Faraona powrót pierwszy.
Zamieszczam opowiadanie, którym udało mi się w tym roku zdobyć nagrodę w gliwickim konkursie literackim, a było to w maju. To w sumie mój pierwszy taki konkurs, więc jestem z siebie dumna ;P Aha, i na dzień dzisiejszy inaczej napisałabym końcówkę. En
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Stare Grobowce od zawsze wydawały się niezamieszkane. Oprócz paru odważnych szczurów i kilku głupich poszukiwaczy skarbów nikt nie zaglądał w tamte okolice od stuleci, głównie ze względu na krążące od pokoleń legendy o jakobym nawiedzaniu Grobowców przez duchy właścicieli, ich przyjaciół i rodziny (z czasem zaczęto też opowiadać historie o duszach zmarłych szczurów, rzekomo noszących na łebkach białe jak śnieg woalki i podzwaniające żelaznymi łańcuchami. Ale jak, u licha, tak małe zwierzę byłoby w stanie unieść żelazo?) Jedynym stałym odwiedzającym Stare Grobowce był Amorsis, stróż i sprzątacz piramid w jednym – słowem, Facet Od Brudnej Roboty, prawdopodobnie równie prehistoryczny jak miejsce, którego pilnował. Nikt już nie pamiętał, skąd się tam właściwie wziął i kto go zatrudnił. Amorsis po prostu od zawsze kręcił się przy Grobowcach i było to zupełnie naturalne, tak jak to, że nad wylotem rury ściekowej latają muchy albo łakomy mały Artur snuje się niebezpiecznie blisko tortu babci. Niektóre sprawy bywają niezmienne. W dniu, w którym zaczyna się ta opowieść, Amorsis jak zwykle dreptał wolno po krętych korytarzach piramidy, narzekając pod nosem na szkodniki („te małe, drapieżne, niecne karaluchy.. Niech by je szlag, popamiętają, popamiętają! Tak im przyłożę końcem mojej laski, że do końca swego nędznego żywota się tu nie pojawią! Tylko gdzie ja mogłem ją wsadzić...”), artretyzm („kiedyś to były mikstury na kości... Nie to, co teraz, dranie już takich nie produkują! Poza tym złodziejstwo to wszystko, tfu!”) i inne niezmiernie irytujące sprawy („bogowie, nie powinienem chyba jeść tej szóstej miski fasolki... Miejcie mnie w swojej opiece”). Noc była piękna; księżyc w nowiu rozsadzał się wygodnie pośród migoczących gwiazd, oświetlając przydrożne kanały i rzucając lekką smugę światła na nie do końca wytłumaczalny zielony dymek unoszący się nad stygnącym puree Hildy, nadwornej kucharki. Wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Zresztą, komu w takim upale chciałoby się wprowadzać element zaskoczenia czy grozy? A jednak, w całym Egipcie znalazł się Ktoś, kto odważył się sprzeciwić ogólnie przyjętym zasadom i pogodził się z możliwością bycia ugotowanym jak marchewka w pomidorówce. Zwarzonym jak urlopowicze w Morzu Śródziemnym. Przegrzanym jak modna szesnastolatka na solarium. Rozgrzanym do czerwoności jak... No, w każdym razie, ten Ktoś walił właśnie w wieko jednej z trumien. Początkowo ciche i nieśmiałe stukanie przerodziło się kolejno w rozpaczliwe dudnienie pięściami, kopniaki i napieranie całym ciałem na drzwiczki. Stojący nieopodal Amorsis zastygł w niemym przerażeniu, wpatrując się szeroko rozwartymi oczyma w coś, co powinno spoczywać w wiecznym spokoju swoim i stróża, a co chwilowo podskakiwało rytmicznie, przesuwając się w nieokreśloną stronę. Nagle straszliwe skakanie ustało, jakby Ktoś zamknięty w środku machnął ręką na wracanie do żywych, ułożył się wygodnie i zamarł... zasnął na wsze czasy. Stróż odczekał jeszcze regulaminowe trzydzieści sekund, trzęsącymi rękami wyciągnął z kieszeni przybrudzonej szaty odpowiednie symbole ochronne i drobnymi kroczkami jął poruszać się cicho w stronę potencjalnego drapieżcy. Przeklinając w myślach swój brak zainteresowania przysłanym niedawno przez Cmentarny Zarząd Zarządzania Cmentarzami plikiem kartek z zasadami BHP, dotknął lekko zgrzybiałym palcem wieka trumny. Cisza. Zachęcony brakiem odzewu, Amorsis wypiął wklęsłą klatkę piersiową i odważniej już popukał w skrzynię. Ze środka wydobyło się jakby... kichnięcie? Po chwili sarkofag otworzył się, wysyłając w powietrze obłok nieco śmierdzącego dymku i kurzu, nadającego całemu widowisku hollywódzki charakter. Niestety, stary stróż nie mógł tego widzieć – uznawszy w duszy, że w sumie czuje się całkiem nieźle i że łamanie w kościach magicznie ustało, zwyczajnie dał nogę. Tymczasem z trumny wynurzyła się chuda zielonkawa ręka, która wnioskując po uczynionym geście, starała się przewietrzyć pomieszczenie. Postać ponownie kichnęła i tym razem wspomagając się obiema rękami, podciągnęła się ciężko na bokach trumny. Przeciągnąwszy się długo i szeroko, łypnęła kilka razy sklejonymi oczami, pociągnęła nosem i rozejrzała się po sali. Gdy jej wzrok spoczął na przyglądającej się ciekawie całej scenie gromadce szczurów, pisnęła cicho i padła zemdlona, z głuchym łoskotem uderzając o dno skrzyni. W piramidzie zapadła martwa... zapadła cisza. No dobra, to wcale nie jest tak, że Tuloes boi się jakichś głupich myszy. Jasne? Tuloes niczego się nie boi. W końcu był kiedyś Władcą, Królem, Słońcem Wielkim i Gorącym, Deszczem Chłodnym i Rześkim, Panem Całego Egiptu od Wschodu do... Kądśtam, jasne? Nie, on ich po prostu... nie lubi. Tak. Nic nie drażni Tuloesa bardziej niż gryzonie, które nie mają nic lepszego do roboty oprócz na pozór spokojnego siedzenia i przyglądania się, na pewno obmyślając w tym samym czasie jakiś niecny plan dotyczący odebrania mu życia, pieniędzy, tronu, urody czy co tam jeszcze miał najfajniejszego. Cool-Tul mógł znieść wszystko, włącznie z trzytysięcznym snem w jakimś stęchłym, brudnym pudełku, alergią na kurz, mrówkami chodzącymi mu po miejscach, po których nie dał rady się podrapać i podobnymi. Ale te szczury... To już zbyt wiele, nawet jak na takiego gladiatora. Tyle gwoli wyjaśnienia. Po dłuższej chwili nieprzytomnego leżenia z językiem na wierzchu, Tuloes otworzył jedno oko. Wychylił się przez brzeg trumny i podejrzliwie przebiegł wzrokiem po komnacie. Wszystko wskazywało na to, że bezczelni podglądacze uznali widowisko za skończone i zwyczajnie uciekli z piskiem do norek. Trzeba jednak mieć się na baczności, kto wie, co kryje się w ich małych, włochatych łebkach... Faraon podniósł się więc możliwie cicho i we względnym milczeniu usiłował złapać równowagę. Po trzech nieudanych próbach, jednym stłuczonym wazonie i dwóch przydeptanych karaluchach wreszcie udało mu się stanąć na nogach. Zadowolony ruszył dziarsko w stronę najbliższego lustra. Czas na małe oględziny, spójrzmy... Hm, no tak, trzy tysiące lat leżenia odłogiem nikomu nie wyszłoby na dobre. Z nim jednak czas obszedł się wyjątkowo łagodnie: ciemne, duże oczy błyszczały w świetle wiszących na ścianach płonących pochodni, biały uśmiech rodem z reklamy pasty Colgate prawie świecił w mroku, wyrzeźbione niegdyś mięśnie nie straciły sprężystości, a włosy na klacie wciąż były lśniące i mocne... Ech. Dobrze, nie oszukujmy się. Mięśnie faraona nie były ani trochę sprężyste, zęby błyszczące, a włosów na klatce praktycznie nie było. No, chyba że mówimy o tych trzech, smętnie wiszących włoskach niewiadomego koloru i kształtu, wyrastających z wklęsłego torsu. W rzeczywistości Tuloes był raczej chudym, wysokim chłopakiem o dłuższych mysich włosach, szarych oczach i nieproporcjonalnie długich kończynach, przynoszących na myśl macki jakiegoś nie do końca udanego organizmu morskiego, którego Stwórca pozostawił przy życiu dla sobie tylko zrozumiałego dowcipu. Oczywiście, w niektórych kręgach Faraon mógł być uznany za przystojnego, o ile byłoby to Kółko Robótek Ręcznych czy zgromadzenie z półki „Po 80 wciąż rześcy, zdrowi i na luzie!”. I jeżeli ktoś gustuje w nieżywych, rzecz jasna. Nasz bohater, niezniechęcony jednak zobaczonym w zwierciadle widokiem, z uśmiechem chorego na umyśle radosnego szynszyla wyruszył na mały spacerek, ot tak, by zobaczyć, co uległo zmianie. Ciekawe, kto teraz rządzi? Może jakaś daleka krewna Panelaopy, he he... Ciekawe, czy kobiety z tego rodu wciąż mają długie czarne warkocze, którymi mogą wyczyniać, he he, różne rzeczy... Choć równie dobrze mógłby też być to ktoś z rodziny Utracjusza, tego starego drania, który wiecznie podbierał mu zabawki. Ciężko było mieć młodszego kuzyna, szczególnie, gdy ten od urodzenia uważał się za jedynego człowieka na świecie godnego zasiadania na egipskim tronie. Nie zdziwiłby się, gdyby to on wydał rozkaz podrzucenia trucizny do kielicha z królewskim winem. Od młodości rączki wyraźnie świerzbiły go, by odebrać Tuloesowi władzę. Rozmyślając tak o różnych sprawach, nasz bohater dotarł wreszcie do pałacu. No tak, trochę się zmieniło, odkąd ostatni raz tu stał. Lśniące, pozłacane bramy, które pokryte były płaskorzeźbami przedstawiającymi twarze rodziny królewskiej, wydawały się sięgać gwiazd. Wysokie kolumny o obłym kształcie i wymyślnych ozdobach ogradzały niejako olbrzymi dziedziniec porośnięty różnej wielkości palmami i bananowcami. Pajęczyna alejek ułożona była z cegieł przywiezionych zapewne karawanami znad Nilu, gdzieniegdzie prześwitywały elementy z kości słoniowej i kawałki rubinów. Ogromne fontanny malowane w różne barwy mieniły się w świetle księżyca, a każda ławka rzeźbiona była w pozłacanym gipsie. „Się kurna dorobili...” Przestąpiwszy tylko próg bram, wpatrzony w te wszystkie cuda Tuloes wpadł twarzą w coś miękkiego i ciepłego. Po chwili dezorientacji i kilku nieudanych próbach chwycenia powietrza, zrobił krok do tyłu i spojrzał w twarz trzęsącego się stworzenia. Złote łańcuchy, wygolona głowa, ostry makijaż... No tak, eunuch. To dziwne, że jeszcze utrzymują tę posadę, jest przecież wyjątkowo przestarzała i nieużyteczna. Eunuch, rozumiecie, to taki mężczyzna, którego pozbawiono tego, co miał najcenniejsze, by nie zagrażał kobietom we dworze, czy nawet samej królowej, o ile był to czas panowania kobiety. Niesamowicie głupi pomysł, biorąc pod uwagę fakt, że jakakolwiek próba ataku na jedną z dam groziła oprawcy błotną kąpielą pełną niesamowitych wrażeń, z ucztą włącznie. Tyle tylko, że to on miał być daniem głównym. Jeśli więc któryś z nich nie chciał oglądać świata z perspektywy krokodylego zadka, zwyczajnie trzymałby się od kobiet z dala, nierzadko zmieniając orientację lub miejsce zamieszkania. Albo chociaż zawód. Eunuch zatrząsł się lekko w cichym kaszlu i mała, okrągła główka pochyliła się nad Faraonem, przyglądając mu się ciekawie. - Ty... Eee..? - Tak, jestem martwy, jeśli o to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Igraszka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…