Wróć do katalogu

Fotograf Dusz

Czas Przeszły Fotograf dusz zabiera nas w podróż po świecie ludzkich egzystencji

lexter, opublikowano , 23 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Fotograf Dusz

* Lot czapli i zgniły pomidor

Żyje w cichym smutku. Przywykłem do tego tak samo jak do porannej mgły i nie jest to niczym nadzwyczajnym. Nie mam samochodu, konta w banku ani odtwarzacza mp3. Trzy razy do roku zmieniam miejsce zamieszkania, nie mam stałej partnerki, śpię z kotem, mam nawyk czytania Biblii. To ostatnie uzależnienie traktuję jako rodzaj opatrunku na zbolałą duszę. Przeczytane czasopisma układam w równy stos a po jakimś czasie znoszę do piwnicy lub na strych, nie po to by do nich wrócić, nie. Odkładam je w ciemnych miejscach bo chcę zobaczyć, czy one tak jak ja przesiąkną stęchlizną codzienności i obrosną naskórkiem kurzu. Żeby normalnie funkcjonować, codziennie wypijam pięć, sześć kaw. Rano piję kawę z ekspresu. Lubię odgłos tego urządzenia, jednego z nielicznych które uważam za niezbędne. Podoba mi się ten moment kiedy, ekspres wydaje gardłowe dźwięki jakby sam dławił się kawą. Zbierające się kropelki wody w górnej części dzbanka przypominają mi pot. Do kawy wlewam śmietanę i patrzę jak czerń miesza się z bielą, dwa bieguny, dobro zło, miłość, nienawiść. Elementy składowe codzienności. Wypijam gorzką mieszankę, myję zęby wychodzę do pracy. Zawsze przed wyjściem myję zęby, to rytuał który daje mi poczucie panowania nad czasem i pragnieniami. Bo łatwiej jest wyjść do pracy bez mycia zębów. Ale ja robię na przekór pragnieniom i czasowi, myję zęby pięć, dziesięć minut, do momentu kiedy braknie piany w ustach i wypluwam ślinę i krew. Czasami brudzę przy tym kołnierzyk koszuli i muszę się przebrać. Ale i tak znowu myję zęby bo chcę udowodnić, że czas nie jest władcą i ja nie podlegam jego drastycznej manipulacji. O tym, że przegrywam walkę z czasem, przypomina mi szef, kiedy spóźniony wpadam do pracy. Reprymenda trwa tyle ile się spóźniłem. Taką ma zasadę i nic już na to nie poradzę. On też chce mieć poczucie, że panuje nad pracownikami. Trudno go nie rozumieć. Drugą kawę piję podczas przerwy śniadaniowej. Jestem zmęczony, poranną chłostą szefa i radioaktywnymi kolegami. Piję bez śmietany. Delikatnie ściskając kubek powoli wlewam w siebie czarną maź, koję nerwy przy dźwiękach The Police "Message in a Bottle". Wracam do pracy. Biorę stertę zdjęć i po kolei każde opisuję. Uważam, że dobre zdjęcie nie potrzebują opisu, bo obraz zatrzymany w kadrze mówi więcej niż słowa, ale taka jest zasada w naszej agencji fotograficznej; każde zdjęcie opisać. Biorę fotogram do ręki, długo się w niego wpatruję, wyłapując wszelkie, nawet najdrobniejsze szczegóły, chociaż tak naprawdę to nie jest konieczne. Na osobnej kartce robię opis. 21.03.2006 Marcowe popołudnie. Ołbin. Pobliże Prusa i Świętokrzyskiej. Pan Alojzy wraca do domu. Kartkę przyklejam do zdjęcia i odkładam do kuwety „opisane”. Następnie segreguje zdjęcia na kategorie: portrety, reklamowe, reportaż, zwierzęta, różne, scenerie, fashion, technologia, akt, dokument, ludzie. To samo robię ze zdjęciami cyfrowymi. Ale wolę te na papierze, bo mogę wejść w kontakt z obrazem, poczuć go i dotknąć. Podczas pracy są jeszcze trzy, cztery kawy, no i jedna przed pójściem spać. Tą kawę z reguły piję z miodem. Biorę ją do łóżka, zawijam się w koc, i z kubkiem w ręce wdycham opary miodu zmieszanego z kawą, wpatrując się w czarno białą fotografię Roberta Capy „śmierć lojalnego żołnierza”, którą powiesiłem nad łóżkiem. Patrzę na nią codziennie wieczorem przed snem. Żołnierz, Federico Borrell García, trafiony pociskiem, upada rozrzucając ramiona na boki. Wypuszcza karabin z prawej ręki, odchyla głowę do tyłu. Ma zgięte kolana i zamknięte powieki. Ciemnosine niebo jest świadkiem jego śmierci. W takim momencie prawdopodobnie nikt nie myśli o fotografie, który był parę metrów od żołnierza. Ryzykował życiem, zatrzymał czas na wieki i nie pozwolił Garcii upaść całkowicie. W tej zastygłej pozie dramat lojalnego żołnierza rozgrywa się do dziś. Piję kawę powoli i z namaszczeniem. Zajmuję mi to jakieś pół godziny. Potem kładę głowę na poduszce i zapadam w sen. Kolejny dzień jest taki sam. No i kolejny. I kolejny. Nuda i rutyna. Chyba, że dostanę zlecenie. Wtedy demony pospolitości jęczą i skręcają się ze złości bo ruszam z aparatem w świat. - Zrób mi dobre zdjęcie psychicznego – rozkazuje szef i wysyła na Wybrzeże Korzeniowskiego. Moje pierwsze zlecenie w tym miesiącu. Zapakowałem aparat do plecaka, wziąłem kilka łyków zimnej wody i wyszedłem w teren. Na miejsce zazwyczaj dojeżdżam rowerem, autobusem lub tramwajem. Dzisiaj pojechałem tramwajem. Potężny pielęgniarz prowadził mnie korytarzem w głąb oddziału psychiatrii. Poruszał się jak czołg na nogach. Czułem się przy nim jak Dawid przy Goliacie. Miałem wrażenie, że z łatwością mógłby przygnieść mnie ramieniem. Ściany wyłożone kremową tapetą delikatnie pochłaniały poranne światło i odbijały cienkie stróżki promieni. W powietrzu było czuć lekarstwa i pastę do podłogi. Weszliśmy do pomieszczenia zalanego światłem. Na kozetce siedział skulony pan Marian, przez najbliższą godzinę mój model i partner. Wyciągnąłem aparat. Marian zadrżał niespokojnie i nerwowo przysunął się do ściany. - Proszę się nie bać panie Marianie – uspokoił go pielęgniarz – zrobimy tylko kilka zdjąć i to wszystko. To stwierdzenie „zrobimy” oznaczało, że pielęgniarz zostanie z nami. Bardzo długo przygotowywałem aparat w nadziei, że stanie się jakiś cud i pielęgniarz wyjdzie bo chciałem zostać sam na sam z modelem. Mieć ten psychiczny komfort, że nic nam nie zakłuci sesji. Ale pielęgniarz stanął przy drzwiach w rycerskiej pozie, rozstawił szeroko nogi i skrzyżował ramiona. Usiadłem na krześle, naprzeciw kozetki. Oswajałem się z modelem. A raczej on oswajał się ze mną i z aparatem. Przed wejściem na oddział spotkałem się z doktorem leczącym pana Mariana. Gaduła z niego, opowiedział mi nieco o Marianie. Jego historia jest nieco prosta i przewidywalna. Po Wrocławiu i całej Polsce chodzi pełno takich panów Marianów i nikt z tego nie robi wielkiego „ale”. Pan Marian urodził się w biednej rodzinie szwaczki i kominiarza. Rodzice ciężko pracowali żeby utrzymać sześcioro dzieci, które przychodziły na świat w krótkich odstępach czasu. Ojca prawie nie było w domu, bo albo pracował albo pił. Cały obowiązek wychowania dzieci spadł na matkę. Słabe zdrowie tej kobiety nie ułatwiało i tak już ciężkiej sytuacji. W większym stopniu wychowywane przez rówieśników niż rodziców i szkołę, żyły własnym życiem i szybko połapały się w twardych regułach gry. Same musiały zadbać o przyszłość. Mały Marianek miał szczęście. Od bogatego wujka z Reichu dostał w prezencie samochód na resorach – błękitną ciężarówkę. Ta zabawka zastąpiła mu pluszaka. Jeździł nią wszędzie, po parapecie i stole, po podłodze i chodniku. A mamie mówił, że jak dorośnie to zostanie kierowcą ciężarówki. I tak się stało. Osiemnastoletni Marian zdał egzamin na prawo jazdy i dosyć szybko dostał pracę w firmie przewożącej mrożonki. Lubił jeździć. Za kółkiem spędzał większość czasu. Nie miał wielu przyjaciół, a z rodziną utrzymywał ograniczony kontakt. Prowadził życie mrożonkowego tułacza. Pewnego dnia w Brzesku, wziął na stopa kobietę – Teresę. Teresa była zwyczajną Polką z małego miasteczka w Małopolsce. Skończyła ekonomię i miała żyłkę do interesów. Miała kręcone blond włosy i wpadła Marianowi w oko. Za każdym razem kiedy Marian wiózł mrożonki i przejeżdżał przez Brzesko, wstępował do Teresy. Po dwóch latach odwiedzania pobrali się. Postanowili otworzyć własną firmę transportową. Talent Teresy szybko przyniósł firmie pierwsze zyski. Marian został kierownikiem a Teresa jego sekretarką, księgową i asystentką. Zatrudniali coraz to więcej pracowników, kupowali coraz więcej ciężarówek. Zyski były ogromne. Marian pracował na umór. Osiemnaście godzin dziennie. Chciał mieć wszystko pod kontrolą, zapewnić żonie dostatek i już nigdy nie zaznać biedy. Stać ich było na wszystko. Wybudowali sobie pałacyk, mieli pięć samochodów, prywatny samolot i zero dzieci. Długie zimowe wieczory Teresa spędzała sama w wielkim i pustym pałacu. Marian pracował. Teresa, inaczej wyobrażała sobie szczęście. Nawiązała romans z przystojnym pracownikiem. Kiedy Marian wyruszał w delegację, przystojny pracownik zaspokajał kobiece potrzeby Teresy. Nie spodobało się to innym pracownikom firmy. Donieśli Marianowi, że w trakcie jego nieobecności, przystojny pracownik kontaktuje się z jego żoną. Marian postanowił przekonać się o tym osobiście. Powiedział Teresie, że wyjeżdża na tydzień do Francji. Teresa przekazała tą informację przystojnemu pracownikowi a ten odwiedził ją w nocy. Marian do Francji wcale nie pojechał tylko siedział w letnim domku i obserwował igraszki kochanków. Nie mógł znieść takiego upokorzenia. Puściły mu nerwy i wszedł do domu. Zastał kochanków w łóżku. Pobił ich do nieprzytomności a gdyby miał broń pewnie by już nie żyli. Małżeństwo się rozpadło a Marian po tym wszystkim odniósł ciężkie obrażenia psychiczne. Doktor dodał, że Marian lubi siedzieć przy oknie i wpatrywać się w przelatujące ptaki, kruki, gołębie i pustułki. To go uspakaja i wtedy zapomina o gehennie jaką przeszedł. Doktorowi zdradził, że Marian lubi czaple.

Siedziałem bez ruchu około dziesięć minut patrząc w okno tak jak Marian. Chciałem pojednać się z moim modelem w niemym geście milczenia. Cisza była naszą mową. W okienku drzwi pojawił się lekarz i wywołał pielęgniarza. Dla mnie był to znak, że czas przystąpić do działania. - Proszę na niego uważać – polecił pielęgniarz i dodał – zaraz wracam. Nie wiedziałem, czy te słowa tyczyły się bardziej do mnie czy do Mariana. W końcu zostałem sam na sam z niezrównoważonym człowiekiem, który ciężko pobił dwójkę ludzi. Ruchem dłoni delikatnie dałem mu do zrozumienia, że zrobię mu kilka zdjęć i będzie po bólu. Marian siedział na kozetce jak przestraszony wróbel. Zrobiłem en face i z profilu. Starałem poruszać się bezszelestnie jak sowa. Zoomowałem twarz, obiektywem zaglądnąłem mu w oczy. Miał smutne i nieruchome oczy. Zobaczyłem w nich zwichnięte marzenia i pragnienie wolności. Chciałem mieć wszystkie możliwe kadry. Żeby zrobić naprawdę dobre zdjęcie, na którym czuję się jego zagubienie i pragnienia duszy, musiałbym usiąść blisko niego i kadrować skulonego na kozetce ale ze wzrokiem utkwionym w świetlistą przestrzeń okna. Ze zwinnością kota wślizgnąłem się na kozetkę. Byłem na tyle daleko, żeby nie zakłócić jego prywatnej przestrzeni ale na tyle blisko, że mogłem swobodnie skadrować go jak ptaka uwięzionego w klatce. Mój aparat Canon 30D, jest jak najbardziej zwyczajny i do tego nieprofesjonalny, z tym że bardzo się do niego przywiązałem i czuję go w ręce. Oczywiście agencja zapewnia mi całą gamę aparatów na każdą możliwą okazję ale ja wolę swój aparat i tylko kiedy jest taka możliwość zdjęcia robię właśnie nim. Naciskając spust migawki, ten aparat fotograficzny, wydaje z siebie cichy dźwięk, przypomina to trochę klekot bociana. Zadowolony z sesji usiadłem na krześle i chciałem się już pakować. Marian ruszył głową. Spojrzał przed siebie. Znieruchomiałem. Obserwowałem jak z pozycji skulonego wróbla, otwiera się na przestrzeń i podnosi do góry. Widocznie poczuł się bezpieczniej i chciał to zakomunikować. Wyprostował jedną nogę, drugą dalej trzymał podkuloną. Zamieniał się w ptaka. Rozłożył ramiona na boki, jakby chciał się przygotować do lotu. Zaczął wydawać z siebie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych