanie. Gdy wszedłem wszyscy spojrzeli na mnie - młode dziewczyny z ciekawości, a reszta ze spojrzeniem pod tytułem "kolejny spóźnialski". Wnętrze kościoła było typowe; ot trzy ścieżki do ołtarza oddzielone od siebie ławami z tymże środkowa była okryta czerwonym dywanem. Przy ścianach też były ławy a nad nimi wisiały obrazy. Wszedłem środkiem rozglądając się za Mychą i ledwo powstrzymując się od uśmiechu, bo przyszła mi głupia myśl, że czerwony dywan wyłożyli specjalnie dla mnie. Królom rozkładano taki, więc zapewne nie chcieli, żebym czuł się gorszy. Rozglądając się na boki widziałem jak wszyscy się na mnie patrzą. Gdy doszedłem pod ołtarz obróciłem się w stronę słuchających... Nie to złe słowo... Ich uwaga nie była skupiona na kazaniu i księdzu lecz na mnie. Stałem tak patrząc na nich, a oni na mnie i po chwili zrobiłem coś co później zaskoczyło nawet mnie... * * * Mycha siedziała pod ścianą i gdy zobaczyła przyjaciela chciała go zawołać lub podejść, lecz się strasznie speszyła i nie zdołała nic zrobić. Zastanawiała się po co przyszedł. Nigdy nie chodził do kościoła, więc pomyślała, że chyba przyszedł jej poszukać gdyż wiedział, że tu będzie. Szczęka opadła jej do samej ziemi, gdy zobaczyła jak wychodząc przed ołtarz odwraca się do księdza plecami i po chwili stania w bezruchu wchodzi na ołtarz i podchodzi do księdza... * * * - Przepraszam czy mógłbym powiedzieć kilka słów? – szepnął do wyglądającego jak święty Mikołaj w czarnym stroju księdza. - Szczerze mówiąc to nie wiem co ci powiedzieć synu. Spełniam tę funkcję od kilkudziesięciu lat i nigdy nie wydarzyło się w mojej karierze coś takiego. Ba, nawet o czymś takim nie słyszałem. Jesteś pewien, że tego chcesz? - Nie wiem, ale czuję że powinienem. - Zatem powodzenia, bo jestem pewien, że będzie ci potrzebne, gdy będziesz mówił do tych zgorszonych starych kobiet. - Wielkie dzięki – odpowiedział uśmiechając się z powodu tekstu nie pasującego do księdza. Podszedł do mikrofonu skupiając na nim swą uwagę, bo bał się, że spanikuje gdy spojrzy na twarze tych wszystkich ludzi, którzy na pewno mają otwarte buzie z powodu zaskoczenia. -Khem - powiedział chcąc sprawdzić jak to jest usłyszeć samego siebie w takim pomieszczeniu – Może zacznę od tego, że nie jestem wierzący. Do kościoła nie chodzę wcale, gdyż po prostu nie czuję potrzeby. Kiedyś bardzo chciałem wierzyć w Boga i nawet przeczytałem biblie chcąc, aby coś mnie przekonało. Myślałem, że po przeczytaniu księgi, którą uważa się za natchnioną zdarzy się cud i wiara pochłonie mnie bez reszty. Nic się jednak takiego nie stało, a to co uważa się za napisane przez ludzi natchnionych przez Boga ja uważam za zwykłą książkę. No może jednak nie taką zwykłą, bo jest całkiem pokaźnej grubości i zawiera w sobie wiele sentencji, które przydają się w życiu. Dziś przyszedłem tutaj ponieważ spodziewałem się zastać moją przyjaciółkę i jestem pewien, że ona gdzieś tutaj jest, ale nie powiem kto to, bo jeszcze spotka ją jakiś lincz ze strony starych zdewociałych babć, które chodzą do kościoła by poplotkować, albo nagle na parę lat przed śmiercią przypomniały sobie o Jezusie. No cóż, jak to mówią, nigdy nie jest za późno - i uśmiechnął się tak jak to chyba potrafił robić tylko on, ten uśmiech powodował, że taki sam znajdował się na twarzach innych. Chciałem powiedzieć kilka dłuższych zdań, zresztą to chyba lepsze od wysłuchiwania zazwyczaj nudnych kazań, co oczywiście mówię z wielkim poważaniem dla księdza prowadzącego tę mszę - gdy spojrzał w jego kierunku zauważył, że nie tylko nie ma mu za złe, ale i chce aby kontynuował. Jestem zwykłym człowiekiem takim jak wy, lecz brakuje mi czegoś w życiu. Tej jednej jedynej rzeczy, która by spowodowała, że poczułbym się szczęśliwy jak rzadko kto. Nadal nie wiem kim być w przyszłości, czym się zajmować. Jednak dziś, gdy stanąłem przed wami, oświeciło mnie tak jak Świętego Pawła, gdy przebywał trzy dni w Damaszku. Wisi mi to kim będę, całkowicie na to leję i z góry przepraszam jeśli moje słowa będą zbyt ostre lub za bardzo potoczne, bo najważniejsze, że wiecie co znaczą. Żyję na tym świecie i czasami zastanawiam się w jaką grę prowadzi nasze społeczeństwo. Żyjemy w gównianym świecie, gdzie jest dużo skurwieli. Gonimy za pieniędzmi, które są tak ważne w naszym życiu i częstokroć nie widząc świata poza nimi. Nawet, gdy mamy ich multum nie czujemy się usatysfakcjonowani i chcemy ich mieć więcej i więcej. Zastanawiam się co z naszym światem wewnętrznym. Przecież nawet nie mamy czasu by zaglądnąć do wnętrza siebie by spotkać nasze prawdziwe "ja" tak bardzo różniące się od naszej zewnętrznej powłoki. Każdy z nas powierzchownie jest podobny, lecz nasze wnętrze powoduje, że wszyscy się czymś wyróżniamy. Gdy stanąłem twarzą do was tuż przed schodami prowadzącymi na ten ołtarz przyszło mi do głowy jedno słowo. To słowo spowodowało, że nagle mój świat okręcił się o sto osiemdziesiąt stopni dosłownie zamieniając dzień z nocą. Tym słowem była miłość i to właśnie jej mi brakuje. Chciałbym mieć kogoś bliskiego, osobę która będąc przy mnie zapomni o całym świecie i problemami z nim związanymi, a ona odwdzięczy mi się dokładnie tym samym. Można nawet stwierdzić, że obydwoje będziemy na sobie pasożytować, ale żadne nie zabroni tego drugiemu. Chciałbym się przytulać do tej osoby, pieścić ją, czuć zapach jej włosów i patrząc jej w oczy widzieć świat bardziej kolorowym tak jakbym widział odbicie w lustrze, które całkowicie zmienia rzeczywistość. Być komuś potrzebnym i potrzebować tego kogoś tak jak człowiek potrzebuje swojego Anioła Stróża, bo gdy go opuszcza czuje się jak Mała Ewa w książce Doroty Terakowskiej. Lecz ta miłość gdzieś mi umyka nie dając się złapać. Mógłbym powiedzieć, że to pech, ale ja zbyt mocno wierzę w przeznaczenie, dlatego ta nazwa dla mnie w ogóle nie istnieje. Co poniektórzy przychodzą tu z powodu miłości. Zapewne jest was niewielu, bo jak znam życie spora część osób znajdujących się tutaj chodzi tylko dlatego, gdyż ich tak wychowano bądź rodzice każą. Jednak jeśli znajdują się tutaj osoby które chodzą ponieważ chcą, to chciałem do nich skierować jedno jedyne zdanie: Pamiętajcie, że macie choć część miłości, którą tak ciężko zdobyć i jest to miłość do Boga. No cóż to chyba tyle. Na koniec chciałbym dodać aby mnie nie wytykano, gdy będę chodził po ulicy i nie opowiadano bzdur, bo choć inteligentni są na plotki nie ulegli, to spora część lubi posłuchać opowieści dziwnej treści i w nie wierzy. Jestem zwykłym człowiekiem, jednostką jedną z wielu i to jest właśnie mój punkt widzenia. To chyba tyle. Proszę księdza aby kontynuował i do widzenia wszystkim. * * * Mycha zobaczyła jak schodzi w pełnej ciszy, a wszyscy odprowadzają go pod same drzwi wzrokiem nic nie mówiąc. Kompletna cisza. Nigdy nie myślała, że taka może istnieć w pomieszczeniu z tyloma osobami. Nawet bachor, który płakał kobiecie w wózku siedział cicho od momentu, gdy wszedł do kościoła tak jakby Bóg zesłał na niego błogi sen. Chciała iść do przyjaciela i pogadać z nim o czymś czego nie wiedziała chociaż znali się tyle czasu. Jednak była ciekawa co się stanie po jego wyjściu... * * * Po wyjściu z kościoła poszedł do przyjaciela tak jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Stanął na chwilę przed tą starą kamienicą w której mieszkał Adam i pomyślał, że w dzieciństwie wydawała się bardziej kolorowa. Adaś po otworzeniu drzwi odruchowo zaproponował by wszedł do środka. Jego dom znał jak własny. Gdyby lubił sobie dać w palnik i nie chciał wracać do domu poszedłby bankowo bezpośrednio do niego. Mieszkanie składało się z łazienki, kuchni i dwóch pokoi z których jeden został przebudowany na salon. Pod oknem wychodzącym na ulicę stało łóżko, po jednej stronie ściany był rząd szaf, a naprzeciwko nich biurko nad którym były zawieszone nietypowe plakaty. Na środku pokoju był mały stolik koło którego były dwa wygodne stare fotele i tyleż samo krzeseł. Ogólnie mieszkanie było czyste i utwierdzało w przekonaniu, że właściciel da sobie radę w życiu. - Napijesz się czegoś? – zapytał Adam. - Masz browar? - No na takie luksusy mnie jeszcze nie stać, ale za to mogę ci zaproponować najlepiej przyrządzoną herbatę na świecie. - No skoro tak mówisz to skorzystam. - Dawno się nie widzieliśmy - powiedział Adam wychodząc do kuchni. - Prawie tydzień jeśli mielibyśmy liczyć. - Co porabiałeś przez ten czas? – pytał na tyle głośno by się słyszeli. - Zaraz ci opowiem jedną rzecz, ale zaczekam aż wrócisz, bo nie chce mi się gadać na odległość. - No to opowiadaj - powiedział kładąc na stole dwie szklanki herbaty i cukierniczkę wraz z łyżeczką. - Parę dni temu spotkałem dziewczynę i szczerze mówiąc nie łatwo mi idzie zapomnienie o niej. - To proste, wystarczy do niej zadzwonić. - Nawet nie znam jej imienia, a co dopiero mówić o adresie czy telefonie. - No to faktycznie masz lipę. Zresztą daj sobie z nią spokój i zajmij się brunetką z biblioteki. - Łatwo Ci mówić. - Tia, ty i te twoje srecuszko. Czasami mi się wydaje, że jak się wreszcie zakochasz i będzie to miłość nieodwzajemniona, to będziesz na skraju załamania i szaleństwa. - Nie chcę się rozwodzić na tematy "co by było gdyby". - Ja, Stachu i Mycha jedziemy na ryby oraz rożno. Pojedziesz z nami? - Nie za bardzo mam kiedy no i też kasy całkowicie mi brak, a od starych głupio jest mi brać. - Twoja strata. My jedziemy jutro, no bo nie można przecież chodzić cały czas do szkoły. Czy my jesteśmy jakimiś robotami? Pamiętasz jak staliśmy na dachu budynku i patrzyliśmy na tych wszystkich ludzi przechodzących pod nami? Jeśli tam na górze jest jakaś siła wyższa to zapewne nie zwraca na nas uwagi, bo wydaje mu się, że jesteśmy jak mrówki, które tylko gdzieś pędzą w pośpiechu by wykonać powierzone im zadanie. - Zapomniałeś jeszcze dodać o wyrobieniu dziennej normy. Każda mrówka, aby załapać się na żarcie musi na to zapracować. Niby się różnimy inteligencją i tak dalej, ale w głębi jesteśmy tacy sami. Praca, praca, praca. Po kilku godzinach poszedł do domu, aby się jeszcze zmusić do nauki. * * * Szedł po chodniku coraz bardziej przyspieszając. Chód przerodził się w trucht, trucht w bieg, a bieg w szybki sprint. I nagle poczuł jak się unosi. Leciał powoli unosząc się coraz wyżej, aby wzbić się ponad chmury. Był wolny. Tak musiał czuć się ptak szydzący z ludzi muszących pozostać na dole, gdy on szybował podziwiając krajobraz. Zastanawiał się czy jest coś takiego jak prawdziwa wolność. Przecież zawsze gdzieś są granice dostępu człowieka. Niby żyjemy na tym świecie w krajach demokratycznych i liberalnych, ale jednak jesteśmy przykuci. Nie zawsze do tego samego, ale uzależnienie pozostaje uzależnieniem. Musimy pracować by zarabiać na nas i na rodzinę. Gdy jesteśmy młodzi pozostajemy zależni od rodziców, którzy mają to czego nam brak do wolności - pieniądze. A gdy jednak mamy środki na wyjazd to czy Polska, a nawet Europa nie wydają się malutkie w porównaniu z całym światem. Czy nawet gdy będziemy mogli podróżować po calutkiej ziemi, to nadal będziemy przez coś ograniczani? Obudził się z rana nie pamiętając jak zwykle co mu się śniło i ganiąc się w myślach za ponowne zaśnięcie przed nauczeniem się tego co musiał. Jadąc autobusem niezmiennie nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy widział to zbiorowisko niewyspanych twarzy i z pewnością min nie należących do ucieszonych z powodu nastania kolejnego tygodnia składającego się z pięciu dni szkoły. Był całkowicie pogrążony w myślach słuchając muzy przez walkmana. Dojechał do skrzyżowania i nagle za szybę przez którą patrzył podjechał tramwaj. Jak zwykle mierzył się ze wzrokami gapiów z innego rodzaju komunikacji, ale po chwili zobaczył ją. Dziewczynę o pięknych rudych włosach... * * * - Nawet nie wiesz człowieku co ja wtedy czułem - opowiadał później Adamowi - ona siedziała tam strasznie zamyślona dosłownie kilka metrów ode mnie odwrócona w inną stronę. Na początku pomyślałem, że wyczuje mój wzrok, ale tak się nie stało. Gdy minęła dłuższa chwila i wiedziałem, że zaraz będziemy obydwoje jechać dalej zacząłem się drzeć. Ty sobie choć trochę jesteś w stanie to wyobrazić człowieku?! Darłem się w autobusie, w którym panowała cisza nie gorsza od bibliotecznej. Krzyczałem, aby na mnie spojrzała, żeby mnie usłyszała i zwróciła na mnie uwagę, a inni się patrzyli jak na obcego Scully z "Archiwum X". Mój autobus pojechał prosto, gdzie miał przystanek, a jej tramwaj zatrzymywał się tuż po zjeździe w lewo. Wysiadłem szybko i zacząłem biec na przystanek szczerze się łudząc, że tam wysiądzie. Przebiegłem pod przejściem i gdy wybiegłem na powierzchnie ujrzałem już tylko tylnią tablicę tramwaju - dodał po chwili przerwy wciąż skupiając swoje oczy w podłodze i zaciskając pięści - Czułem się jak przegraniec. Tak musi się czuć olimpijczyk, który mimo starań nie zdobywa tego o co walczył. - Nie możesz dać sobie spokoju? Prawdopodobieństwo, że ją jeszcze raz zobaczysz jest w naszym mieście naprawdę nikłe. - Ale nie bez powodu mówią, że świat jest mały. - Nadzieja matka głupich. - Pamiętaj jednak, że każda matka kocha swoje dzieci - odgryzł się. - Tyle razy starałem ci się wytłumaczyć, że nie bez powodu jest taka piosenka z tekstem "Każda kobieta ma coś z prostytutki" - Tak i wiem, że masz rację, ale z drugiej strony muszę wierzyć, że są wyjątki zachowujące się inaczej niż te wszystkie małolaty na imprezach. Jeśli nie będę trzymał się tej myśli, to od razu mogę sobie wybić z głowy wiarę w prawdziwą miłość. - Pamiętasz tą dziewczynę z baletów, która zaczęła się z tobą niespodziewanie lizać? - Ta, byłem tak zamroczony alkoholem, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego co robię i zapytałem się czy ma chłopaka. Ona na to, że tak i od razu dałem sobie na wstrzymanie. Zresztą nawet gdyby nie miała to i tak chyba bym tego nie wykorzystał. - I tu popełniasz błąd. Ona tego chce i ty mimo wszystko też masz swoje potrzeby. Więc czemu nie? - Bo to nie jest zgodne z moimi zasadami. - Człowieku chrzań zasady i idź za instynktem. Jeśli się tego nie nauczysz, to nie poradzisz sobie w tym pieprzonym życiu. Tu jest tylko trochę bardziej cywilizowana wersja dżungli. Bierz co ci dają i tyle. - Łatwo ci mówić. Ja po prostu będę tego żałował, a wolę najpierw pomyśleć o przyszłości niż cieszyć się chwilą -I to bez wątpienia twój problem... * * * Tydzień później poszedł na most gdzie ją spotkał. Obserwując płynącą rzekę oparł się łokciami o murek pogrążając się w myślach. Jak łatwo i naturalnie człowiek przechodzi z rzeczywistości do krainy własnych przemyśleń. Dziwne jest to życie. Ludzie oceniają cię na różne sposoby i najczęściej nie adekwatnie do twojego prawdziwego Ja. Każdy widzi cię na własny sposób, a tobie i tak to wisi. Na dodatek najczęściej obgadują cię za plecami, a ty nic o tym nie wiesz. Czasami się zastanawiasz czy przypadkiem nie masz manii prześladowczej, a z drugiej strony jesteś nadal podejrzliwy w stosunku do innych. Myślisz sobie, że wbijasz w to całkowicie, jednak gdzieś tam głęboko zależy ci na tym co sądzą o tobie inni. Tak ciężko jest wygrać z życiem. Nie jest prostym się spełnić - pokazać wszystkim wała i zdobyć to co się chce. Rodzice - widzą w nas bliznę i na niej się koncentrują jeszcze bardziej ją piętnując. Ta blizna to twoje błędy, kłamstwa i wpadki. Nie ufają ci, bo zresztą czy ty będziesz ufał swoim dzieciom? To chyba powinna być pierwsza zasada rodziców. Nauczyciele - raz cię lubią, raz nienawidzą. Dokładnie tak samo jest ze znajomymi, lecz nauczyciele o dziwo są bardziej pamiętliwi. Tak jakby im już nie wystarczało zapamiętać to czego mają nauczać. Dziewczyny - częstokroć idąc ulicą widział ich ukradkowe spojrzenia. Czasami sam się na nie patrzył i oglądał za nimi, ale gdy było na odwrót strasznie się peszył. Nie wiedział czy im się podobał, czy może wyglądał aż tak idiotycznie, że patrzyły na niego z lekką kpinką. Spojrzenie - zawsze był przeświadczony, że wypowiada myśli. Zdał sobie sprawę jak bardzo się mylił, gdy przechodził wraz z Adame koło grupki skinów stojących w jednej z tych ciasnych uliczek jakich pełno koło rynku. Jedyne co zrobili, to popatrzenie czy nie ma wśród nich nikogo znajomego. Gdy któryś podciął Adama bez słowa podbiegł do niego i przyłożył łokciem po twarzy. Ostatnim co najlepiej pamiętał to uderzenie w nos i krew z niego wypływającą; spadała tak powoli na ziemie, a może robił to razem z nią? Potem widział tylko kopiące go nogi, których wydawało się tysiące. Pomyślał o tym po co tu się męczył? Po cholerę miał być na tym bezuczuciowym padole? Nie ma tu niczego co sprawiałoby mu przyjemność. Jest tylko cierpienie. To jebane cierpienie. Wystarczy się obejrzeć wokół siebie i zobaczyć tych wszystkich ludzi idących dokądś. Zastanawiał się czy mają cel. A może nie mają, ale go szukają bądź uważają, że mają? Poczuł krople deszczu mierzwiące mu włosy. Nawet nie wiedział kiedy usiadł w pozycji w jakiej zobaczył rudowłosą dziewczynę. Czy dążył do zabicia siebie? Najwidoczniej mają rację ludzie twierdzący, że człowiek pragnie podświadomie samozagłady. Poza tym czemu miałby tego nie chcieć? Gdy nie ma się na świecie spraw z których się można cieszyć to chyba najlepsze rozwiązanie. Mówią, że uczucia są chwilowe, przemijają. Jednak są na tyle ważne dla człowieka w chwili obecnej, że nie zastanawia się jakie będą w przyszłości i jeśli cierpi nie potrafi się cieszyć... * * * Poszedł do Adasia z wcześniej zakupioną trawą i zapalił z nim skręconego jointa. Włączyli TV w którym akurat leciało losowanie totolotka. Gdy Adam chciał przełączyć na coś ciekawszego przeszkodził mu: - Popatrz na to. Teraz ten gej przedstawi komisję pilnującą tego całego bajzlu. Spójrz na nich, jak razem kiwają głowami na dzień dobry. Mogliby teraz zrobić najazd kamery z boku i po kolei pokazać ich bliżej. Na ekranie powinny się pojawić pod ich facjatami takie napisy jak "Stachu - alkoholik od dwunastego roku życia", najazd na następną osobę i napis pod jej twarzą "Zdzicha – bezdomna, dorabia handlem narkotykami". Przecież to nie jest żadna komisja tylko jacyś biedni ludzie odświeżeni i ubrani. A ten typ. Jak on gada. Co słowo kręci głową na boki ciągle patrząc na kamerę. Dosłownie jakby chciał abym zobaczył frajera z każdego profilu. Naprawdę nie wiem po co on to robi. Czasem się zastanawiałem jak on to zrobił, że utrzymał się na tym stanowisku tyle lat chociaż występowały bardzo fajne laski. I wiesz do jakiego wniosku doszedłem? - Jakiego? - Że on w przeciwieństwie do tych kobiet dawał dupy prezessowi. - po chwili wspólnego śmiechu mówił dalej - Poza tym znasz kogoś kto wygrał w to? Podają imiona i nazwiska jakiegoś gościa z Międzydupia oraz numer kolektury choć i tak nikt nie wie gdzie to jest i z czym to się je. To jeden wielki spisek tych pederastów z telewizji i wyższych sfer, którzy zajadają się na deser kawiorem sprowadzanym z ciepłych krajów, gdy niedaleko ich wilii ludzie giną z głodu i zimna panującego na dworze. Wkręcali się co chwila w różne rzeczy czasami milcząc i pogrążając się we własnych myślach. Uważał, że jak sobie przypali to zapomni o niej. Jednak o dziewczynie z mostu nie udało się zapomnieć - nie jemu. * * * Jak zwykle co wieczór wybrał się na spacer, by dotrzeć do mostu i zawrócić. Wielokrotnie szedł tam z myślą, że uda się mu wreszcie ją spotkać. Nieraz wyobrażał sobie ich spotkanie - jak zacznie, co później powie, ogólny przebieg rozmowy. Czasami się dziwił, że zakochał się w osobie, której tak naprawdę nie zna, a z drugiej strony, że wie o niej wszystko. Co by dał, żeby ją w tym momencie dotknąć, przytulić i być przez chwile na tyle blisko, aby poczuć zapach jej ciała. Częstokroć szedł z nadzieją, że tym razem ją spotka i pogada jak ze starą przyjaciółką, lecz gdy wracał po półgodzinnym patrzeniu na tamę czuł zwątpienie. Jednak pierwszą myślą jaka była, gdy wstawał rano była taka, że dziś na pewno ją spotka. Teraz również stał oparty o murek i jak zahipnotyzowany patrzył w odbijający się księżyc na lekko wirującej wodzie. O dziwo gwiazdy były lepiej widoczne, gdy się spojrzało na ich odbicie w lustrze wody aniżeli na samo niebo. Z chwili zadumy wyrwało go poczucie, że ktoś na niego patrzy. Częstokroć się zastanawiał skąd ludzie biorą to odczucie. Czy wtedy odzywa się instynkt? No bo jak można wyczuć czyjś wzrok? Gdy spojrzał w prawo zobaczył Ją. Szła powoli w jego stronę ubrana na czarno z długim zielonym wełnianym szalikiem powiewającym na wietrze w rytm jej ruchów. Obserwowali się bardzo uważnie, obydwoje lekko uśmiechnięci. Gdy przeszła koło niego nic nie mówiąc chciał wykrztusić z siebie jakieś słowo, ale nie mógł. Miał tak sucho w gardle, że nie był w stanie nic powiedzieć. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nastał moment o którym marzył wiele dni, a nie może się nawet ruszyć z powodu wielkiego stresu. To co planował legło w gruzach. Patrzył jak się powoli oddala i chyba by tak stał gdyby nie przyszła mu myśl, że jest to jedyna szansa na rozmowę. Ruszył w jej stronę czując jak szybko bije mu serce. - Przepraszam, możesz zaczekać i pogadać ze mną chwilę? - wykrztusił z siebie. - Tak się właśnie cały czas zastanawiałam czy mnie poznajesz, czy też tylko Ci się tak bardzo spodobałam - powiedziała odwracając się w jego stronę. - Szczerze mówiąc to jest i tak i tak. Odpowiedziała mu promienistym uśmiechem, który wydawał mu się strasznie dwuznaczny – albo się z niego śmiała albo jej się spodobał. - Może to zabrzmi głupio, ale niewiele po tym jak się tu spotkaliśmy zacząłem tu przychodzić z myślą, że cię spotkam. Dzień w dzień wracałem z kwitkiem, aż do tej pory. I mam nadzieję, że się ze mną umówisz, bo jeśli nie to chyba nie będę miał po co żyć. - No w sumie nie wiem czy powinnam się umawiać z chłopakiem, który ma myśli samobójcze. - I kto to mówi – odparł odgryzając się. - No ok. Wiesz gdzie jest pobliskie lodowisko? - Pewnie. - To jeśli chcesz mnie spotkać bądź tam przed głównym wejściem o 19.30 pojutrze. - Obiecuję się zjawić choćby się waliło i paliło. - No to jesteśmy umówieni, a teraz wybacz, ale spieszę się na autobus i wolałabym abyś mnie nie odprowadzał. Wybaczysz? - Tobie chyba wszystko. Zatem do pojutrza. - Do zobaczenia - powiedziała na koniec i dała mu całusa w policzek. * * * - Człowieku nie wiem co się wtedy ze mną działo. Serce waliło mi jak młot, a gdy dała mi tego buziaka i poczułem jej perfumy, to myślałem, że zaraz tam dostanę zawału. Byłem tak cholernie szczęśliwy rozmawiając z nią. Nagle znikł cały świat i byliśmy tylko my dwoje. Wyparowały wszelkie kłopoty i problemy. Istniała tylko ona i ja. Uwierz mi na słowo, że gdybyś spojrzał w te jej oczy, to rozpuściłbyś się jak sopel lodu w ciepły letni dzień. Ona odwróciła się na pięcie i poszła dalej po kilku metrach oglądając się za siebie. Gdy zobaczyła, że tak stoję patrząc za oddalającym się aniołem uśmiechnęła się bardzo ładnie, Boże co to był za uśmiech, i pomachała. Po chwili znikneła mi z oczu, a ja tak stałem jeszcze parę minut zastanawiając się czy to się wydarzyło naprawdę, czy też nie jest jakimś najprzyjemniejszym snem jaki kiedykolwiek miałem. Ty wiesz co ja dzisiaj czuję? Dopiero jutro się z nią zobaczę. I to na wieczór. - Mówią, że wyczekiwanie na coś takiego jest słodką udręką. - Może i słodką, ale co ja bym dał, aby to było już za chwilę. - Lepiej tak nie myśl. Nim się obejrzysz już będzie po tym spotkaniu, a zresztą nie wiem, czy w ogóle wziąłeś to pod uwagę, ale ty nie potrafisz jeździć na łyżwach. - Eee. - Czyżbyś był zaszokowany? - zapytał Adam uśmiechając się. - Nawet o tym nie pomyślałem. Wyjdę na jakiegoś ćwoka. - Nie przejmuj się stary. Jeśli jest naprawdę taka fajna, to nawet będzie szczęśliwa ucząc cię jeździć. Przyznaj się, że po spotkaniu z nią poszedłeś sobie zrobić dobrze. -No wiesz co? - zapytał robiąc się czerwonym jak burak i widząc jeszcze większego rogala na twarzy przyjaciela powiedział - Ona jest dla mnie bóstwem i marzenie o takich sprawach z nią w roli głównej jest tak nierealne. Nawet mi na tym na razie nie zależy. Wystarczy mi mieć ją blisko siebie i... * * * Był na miejscu pół godziny przed ustalonym czasem. Wcześniej pożyczył od rodziców trochę kasy, aby móc może się jeszcze dodatkowo przejść do jakiejś kawiarni o ile będzie chciała. Gdy wybiła ustalona godzina nagle zobaczył ją wychodzącą zza budynku. Cieszył się, że była punktualnie, choć z drugiej strony żałował nie pojawienia się jej wcześniej. Gdyby się spóźniła kilka minut, to wiedział doskonale, że każda z nich dłużyłaby mu się jak godziny. - Cześć. - No hej - odpowiedziała znowu całując go w policzek, a on stał jak słup soli nie wiedząc jak to się dzieje, że nie może się ruszyć. - Będziemy tak stać czy wejdziemy do środka? - zapytała. - Z tobą mogę tak stać całą wieczność. - Zawsze z ciebie taki komplemenciarz? - Dla tak pięknej dziewczyny nie szczędziłbym niczego. - Zamiast tak słodzić chodź, bo nie jest miło spóźnić się do wejścia na lód. Wynajęli łyżwy i poszli do szatni by się przebrać. Gdy już założył łyżwy stanął trochę chwiejnie na nogach, a ona widząc to z lekkim uśmiechem stwierdziła: - Od razu widać, że nigdy nie miałeś na sobie łyżew. - Jakoś nigdy mnie do tego nie ciągnęło. - A szkoda, bo wiele straciłeś. - To się jeszcze okaże. Szedł niepewnie w stronę drzwi wychodzących na odkryte na zewnątrz lodowisko od czasu do czasu zahaczając łyżwą o łyżwę i omal się nie przewracając. Przytrzymywał się wtedy rudowłosej piękności, która szybko obejmowała go na chwilę. - Nie spiesz się nigdzie, bo mamy jeszcze czas. - Mam nadzieję, że jesteś dobrą nauczycielką. - A ja jeszcze większą, że pojętny z ciebie uczeń - odgryzła się skutecznie. Objęci weszli na lód i gdy stanął na obu nogach od razu padł na tafle jak długi, ona zaś podała mu rękę by wstał. Gdy już utrzymał równowagę powiedziała, żeby dał jej rękę i w ten sposób jeździli tak razem trochę niepewnie. Czasami się wywracał, ale po jakimś kwadransie nauczył się wystarczająco i mógł jeździć bez trzymania się jej. Jednak nie chciał jej puszczać i starał się mieć ją jak najbliżej siebie czasami udając, że nie za bardzo sobie radzi. - Widzisz już dlaczego tak tu pięknie? - Nie wiem czy tu tak pięknie, bo może podoba mi się tylko dlatego, gdyż ty jesteś tu ze mną - odpowiedział widząc po raz pierwszy lekkie rumieńce na jej twarzy. - No to coś ci wytłumaczę. Ilekroć tu bywam jestem szczęśliwa. Nagle nikną wszystkie kłopoty i czuję się tak jak ty zapewne teraz. Spójrz, nad nami lampy do których są przyczepione megafony z grającą wciąż muzyką i choć czasami beznadziejną, to wszystko rekompensuje panujący tu nastrój może po trochu też spowodowany wszędzie powywieszanymi kablami z kolorowymi żarówkami. Tam za płotem odgradzającym teren lodowiska są ludzie, którzy doskonale zdają sobie sprawę jacy jesteśmy tu szczęśliwi i obserwując nas, też po trochu czują tą radość. Jest tu jak w jakiejś pięknej krainie. Wszystko jest tak kolorowe jak za dzieciństwa bloki, które teraz wydają ci się szare i ponure. Jeździli powoli przytuleni do siebie i gdy przyszło do zejścia z lodowiska robił to z wielką niechęcią. Nie skorzystała z propozycji pójścia na kawę argumentując to koniecznością nauki. Postanowiła, że odprowadzi ją na most gdzie się spotkali po raz pierwszy i tam rozdzielą się, aby każde poszło swoją ścieżka. Gdy doszli do środka mostu ona odwróciła się w jego stronę i szepnęła cichutko będąc tak blisko niego, że wdychał większość pary wylatującej z jej ust: - Tu jak wiesz musimy się rozstać. On zaś nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa zrobił to na co próbował się odważyć przez cały dzień, pocałował ją. Zrobił to jak tylko umiał najlepiej doskonale zdając sobie sprawy, że nie ma doświadczenia w takich sprawach. Delikatnie musnął jej wargę najpierw swoim językiem, a potem wargami lekko ją podszczypując. Gdy nie odwzajemniła tego odsunął głowę trochę do tyłu czując, że zaraz da mu po gębie i wiedząc, że na to zasłużył. Ona jednak po chwili patrzenia mu w oczy rzuciła się mu na szyję i zaczęła namiętnie całować. Ich języki wirowały wokół siebie nie mogąc się sobą nasycić. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mogli stać tu wieczności, ba, nawet kilku minut. On objął ją w pasie nie śmieląc się na złapanie jej za niższe partie jak doradzał Adaś i ciesząc się tą chwilą. Po chwili przestali i przytulony wciąż do niej szepnął do ucha: - Spotkamy się jeszcze? - Sama nie wiem, bo nie powinnam, ale to chyba silniejsze ode mnie. Dam ci zaraz swój numer telefonu. - Szkoda, że musisz iść. Może jednak pójdziesz ze mną do jakiejś knajpki? - próbował ją przekonać. - Przykro mi, ale naprawdę nie mogę. - Skoro tak musi być. Po dłuższej chwili, która jemu wydawała się strasznie krótka oderwali się niechętnie od siebie. Zobaczył jak wyjmuje portfel i daje mu swoją wizytówkę. Po przeczytaniu imienia i nazwiska powiedział: - Właśnie zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem jak się nazywasz, ani ty nie znasz mojego imienia. Przy tobie takie sprawy wydają się być tak mało istotne. Nadia Markiewicz, bardzo ładne imię, chociaż wolałbym wstawić własne nazwisko. A ty nie zapytasz mnie jak mam na imię? -Jak sam powiedziałeś, to małoważne, zwłaszcza dla mnie. Po raz kolejny się pocałowali krótko i namiętnie oraz kolejny raz patrzył jak się oddala. - Do widzenia, zadzwoń niebawem - powiedziała na pożegnanie, po czym odwróciła się do niego plecami. * * * Zastanawiał się kiedy do niej zadzwonić. Ta niby nietrudna decyzja wydawała się mu strasznie skomplikowana i istotna. Dziewczyny chyba nie lubią jak się do nich dzwoni zbyt szybko. Jednak z drugiej strony nie wiedział czy wytrzyma bez jej głosu do następnego dnia, a co dopiero dłużej. Postanowił, że zadzwoni jutro - wtedy nie wyjdzie na to, że się narzuca ani, że mu na niej nie zależy. Jeden dzień, to chyba odpowiedni okres czasu. Następnego wieczora zadzwonił do niej: - Dzień dobry zastałem Nadię? - Tak to ja. - W sumie to się domyślałem, ale nie byłem pewien. Chciałabyś się może ze mną spotkać? - Kiedy? - Może jutro? - Nie to raczej nie możliwe, bo jestem zajęta, ale co myślisz o pojutrzu? - Pewnie, chociaż z drugiej strony nie wiem czy wytrzymam. - Wytrzymasz, wytrzymasz, a jak nie to zadzwoń chociaż nie wiem czy mnie zastaniesz. - Co tam w ogóle słychać? - Nic ciekawego. Moje koleżanki się na mnie obraziły, bo gdy szłyśmy przez rynek zobaczyły gościa, który im się cholernie podobał. - A tobie? - Mnie nie, bo akurat myślę o kimś innym. - I co z tym rynkiem? – zapytał nie chcąc usłyszeć, że jest to ktoś inny niż on. - No i ja podeszłam do niego, pogadałam z nim chwile, a potem on podszedł ze mną do nich. Gdybyś widział ich miny to pękłbyś ze śmiechu. Nawet buraki nie są tak czerwone. Jeszcze nigdy chyba się tak nie wstydziły. Powiedziały, że mi tego nie darują. - Nie martw się, do jutra im przejdzie. - Też tak myślę. - Zawsze zaczepiasz tak ludzi na ulicy? - A coś w tym złego? - No niby nie, ale Twój chłopak zapewne jest strasznie zazdrosny. - Zawsze stosujesz takie tanie chwyty, aby się dowiedzieć czy twój "cel" ma kogoś? - W sumie to muszę przyznać, że tak. Słuchaj impulsy mi się kończą. Gdzie się spotkamy? - No proszę jak łatwo zejść z frustrującego tematu. To bądź na moście o wpół do szóstej dobra? - Pewnie. Więc do pojutrza. - Papa. * * * Poszedł do Adasia aby jak zwykle mu o wszystkim opowiedzieć. Adaś na koniec z uśmiechem stwierdził, że on i Mycha uważają, iż nie będzie miał już dla nich czasu. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczył, ale doskonale wiedział gdzieś tam w głębi, że ma rację. Zaś z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że to są prawdziwi przyjaciele, którzy będą cieszyć się jego szczęściem. Na moście był jak zwykle z powodu zniecierpliwienia wcześniej, a ona punktualnie. Gdy się spotkali nie doszło do żadnego przytulenia ani uścisku czym czuł się trochę zawiedziony. Głównie obwiniał za to siebie, bo czuł się przy niej strasznie onieśmielony. Niby wcześniej planował ich spotkanie, ale ponownie, gdy przyszło co do czego, nie zdobył się nawet na objęcie jej, czy też złapanie za rękę kiedy szli razem. Zresztą może to i lepiej, bo w końcu tak krótko się znają, że nie wie co ona do niego czuje. Tym razem zaprowadziła go do herbaciarni. Strasznie go zaskakiwała tymi wypadami i bardzo mu się to podobało. Była inna od całej reszty dziewczyn. Na samym wejściu poczuł śliczny zapach. Od razu zrobiło mu się tak przyjemnie, a nawet przez chwile z tej przyjemności zawróciło mu się w głowie. Siedli przy stoliku i gdy podeszła kelnerka zamówiła dwie herbaty o nazwie darjeling. Siedzieli tak w ciszy wpatrując się w siebie od czasu do czasu śmiejąc się. Jedno nie pytało drugiego, co go tak bawi i miało to swój urok. Z głośników płynęła spokojna muzyka, a herbata która wydawała się delikatna i subtelna poprawiła mu bardzo samopoczucie. - Jak ty znajdujesz takie miejsca? - zapytał przerywając słodką ciszę. - Strasznie lubię chodzić do miejsc, które wpływają na mnie kojąco. Tutaj jest tak miło, ciepło i przytulnie. Przychodzę tu bez zastanowienia jeśli mam zły humorek i trochę grosza przy duszy. - A ta herbata? Próbowałaś już wszystkie, że wybrałaś akurat tą dla nas obu? - Nie, to dużo prostsze. Przywiązuje się do rzeczy, które mam jako pierwsze, lub po raz pierwszy spróbowałam. Na przykład, gdy miałam komórkę, to choć od czasu do czasu się cięła, nie dawałam jej do serwisu chociaż była na gwarancji. A gdy byłam tu pierwszy raz zamówiłam właśnie tę herbatę, a nie inną. Jej smak mi odpowiada, więc po co mam próbować pozostałych? - Choćby i z czystej ciekawości. - Ciekawość to słodkość zamieszkująca nasz umysł. Jeśli bym spróbowała wszystkich innych, to moja ciekawość wyprowadziłaby się gdzie indziej. - Zawsze taka jesteś? - Jaka? - Prostolinijna, słodka i filozoficznie podchodząca do niektórych spraw. To chyba trzy pierwsze cechy, które mi przychodzą do głowy, gdy o tobie myślę. - Zaczekaj, aż poznasz mnie lepiej. Od razu będziesz miał mnie dość. - Nie wiem czy nastanie taki moment, ale żeby nie zapeszyć zmienię jak zwykle delikatnie temat, co by o tym nie gadać i jednocześnie powiadamiając Cię o tym. Może jesteś głodna? - W sumie coś bym zjadła. - To dopijmy herbatkę i tym razem ja cię gdzieś zabiorę, żeby przy tobie nie wyjść na nudziarza. Siedli przy ścianie przy jednym z odgrodzonych od siebie czerwonymi kotarami stolików japońskiej restauracji. Widział jak ona ciekawie rozgląda się po sali, która była cała w czerwieni, co głównie było spowodowane żyrandolami wokół których klosze były koloru wypełniającego sale. - Co chciałabyś zjeść? - zapytał podając jej menu. - W sumie to nie wiem. Może polecisz mi coś konkretnego? - Dla siebie poproszę sushi z pstrągiem, a dla pani takoyaki i chili sausage i do tego dwa napoje bogów - oznajmił kelnerowi. Gdy podano jedzenie zauważył, że czuje się trochę zakłopotana, dlatego zapytał: - Coś nie tak? - Wszystko w porządku tylko jest jeden mały problem. Otóż ja nie potrafię jeść pałeczkami. - Więc pozwól, że ci pokaże - powiedział szczerze rozbawiony tym, że o tym zapomniał. Wstał z krzesła i stanął za nią. Wyjął pałeczki z opakowania i nachylił się tak, że poczuł zapach jej włosów, szamponu i perfum. Przez chwilę nie mógł nic zrobić. Chciał, aby ta chwila trwała wiecznie. Gdy się otrząsnął włożył jej do ręki pałeczki w odpowiedni sposób ciesząc się w myślach, że może dotknąć jej dłoni, niby niechcący i przelotnie jednocześnie tłumacząc jak się nimi posługiwać. - Nauczona? – zapytał po krótkiej lekcji. - To zaraz się okaże. I aby zademonstrować jak jest w rzeczywistości wzięła trochę niezgrabnie niedużą porcję ryżu zamoczyła w sosie, który był w oddzielnej miseczce i zjadła. - No i proszę – powiedziała pełna dumy. - I jak smakuje? - Jak to mawia mój ojczulek, niebo w gębie. - Zapewne nie mówi tak wtedy, gdy ty robisz obiad. - Czy to jakaś malutka próba dopieczenia mi? - E-e, tylko lekka aluzyjka by usłyszeć jak jest w rzeczywistości. - No cóż. Jak na porządną kobietę przystało potrafię gotować i to nawet dobrze, a przynajmniej tak uważa rodzinka, ale nie lubię tego robić, bo wolę jak faceci mi gotują no i też nie mam zazwyczaj okazji tego robić z powodu warunków panujących w moim domu. - Może kiedyś ci coś przygotuję. - Najlepiej do łóżeczka. - Wtedy byśmy musieli spędzić razem noc. - Nie wiadomo co przyszłość zgotuje. Wieczór minął im bardzo miło i trochę przygnębieni szybkością mijanego czasu szli, aby rozstać się nad mostem. Gdy doszli do samego środka ona odwróciła się do niego i pocałowała lekko w usta. Przez chwilę czuł jej kocio szorstki język. Po zapytaniu kiedy się spotkają usłyszał w odpowiedzi, żeby zadzwonił za kilka dni, bo dopiero wtedy może znajdzie trochę wolnego czasu. * * * Dni mijały mu bardzo powoli i chcąc przyspieszyć moment zadzwonienia do niej poszedł po Adasia i paru znajomych, by namówić ich na małą pijatykę na dworze. Po wejściu do samu wzięli co potrzeba i wstąpili w szeregi kilkumetrowej kolejki do kasy. Stał tak rozmyślając o wielu sprawach. Głównie obserwował innych ludzi zastanawiając się czy oni są tego samego gatunku co on. Wszyscy wydawali się tacy zapatrzeni w siebie. Każdy myślał o czymś innym, miał swoje problemy i spojrzenia na świat - byli jednostkami, ale jednak tak bardzo podobnymi do siebie, że ciężko byłoby ich rozróżnić gdyby nie wygląd zewnętrzny. Niby tacy sami, a jednak tak różni. Denerwował go postój w tej kolejce. Chciał już się urżnąć i zapomnieć o wszystkim. Co chwila ktoś płacił kartą kredytową co powodowało, że kasowanie klientów zajmowało znacznie dłużej. Jak na złość tuż przed nim kasjerka postanowiła poprzewracać wszystkie banknoty w odpowiedni sposób. Zanim wyszedł z marketu przed jego oczami przewinęły się setki różnych nominałów. Jak zwykle gdy już wszyscy byli pod wpływem alkoholu zaczęły się dywagacje na tematy filozoficzne. Gadali o wszystkim i o niczym: co jest po śmierci, jak to kościół się do wszystkiego wpieprza, czy ksiądz może być gejem, że aborcja jest niedozwolona, bo politycy i biskupi nie byli postawieni w sytuacji, że ich kochanka ma dziecko itd. Na następny dzień strasznie bolała go głowa i nie miał ochoty na cokolwiek prócz wody mineralnej. Jak zwykle zmusił się do wypicia browaru i od razu poczuł się lepiej. Wydawało mu się dziwne, że tylko alkohol jest tak skuteczny na kaca. Wieczorem zadzwonił do Nadii strasznie stęskniony. Niestety jej nie zastał, więc spróbował parę godzin później. Odebrała: - Gabinet tortur, słucham? - Często tak odbierasz telefon? - zapytał szczerze rozbawiony. - Gdy tylko nadarzy mi się okazja. - Tęskniłaś? - Nie, a powinnam? - To zależy. Zawsze taka bezpośrednia? - A po co kłamać? - Dla przyjemności drugiego człowieka. - Może byłoby ci przyjemnie, ale jak każde kłamstwo ma krótkie nogi, tak ty przekonałbyś się w pewnym momencie, że nie czuję jeszcze do ciebie tego co chyba byś chciał abym czuła. - A co czujesz? - To już moja słodziutka tajemnica. - Zapewne mniej słodka od ciebie. - Czy ty nigdy nie dajesz spokoju tym komplementom? - Powiedz tylko słowo, a nie będę tak mówił. - Aż taki z ciebie pantoflarz? - No wiesz co? - Nie wiem, ale zapewne zaraz się dowiem. - Wiem, że gdzieś tam w głębi to ci się podoba, tylko nie chcesz się do tego przyznać. - Łudź się łudź... - A poza tym nie byłbym sobą gdybym się od tego powstrzymywał. Moja dusza i serce pragną cię ubóstwiać ponad wszystko, więc moje ciało im się poddaje. - Po co dzwonisz? – zmieniła temat. - Spodziewałem się jakiejś lepszej odpowiedzi. - Na przykład? - No może nie od razu „kocham cię”, ale coś w stylu "gdy mi tak mówisz misiu to mam kisiel w majtkach" - Nie dość, że romantyk to na dodatek perwersyjnie zboczony - powiedziała po obustronnej salwie śmiechu. - A wracając do tematu to najzwyczajniej w świecie chciałem się z tobą umówić na następne spotkanie. - Mówisz to tak, jakbym nie miała wyboru. - Bo to prawda. - Niby czemu? - Gdybyś tego nie zrobiła w TV zobaczyła byś próbę samobójczą jakiegoś nieudacznika i przypadkiem poznałabyś moją sylwetkę. - No ok, nie chcę cię mieć na sumieniu. - Więc kiedy kochanie? - Jutro tam gdzie zawsze o 19.00 - Ok. Papa i słodkich snów słonko. - Trzymaj się. * * * Szli blisko siebie nie przytuleni i nie trzymający się za rękę, lecz mimo wszystko wyglądający jak bardzo dobrze dogadująca się para. Po pewnym czasie rozpoznał w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych