F10.2-"Grzechotnik"
Czasem to już nie jest złośliwość a perfidia przedmiotów martwych..
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b} Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.{/i}{/b}
Chcę opowiedzieć teraz pewną historię, dotyczącą mojego samochodu. Z pozoru prosta i banalna, dla mnie jest świadectwem, iż bez owej siły ducha, dziś być może, leżałbym gdzieś na melinie, zaszczany, zeszmacony, tulący miłośnie flaszkę do piersi. Historia zaczęła się najzwyczajniej pod słońcem. Kupiłem samochód. Kiedy z żoną poszło już na ostro i ustaliliśmy, że rozwodzimy się, pojawiła się kwestia użytkowania auta. Charakter mojej pracy wymaga mobilności i dyspozycyjności: zarabiam dzięki temu, że mogę się szybko przemieszczać i odbyć dziennie, dajmy na to, trzy spotkania. Bez samochodu zawodowo nie żyję. Komunikacja miejska jest dobra na awaryjne zrywy, ludzie chcą się spotykać u siebie w domu, wieczorem. Pierwsza propozycja od żony zakładała tygodniowe dyżury. Jeden tydzień ona, drugi ja. Samobójstwo: niech klient przełoży umówione wcześniej spotkanie, co nierzadko się zdarza i jestem ugotowany. Robi mi się pusty dzień, w następnym tygodniu nie mogę dojechać, w jeszcze następnym on znów nie może... cała sprawa odwleka się do świętego Nigdy, wiem co mówię, mam za sobą dziesięcioletnią praktykę w umawianiu spotkań. Zaproponowałem zatem zmiany co drugi dzień, nie przeszło, bo wyjeżdżałbym wtedy benzynę żony, a to jest absolutnie niedopuszczalne. Na moją nieśmiałą prośbę, że co drugi dzień małżonka korzystałaby z mojego paliwa nie otrzymałem odpowiedzi. Wreszcie stanęło na tym, że jednego tygodnia ja jeżdżę trzy dni, następnego dwa, weekendy wedle potrzeb. I zaczął się koszmar. Takie rozwiązanie dało identyczny rezultat, jak tygodniowe dyżury, tyle że na nieco mniejszą skalę i mniej dotkliwe. Pofunkcjonowałem tak jakiś czas, ale zobaczyłem, że powoli praca mi się sypie. Wymyśliłem więc idealne rozwiązanie, przynajmniej we własnym mniemaniu. – Zróbmy tak. Ja wezmę samochód, a tobie oddam połowę jego wartości – zaproponowałem któregoś wieczoru, umęczony nieustannym lawirowaniem między klientami, dyżurami, sprawami biurowymi. – Nie. – Dobrze. Więc zróbmy odwrotnie. Ty weź samochód, a mnie oddaj połowę jego wartości. – Nie. – O.K. – Jak trzeba, jestem cierpliwy. – Sprzedajmy w takim razie auto i podzielmy kwotę. – Nie. – Dlaczego? Przecież nic innego nie można wymyślić. Dlaczego nie? – Bo nie! Zaciąłem się wtedy w sobie. Bić się nie będę, sądowego podziału majątku też nie będę przeprowadzał, bo pójdę z torbami i ani samochodu, ani pieniędzy. Jestem współwłaścicielem samochodu – pomyślałem – trudno, przemęczę się jeszcze i przeczekam, bez mojej zgody żona nic z autem nie zrobi, a po rozwodzie, jak będzie rozdzielność majątkowa, kupię jakąś bryczkę. Przetrzymałem, chociaż praca rozsypała mi się prawie dokumentnie, na bieżąco łatałem tylko aktualne sprawy, sprzedaży prawie żadnej. Zacząłem szperać w internecie, samochód miał być tani i japoński – tak to sobie wymyśliłem. Ofert zatrzęsienie. Ostatecznie wypatrzyłem dwunastoletniego Nissana. I zaczęła się jazda. Okazało się, że samochód jest trzydzieści kilometrów za Radomiem. Trochę daleko, ale zadzwoniłem do Lecha, wspólnego znajomego Wranglera i mojego, który jest mechanikiem. Sam zaproponował, że pojedzie ze mną, tyle, że muszę dotrzeć do Garwolina, gdzie mieszka, bo stamtąd pojedziemy. Zadzwoniłem pod telefon w ofercie, jakiś młody facet zaczął mętnie tłumaczyć, że w zasadzie to nie on, tylko ojciec. Dobra, zadzwoniłem do ojca, ależ proszę, jak najbardziej, tyle że on pracuje pod Warszawą, samochód jest znajomego i tylko stoi na jego podwórku do oglądania. Są wszystkie dokumenty, wypełniona i podpisana umowa, można oglądać. Zaczęło mi się to nie podobać, ale Lech wziął już wolne, ja też poprzestawiałem spotkania... dobra, jedziemy. Źle zaczęło się już od początku. Zaspałem na PKS do Garwolina, pół godziny w plecy. Kiedy dotarłem do Lecha, okazało się że miał poprzedniego dnia imprezę i jest potwornie skacowany, ledwie na oczy widzi. Trudno, siadłem za kółko jego samochodu, miałem instrukcję, jak dojechać do miejscowości sprzedającego, ów syn mi przemailował. Wyruszyliśmy. Nawet nie pobłądziliśmy, około południa dotarliśmy na miejsce. Wzięliśmy po drodze znajomego Lecha, też mechanika. Przyjechaliśmy, Nissan faktycznie stoi na podwórku, nawet ładny. W domu tylko żona tego ojca, co to jest znajomym właściciela. Lech z kumplem oglądają samochód, sprawdzają co tam trzeba w takich sytuacjach. Ja się nie znam. – Dlaczego miękki, tymczasowy dowód? – Pyta Lechu. – Właściciel zgubił wszystkie dokumenty, proszę tu jest potwierdzenie z policji. Faktycznie, zgadza się. Cóż, bywa, wszystko wygląda w porządku. Zasiadłem za kierownicą, przymierzyłem się. – Lechu, spryskiwacz w ogóle nie działa. – Drobiazg, może przypchany, to się zrobi. – Ma instalację gazową, ale nie odpala z benzyny. – To drobiazg, pewnie za długo stał, to się poprawi. – Lechu, ale on walony był. Na pewno przodem, prawym tyłem. – Nie przesadzaj, to dwunastoletni samochód, coś tam musiało z nim się przytrafić, ruszony specjalnie nigdzie nie jest. Ta żona to jakaś niekumata, tylko wzruszała ramionami. Ona nic nie wie, nie zna się. Odeszliśmy na bok. Lechu dyskretnie szepnął, że jak urwiemy jedną trzecia ceny to możemy brać. Urwaliśmy. Wypłaciłem, podpisałem umowę i ruszyliśmy w powrotem, już na dwa samochody. Jedziemy, po drodze chcę włączyć radio, które było na wyposażeniu, nie działa. Nie mogłem się dokładnie przyjrzeć, bo cały czas w ruchu. Machnąłem ręką, to w końcu drobiazg, w razie czego mam klienta, który montuje i naprawia radia oraz alarmy, doradzi. Na postoju zadzwoniłem, umówiłem się, że po drodze, jeszcze dziś, zajrzę. W Garwolinie pożegnałem się z Lechem i pognałem do Warszawy. Zajechałem do pana Grzesia, trochę się zdziwił, że jeżdżę innym samochodem, ale zaraz zabrał się za radio. Tylko spojrzał: – Panie Tomaszu, to podpucha. Ono nie działa i nie będzie działać, to radio jest tyle, że wepchnięte na silę, żeby dziurę zasłonić. Wyciągnął, faktycznie: złom. – Ja mam tu jakieś używane, jak pan chce mogę zamontować i podłączyć. Kosztowałoby 150 zł. – Dobra, niech pan wkłada – machnąłem ręką, akurat na radiu zależało mi. Pojeździłem ze dwa dni, umówiłem się na przegląd, wymianę płynów i takie tam, poza tym przymierzyłem się do przerejestrowania. Okazało się, że muszę wymienić kilka rzeczy w zawieszeniu, nieco kosztownych. Trudno, pomyślałem, w końcu to dwunastoletni samochód, trochę trzeba w niego włożyć. Wykaszlałem niezłą sumkę, ale pocieszałem się, że i tak koszt samochodu jest mocno okazyjny. Do Wydziału Komunikacji pojechałem w piątek, wymyśliłem, że będzie wtedy mniej ludzi. Rzeczywiście było mniej, ale chyba do pracy, bo zabrakło numerków do okienek. Zapraszamy w poniedziałek. Dobra, zaczniemy z nowego tygodnia. Urząd czynny jest od ósmej rano, dotarłem dziesięć po. W środku dziki tłum, numerków brak. Okazało się, że chętnych do przerejestrowania jest cały tabun, a naczelnik urzędu ze względu na okres wakacyjny, znacząco ograniczył dzienny limit interesantów. Ludzie przyjeżdżają o szóstej rano, żeby zająć miejsce w kolejce do kolejki do numerków, do okienka. Paranoja. Zasadziłem się na środę, przyjechałem godzinę przed otwarciem, odstałem swoje, załapałem się na jeden z ostatnich numerków. Trudno, trzeba się przemęczyć. Po jakichś dwóch godzinach zaczepia mnie jeden z interesantów z propozycją odstąpienia swojego miejsca, bo równolegle żona stoi i będzie znacznie wcześniej. No pewnie! Ucieszony, że tak mi się pofarciło, odczekałem jeszcze godzinkę i dobrnąłem do okienka. Kładę dokumenty, a pani z drugiej strony na to: – Nie przerejestrujemy panu tego samochodu. – Dlaczego? – Nie rejestrujemy na podstawie tymczasowego dowodu. Spokojnie. Z uśmiechem na ustach wyciągnąłem zaświadczenie z policji, które dostałem przy kupnie Nissana. – Nie ma mowy. Tylko na twardy dowód. – To, co ja mam teraz zrobić? – Już przestałem się uśmiechać. – Przyjść z twardym dowodem. Następny proszę. Wyszedłem wściekły jak rzadko. A była to, jak się okazało, dopiero przygrywka. Zastanowiłem się szybko: znajdę numer telefonu do Wydziału Komunikacji miasta Radom, choćby w internecie, sprawdzę czy są dokumenty. Jeśli tak, kopnę się szybko do Radomia, odbiorę i zdążę z powrotem, miałem jeszcze swój numerek, ten jeden z ostatnich. Pierwsza cześć planu poszła znakomicie, kłopoty zaczęły się w momencie dodzwonienia się do radomskiego urzędu. A i owszem, oczywiście jest komplet dokumentów, leży i czeka, ale mi ich nie wydadzą. – Dlaczego? – Bo wydajemy tylko właścicielowi samochodu. – No, to ja jestem właścicielem, mam umowę kupna-sprzedaży. – Nie. Zbywca nie miał prawa sprzedać panu auta na miękki dowód, umowa jest nieważna. Musi przyjść właściciel. Do widzenia. Ręce mi opadły. Zbywcy na oczy nie widziałem, w ogóle oprócz żony, nikogo na oczy nie widziałem. Dzwonię do tego ojca, tłumaczę co i jak. Facet coś kręci, owszem właściciel jest, tyle, że go nie ma. Nie wiadomo: gostek może leży pijany, może wyjechał na Saturna, a może jest już zakopany? – To, co ja mam, do kurwy nędzy, robić? – Ale, ale... – przypomniało się ojcu – ja mam upoważnienie, pan przyjedzie do Radomia, to wezmę papiery i dam panu. Ale dopiero w piątek mogę. Dobra, w piątek pobudka o 5.30 rano i grzeję do Radomia. Spotkałem się z facetem, odstaliśmy półtorej godziny – tam też kolejki - i wracam do Warszawy, popracować. Nie mogę przecież rejestrować samochodu w nieskończoność. Przestałem wnikać. Grunt, że mam komplet dokumentów, znaczy, że Nissan nie kradziony, czy sfałszowany, bo i tego zacząłem się obawiać. Zaczynamy nowy tydzień. Tym razem postanowiłem zaatakować od wtorku, w poniedziałek cały dzień z klientami. Znałem już reguły gry, tak wszystko wycyzelowałem, że około południa podchodziłem do pani urzędniczki. –Niestety, nie mogę przyjąć tych dokumentów. – Dlaczego? – Myślałem, że zaraz, za chwilę zrobię tej pani krzywdę. – Tu jest błąd. Numer domu na umowie nie zgadza się z tym w dowodzie. Patrzę, patrzę... Nazwisko to samo, pesel ten sam, miasto to samo, ulica ta sama, numer mieszkania ten sam, jest: numer domu, w którym mieszka upiorny, poprzedni, nieuchwytny właściciel to 37. W dowodzie jest 32. – Ach, to zwykła literówka – odetchnąłem z ulgą – zaraz poprawię. – Nic tu pan nie będzie poprawiał! To jest umowa, nie wolno takich rzeczy robić. – To, co ja mam teraz zrobić?! Przecież widać, ze to ewidentna literówka, coś jak czeski błąd! Oczywiście zaparafuję to! – Nie wiem, nie moja sprawa. Proszę przyjść z nową umową. Następny proszę! Myślałem, że tam na miejscu rozbiorę cały urząd, cegła po cegle - i to od ręki. Koniec, czarna rozpacz! Upiór w osobie zbywcy, jest pewnie teraz na Grenlandii, nie ma szans na przerejestrowanie Nissana. Tak po godzinie, jak mi już odpuściło, wziąłem umowę kupna-sprzedaży, skserowałem, wykorektorowałem zapisy: jeszcze raz zrobiłem z siedem kopii, odbitkę z odbitki, po kolei. Tę ostatnią, mocno wyblakłą, wypełniłem na nowo. Przyjrzałem się uważnie podpisowi Upiora na oryginale. Nieczytelny zawijas. Postawiłem taki sam na swojej kopii. Przyznaję, czułem się nieswojo. Mocno kłóciło się to z moimi przekonaniami, zasadami. Ale, jako rasowy alkoholik, przekonałem sam siebie i wytłumaczyłem się. „Mam legalnie kupiony samochód, mam do niego legalne dokumenty, mam prawdziwą, również legalną umowę, nie robię tego, żeby kogoś skrzywdzić, naciągnąć, okraść. Przez ewidentnie złą wolę urzędniczki, nie mogę normalnie jeździć własnym samochodem. Nikt przecież tego nie sprawdzi. A nawet jak sprawdzi, to co? Okaże się, że Upiór sprzedał mi swojego Nissana. Zgadza się? Zgadza. Jedziemy”. Jak się później okazało bardzo dobrze zrobiłem. Tym razem nie czekałem na jakiś specjalny dzień. Poszedłem do Wydziału Komunikacji nazajutrz. Wieczorem tylko jeszcze raz zadzwoniłem do ojca z Radomia, wyjaśniłem mu całą sytuację i wysłałem kopię nowej umowy poleconym. Na wszelki wypadek. W środę, po odczekaniu stosownych kilku godzin – bo kolejki wcale się nie zmniejszyły – dobrnąłem do okienka. I trzask! Ta sama durna baba co poprzedniego dnia. – Zaraz, zaraz. Ale pan był przecież wczoraj. Twarzy nie pamiętam, ale tę umowę tak! Tu był numer domu pomylony! Myślałem, że szlag mnie trafi! Chwila wahania: potwierdzić, czy iść w zaparte? A jak zacznie drążyć temat? W poprzednim życiu pewnie bym ściemniał, ale teraz jednak przytaknąłem. – Owszem, ma pani rację. – No i co pan zrobił? – Jak to, co! – Uniosłem się świętym oburzeniem – Pojechałem wieczorem do Radomia i spisaliśmy jeszcze raz tę nieszczęsną umowę! A co miałem zrobić?! – Widzi pan? – baba z okienka uśmiechnęła się jadowicie – można było? Przyszło mi wtedy na myśl, że może Urząd płaci specjalne premie za chamstwo i sobiepaństwo, ale powstrzymałem się z komentarzem, bo musiałby składać się wyłącznie ze słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. - Za dwie godziny proszę przyjść po nowe tablice rejestracyjne i dowód tymczasowy. Wywołam pana. Po oznaczonym czasie, cały szczęśliwy, odebrałem numery rejestracyjne i miękki dowód. Byłem już na ulicy, gdy coś mnie tknęło i sprawdziłem dokument. Miałem nosa, pomylili się i przekręcili moje nazwisko. Ot, zwykła literówka, coś jak czeski błąd. Musiałem chyba mieć mord w oczach, bo nikt nie zaprotestował, gdy przedarłem się przez tłum, z powrotem do Baby. – Ach, zaraz sprawdzę, proszę chwilkę poczekać. Po półgodzinnej chwilce Baba zwróciła mi dowód ze słowami, że już jest w porządku. Zajrzałem i widzę, że ktoś po chamsku przekreślił długopisem błędne nazwisko i wpisał poprawne. Odręcznie. – Co pani mi tu daje? Przecież za miesiąc, jak będę odbierał twardy dowód znowu ktoś to zakwestionuje. – To tylko zwykła literówka, na pewno nie będzie miał pan problemów – Baba odwróciła się i odeszła od lady. Miała szczęście, bo normalnie bym ją zdzielił albo nabluzgał. Żeby wyczerpać temat rejestracji, dodam tylko, że gdy po miesiącu, dwa dni po wskazanym na potwierdzeniu terminie, przyszedłem po odbiór twardego dowodu, po odczekaniu przepisowych dwóch godzin, miły pan rozłożył ręce i rozbrajającym tonem poinformował mnie, że dokumentu nie ma. Na moje nieśmiałe i grzeczne pytanie „dlaczego?”, odpowiedział, iż dokładnie nie wiadomo. Może nie wydrukowali? Może nie dowieźli? Może gdzieś utknął? „Niech się pan dowiaduje” – poradził mi życzliwie. – „Następny proszę”. Jak już się dowiedziałem, po następnych trzech dniach i kolejnych upojnych dwóch godzinkach czekania, dostałem wreszcie niezbędny dokument. Muszę przyznać: z poprawnie wydrukowanym nazwiskiem. Wystarczy? Czy chcecie jeszcze? Bo epopeja z Nissanem dopiero się rozkręca. Postanowiłem bowiem poprawić owe „drobiazgi”, zima idzie, samochód służy mi do zarabiania, niechże będzie sprawny. Bez działającego zapłonu na benzynę nie odpalę auta na mrozie, a o braku sprawnego spryskiwacza na jesień nawet wolałem nie myśleć. Oszczędzę opisów drogi przez mękę w warsztatach i u fachowców, z których każdy mówił zupełnie coś przeciwnego niż poprzednik i to dokładnie na ten sam temat. Ale sądzę, że dwa smaczki godne są uwagi. Jeden to „drobiazg”. Pojechałem na wieczorne spotkanie z klientem. Podpisaliśmy, co trzeba było, wychodzę do samochodu na parking. Miejsce akcji to daleki Ursynów, czyli obrzeża Warszawy, dochodzi dziesiąta wieczorem. Przed jedenastą byłem umówiony z córką w Śródmieściu – miałem odebrać ją z zajęć tańca. Podchodzę do Nissana, który w międzyczasie zyskał miano Grzechotnika – o tym za chwilę – i coś mi nie pasi. Mam kapcia w prawym, przednim kole. Pech! Tego samego dnia rano zmieniałem opony na zimowe, może coś popieprzyli w wulkanizacji? Nie dojdę teraz, trzeba szybko zmienić koło, bo córka czeka, co mi tam taki kapeć! Dziesięć minut i po robocie. Spokojny byłem, bo przy kupnie Grzechotnika, gdy Lechu z kolegą oglądali silnik, ja upewniłem się, że w bagażniku mam klucz do kół oraz podnośnik. A tydzień wcześniej na wyjeździe dopompowywałem profilaktycznie zapas. Zrzuciłem marynarę, zdjąłem krawat i wyciągnąłem klucz, żeby poluzować śruby. I pierwsze zdziwko. Jedno z drugim nie pasuje. Mam inny klucz i inne średnice nakrętek. Trochę się wkurzyłem, ale tylko trochę. Złapię jakiegoś kierowcę, pożyczę klucz i dam radę. Niezupełnie. Cicho, ciemno, głucho, zaczął padać gustowny deszczyk. Zrobiło się po dziesiątej. Wreszcie jedzie jakiś samochód. Poczekałem aż kierowca wysiądzie, podszedłem i nakreśliłem sytuację. Pan w garniaku, teczuszka, nowiutki citroen. Pyta się, czy jestem pewien, że on ma na wyposażeniu klucz do kół, bo on to nie wie. Nawet nie ma pojęcia gdzie to w bagażniku może być. Wreszcie znalazł, pożyczył. Przymierzam – nie pasuje. Atmosfera zrobiła się trochę nerwowa. Wróciłbym do domu taksówką, ale po co? I tak będę musiał rano przyjechać w to samo miejsce i zmierzyć się z kłopotem; lepiej sprawę rozwiązać do końca na miejscu. Zaskoczyłem, że w pobliżu jest całodobowe „Tesco”, cholerny klucz i tak muszę kupić, więc poszedłem. Po drodze wysłałem telefonicznie córkę do domu autobusem, nie było już szans, żebym zdążył. Wróciłem z nowiutkim kluczem, poluzowałem śruby, dobra nasza! Teraz pójdzie piorunem. Deszcz pomyślał pewnie to samo, bo wyraźnie się rozkręcił, ale na to nie miałem wpływu. Wyciągnąłem podnośnik i widzę, że coś niehalo. Wcześniej mu się nie przyglądałem, zajrzałem tylko do bagażnika, czy jest, ale teraz obejrzałem go dokładnie i widzę, że jest jakiś dziwny. Co tam! Przekombinowałem, jak powinienem go postawić żeby zadziałał, wsunąłem pod samochód i kręcę korbą. Macham i macham a Grzechotnik nawet nie drgnie. Przestało mi się to podobać. Wyciągnąłem lewarek, patrzę... bardzo precyzyjnie wkręciłem podnośnik w próg, pogiąłem blachy i zrobiłem stylową dziurę. A nie ma siły, żeby ustawić urządzenie inaczej, albo tak, albo w ogóle. Usiadłem w samochodzie, bo deszcz padał coraz większy i dałem sobie pół godziny, aby nie rozłożyć Grzechotnika na części gołymi rękoma lub wziąć go na plecy i zanieść do domu. Ostatecznie zadzwoniłem do korporacji taksówkarskiej z prośbą o podesłanie kierowcy z podnośnikiem. W siedmiu kolejnych nie było wolnych wozów, dopiero w ósmej dyspozytorka przyjęła zlecenie. Poczekałem kilkadziesiąt minut na przyjazd taksówkarza i wyjaśniłem w czym rzecz. – Pokaż pan ten lewarek – po głosie kierowcy poznałem, że traktuje mnie jak, nie przymierzając, Forresta Gumpa. – Panie, ale on jest cały spierdolony, wywal pan ten szmelc na złom. Widzi pan? Tu jest pęknięty, a tu złamany. Na złom panie, na złom! Skwapliwie przytaknąłem, tłumacząc, że dopiero co kupiłem Grzechotnika i sam jestem zaskoczony. Po części była to prawda, bo rzeczywiście byłem zaskoczony. – Pokaż pan – taksiarz pochylił się przy samochodzie i zbadał ręką okolice koła. – Panie! Ale tu masz pan dziurę i pogięty próg. W życiu pan go nie podniesiesz! – Co pan powie? To dopiero! – Przysiągłem w duchu, że nie ma takiej siły,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mojomr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…